Dwie pandemie – biologiczna i moralna

by Bogumil Pacak-Gamalski

Gdzieś, na jednej z półek, wciśnięty między grube grzbiety poważnych książek, zapomniany, zakurzony i od lat parudziesięciu nie czytany, mały brulionik w cienkiej, niebieskiej okładce , jak szkolny zeszyt, bez tytułu ani wydawcy, nawet bez nazwiska autora. Czternaście stroniczek wewnątrz. Na niektórych, robione niebieskim długopisem, odręczne poprawki druku. Poznaję pismo (charakterystyczne dla wszystkich, którzy w szkołach przechodzili jeszcze lekcje kaligrafii – tak pisał m. in. do końca życia mój ojciec) i przypominam sobie autora tego brulioniku i historię z tym związaną.  Generał Tadeusz Alf-Tarczyński, Prezes Instytutu Józefa Piłsudskiego w Londynie. Takie króciutkie zeszyty były robione  wyłącznie w celach propagandowo-edukacyjnych i wysyłane (lub przewożone) do Kraju, głównie naturalnie do młodzieży szkolnej i uniwersyteckiej.  Łatwe do ukrycia, nawet w kieszeni spodni. Nie były to wydawnictwa naukowe ani historyczne. Jakby powiedział, w latach 1905-1915, towarzysz Wiktor – bibuła.  Towarzysz Wiktor, to był naturalnie młody Józef Piłsudski, redaktor „Robotnika” i przywódca Organizacji Bojowej PPS (Polska Partia Socjalistyczna). Więc ten brulionik taką właśnie bibułą był. Z sentymentem go raz jeszcze przejrzałem. Jasny, prosty język. Przypominający najważniejsze fakty z życia Marszałka. Naturalnie, głównie te o wymiarze patriotycznym, zwycięskim, ważnym, państwowo ale i legendo—twórczym.  Dla historyka lub badacza dziejów – bez znaczenia i wartości większej. Dla młodego człowieka niezbyt z historią zaznajomionego – dobra pigułka elementarnej wiedzy.  Dziś już nie, bo od lat tematem się nie zajmuję, ale wiele lat temu uważałem się za osobę dość głęboko znającą biografię i dzieje życia Józefa Piłsudskiego.  Pisałem na jego temat szereg poważnych artykułów publikowanych tu i ówdzie (mam nawet gdzieś list od legendarnego Redaktora Giedroycia, gratulujący jednego z tych moich tekstów nadesłanego z Instytutu JP do redakcji „Kultury” – ale tłumaczący niemożliwości zamieszczenia w „Kulturze” ze względu na brak miejsca spowodowany gorącą sytuacją w Kraju i masę tematów aktualnych a nie historycznych – to były początki Stanu Wojennego i kompletnie się z Giedroyciem zgadzałem a tekst wysłałem nie ja tylko sam Instytut londyński). Po powrocie do Polski miały to być zaczyny do pracy naukowej lub książki. Do kraju nie wróciłem, pracy naukowej żadnej nigdy nie napisałem ani książki o Piłsudskim. Z czasem zresztą nabrałem wobec niego dużo bardziej krytycznej postawy. Nie negatywnej – na to swym życiem i dziełem nie zasłużył absolutnie. Ale krytycznej, dostrzegającej i istotne błędy i braki. Za główny uważałem nieumiejętność stworzenia kadry przyszłych polityków, mądrych włodarzy kraju. Teraz, po latach, znowu widzę go sympatyczniej, wydaje mi się, że go rozumiem. A z tego właśnie niebieskiego zeszycika-bibuły wyłuskałem fragment przemówienia Piłsudskiego w tymże Lublinie w 1920 roku.  I gdyby mocą jakąś magiczna udało mi się wskrzesić monumentalną postać  Naczelnika i zrobić wielki wiec (powiedzmy na Błoniach krakowskich lub Polu Mokotowskim w Warszawie, bo tamże do tłumów przemawiał) tylko o powtórzenie tego krótkiego lubelskiego adresu bym go poprosił.  Pójścia do Sejmu bardzo bym mu odradzał, bo wiadomo, co by zrobił i jakich słów użył – jeżeli jesteście zszokowani czasem niektórymi słowami posła Jarosława Kaczyńskiego, to zakładam, że by bladły wobec słów, jakie dzisiejszym posłom i samemu Kaczyńskiemu by Naczelnik ofiarował… . Pojęcia poprawności politycznej nie znał ani by go rozumiał. Ale ten adres lubelski, te krótkie przemówienie, jest tak współczesne i tak celne, że mógłby je każdy mądry polityk w 2020 wypowiedzieć. I nawet nie tchnie myszką starego słownictwa.  Jest portretem Polaków idealnym.

A więc 11 stycznia 1920 w Lublinie, na spotkaniu z przedstawicielami ziemi  Lubelskiej, mówi Marszałek Józef Piłsudski, więc proszę o ciszę:

Tam, gdzie chodzi o życie, tam, gdzie chodzi o krew, jest to ofiara najłatwiejsza, chociaż w laury owita. To jest ofiara, na którą Polak na pewno się zdobędzie. (Ale) Idzie o ofiarę cięższą, idzie o ofiarę dla siły całego narodu, idzie o ofiarę z tego, co ludziom być może jest najdroższe, o ofiarę ze swoich przekonań i poglądów.  Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać. W takiej jedynie umiejętności podawania do wspólnej pracy dłoni, wypływa moc wielka w chwilach trudnych i w chwilach kryzysów państwowych”.

To było wyzwanie do Polaków  w pierwszych tygodniach 1920 roku. Gdy ofensywa bolszewicka łamała kolejne linie frontów Północnego i Południowego Rzeczypospolitej. Gdy opcje polityczne i ideologie były bez znaczenia, gdy –parafrazując komunistycznego poetę ledwie dziewiętnaście lat później- wróg stanął u progu i kolbami w drzwi załomotał, gdy rachunki krzywd przestały mieć znaczenie.

Nie znałem Polski lat 20tych ni 30tych. Nie mogę w pełni zrozumieć tej skali narodowych waśni, które pchnęły do politycznych więzień, politycznych zabójstw, do bicia, szczucia siebie wzajemnie. Nie znałem tego nawet w mojej młodości w PRL. Bo nienawiści wśród Polaków wobec siebie nie było.  Władza, mimo wszystko, była poza nami, to był twór jakby z księżyca i nie mieliśmy na jego kształt wpływu. Żyliśmy, jakby obok i osobno od tego tworu.  

Potem nasza ‘wiosna narodowa’ pod hasłami „Solidarności”, po dziesięciu latach odbudowywanie z kompletnych gruzów ekonomicznych tego niewyobrażalnie zacofanego, rozsypującego się tworu innego, zamierającego świata gospodarki komunistycznej, jaką była Polska w roku 1990. Byłem wówczas w tej nowej Polsce, odwiedziłem ją w trakcie pierwszych wolnych wyborów. I byłem tym światem przerażony, to był jeden wielki bazar Różyckiego, a właściwie gorzej: w Warszawie,  ówczesny Stadion Dziesięciolecia był takim wielkim straganem, gdzie można było wszystko sprzedać i wszystko kupić.  Od jednej świeczki po całe pudła szmat przywożonych całymi kontenerami z Chin, Wietnamu, z magazynów pozostałych ciuchów przy parafiach, które były adresatami tej paczkowej pomocy polonijnej.  Polska była takim bazarem.  Bałem się, czy potrafi z tego – i jak? – wyjść.  Już wówczas zaczynały być widoczne pęknięcia ideowe, ideologiczne o kształt tej nowej Polski.  Po latach, gdy zacząłem odwiedzać kraj częściej, zauważyłem metamorfozę olbrzymią. Byłem znowu w kraju europejskim. Tak, biedniejszym. Ale europejskim, zachodnim.  I wydawało się, że normalniała też emocjonalnie, kulturowo.  Oczywiście, jak w każdym normalnym kraju, były elementy skrajne, jakieś ideologiczne cudaki, inności, wynaturzenia.  Po 2015 te wynaturzenia zyskały szansę wpływania na główne nurty polityki.  Powoli wracały wszystkie upiory polskiej historii.

Konstytucja i jej obchodzenia, sądy i ich krytyka, parlamentaryzm i jego upadek moralny, spory polityczne, nawet demonstracje uliczne – to nie jest wizja Apokalipsy i rozpadu państwa. To są rzeczy zdarzające się w demokracji.  Raz trochę na prawo bardziej, raz trochę na lewo, a na ogół oscylujące w środku – normalny obraz zdrowego kraju i społeczeństwa.  Nie idealnego, nie jakiejś Nirvany ale zdrowego.

Mój ostatni, dłuższy pobyt był w 2018. Nie dziwiły ulice miast, identyczne, jak w Amsterdamie, Londynie czy Frankfurcie.  Przyzwyczaiłem się już, że Polska XXI wieku, jest krajem europejskim. W każdym razie z wyglądu. Ale zauważyłem pierwszy raz tak widoczne i odczuwalne znowu wrażenie wielkiego bazaru. Rynku ciuchów i szmat. Nie na stadionie, nie na jakimś placu miejskim.  W mentalności, w postawie, zachowaniu się Polaków.  Było odczuwalne, że te ‘upiory przeszłości’ wylazły z  nor i zaczęły opanowywać te ulice, the rynki, parki.  Ktoś zaczął je z najważniejszych miejsc w państwie nazywać  ‘tradycją narodową’. A przecież to nie była tradycja a upiory polskie, wynaturzenia, kalectwo narodowe. Brzydota narodowa a nie urok narodowy.  

I przyszedł ten, 2020 rok. Wybory prezydenckie i pandemia.  Ta symbolika tych dwóch wydarzeń, wepchniętych sprawą biologicznego przypadku w jeden, ten sam, okres czasowy jest przytłaczająca.  Biologicznie i immunologicznie pierwsza połowa tego roku minęła pod znakiem obrony przed strasznym, milczącym wirusem. Wirusem, który zagraża nie tylko zdrowiu i życiu ludzi ale też i całej ekonomii.

Cały świat, nie tylko Polska, z tym wirusem walczy. I wyjdziemy z niego wszyscy nieco osłabieni, jak po każdej wielkiej wojnie, ale zwycięscy.  Tylko, że w Polsce, podobnie, jak w USA, jest to też okres pandemii wirusa nienawiści. Nienawiści Polaków do Polaków, Amerykanów do Amerykanów.

Dlaczego, stający do walki o kolejny mandat prezydencki, panowie Duda i Trump nie noszą masek (Trump w ogóle, Duda bardzo rzadko)?  Dlatego, że ich kampania wyborcza zasadza się właśnie na rozprzestrzenianiu wirusa nienawiści.  Tylko ten wirus, jego jak najwyższa zarażalność , daje im największe szanse zwycięstwa. Stąd tylu wrogów się pojawiło w ich przekazie wyborczym, tyle grup zagrażających ‘dobrym’ Polakom i ‘dobrym’ Amerykanom. Tym reprezentujących ‘dobrą’ tradycję.

Ale dla normalnego, zdrowego człowieka, dla uczciwego obywatela ta tzw. ‘dobra tradycja’ jest niczym innym, jak narodowym ściekiem nieczystości, wylęgarnią złowrogich bakterii i wirusów.

Wybór między Andrzejem Dudą a Rafałem Trzaskowskim nie jest więc dla mnie wyborem politycznym, lub ekonomicznym. To wybór sanitarny, epidemiologiczny.  Wybór Andrzeja Dudy to otwarcie na oścież bram dla wirusa nienawiści. To burzenie tam przed powodzią degrengolady etycznej i moralnej Polaków.  Wybór Rafała Trzaskowskiego teraz, gdy na placu boju już tylko ich dwóch pozostało, to nie obietnica ‘cudownego ozdrowienia’. To jednak szansa na rozpoczęcie terapii, na systematyczną walkę z tym wirusem, na budowanie podwalin pod kolejne narodowe porozumienie. Na szanse rozmów innych Polaków z innymi Polakami. Bez mordobicia. I bez używania kłonicy, jako argumentu w dyskusji.

Jedno, z doświadczeń historii każdego kraju współczesnego i epok przeszłych, mogę bez cienia wątpliwości powiedzieć : społeczeństwa i narody tolerancyjne, szanujące się, generalnie zjednoczone bardziej niż podzielone, łatwiej i szybciej usuwają ruiny i gruzy materialne i budują nowoczesną, służącą ludziom i krajowi gospodarkę.   Tak, jak stało się w Polsce, którą między 1990 a 2010 przeobrażono z wielkiego, brudnego bazaru w kolorowe ulice. Społeczeństwa i narody opanowane nienawiścią wobec siebie szybciej jeszcze zamieniają te kolorowe ulice w ekonomiczną i finansową ruinę podłego bazaru.

Kończę te smutne refleksje powtórzeniem, jakże dziś adekwatnych słów Józefa Piłsudskiego:    Idzie o to, by kraj nasz zrozumiał, że swoboda to nie jest kaprys, że swoboda to nie jest – ‘mnie wszystko wolno a drugiemu nic’ – że, swoboda, jeżeli ma dać siłę, musi jednoczyć, musi łączyć, musi rękę sąsiadom i przeciwnikom podawać, musi umieć godzić sprzeczności, a nie tylko przy swoim się upierać.

Bitwy warszawskie

W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.

Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą.  Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów.  Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.

Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę.  Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).

Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.

Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy.  Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością.  Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie.  Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków.  A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.

Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych.  Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych.  A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent.  Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa. 

Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę.  Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.

I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu.  Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.

Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?! 

Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’  zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’  czy ‘ łacińsko-zachodniej’.  Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’  a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur.  Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą.  Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale  jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon  nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.

No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur  (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki.  Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście.  Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji.  Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania.  Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.

A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.

Spójrzmy na te ‘granice’:  Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów.  Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami.  Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda. 

Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont.  Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach.  Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach.  Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje).  Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.

I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania.  Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.

Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS.  Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni.  Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).

Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze.  Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone  z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu.  Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów.  Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.

Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie:  Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto.  Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego?  Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest  pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też).  Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych.  To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze.  Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem.  No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa  w formie  credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku.  Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario.  Efektem było zamknięcie (unikając  skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje.  Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą.  Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie.  Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .

 O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji  prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/

Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania  jest wielokroć więcej.  Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.

Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być?  Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie.  Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.

Listy, wybory, osobowości. Polska, ale jaka?

by Bogumil Pacak-Gamalski

Zacznę od początku. Jak mawiali gospodarze rzymskich wieczerzy, ‘od jajka do jabłka’, czyli ab ovo.

Pięć lat temu Polska przeszła polityczna rewolucję. I nie sposobem rewolucyjnym, a więc siłowym przejęciem władzy, a sposobem demokratycznym. Zakłamanym, podszytym oszustwem, pełnym populistycznych, więc bardzo niebezpiecznych obietnic – mimo to legalnym, demokratycznym. Powszechnymi wyborami tak do Parlamentu, jak i do Prezydentury.  PiS, a konkretnie tzw. obóz Zjednoczonej Prawicy przejął władzę w kraju. W pierwszym okresie rządów PiS (bo PiS był i jest, bez cienia wątpliwości, i motorem i głównodowodzącym tą koalicją) wspierała go też nowa, populistyczna partia protestu, tzw. Ruch Kukiz skupiony wokół osoby polskiego celebryty estradowego.

Jeżeli były to wybory demokratyczne, bez przelewu krwi i użycia siły, to dlaczego określam je jako rewolucyjne?  Dlatego, że ważniejszym niż siła i przemoc w utrwaleniu rewolucji jest cel (na ogół niezbyt jasno, mgliście i ogólnikowo tylko przedstawiany społeczeństwu) obalenia tzw. ancien regime, czyli zastanego, utrwalonego porządku prawnego, konstytucyjnego. A tego chciała partia Jarosława Kaczyńskiego. Można chyba bez zbytniej alegoryczności powiedzieć, że obalenie i zniszczenie III Rzeczypospolitej Polskiej było marzeniem życia tego polskiego Machiavellego. 

Polska, która była marzeniem patriotycznych elit od 1945 roku, miała być Polską demokratyczną, opartą na zachodnioeuropejskiej tradycji liberalizmu.  Owszem, z silnymi cechami dla Polski specyficznymi (przywiązanie do wiary chrześcijańskiej i jej etosu – w silnym nacisku na chrześcijaństwo rzymsko-katolickie), mimo to zmierzającej ku szeroko pojętej tolerancji wyznaniowej, społecznej.  I przede wszystkim w oparciu o silny, zdecydowanie wyrosły z tradycji politycznych cywilizacji zachodniej, element prawa konstytucyjnego, o praworządność i rozdzielność równych sobie władz: rządowo-wykonawczej; parlamentarnej z władzą ustawodawczą: silną, niezależną od władzy wykonawczej i legislacyjnej Prezydenturą, która w największej mierze zasadza się na zapewnieniu nadrzędności konstytucji nad wszelkimi innymi aktami legislacyjnymi i zwierzchnictwem nad wojskiem (aby móc ewentualnie np. zapobiec wojskowemu puczowi rządowemu). Koroną tego systemu jest ostania, osobna i niezależna  od rządu i parlamentu władza. To władza wyjątkowa, bo jest też niezależna od wyborów powszechnych.  Jedyna pochodząca z mianowania wedle bardzo ściśle ustalonych reguł konstytucyjnych, która nie musi (nie powinna wręcz z zasady) brać udziału w politycznych wyścigach i umizgach wobec wyborców. Aktu nominacji dokonuje Prezydent, ale wyłącznie z krótkiej listy przedłożonej Prezydentowi z mało znanej, ale osobno wymienionej w Konstytucji niezależnej władzy – Zgromadzenia Ogólnego Sędziów Sądu Najwyższego. Ten tylko organ, i żaden inny, wybiera tych kandydatów. Ta dość skomplikowana ale silnie osadzona w Konstytucji procedura ma jeden cel i świadczy o wysokiej trosce państwa w tym jednym celu właśnie – o zabezpieczenie wszelkimi możliwymi środkami niezależności tej wyjątkowej Władzy, uniemożliwienia podporządkowania jej wobec  partii politycznych. By użyć alegorii Kościoła, można powiedzieć  o tej władzy, że jest swego rodzaju archikatedrą Państwa.  Co to za wyjątkowa Władza? Sądy Powszechne, z ich zwieńczeniem w charakterze Sądu Najwyższego na samym szczycie i wspierających go w dziedzinach specyficznych trybunałów: Konstytucyjnego, Stanu i Administracyjnego. Nie mogą te sądy praw stanowić. Ale są jedyne, które te prawa mogą interpretować i decydować czy dany czyn je złamał i podlega karze. A co najistotniejsze, w sytuacjach pytań konstytucyjnych – mogą orzekać ostatecznie, bez możliwości odwołania, czy te przegłosowane i już nawet podpisane przez prezydenta ustawy i akty, rozporządzenia są w zgodzie z Konstytucją. Jeśli nie – tracą moc prawną.  Na tym zasadza się cały fundament państwa demokratycznego w tzw. świecie cywilizowanym.  W różnych krajach są różne inne, wynikłe z lokalnych tradycji i potrzeb warianty, szczegóły tej machiny funkcjonowania władzy – ale wszystkie one zmierzają do tego samego celu: zagwarantowania wszelkimi możliwymi środkami by którakolwiek z tych władz politycznych, rządowych czy sądowych, wyłonionych z wyborów czy z mianowania, nie mogła nigdy przejąć władzy nieograniczonej.  W skrócie – by nie dopuścić do powstania dyktatury lub autokracji.  A wszystko to jest zagwarantowane w Konstytucji.  Akcie, który stanowi o państwie, określa jego charakter. Stanowi też o społeczeństwie, określa prymat (lub zależność i ograniczenia) obywatela. Konstytucja to nie jest papierek do dowolnych zmian i interpretacji. To dokładnie to samo dla Państwa i obywateli, co Dekalog dla Kościoła. Można prowadzić spory teologiczne o setki spraw w rozumieniu religijnych przykazów, zachowań, konieczności i niemożliwości. Ale odrzucić choćby jedną zapisaną w Dekalogu jest niemożliwe. Wówczas Kościół traci swój sens istnienia, bo decyduje, że w ‘wyborach’ (więc np. w głosowaniu na Synodzie) może obalić Boga lub, że dany biskup czy nawet papież Bogu jest równy lub wręcz od niego wyższy.  Takie zachowania Kościół musi ogłosić herezją, potępić i wyłączyć jego wyznawców z Kościoła.  To samo jest z Konstytucją.  Zwykłe akty rządowe ani nawet parlamentarne, nawet z błogosławieństwem prezydenta, jej zmienić nie mogą. Ani zwykła większość sejmowa.  Nie mogą usuwać niezależnych sędziów z sądów. Nie mają prawa lekceważyć wyroków i orzeczeń sądowych.  Mogą się odwoływać do wyższej instancji, aż do tego Sądu Najwyższego i wymienionych Trybunałów. A kiedy te wydadzą swój wyrok, droga się kończy. To wcale nie jest takie skomplikowane i wcale nie utrudnia sprawnego funkcjonowania państwa. Przeciwnie.  Jest zbawienne.  Ostatecznie wybory są na ogół co cztery lata. Proszę sobie wyobrazić ten bajzel i chaos, gdyby każdy nowy rząd i sejm wywracały wszystko do góry nogami! Katastrofa ekonomiczna i socjalna. A współpraca międzynarodowa fatalna.  Przed wizją takiej katastrofy teraz stajemy w Polsce.  Dlatego, że członkowie PiS i liderzy koalicjantów PiS wpadli w pułapkę wizji Jarosława Kaczyńskiego.  Najniebezpieczniejszego człowieka w Polsce. Człowieka nienawidzącego III Rzeczypospolitej Polskiej. Naszego państwa.

To nikt inny, tylko Jarosław Kaczyński dążył wszelkimi metodami i podchodami do przeprowadzenia wyborów 10 maja. Wiedział bowiem, że to daje największą szansę wygrania ich przez Andrzeja Dudę, który jest mu bezwzględnie i całkowicie posłuszny. Wyborów, które bezpośrednio zagrażały nie tylko zdrowiu ale życiu tysięcy Polaków. Bo posłuszny Prezydent jest mu niezbędny dla zniszczenia resztek niezależności sądów polskich.  Gdy te Sądy opanuje swoimi ludźmi (właśnie pokroju Andrzeja Dudy, tj. posłusznych prezesowi partii) będzie mógł dokończyć dzieła zniszczenia i pogrzebania znienawidzonej przez niego III Rzeczypospolitej. W świetle prawa, bo nawet je ostentacyjnie łamiąc – zależne od niego sądy potwierdzą je jako zgodne z Konstytucją. Wtedy bez autentycznej rewolucji obywateli, bez wyjścia na ulicę i autentycznych, a nie zbudowanych z tektury, flag i plakatów barykad – nikt tego nie powstrzyma.  I wie, że taka rewolucja jest bardzo mało realna w Polsce i milionów nie pociągnie. Może mieć miliony sympatyków ale nie może mieć milionów na barykadach. A małe rewolucje można łatwo i stosunkowo małymi stratami zdusić. Ktoś może logicznie spytać – no ale skoro ma tak wielką (J.Kaczyński) władzę i już kilkakroć zmusił i rząd i Prezydenta do złamania Konstytucji w mniejszych sprawach, to po co mu ten parawan ‘legalności’? Może zlekceważyć protesty Sądów i ich wyroki, kadencja sędziów polskich nie jest dożywotnia i nie aż tak długa, więc powoli i tak obstawi te sądy swoimi ludźmi (tak , jak całkowicie nielegalnie zrobił z Trybunałem Konstytucyjnym i trybunał ten w dalszym ciągu już blisko pięć lat funkcjonuje w tej nielegalnej formie). Może. Ale czas nie płynie na korzyść Kaczyńskiego niestety.  Ani jego biologiczny (jest coraz starszy i zdaje się nie najlepszego zdrowia) ani polityczny. Za kolejne cztery lata istnieje bardzo silna możliwość całkowitej utraty władzy w postaci przegranych wyborów parlamentarnych. Nie dlatego nawet, że Polacy nagle zatęsknią en masse za demokracją, za prawem, za wolnością i równością. Polacy będą zmuszeni to zrobić, bo staną oko w oko z wielkim kryzysem finansowym, a więc i ekonomicznym. Pieniądze Skarbu kurczą się z miesiąca na miesiąc. Skala nieodpowiedzialnych, choć popularnych, świadczeń socjalnych  w połączeniu z bardzo nieudolną polityką ekonomiczno-inwestycyjną rujnują ten Skarb. Olbrzymie pieniądze otrzymywane z Unii zmniejszają się z każdym rokiem (jak zmniejszać się miały po okresie wstępnej masowej pomocy), nowe mogą wyschnąć całkowicie, gdy Unia w końcu stanie wobec twardych decyzji czy Polska stosuje się do praw europejskich, które gwarantowała podpisując Traktat wspólnoty europejskiej.  Jest jasne, że w sprawach sądów  najwidoczniej tego nie robi. Po ostatecznym zapadnięciu wyroków Trybunału Sprawiedliwości w kilku zbliżających się do wokandy kwestii polskich – Komisja Europejska i Parlament Europejski zmuszony będzie podjąć ważne decyzje.  Jak na razie jest dość oczywiste, że te wyroki Trybunału nie będą dla PiS korzystne.  Wtedy mogą się zamknąć kurki z rurociągu finansowego z Brukseli do Warszawy.  Nie tylko zamknięcie tych kurków – mogą nastąpić bardzo wysokie kary finansowe.  Wtedy urządzanie popularnych w elektoracie nagonek na różne mniejszości (ostatnio centralnym punktem kampanii nienawiści i szczucia poddani są obywatele LGBTQ) może nie wystarczyć na utrzymanie władzy.  Ale jeżeli podporządkowany Kaczyńskiemu Sąd Najwyższy RP, przy wsparciu Trybunału Konstytucyjnego RP już podporządkowanego całkowicie PiSowi, wyrokiem uzna np. sfałszowane wybory za prawdziwe i legalne to bardzo utrudni ingerencje Unii a Polakom w kraju uniemożliwi zupełnie podważanie ważności takich wyborów.  A poza sprawami wyborów jest jeszcze cała masa funkcjonowania państwa i społeczeństwa. Przy służalczości sądów wszystko prawie można zrobić. Ludzie niebezpieczni mogą być pozbawiani praw politycznych, nawet lądować w więzieniach. Kobiety stracić jakiekolwiek prawo do decydowania o swoim ciele (aborcje), zmiażdżyć sfingowanymi oskarżeniami i nowymi prawami niezależne ośrodki mediów a zwiększyć zasięg już potężnej machiny propagandowej rządu, zrujnować finansowo niezależne NGO (fundacje, organizacje praw człowieka i obywatela, nawet fundacje zdrowia i opieki – trwająca już od kilku lat straszliwa nagonka na Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy).  To wszystko, i sprytnie i bezwzględnie przeprowadzane może zmienić też i samo społeczeństwo.  Obroża niewoli zakładana bardzo powoli i ostrożnie nie doskwiera silnie aż do momentu, gdy zamyka się jej ostatnie ogniwo.  Wtedy, pewnego dnia, zgodnie z Konstytucją czy nie to prawie bez znaczenia będzie, bo usłużni sędziowie stwierdzą, że zgodnie – tryumfalny Jarosław Kaczyński będzie w stanie tą Konstytucję tak zmienić, że będzie mógł urbi et orbi powiedzieć: tym podpisem naszego Prezydenta Andrzeja Dudy zamykamy ostatnią kartę III Rzeczypospolitej. Od jutra będzie IV. Nasza.

I dlatego wystosował ten słynny już, długi i ważny List do członków PiS. List przedwyborczy nakazujący maksymalną mobilizacje wyborczą. Wszelkimi możliwymi środkami i drogami. Ten List nie pozostawia cienia wątpliwości, że te wybory traktuje jako ‘być albo nie być’ wizji i celu PiS. I całkowicie mu tym razem wierzę.  Kontrkandydatów Dudy traktuje w tym Liście wyraźnie i bez wątpliwości, nie jako politycznych rywali, ale jako wrogów.  Ten List należy traktować z pełną powagą. Bo pisze go nie Prezes partii a wódz partii. Nie pan Duda, który nawet w swojej partii nie może być traktowany poważnie ale de facto władca Polski – Jarosław Kaczyński. Człowiek, który szczerze nienawidzi III Rzeczypospolitej Polskiej. A zwłaszcza jej ,gorszego sortu’. Gdy ktoś szczerze nienawidzi – to jest bardzo niebezpieczny.

Czy Polacy docenią skalę niebezpieczeństwa jakie nad krajem zawisło? Nie wiem. Jest olbrzymia szansa, że te dwa ostatnie miesiące, naznaczone piętnem pandemii, które uwypukliło kruchość (nie tylko w Polsce, wszędzie) pozornego pokoju i małego dobrobytu społeczeństw – dało wielu szanse na zdrową refleksję. Co może się stać, jeśli tak wszystko z dnia na dzień potrafi się zmienić, odwrócić? Jakie gwarancje i obietnice ofiarowywane nam przez istniejąca władzę są silne i prawdziwe? Co się stanie gdy nie będą mogli ich dochować nawet gdyby chcieli? W jakim państwie wtedy łatwiej i bezpieczniej będzie przeżyć, przetrwać? W państwie podzielonym i skłóconym czy na nowo zjednoczonym jakimś wspólnym dobrem, wspólna wartością? W państwie, gdzie wszyscy muszą żyć wedle jednego tylko wzorca i jednej z góry narzuconej tradycji czy w państwie, w którym wszyscy CHCĄ żyć mimo różnic ideowych, światopoglądowych, wyznaniowych, rasowych, orientacji seksualnych?  Bo wszyscy tacy sami nigdy i nigdzie być i tak nie możemy.  To nierealne i nie naturalne. Żyjąc od lat w państwie (Kanada), które uważam za jedno z najlepszych pod względem tolerancji i szacunku wobec olbrzymiej wielości różnych mniejszości – proszę mi wierzyć, że w takim żyć dużo łatwiej. I bezpieczniej.  Nie jest doskonałe. Ciągle zmaga się ze swoja przeszłością pełną błędów. Ale systematycznie z tą złą się właśnie zmaga, walczy, polepsza teraźniejszość.  A zjechałem i poznałem szmat świata.

Poniżej chcę państwu przedstawić list innego kandydata na Prezydenturę Polski.  Rafała Trzaskowskiego.  Ten List, jest dokładną odwrotnością Listu Kaczyńskiego. Oferuje nadzieję zamiast strachu. Wyciąga rękę zamiast ją odcinać. Ten List publikuję, bo nic chyba tak dobitnie nie ukazuje różnicy między Jarosławem Kaczyńskim a Rafałem Trzaskowskim. Jeden jest antytezą drugiego. Ktoś się może spytać czemu piszę tu o Trzaskowskim i Kaczyńskim, a nie Trzaskowskim a Dudą? Ale ktokolwiek by takie pytanie zadał to naprawdę bardzo proszę posłuchać o co Pan czy Pani się pyta.  Pan Andrzej Duda w tych wyborach nie ma najmniejszego znaczenia, jako osoba.  On nie kandyduje ani nawet nie pretenduje, że chciałby być prezydentem.  Pan Andrzej Duda jest po prostu reprezentantem pana Prezesa PiS.  Aby to jaśniej przedstawić wrócę na moment do kraju mojego obecnie zamieszkania, Kanady. Otóż (wiele osób o tym zapomina) Kanada jest monarchią konstytucyjna a nie republiką, jak Polska.  Głową państwa więc nie jest prezydent a monarcha.  Ale ze względów historycznych nasz monarcha nie mieszka w Kanadzie tylko w  Wielkiej Brytanii. Czyli praktycznie obowiązki Głowy Państwa (i Zwierzchnika Sił Zbrojnych) pełni Generał Gubernator (najczęściej po polsku określany błędnie jako Generalny Gubernator) .  Ale ten Gubernator nigdy nie jest i nie będzie Monarchą Kanady. Jest tylko tego Monarchy przedstawicielem.  Tak, jak pan Duda jest tylko reprezentantem Prezesa.

A oto List Rafała Trzaskowskiego.

Rafał Trzaskowski

List do sympatyków i członków PiS

Szanowni Państwo,

kilka dni temu otrzymaliście Państwo list od Prezesa PiS Pana Jarosława Kaczyńskiego. Mimo że adresowany był do członków i sympatyków Waszej partii, jego treść przedostała się do mediów. W związku z tym wszyscy mogliśmy w nim przeczytać, że „zwycięstwo kandydata KO oznaczałoby ciężki kryzys polityczny, społeczny i moralny”.

Od wielu lat polskie życie polityczne trawi choroba nienawiści. Oduczyliśmy się ze sobą rozmawiać. Przestaliśmy szukać porozumienia. Zakładamy z góry, że w każdej sprawie musimy stać po dwóch stronach barykady. Czy naprawdę tak jest? Nie możemy pozwolić na to, żeby kolejny raz wygrały podziały. Ludzie mogą się różnić, ale szacunek do drugiego człowieka, braterstwo oraz wspólnota muszą wygrać. Kiedy kamery są wyłączone, politycy potrafią ze sobą normalnie współpracować. Znam wielu, którzy – mimo że reprezentują różne opcje polityczne – normalnie ze sobą rozmawiają. Dziś w Polsce potrzebujemy tej rozmowy.

Domyślam się, że większość z Państwa może być zaskoczonych moim listem. Dużo czasu musi upłynąć, żebyśmy znów zaczęli prowadzić normalny spór o wartości i sprawy merytoryczne. Bez nienawiści i agresji. Kiedyś trzeba jednak zrobić pierwszy krok. Ktoś pierwszy musi wyciągnąć rękę.

Nie możemy żyć ciągle w stanie napięcia, konfliktu i kryzysu. Musimy spróbować znowu być wspólnotą, mimo że często się ze sobą różnimy. Ci z polityków Prawa i Sprawiedliwości, którzy mnie znają, wiedzą, że taki właśnie jestem. Zawsze szukam kompromisu. I dalej będę go szukał, starając się odbudowywać wspólnotę i szanując wszystkich, bez względu na ich poglądy. Nie mam problemu z tym, że postrzegacie mnie jako przeciwnika politycznego. Nie patrzcie proszę jednak na mnie jak na wroga, bo nie jestem Waszym wrogiem. Nie ma we mnie także nienawiści. Często czuję zdumienie, czasem smutek, ale nigdy nienawiść. Uważam, że Polsce potrzebny jest silny Prezydent, który na każdego będzie patrzył tak samo – niezależnie od tego jaką partię reprezentuje lub jakiej partii jest sympatykiem.

Najbliższe tygodnie to będzie rozmowa o Polsce dla naszych dzieci. Chciałbym, żebyśmy w tej rozmowie potrafili się słuchać, a nie na siebie krzyczeć. Prowadźmy dialog między sobą, bez pośrednictwa państwowych mediów i polityków. Może się okazać, że nie różni nas aż tyle. Wszyscy mamy prawo do patriotyzmu, do miłości do naszego kraju. Polska bez podziałów jest silniejsza. Takiej Polski chcę.

Chcę Państwu powiedzieć, że naprawdę szanuję Państwa poglądy i jeśli zostanę prezydentem, będę też Waszym prezydentem. Będę prezydentem budującym wspólnotę narodową. Będę bronił praw każdego obywatela – bez względu na różnice poglądów.

Bądźmy wspólnie dumni z naszego kraju. Mimo różnic.

Old Poland – building blocks of modern Europe

text by B Pacak-Gamalski; photographs of Jola Drozdzenska and B. Pacak-Gamalski

  • Warsaw, J. Drozdzenska, 2020;
  • Wroclaw, B. Pacak-Gamalski, 2018
  • Lublin, J. Drozdzenska, 2020
  • Wilno, B. Pacak-Gamalski, 2018

Henrik Ibsen, great Scandinavian play writer, said “A thousand words leave not the same deep impression as does a single deed”. In ensuing years, the sentence become known as “a picture is worth thousand words’.  Perhaps not always true or oversimplified (as any popular sayings) – it does hold popularity and often serves its purpose.

Many of you have become familiar with my own likes of using camera to build an image of place, happening or even a feeling of familiarity, something that touches our common memory or imagination.

So let me take you on a journey of four cities in present or former Poland, which have a tremendous effect on shape of Central and Eastern Europe in the past one thousand years.

First Warsaw (Warszawa in Polish), capital of Poland since XVI century, when moved there from Cracow, the old capital. Then Lublin – very old  and definitely not large city, in the last 300 years slightly forgotten and not as prominent as before. Wroclaw – very old and powerful city in Lower Silesia of early Poland, than equally powerful city of kingdoms and empires of Bohemia, Hungary, Austria and Germany. It returned to Poland in 1945. Wilno (Vilnius in Lithuanian) – originally an old capital of Duchy of Lithuania, than Polish major city for hundreds of years in northeastern part of the Kingdom.  Since 1945 become again capital of modern independent Lithuania.

These cities, perhaps (apart from the medieval city and first Polish capital of Cracow) more than any other, shaped or witnessed for hundreds of years the type and extend of borders and policies of major powers of Europe until the end of XVIII century.

Once Christianity and Papacy become the force that created what is known today as Europe, a new era begun on this continent. It lasted for hundreds of years. And is still visible and recognizable in today’s European states and alliances. After all, the EU (European Union) is nothing more than re-emergence of old goals of early Western Christianity Europe of Holy Empires, popes, Christian dukes and kings. No, it no longer adheres to Papacy and it’s moral or political authority, to a large extend it doesn’t adhere at all to any religious order or vision. It is modern, cosmopolitan and based on equality of rights of its citizen’s, who can pray to any god they wish to or not pray at all. It is secular to the core.  The unity it aspires to project is of cultural, not simply religious, heritage. Cultural and civilizational. But the Europe of first modern states after the collapse of earlier pagan Roman Empire, lasted for more than thirteen hundred years ( approx. until XVIII century). It wasn’t Europe of Italian, French, Spanish, German or  Polish nation states. It wasn’t Europe of nations at all. It was Europe of dynasties, of Crowns. Yes, it is true that most of these dynasties started somewhere, in some very small and concrete territory, were locals spoke one dialect.  But just a stone throw away people were speaking different dialect.  It took hundreds of years for national languages and national mythology to emerge. Of what is Britain today, what is France or Germany, or Poland  was decided by chances lost and won by the dukes and kings. From very few families. Local population had little sway or interest for these families.  Land and opportunity to expand it and keep secured was the major interest. The most decisive years were these between XII and XV century. They shaped or paved the way for today’s states. The monumental three hundred years saw the decline of small, local feudal dukes (France, England and Scotland, Poland) and emergence of powerful Houses:  of France, Spain, England, Scotland, Poland, Germany and Hungary ( for a shorter, earlier period until year 1200 – Bohemia, todays lands of Moravia, Czech and Slovakia and Silesia). In Poland, which was the most powerful kingdom and major driving political force east of Oder and Carpathian Mountains, ruled the House of Jagiellonian kings. Comparable in strength and influence to the Habsburgs, the House of Anjou and Valois, the Bourbons on the continental side and Tudors and Stuarts on the Island.  More or less  all of them intermarried at some time with each other and to a large extend the remaining Royal Houses of Europe (including the –  German in origin – Windsor House of our Queen) comes from a mix of these medieval royal families of France, Germany, Poland and Spain.

But enough of history.  I stop before the ‘thousand words”. Only eight hundred so far.

Warsaw, (Warszawa in Polish) – a city that lies in the middle of Poland, on both sides of main Polish river, Vistula (Wisla in Polish), since 1596 capital of Poland. Frist gallery is the most recent, photographed in last days by North Vancouver’s photographer, Jola Drożdżeńska. Second, from 2018 by the author.

Lublin – old and not a very significant nowadays, but prominent Polish city by the end of medieval period, often Seat of the Sejm (Polish Kingdom House of Commons). In 1413 was a place were the most important (apart from accepting Christianity by early Polish Dukes in 966) political moment of Polish history happened: the Union of two powerful states: Kingdom of Poland and Grand Dutchy of Lithuania. It gave rise to huge imperium stretching at times from Baltic Sea to Black Sea, that lasted until it’s collapse in 1795. (all photos by J. Drożdżeńska, 2020)

Wroclaw (Breslau in German, Vratislav in Czech) – very prominent and old city in Silesia. Originally established and govern by early Polish dukedoms of the Piast dynasty and Bohemian king Vratislaw (hence the name). But from the onset it often changed hands between Polish and Bohemian states.  Since XIV century the city often fell under German Emperors and Dukes; at times even under the rule of Hungarian kings. It was perhaps the most multicultural and multiethnic city in this part of Europe, including an early medieval settlement of Wallons from Belgium.  By the end of XIV century the Polish Kingdom lost practical and even legal control of the city and it became part of Hapsburg’s Empire, followed much later by Prussian rule. Since 1945 it is part of Poland again. No other city in Poland (perhaps with the exception of Gdansk on the Baltic Sea) symbolizes the early European mix of cultures, feudal interests and intersections of major political cooperation and wars, as Wroclaw. (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018)

Wilno (Vilnius in Lithuanian) – the only city in this story that is not a part of Poland today, but returned , as its capital, to independent Lithuania in 1945. It’s here because one can’t even begin to talk about Polish Kingdom by the end of medieval epoch and the great dynasty of the House of Jagiellons without that city. It is, after all, from here that the great European dynasty of Jagiellonans emerged after signing first a personal union (1385), and then full union of two states unification: Polish Crown and Lithuanians Grand Dutchy. And, as Wrocław far to southwest border of Poland, Wilno was, through most of its days in the Polish Commonwealth and the Second Polish Republic (1918-1945), an amazing mixture of cultures, religions, even civilizations (starting with two very different types of early division of Christianity – Orthodox (Constantinople Eastern Roman Empire) and Roman Catholic (Western Holy Roman Empire).  In times it became important centre of Jewish faith and studies;  protestant Christianity (mainly Calvinism), there were pockets of Tatars and Muslim faith. You name it – it was European Toronto of late Middle Ages.  (photos by B. Pacak-Gamalski, 2018) 

By the XIX century the old Europe of multinational dynasties, for all practical reasons, was gone, replaced by national, ethnic states. The final ‘nail to the coffin’ of the old Europe, was the I world war. But the shape of these states, the language and mythology of these national states was formed by these dynasties and the old Europe.

Black Lives matter in Halifax

On a warm, sunny evening on June 01, Halifax added its voice to international protest against police brutality toward Black people. In the US mainly, as the protest were sparked by heinous execution of George Floyd by police in Minneapolis, but sadly also here. Halifax is the next main Canadian city to organize such protest, after clashes day earlier in Montreal, peaceful protests in Toronto, Calgary and Vancouver.

For many reason Halifax is perhaps the most important for such protest in Canada. Nova Scotia is, after all, the true home of Canadian Black settlement. Going all the way to the end of XVIII and beginning of XIX century. And to long years of racist attitudes toward the community.  Nova Scotian’s of African descent created here vibrant life and amazing connection to the land. ( I have written here, on this blog, about their history on January 29, 2020, if you would like to know more about that fascinating subject. The two-piece essay in mainly in Polish, but with an extensive English summary and many photographs)

They have, particularly in Halifax, their own share of grievances against local municipal Police Force and their racist attitude. It led a year ago to an appointment of new Police Chief from  outside of Nova Scotia and promise of new policies.

But today it was different. It was hopeful, angry at times perhaps but generally uplifting. Yes, under the main theme “Black people’s lives matter’. And it matters because Black people lives are rich and beautiful. Because their lives are part of our lives. Because they are PEOPLE. Like you and me.  And we, white folks, are awakening to that single, powerful truth. That a mother or father should never fear that the worst that might happen to their child could be an encounter with Police officer. They should never train them how to react, how to be at their utmost best and polite to a fault when talking to a policeman.  Or they might not survive that encounter. And it is still a reality to them.  Old habits and way of doing things die hard. But, by God! die they must and the sooner the better for all of us.

As you will notice on the photographs I have taken today – a majority of folks taking part in this beautiful protest were not Black but white and other colours. That speaks volumes. Good volumes. The change is here.  Let her come and welcome with open arms. Just about time.

Military Report

In North Vancouver, in Lynn Valley  Seniors Care facility we heard it first. First sample of what was going to come. Covid-19 infections among staff and residents. Later came other Homes like that. In Ontario, Nova Scotia, New Brunswick, Quebec.  Vancouver was first, before the epidemic spread all over Canada. We were still innocent, still reading about faraway places. Life was to a large extend normal. Comparing to today—life was as nothing was happening. We were still innocent … .

The text above was the beginning of my first article on this subject. I published it here two months ago, exactly on April 2. Later, I wrote two more articles on this subject. It makes this one a fourth one.  I knew that I was going to continue this particular series, but I also hoped that by now I would be writing how the provinces and premiers assumed their responsibility and culpability. What instant steps they have taken and when will they start a serious process of assessment and formal inquires not only of what happened, but first of all why it was such a tragically spectacular failure. And how will they proceed with serious overhaul of Long Term Care Centres for Seniors (LTC). None of it happen. Even after the calls for inquires and commissions grew louder.  After they were forced by the sheer examples of  tragic deaths in their own provinces, under their own responsibility and charge. No.  They couldn’t even utter: I am, as premier of this province, very sorry that I have failed you in this matter.

Being premier of province doesn’t mean that you can only play the role of a solemn hero, of a stern father, who reminds the residents of their responsibility in difficult times. A father, who is even forced at times to chastised the residents, who don’t play by the rules. Out of care. It is a role they do have to play. But that’s not the only one. A pandemic and good governance is a very long play. There are many stories to be told in that play. One of them is called fortitude and solemnity in accepting, on behalf of the province, a responsibility of the mistakes. Even if there were many previous fathers of such mistakes.  But you are the “father’ now, you are the premier and you have to take the blame. And bow. That’s how a leader acts. What all the premiers did, was paying the role of consoler and politician. Not the leader. Not on this file. This tragically avoidable file. One that will haunt as for years to come.

It was the leadership of the Armed Forces to force the issue to the front. To make sure that it couldn’t be dressed in nuances, shadows and colours that would hide the obvious fact: the failure of the system. They have planted that ticking bomb called Army Report and made sure that the existence of the Report was leaked to the media in advance. That now no one, in any government provincial or federal , would dare to call it ‘stories’, ‘situations’, perhaps a hearsay of some witnesses. No. Now these are official facts. Prepared by trusted and respected by the nation institution of our Army. Trusted much higher than any political government of any political stripe. The same army the premiers of Quebec and Ontario called to help them run the awful places being called LTC. The same Army that went and did the dirty job.   As they would in any other , military battle. And, as in a traditional battle, they did risked their lives. Many of them got infected and are sick now. O hope  they will fully recover. In their cases I wouldn’t call it even ,infected soldiers’. I would call it ‘wounded soldier’. Wounded, because political masters sent them to fight a war, that was badly planned, with bad strategy. But good officers, while accepting the order and doing the fighting are sometime also very smart. And they outsmarted the masters. They outsmarted them with the Military Report on LTC. What every single one government Agency and government leaders failed to do – they did.  Now the milk is spilled. And the governments, the leaders have to clean it up.  Or resign. No, this is not too strong a wording or demand. We are taking about thousands of lives lost. Not only because Covid and coronavirus.  We will never know how many would have died (some – certainly) if the Centres were run properly, properly prepared for this and many other epidemics.  If there was proper, stringent oversight.  If the owners cared.  And if the governments wanted to see.

I write these words shaken to the core. I knew these people. Walked with them, chatted with them, consoled them, danced with some of them, sung old songs with them.  For many years, because they were friends of my Mom, who spent years in such a Home. They were wonderful.  Sometime like children. Sometime like the wisest of the wise.  People, who lived and huge majority of them wanted to live. Who knew, when bad things were happening to them. Who fiercely tried to protect their limited independence and protested even stronger, when their dignity was being assaulted.  Each and every one of them had their story. Unique. Often amazing.

My Mom during her last visit to Poland, in her old apartment

For their memory and memory of my Dear Friend, my Mom, who has showed an amazing heroism in her fierce battle and sometime difficult acceptance of  dementia and Alzheimer. I promise you, that you all were important to us. And I will do my utmost to not let this story to die, to be forgotten.  And will not let any premier or prime minister to forget it, either.

Natural Gallery of Art

by Bogumil Pacak-Gamalski (text in Polish, followed by English version; all pictures by author)

Kto z nas chodząc po górach nie zachwycał się kształtem niektórych grani, szczytów, skalnych nawisów? Inaczej patrzy się na panoramę Tatr z przełęczy na Krzyżnem podziwiając krajobrazowy widnokrąg tatrzański, a inaczej z bliska jego skalne detale. Widzimy wówczas głowy, paszcze, jakieś potwory, kły – wszystko, czego wyobraźnia zapragnie. Jak dziecko spoglądające w chmury o zaczarowanych kształtach.

Ale jest jeszcze inny świat zaczarowanych skał. To świat głazów i ich okruchów, odprysków, zwykłych kamieni, które w odpowiednim świetle, środowisku wydają się też być magiczne. Inne, skromne, są  wewnątrz lądu, na polach i łąkach, inne nad rzeką i strumieniem. Ale najpiękniejsze bodaj tam, gdzie stykają się dwa żywioły Ziemi: prastary ocean i wyrosły z niego ląd.

Te pogranicze światów potrafi stworzyć przepiękne galerie kolorów i kształtów. Wystarczy na moment wzrok zatrzymać, spojrzeć uważnie, wrócić w wiek dziecinny a ukaże się nam świat godny Luwru lub Ermitażu.

Na spacer fragmentami takich galerii i zgromadzonych tam naturalnych klejnotów natury zapraszam.  Trudno je znaleźć w znanych kurortach nadmorskich, na wyczesanych, ukształtowanych przez człowieka pięknych , piaszczystych plażach.  Ale wzdłuż dość jeszcze dzikich , skalistych wschodnich wybrzeży Nowej Szkocji – polecam bardzo.

If we ever go to truly high mountains, as we climb them, especially when we reach high passes – the views and vistas are unparalleled. The wide horizons of tall peaks, reaching clouds, the deep valleys below are breath taking. I was always taken by them, mesmerized. Be it in High Tatras in Poland, in Andes between Argentine and Chile,  even the peak of Mt. Cook in New Zealand or lush green, tropical volcanic peaks in French Polynesia. But none as beautiful as Canadian Rockies.  But when you look close at shapes of particular rocky formation next to you – to the detail – you could see faces of gargoyles, mythical creatures. Your imagination sets the limit. Try to remember childhood and watching clouds, their changing shapes. Then you would be able to notice the hidden mysteries of rocks.  

But there is another world of colours and shapes  that is particularly special. A place where two ancient worlds meet: the Ocean and the Land. To do that, it’s best to find not a popular touristy beach but more wild, natural, spot. Nothing could much the relatively unspoiled Eastern shores of Nova Scotia.

So let’s go for a short walk. I will try to take you to the amazing gallery of rocks tiny and huge, that are in constant battle with mighty ocean. The ocean that shapes and changes the land and rocks.

The first, I call ‘The Guardians of the Land’ / pierwsza galeria to ‘Strażnicy Lądu’

The second is ‘Things small and fluid’ / druga to ‘Rzeczy małe i zmienne’

The third one is ‘Ancient Art’ / trzecia to ‘”Sztuka antyczna’

Church towers

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my very early youth, what would you call now teenagers’ age, I had a mythical place I have never been before but new very well.  Wilno or as Lithuanians call it, Vilnius. It has a very strong connection to Polish history and identity (which, of course, doesn’t take anything away from the rightfully special connection it has with Lithuanians, the founders of the city in late medieval period) but it has also very strong and immediate connection in my own family. On top of that, two of my most cherished – at that time – national heroes were, in many ways, identified with that magic city: great romantic poet Adam Mickiewicz and founder of modern Poland, Marshal Joseph Pilsudski.  Wilno was often called a Rome of northern Europe, as it was built on seven hills surrounding it. It was also called a City of Churches.  And it still remains one. Wherever you go in the proper, old Wilno, you can see  church towers. In a way, if you don’t know the city very well, you could be advised to study pictures of its churches and then just look around for a familiar church tower and you will know where you are.

We wczesnych latach nastoletnich Wilno było moim magicznym miejscem na długo za nim mogłem tam po raz pierwszy pojechać.  Z wielu względów: duża część rodziny z tym miastem miała swoje silne związki, nie było chyba szerszego spotkania rodzinnego, gdyby coś o Wilnie się nie mówiło; Mickiewicz i Piłsudski: dwóch moich wtedy bogów prawie a ani o jednym ani drugim trudno cokolwiek mówić bez wymieniania tego grodu Giedymina; no i naturalnie silny, atawistyczny niemal bunt przeciw moskiewskiej okupacji Wilna (tak przez całą młodość traktowano odebranie Polsce Wilna po Jałcie w moim środowisku, nie wiele się wtedy mówiło o Litwie, bo każdy z nas wiedział, że ani Ukraina ukraińska ni Litwa litewska, no i w 13 letniej patriotycznej, anty-partyjnej łepetynie nie pojawiała się nawet myśl, że Litwini nie chcieliby dalej kontynuować tego cudownego związku Rzeczypospolitej Obojga Narodów…).

A Wilno to mili moi Miasto Wież Kościelnych. Nie potrzeba mapy, wystarczy pooglądać album zdjęć kościołów starego Wilna a mowy nie ma zagubieniu się na dłużej (co po prawdzie wyjątkowo łatwo w wijących się zaułkach, wąskich uliczkach i licznych bramach): w perspektywie ulicy lub za pierwszym zakrętem zawsze zobaczysz jakąś wieże kościelną lub cerkiewną. Zdjęcia poniżej z mojej ostatniej wizyty w 2018.

But if Wilno churches represent northern gothic (St. Ann’s church is a an absolute gem of this architecture) and Polish renaissance and baroque – opposite is true to Nova Scotia sacral architecture.  But Nova Scotia, as Wilno in Lithuania, is truly a province of Church Towers.  No (with a very few special exception in Halifax, Pictou, Mahon Bay) classic examples of gothic, baroque or any other very specific period.  Nova Scotia’s churches are local, pastoral style.  Modest or even poor, full of warm and humility.  Like it’s early settlers, be it French or Scottish, Anglo-Saxon or from Holland and Germany. Not to mention exceptionally poor black settlers from XVII century onward.

No matter which route you take while travelling through this province – one of the first sites you will notice is little churches, usually on a little hill. Often white, wooden or simple masonry. They look like guardians of the village, town.  They are as silent keepers of the history of this place since European settlement. Mostly catholic (old French settlements), protestant (Presbyterian , Episcopalian, if from Scotland or Lutheran and Calvinistic if from continental Europe) and Baptist if in Black settlements.

Jeśli Wilno to północny gotyk, renesans i specyficzny barok Wielkiego Księstwa, o tyle architektura kościółków Nowej Szkocji nie ma z tym nic wspólnego. A jest tu ich masa. Każda osada, wioska, miasteczko posiada takie, widoczne z daleka, klejnociki lokalnej architektury sakralnej. Mówiąc po porostu: wiejskie kościółki. Urocze, stare, zadbane. Na ogół drewniane i większości malowane biała kredą. Są naturalnie wyjątki w Halifaxie, Pictou czy Mahon Bay, gdzie pokaźne budowle kościelne maja specyficzny i konkretny styl architektoniczny – ale reszta tej pięknej prowincji to właśnie one, te wiejskie kościółki są ciekawym i ciepłym miejscem turystycznej atrakcji. I zbiorem lokalnej historii. Więc bardzo polecam zatrzymania sie w podróżowaniu i obejrzenie ich dokładne. Warto. Zdjęcia poniżej to tylko nieliczne przykłady tych budowli w Halifax, Dartmouth, wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku do Cape Breton, Mahon Bay i Lunenburgu na południu i z Middletown na zachodzie.

I do. Did you, Mr. Premier?

by Bogumil Pacak-Gamalski

This is the third article on almost identical subject.  First was published on  April 2nd. It summarized uneasy feeling: are we doing right by our seniors? Especially the ones totally helpless, confined to places called Long Term Care Centres.  How, as a society, we do really care about them?  Does what we preach reveals itself in what we do? And if it doesn’t – if our values have no meaning other than making us feel good about ourselves?

On the 16 of April, I published the second article. We were just beginning to understand the horrific scale of the tragedy that was going on behind the closed doors of many Long Term Care institutions. The ‘care’ was fully missing from them, the ‘long term’ was being shorten in a dramatic fashion.

In some provinces the percentage of all Covid-related deaths was in sixties, seventies and even higher percentage among the Long Term residents versus the entire provincial populations of Covid deaths. People were even dying not being infected but simply from lack of basic health. From abandonment.

There is a)moral culpability; b) political guilt and blame; and c) criminal negligence.

First (culpability) is the most important, although not punishable by law. In criminal cases the term ‘culpability’ is not the same as ‘guilt’. But we are not taking about law. We are talking about morals, ethics. An entire society (state) cannot punish itself. We can’t be a judge, a prosecutor, an accused, a defender and a jailer at the same time.  But it is the most important one. It does give credence to political and legal actions.  Moreover – it creates a path to action of all societal and state institutions.

Therefore without a tacit (at the very least) nod from us, from society – the state would not allowed things to disintegrate as much as they did. The state itself is void of morals. It professes them very often in its highest form, like Constitutions or Charts.  To a lesser degree in criminal and civil codes. But the state is not run by this high documents (except in very rare cases and most of the time it would be because of citizens appeal to a Court for remedy against actions the state) – a government and state is run every day by regular acts of parliaments, by decrees of government and (most often) by internal regulations of different ministries and state agencies. In that, the Government and Administration takes a clue from political measurement of the will or sympathies of electorate. Here comes point ‘b’: political guilt and blame.  What the government does in gauging the sympathies of electorate is a risky business. But you can’t govern without taking the risk. Generally speaking the government gets ‘away with a crime’ (in a manner of speaking) most of the time.  It is a game played in every state, democratic and authoritarian alike. In a democracy the government is more timid and careful with it. By judging the society feelings mistakenly – it would be judged severely by next election, which is never very far.  In dictatorships, the government can get away with a lot more – the only risk is a revolution, usually bloody and very dangerous, therefore very seldom taken up by society.

But the ‘guilt’ and ‘blame’ is something that every politician tries to avoid as much as possible. Careers and prospect of losing power is very real.

Last one is ‘c’ – criminal negligence. It happens very seldom in case of Government actions. But it can, by individual minister or high ranking administrator. In this case the price is political and criminal case, almost always supported by the State itself. This way the State (government) acts not as perpetrator but as a defender of morality of society and defender of the High Acts (Constitution, special Charts that are treated the same as the Constitution). But most of the time criminal negligence is a result of either private, individual citizens or private businesses, agencies. In both cases the peace of the state, the agreement between Society and the State is maintained. We, as a society, have manifested to the Government that such actions are not tolerated by us and the State instituted legislation and rules that prevent others from  breaking such rules. Under the duress of punishment, of course. Therefore we all can attest that there is ‘nothing rotten in the state of Denmark’. Or can we?

I think that all points (a, b and c) rise up to crimes (moral, political and criminal). Yes, it is true that we profess the dignity and care to all citizens; more than that – to all that reside even in a short period within our borders. We profess that the care of vulnerable and weak one among us deserve special care and help from the State. The tacit understanding is that the most important among them are the very young and the very old.

Then comes a test. Like a school exam. That test came to us in a form of pandemic of new, unknown and dangerous virus – coronavirus and an illness called Covid-19.

And we all failed miserably. But especially provincial governments. Of all and different political stripes: conservative, liberal and NDP alike.  I am not trying to absolve the federal government from all and any responsibility. But the simple truth is that these facilities and entire management of health system lies strictly at provincial doorsteps. With no exception. And it is guarded by them very jealously from interference of federal power.  After all, it costs enormous amounts of money that they must receive from federal coffers. And money is power in politics. Well, such is our constitutional devolution of power. 

But, specifically about long term care for seniors, our subject.  They too, like hospitals, fall under provincial jurisdiction, regulations and control. The institution itself is rather old. After the 2 world war they become regular part of our society. People lived much longer,  not only men but also women become regular part of workforce, therefore their time at home was very limited. More and more people moved to larger cities and old communal forms of help and looking after each other changed and become harder to come by. But the last 25 years skyrocketed in opening more and more of this institutions. Mainly because of the almost pandemic in itself spread of different types of dementia, with its most dangerous form: the deadly and untreatable Alzheimer disease.  We all become very familiar with them, if not our own mother or father, than someone we know ends up in these long term centres.  Something that a lot of us is not aware of, is the fact that there is growing number of residents there, who are much, much younger than typical seniors. Some in their late 30. or 40ies even.

Such a large number of this centres become a financial burden on provinces. As very intensive and specialized medical care is not really part of their operations, the governments decided to let them be owned and run by private businesses.  Of course, most of funds for the centres do come still from the provinces as the monthly rate usually is much higher than ordinary senior can afford. In most cases they do offer much safer and better setting for our seniors than would be possible, even under very  good conditions, at home.  Looked like we all stuck a good deal. Provinces still safe money than running their own care centres and we (society) had our parents and grandparents in safe place. Of course, over the course of many years we all have heard awful stories of bad care, lack of services, appalling conditions in some of them. That was not the norm, though.  Not uncommon, but not something we expected as a norm.  If we complained loudly and persistently enough – things get better. Maybe not for all, but at least for our close one.

My Mom spent last years of Her life in such a Centre. Can’t even imagine Her and mine horror if she would be in one right now. I dedicate this article to Her memory.

But we always believed that there is (perhaps not very rigorously applied) a strong provincial oversight.

Especially if something bad was going to happened. Like, let say, pandemic or epidemic for example.  How could there be not? Yes, there were signs. Remember, very recently, Baptist college educated nurse Elizabeth Wettlaufer, who murdered eight and seriously injured six (that we know of) senior residents in the long term centres she was employed by? Her murders went on for years. Yet, nor serious investigation was ever (until  the last one when police was called in) conducted. If not for her ‘bad luck’, maybe she would have been working still and continuing her murderous calling?

But back to Covid.  At least very early in February everybody federally and provincially knew, that the new strange coronavirus seem to be particularly deadly among old people. Everybody working in the field of medicine and care. And administration of such.  What type of plans were prepared and issued to the care centres? How many detailed and practical seminars were given to administration and employees of these centres? How many special provincial watchdogs were given orders to regularly oversee each and every one of such centres?  Check documents, staffing level and preparedness of staff? Offer them the same, or similar, PPE for use?  Made sure that regular testing for virus by mobile units were available more or less day and night if needed? Required a full and immediate death certificate on any death in facility to be examined if it could have been due to a coronavirus? Made preparations for supplementing and augmenting existing care workers in such facilities in case of shortages ? Any? Seriously?  O, yes. We locked them. This way no one could have seen … .

Let me make a confession. Being, as millions of others nowadays, at home I watch a lot of TV. Mostly news, as I always was a news addict. Political junkie almost.  So I watch, day after day, week after week daily conferences of Prime Minister and Premiers of all provinces (Yukon and Nunavut – thanks Almighty! – do not hold them on national news). And listen to them. And listen.  We are not doing, as far as the illnesses and deaths are concerned, too bad in Canada with the pandemic. Not so good economically, psychologically but not very bad in strictly medical terms. The governments seem to be doing actually a good job. Starting with the right approach by Prime Minister and by far by most premiers, also.  Generally speaking.  We, Canadians.  Unless we are not weaker, often confused, oldest generation locked in the Care Centres. If we are – we are doing absolutely awful. Tragically awful.

So when I listen to the conferences, every day I’m waiting for the premiers, any premier, to actually admit and say honestly: ‘we have failed our seniors and I, as a Premier of my province, am very sorry for failing to do the job that I was entrusted to do. And I promise you all that as soon as the pandemic will end or would become manageable, I will order a full review of all regulations and laws governing Long Term Care Centres for Senior and undertake serious overhaul of the current system. Because the system has failed you’.  So far – none was issued. Instead, I listen as the premier admonishes me to stay at home, maintain social distancing and to remember that I have to protect not even myself but the most vulnerable in our society: the sick and old ones.  And I do. But you didn’t, Mr. Premier.