Vivat Król, vivat wszystkie stany …

by Bogumił Pacak-Gamalski

 

Narodowe święta, rocznice …  Lubimy je obchodzić, może nawet z jakimś szczególnym pietyzmem. Nie aby w sposób wyjątkowo lub zasadniczo różny od innych narodowości, państw.  Ale jakby inaczej trochę. Coś w tym jest, coś więcej niż tylko narodowa duma, przywiązanie wyjątkowe do tradycji. Ostatecznie wielkie rocznice i narodowe święta obchodzone są w każdym chyba państwie, które nie powstało wczoraj. Jedni robią to radośnie (to na ogół zdrowe i świadome swej tożsamości społeczeństwa), inni bardziej solennie, poważnie. My chyba głównie w tej drugiej grupie. Jakbyśmy te rocznice zaklinali, czarowali, jakbyśmy chcieli by nas utwierdziły w pewności, że my tej Tradycji, tego Wydarzenia jesteśmy jedynymi godnymi spadkobiercami.  Naturalnie, niektórzy lubią te świeta z innego, praktycznego znaczenia—dzień wolny od pracy! I to też dobrze. Dlaczego nie?  W końcu nie wszyscy musimy w tym narodowym  tańcu tańczyć co roku, niczym na „Weselu” Wyspiańskiego.

Od czasu pewnego te święta, te rocznice  coraz wyraźniej wykradamy sobie nawzajem;  jedni robią obchody Święta Niepodległości (ulubiona rocznica do budzenia sporów narodowych!) w geście wdzięczności władz i społeczeństwa  za niepodległość i wolność państwa, w geście pamięci i hołdu pokoleniowi i ludziom, która wówczas tą wolność przenieśli, odzyskali.  W geście wyrażenia zwykłego zadowolenia, że ją mamy, że jest. Może nie doskonała, może  szara czasami,  biedna gdzieniegdzie—wszak własna i istniejąca.

Inni przeciwnie—w geście protestu, w geście, że jeszcze jej nie ma, że ciągle historia stara się ją nam okroić. A przede wszystkim, że ta co jest nie jest taka, jak być powinna.  Że jest oszustwem, kłamstwem. Że ci co, twierdzą, że jest i ją reprezentują są sprzedawczykami, złodziejami historii.  To słynne: ‘nie za taką Polskę ginęli nasi ojcowie!’ Naturalnie, jako, że ci ‘ojcowie’ już zginęli, trudno ich się spytać o  jaką rzeczywiście ginęli … A odpowiedzi mogłyby być czasami zaskakujące dla wielu po obu stronach ‘narodowej barykady’

Przykładem wyjątkowo popularnym w obecnych czasach w Polsce 2016, to używanie tego samego symbolu i wzajemne oskarżanie się o bycie spadkobiercą tego symbolu. Chodzi o synonim zdrady narodowej, jakim była Konfederacja Targowicka.

Konfederację Targowicką (dla przypomnienia faktów) zawiązały środowiska konserwatywnych biskupów katolickich i część polskiej arystokracji w celu powstrzymania, zagrażających ich interesom politycznym i ekonomicznym reformom Konstytucji 3-go Maja i środowisk związanych z dworem króla Stanisława Augusta i nurtem oświeceniowym  w Rzeczypospolitej. Był to więc rokosz i akt zdrady państwowej zawiązany dla ratowania i podtrzymania tzw. tradycji narodowej. Tradycji opartej na państwie wąskiej, uprzywilejowanej grupy  dbającej głównie o swoje interesy. O pomoc i opiekę zwrócono się do śmiertelnego wroga Polski, carycy Katarzyny Wielkiej.  Resztę znamy. Zabory  i upadek państwa.

Otóż skutkiem wyborów w 2015 w Polsce do władzy doszły środowiska, których hasłem politycznym od lat była obrona i odwoływanie się właśnie do tzw. ‘tradycji narodowych’. Zarówno w kręgu religijnym, jak kręgu państwowym. I odwoływanie się do szerokich, często niewykształconych mas, że nowoczesność i nowe reformy państwa zagrażają ich wolności, że staną się niewolnikami we własnym kraju,  poniżani za wiarę i patriotyzm.  Tak samo argumentowali targowiczanie zwracając się do szlachty zagrodowej i do włościan. Oryginalne to było wezwanie wobec ludzi, którzy niewolnikami de facto byli:  chłop pańszczyźniany miałby być wolnym w Polsce latyfundiów magnackich i kościelnych?! wolna miała być ekonomicznie zrujnowana szlachta zagrodowa siedząca po uszy w długach u wielkich książąt  i hrabiów?! Nagle połechtano ich starym zawołaniem „panie bracie szlachcicu’, ‘szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie’ i podobnymi bzdurami, które tak się miały do rzeczywistości, jak pięść do nosa. Tak, jakby poseł lub senator partii PiS (gwoli sprawiedliwości trzeba dodać: i jakiejkolwiek innej partii, która w rządach Polską zasiadała w ostatnich 10-15 latach), na wysokich pensjach państwowych, partyjnych lub wręcz unijnych, miał cokolwiek wspólnego z biednymi szeregami rencistów polskich w prowincjonalnych miasteczkach lub biednej wsi lub tysiącami biedaków pracujących na tzw. umowach ‘śmieciowych’. A miał tyle ile jaśnie panowie Rzewuscy, Potoccy i Braniccy z ’bratem szlachcicem’ Kowalskim. Czyli nic.

Dziś w sejmie słychać  obrzucanie się wzajem, niczym błotem, opozycji i foteli rządowych, obelgą ‘targowiczanina’. I znowu w sporze tym niebagatelną rolę  mają infuły i ornaty dostojników kościelnych. Tym razem w zdecydowanej większości po stronie stronnictw konserwatywno-narodowych. Bo wówczas przynajmniej takiej ‘jedności’ w episkopacie i klerze polskim nie było. Jedni opowiedzieli się bardzo aktywnie po stronie zdrajców , inni pozostali przy królu i prawie konstytucyjnym (Konstytucji 3-cio Majowej). Większość przywódców targowiczan (w tym biskupi: wileński Ignacy Massalski i inflancki Józef Kossakowski) zostali potem osądzeni i publicznie powieszeni przed kościołem św. Anny w Warszawie wyrokiem Sądu Kryminalnego Księstwa Mazowieckiego.

Ze wszystkich naszych rocznic świąt narodowych i państwowych, dwa mają znaczenie pierwszorzędne: rocznice ustanowienia Konstytucji 3-go Maja i rocznica odzyskania niepodległości 11 listopada.  Oba zasadzają się na najistotniejszych cechach państwa: ’11 listopada’ to naturalnie symbol samego istnienia suwerennego państwa. Kwintesencja rzeczownika „Polska”—nie ma państwa, nie ma Polski. Drugie to odniesienie się do specyficznej tradycji państwowości, do specyficznego nurtu w historii państwa polskiego. To jest bardzo istotne. Z ośmiuset prawie lat państwowości polskiej wybrano ten u jej schyłku, ba, ten, który był bezpośrednią przyczyna jej upadku w XVIII wieku. Dlaczego nie np. Unię Lubelską, czemu nie Bitwę pod Grunwaldem lub Pokój Toruński lub jakże popularną wiktorię wiedeńską Jana Sobieskiego? Czemu akt , który trwał ledwie rok, był przyczyną rokoszy, konfederacji zbrojnych, a w konsekwencji—upadku państwa?

Dlatego, że wszystkie pokolenia po upadku Rzeczypospolitej, aż do odzyskania niepodległości ponownie w 1918 rozumiały, że był to Akt najistotniejszy w blisko 1000-letniej historii Polski. To był nie tylko jakiś polityczny krok demokratyzacji państwa, takich czy innych rozwiązań konkretnych dla władzy, mieszkańców, edukacji, wojska czy podatków. Trzeba  głębiej, trzeba zrozumieć, co de facto się wówczas stało, czemuż to nazwano ją ‘pierwszą demokratyczną konstytucją’ w Europie. Wszak już angielska Magna Carta pozbawiała króla władzy bezwzględnej, wszak u nas, już od czasów Ludwika Węgierskiego można mówić o wyjątkowej demokratyzacji władzy. Myśmy naszego króla wolą sejmów koronnych wybierali, gdy inni po prostu nic w tym wyborze nie mieli do powiedzenia!

Ale kto to ci Myśmy? Od 10 do 12 % procent mieszkańców Królestwa Polskiego lub  Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Obojga Narodów? To ‘narodem’ była tylko taka maleńka mniejszość? Kim byli pozostali? Marsjanami? Przybyszami z innych krajów? A przecież przed nastaniem władzy królewsko-chrześcijańskiej wszyscy (poza niewolnikami kupionymi lub zdobytymi na innych ludach) byli ludźmi wolnymi. To chrześcijański feudalizm powoli z wolności wszelkich okroił wielką masę włościańską. Chłop polski niewolnikiem co prawda formalnie nie był. Ale już gdzieś od XVI wieku człowiekiem ‘wolnym’ był tylko teoretycznie. Pańszczyzna świecka i kościelna uczyniła z niego masę bezpodmiotową. Jego jedyną wartością była ekonomiczna wartość jego pracy.

I dopiero Konstytucja Sejmu Wielkiego położyła na nowo, lub po prawdzie po raz pierwszy w historycznym, a więc nie legandarno-mitycznym wymiarze fundamenty pod ‘naród’ nowoczesny. Naród obywateli, wsystkich mieszkańców tego państwa. Daleki jeszcze od tego, jak to rozumiemy dziś  – ale rewolucyjny wówczas. Bez tej Konstytucji, gdyby Polska upadła (a ku upadkowi tak czy inaczej się toczyła) jakakolwiek Insurekcja Kościuszkowska skończyłaby się klęską totalną o wiele szybciej. Bez tej Konstytucji nie byłoby mowy o Uniwersale Połanieckim—a bez Uniwersału, dla włościaństwa, może nawet mieszczaństwa, nie miałoby znaczenia czy władca kraju zasiada na tronie w Warszawie, Wiedniu, Moskwie czy Berlinie.  To dla mnie, jako Polaka, jest największym dziełem Konstytucji: zręby budowania autentycznego narodu polskiego. Opartego na demokracji. Raczkującej, kruchej, wręcz niesmiałej. Ale demokracji. I tą rocznicę przyjęliśmy honorować, jako najważniejszą. Idąc dalej (bo wszak tak Rzeczypospolita doby Stanisława Augusta  jak i Rzeczypospolita utworzona po 1918, były państwami autentycznie wieloetnicznymi) można łatwo i konsekwentnie wyciągnąć  wniosek, że stworzyła bazę dla współczesnego państwa i społeczeństwa obywatelskiego. Zróżnicowanego. Ale opartego na prawie, przywilejach i obowiązkach jednakowych dla wszystkich bez wyjątku. Czyli dochodzimy do syntezy demokracji europejskiej Anno Domini 2016. Co więcej—Konstytucja dzisiejsza Polski nie pozwala jakiejkolwiek władzy (nawet sądowej) obywatelstwa nikomu w Polsce odebrać. Obywatel jedynie sam może się jego zrzec. Tym samy samym  Obywatel stał się de facto indywidualnym suwerenem w państwie. Wartością najwyższą.

Jak ważne są konstytucje, zwane też  Ustawami Zasadniczymi, tj. takimi nad którymi żadna inna ustawa mocy mieć nie może, świadczyć może fakt, że w wyjątkowej tylko sytuacji można w nich cokolwiek zmienić  i za wyjątkowym procesem legislacyjnym, który jest praktycznie niemożliwy do osiągniecia bez zgody nie tylko zwykłej większości parlamentarnej ale i bez popracia pozostałych ugrupowań politycznych w parlamencie.  Jednocześnie wszystkie kraje demokratyczne pozostawiają w gestii  sądów kontrole i decyzje czy jakiekolwiek nowe prawo/ustawa/uchwała rządu i parlamentu  czy innego organu władzy politycznej jest z Konstytucją zgodna. W niektórych państwach funkcje te spełniają bezpośrednio tzw. Sądy Najwyższe, w innych powołano specjalne Sądy Konstytucyjne, zwane często Trybunałami. Ich wyroki nie podlegają jakiejkolwiek interpretacji, ocenie legalnej . Nie ma takiej możliwości w Polsce, ani w innych krajach, gdzie takie Trybunały istnieją (gdzie ich nie ma ta sama zasada odnosi się do wyroków Sądu Najwyższego). Można się spierać politycznie o te wyroki, można je krytykować, można głosić wręcz, że są niesprawiedliwe—nie można ich nie wykonywać. Na tym polega dzisiejszy konflikt i kryzys konstytucyjny w Polsce. Że jest niewyobrażalny i po prostu  niemożliwy i nielegalny w każdej mierze.  Tak, jak nie można być katolikiem, który twierdzi, że nie ma Boga, tak nie ma możliwości absolutnie  aby Prezydent Polski, czy rząd polski, czy Sejm czy Senat miał prawo decydować, które wyroki Trybunału są ważne a które nie. Po to właśnie ten Trybunał powstał, by władze polityczne nad nim jakiejkolwiek kontroli nie miały. Można się teoretycznie sprzeczać czy to możliwe, czy rządy wszelkie w taki czy inny sposób  pośredniej kontroli nad nim nie mają. Ale nie ma nikt we władzach wykonawczo-politycznych prawa decydowania, czy wyroki Trybunału są ważne.  Argument, że Trybunał zebrał się w marcu tego roku niezgodnie z nową Ustawą o Trybunale (Sejm ma prawo Ustawy normujące pewne cechy organizacyjne Trybunału podejmować ale te  ustawy w sposób szczególny muszą być skontrolowane czy są zgodne z duchem i literą Konstytucji, a tą kontrolę dokonuje właśnie wyłacznie Trybunał) są zupełnie nic nie znaczące, drugorzędne i bez mocy prawa. Nie mógł się zebrać  w składzie wymaganym przez nową Ustawę, bo tą ustawę  badał czy jest zgodna z prawem konstytucyjnym. Gdyby wykrył, że jest nielegalna i nieobowiązująca (co uczynił) okazałoby sie, że skład sędziowski Trybunału był nielegalny, bo ustawa jest nielegalna!  Trybunał odpowiada tylko przed Konstytucją. Przed nikim więcej. Nie przed Prezydentem, ani Rządem ani Sejmem. Trybunał Konstytucyjny (czy Sad Najwyższy w innych krajach) jest ostatecznym i skutecznym gwarantem prawa w kraju i ostateczną zaporą przed autokractwem lub dyktaturą. Nie uznawanie wyroku Trybunału można by określić za  de facto równoznaczne z puczem i zamachem stanu. Oczywiście nikt nie chce tych sformułowań użyć, podejmowane są nadzwyczajne kroki polityczne i wewnątrz i zewnątrz kraju, by ten kryzys rozwiązać póki autentycznych i bardzo groźnych konsekwencji nie przyniesie. Ale wszystkie te rozmowy, ustalenia, kompromisy muszą oprzeć się na opublikowaniu i wykonaniu wyroku. Innej drogi nie ma. Tu nie chodzi o upokorzenie prezydenta czy premiera. Tu chodzi o uniemożliwienia upokorzenia prawa w Polsce! A więc też wszystkich Instytucji tego prawa, łącznie z instytucjami Prezydentury i Gabinetu Rządowego. To jest ponad głowami i ambicjami pani Szydło, pana Dudy i pana Rzeplińskiego. Chodzi o Urzędy, które sprawują, nie o nich personalnie. Proszę sobie wyobrazić ambasadora Polski lub Konsula Generalnego, który nagle decyduje, że nie zgadza się z taką czy inną decyzją prezydenta lub ministra spraw zagranicznych ( w dodatku mówi, że jego eksperci prawa udawdniają, że ambasador ma rację) i będą prowadzili w kraju, gdzie przebywają własną, niezależną politykę zagraniczną Polski?!  Absurd? Naturalnie. Tylko absurd istniejący w Posce od kilku miesięcy!  Innym, adekwatnym porówaniem może być sytuacja, w której partie opozycyjne decydują, że przedpisy i dekrety rządowe mogą obowiązywać tylko województwa, powiaty, miasta i gminy, gdzie samorządy lokalne są z partii rządzącej, natomiast pozostałe samorządy lokalne będą wypełniać polecenia, zarządzenia i dekrety partii opozycyjnych. Ostatecznie też pochodzą z wolnych wyborów, więc dlaczego mieliby stosować się do praw wydawanych przez partię, która w ich województwie czy gminie wybory przegrała! Niby logiczne i demokratyczne, prawda? Tyle, że Polska stała by się wówczas luźną konfederacją terenową a nie suwerennym państwem. Takie  groźne elementy  państwa w państwie już się jednak pojawiają:    wszystkie instancje reprezentujące środowiska prawnicze i najwyższe instancje sądowe w Polsce (z Sądem Najwyższym i Trybunałem Administracyjnym na czele) oświadczyły, że w procesach dla których mogą  mieć znaczenie wyroki Trybunału Konstytucyjnego , sądy polskie muszą  się do wyroków Trybunału Konstytucyjnego stosować, bez względu na to czy były one czy też nie były opublikowane przez rząd. Wynika to z logicznej reguły prawa, że niewykonanie obowiązkowej czynności administracyjnej (opublikowanie wyroku sądu) nie wstrzymuje ważności prawa i wyroku!

Dużym brakiem (zapewne wynikającym z faktu, że nikomu przedtem do głowy przyjść to nie mogło, że do takiej sytuacji dojść może) jest zawiła procedura rozpoczęcia niezależnego badania sprawy przez Trybunał Stanu. Trybunał powołany do badania przestępstw wobec Państwa przez najwyższe organa władzy tegoż państwa.   Być może ani Prezydent ani Rząd nie upieraliby się wówczas tak uparcie, że opinie jakichś prawników czy radców prawnych z Kancelarii Prezydenta lub Premiera RP są ważniejsze niż wyroki sądu polskiego…

1200px-Konstytucja_3_Maja

I to, te wezwanie, ten kryzys konstytucyjny w Polsce w maju 2016 roku powinno być głównym tematem refleksji i poważnego zastanowienia się, gdy będziemy rocznicę Konstytucji 3-go Maja obchodzić. Wszystkie inne refleksje są w tej poważnej chwili bez znaczenia lub zwykłym zasłanianiem oczu. To szczególne wyzwanie dla Organizacji polonijnych i emigracyjnych. Tych, które w dobie Wielkiej Emigracji po-powstaniowej, jak i z wyjątkowym poświęceniem w okresie po 1945, były depozytariuszami symboli i imponderabiliów polskich. Nie można w Polsce ani w ośrodkach polonijnych poza granicami kraju, z godnością obchodzić tej Rocznicy bez apelu całego społeczeństwa: Panie Prezydencie Rzeczypospolitej Polskiej, Pani Premier Rzeczypospolitej Polskiej, w imię szacunku wobec pokoleń przeszłych, które życie za Konstytucję z roku 1791 oddawały, prosimy o wykonanie swoich obowiązków i wykonanie prawomocnych wyroków Trybunału Konstytucyjnego Rzeczypospolitej Polskiej.  Sądy polskie nie przeczą w jakikolwiek sposób realizowania przez Was waszego programu wyborczego, waszej wizji politycznej, gospodarczej. Nikt nie podważa wyników wolnych i demokratycznych wyborów, które wygraliście zgodnie z prawem. Ale wybory powszechne w Rzeczypospolitej nie zmieniają jej porządku konstytucyjno-prawnego. Przeciwnie – te wybory są właśnie ogłaszane na mocy tej Konstytucji. I tylko w ramach tego porządku prawnego możecie wykonywać swoją władzę. Czego dla dobra Państwa Polskiego Wam życzymy.  Po opublikowaniu wyroków i wykonaniu tychże, razem z Wami, wspólnie wszyscy będziemy mogli zakrzyknąć: ‘vivat Król vivat Naród, vivat Konstytucja!’ Jak krzyczano na ulicach Warszawy, gdy Król z Marszałkiem  Koronnym Stanisławem Małachowskim i Marszałkiem Wielkiego Księstwa Litewskiego Kazimierzem Sapiehą szli po uchwaleniu Konstytucji na nabożeństwo dziękczynne do Katedry św. Jana. I jedno jeszcze—to właśnie ta 3-cio Majowa Konstytucja wprowadziła w Polsce trójpodział władzy: wykonawczej, ustawodawczej i sądowej. Ten trójpodział obowiązuje i w III Rzeczypospolitej w 2016.

 

Jak już pisałem, drugim takim świętem narodowym jest Dzień Niepodległości. Coś, co łączyć winno wszystkich. No, wszak bez tej niepodległości i tych obchodów by nie było! Do czasów „Solidarności’ nikt nie odważył się wyjść na pochód lub marsz 11 listopada w Kraju.  A w tej wolnej wszyscy mogą. Nie zawsze wszyscy powinni—ale mogą. I wychodzą. I ci, którzy na tą wolną, demokratyczna, tolerancyjną, plują.  Nic tu więcej napisać nowego nie mogę. I nie jest to ‘nowość’ z tego lub poprzedniego roku. Więc przytoczę swój tekst opublikowany oryginalnie blisko trzy lata temu.

11 listopada 2013

Bagnety rosyjskie, pruskie i austriackie przyszły później. Najpierw były zdradzieckie noże tych zdrajców i warchołów, które tym obcym bagnetom otworzyły bramy Polski.
Tak i dziś w wolnej Polsce, wolnej dzięki nie potomkom tych warchołów a następcom tych, którzy dla jej zdrowia moralnego i politycznego poświęcili życie, mieliśmy godne obchody w stolicy Rzeczypospolitej, miastach dużych i małych, na wsiach.
Mieliśmy marsz ‘Razem dla Niepodległej’, gdzie Prezydent symbolizujący cały naród złożył hołd wszystkim siłom politycznym, które tą Polskę wskrzesiły. Ludowcom i wsi polskiej pod pomnikiem Witosa, Narodowcom pod pomnikiem Dmowskiego, Kościołowi polskiemu pod pomnikiem Prymasa Tysiąclecia, żołnierzom AK i całemu Ruchowi Oporu w okresie II Wojny przy monumencie Grota-Roweckiego, politykom i mężom stanu pod pomnikiem Paderewskiego i wreszcie pod pomnikiem tego, który siłą swej woli i nadludzkim omal wysiłkiem dla tej przywróconej Rzeczypospolitej poświęcił bezgranicznie całe życie – Józefowi Piłsudskiemu.
To był marsz i świętowanie Polaków – z refleksją nad przeszłością, z nadzieją ku przyszłości i zasłużoną dumą z własnego kraju. Nie krystalicznie czystego, nie płynącego miodem i winem, nie zawsze i nie dla wszystkich sprawiedliwego – ale własnego.
A obok, w tej Polsce danej im wysiłkiem godnych i szlachetnych obywateli (w tym nie tylko etnicznie polskiej narodowości), pomioty tego samego warcholstwa, które się do upadku tej wolności w XVIII wieku przyczyniły, poprowadziły własny ‘marsz niepodległości”. W kominiarkach, z petardami, z nienawiścią w sercu i oczach. Łobuzeria spod faszystowskiego szyldu ‘Młodzieży Wszechpolskiej’ wspomaganej ideologicznie przez ultraprawicowe ugrupowania polityczne Giertychów i im podobnych. Wykorzystywana przez politycznych maniaków, którzy szansę kariery i rozgłosu szukają w rozróbach osłabiających i ośmieszających Polskę. Przez polityczne bagno i moralne ostępy nietolerancji.
Macie prawo być w tej Polsce, prawo do bezpiecznego życia, prawo do mówienia po polsku, do polskich szkół, opieki zdrowotnej i socjalnej. Jesteście – niestety – też Polakami, więc z dobrodziejstw mieszkania we własnym wolnym kraju możecie korzystać. Choć go nie budujecie a rujnujecie. Ale nie śpiewajcie głosem wypełnionym nienawiścią “Jeszcze Polska” lub “Rotę”, bo urągacie tej Polsce to robiąc; nie okrywajcie się sztandarami narodowej dumy, bo hańbę tym sztandarom przynosicie.

Żeby być godnym Ateńczykiem nie wystarczy rzucać obelgi na innych na agorze i zakładać białą tunikę – trzeba te Ateny budować i chronić, trzeba chronić i szanować innych Ateńczyków. Bo bez godnych Ateńczyków Ateny przestają być latarnią Grecji.

 

Advertisements

KOD – kiedy i dlaczego

Jaka była geneza powstania masowego ruchu społecznego znanego pod nazwą Komitetu Obrony Demokracji?  Nie, nie chodzi mi o szczegóły (dość już znane, choć nie aż tak istotne) formalne  typu ‘kto, kiedy i gdzie’, ale o naświetlenie sytuacji, która doprowadziła do powstania, jak wielu uważa, największego od czasów „Solidarności”  obywatelskiego ruchu oporu w Polsce. A bez wątpienia największego od czasów odzyskania przez Polskę suwerenności w 1990. Zastanawiałem w jaki sposób spróbować to zrobić, jak ująć temat,  by nie był ani zwykłą wyliczanką dat, nazwisk i wydarzeń politycznych z jednej strony, a próbą obiektywnej  oceny (co może być niemożliwe z wielu przyczyn, wśród których zwykły brak perspektywy czasu jest tez dość istotny) z drugiej.
A może po prostu spytać świadka, uczestnika i reportera tych wydarzeń?  Kogoś, kto wówczas właśnie, nie jako na gorąco robił opis tej sytuacji? Tak powstała idea opublikowania na łamach naszego „Monitora” artykułu Aldony Wiśniewskiej opublikowanego oryginalnie na stronach KOD 5 grudnia 2015 roku.  Pani Wiśniewska udzieliła nam zgody na jego publikację, sama nam go de facto wskazała, jako oryginalne źródło z tego okresu. Tekst jest dość długi i składa się z dwóch części: pierwszej, reporterskiej ukazującej przebieg wypadków tuz przed powstaniem KOD-u i drugiej, dłuższej, która po prostu prezentuje szereg postaci z grona zwolenników KOD-u (choć niekoniecznie jego działaczy). Jest to przekrój pokoleniowy, od osób w wieku licealnym do osób w wieku emerytalnym i reprezentujących nie tylko różne środowiska ale nawet różne miejsca zamieszkania ( w Polsce i nie tylko). Z tej obszernej galerii wybrałem tylko kilka, które właśnie te różnice reprezentują. I skróciłem same ‘portrety’ do tej części, w której opowiadają dlaczego identyfikują się z ideami Komitetu Obrony Demokracji. Może to być bardzo ciekawa lektura dla tych, którzy sami  ‘do polityki mieszać się nie lubią’, a nie mieszkając w Kraju mają często tylko fragmentaryczną na temat zachodzących tam wydarzeń wiedzę. A jednocześnie rodzaj tego specyficznego reportażu nadaje opisowi  bardzo ludzki, chwilami wręcz dokumentalno-dramatyczny, filmowy charakter.

ZaKODowani na wolność

by Aldona Wiśniewska
Zakodowani_007

To poszło jak burza. Prezydent Andrzej Duda ułaskawił Mariusza Kamińskiego, skazanego na 3 lata pozbawienia wolności i 10 lat zakazu pełnienia funkcji publicznych, nie czekając na uprawomocnienie wyroku sądu. W rządzie PiS Kamiński został ministrem od służb specjalnych. Prezydent odmówił też zaprzysiężenia sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wybranych przez Sejm poprzedniej kadencji. W Sejmie, gdzie po jesiennych wyborach większość ma PiS, błyskawicznie przegłosowano nowych kandydatów. Na przewodniczącego sejmowej Komisji Sprawiedliwości PiS wybrał Stanisława Piotrowicza, byłego członka PZPR, który jako prokurator w 2001 r. wsławił się umorzeniem śledztwa przeciw oskarżonemu o molestowanie dzieci proboszczowi w Tylawie. Mamy też PiS-owskiego ministra kultury, który urzędowanie rozpoczął od żądania odwołania premiery we wrocławskim teatrze, chociaż nie widział spektaklu. A potem zapowiedział porządki w mediach publicznych.

 

Polacy się obudzili. Bo gdy jedna, zwycięska partia bierze Sejm, rząd i chce mieć „swój” Trybunał oraz media – to już nie jest demokratyczna trójwładza, to pachnie autorytaryzmem. No nie. „Nie o take” Polskę nam chodziło.

18.11.15 Krzysztof Łoziński, dziennikarz, pisarz i były opozycjonista, w internetowym Studio Opinii rzucił hasło: „Trzeba założyć Komitet Obrony Demokracji, wzorowany na Komitecie Obrony Robotników”. Podchwycił je Mateusz Kijowski – informatyk, ojciec czwórki dzieci, bloger. Wysoki, barczysty facet w okularach, z brodą i długimi włosami zebranymi w kitkę, któremu tylko swetra z owczej wełny brak, by wyglądał jak opozycjonista z lat 80. Następnego dnia (19.11.15), niemal w samo południe, Kijowski założył grupę KOD na Facebooku. Jedną z pierwszych osób, które nowinę podały dalej, była Danuta Kuroń, wdowa po Jacku Kuroniu. Dzień później KOD liczył 2.000 członków. W południe miał manifest. Następnego dnia regulamin, fanpage oraz… 18.500 członków. Trzeciego dnia po założeniu (22.11.15) „ludzi KOD” było ponad 33.000. Jakby działały dobre, obywatelskie drożdże: pojawiły się grupy regionalne, liderzy, aktywiści, rozdzielono zadania… w podobny sposób i w podobnym tempie powstawała w 1980 r. „Solidarność”.

 

Symbolem KOD szybko stał się opornik – taki sam, jaki wielu Polaków nosiło w stanie wojennym, wysyłając sygnał komunistycznej władzy: „Jesteśmy przeciw”. 3.12.15 już ponad 40.000 ludzi uważało, że demokracja w Polsce jest zagrożona. Wielu z nich tego dnia wzięło udział w pierwszej publicznej akcji KOD – pikiecie pod siedzibą Trybunału. Kim są? Dlaczego dołączyli do KOD?

 

(Jerzy Sychut (67 lat), Sztokholm)  Po 1989 r. mało interesowałem się wydarzeniami w Polsce. Wszystko szło ku lepszemu. Zaniepokoiłem się, gdy kilka razy usłyszałem określenie: „IV Rzeczypospolita”. O co chodzi? Zacząłem się przysłuchiwać obradom Sejmu. Nauczyłem się odróżniać polityków po retoryce – niektórzy gadają przez zaciśnięte zęby. Uważnie obserwowałem ostatnie wybory. Byłem przerażony sukcesami hołoty i ich argumentacją: żądaniami głów, krwi, zemsty. Nic nie mogłem zrobić. Nawet głosować, bo nie mam polskiego paszportu. Po przejęciu władzy przez PiS załamałem się. Gdy na Facebooku zobaczyłem zaproszenie z Komitetu Obrony Demokracji – ostrożnie się przyjrzałem… to może być sensowna inicjatywa!… Czy mogę pomóc? Może udział w proteście przed ambasadą? Ważna jest wiara, że biorę udział w czymś ważnym i potrzebnym. Wróciła mi nadzieja i energia!

(Anna Serczyk (39 lat), Kraków.)  Przystąpiłam w akcie desperacji. Słuchałam doniesień medialnych i z minuty na minutę rosło wrażenie, że biorę udział w jakimś kosmicznym żarcie, że to nie może być prawda, żeby tak lekceważyć prawo i poglądy innych! Czułam bezsilność, a myślę, że nie ma nic gorszego. Pamiętam bezsilność ze szpitala, gdy nie byłam w stanie pomóc synowi, bo wszystko zależało od tego, czy znajdzie się dawca…. Nie chcę znowu czuć się bezsilna.

(Magda Topińska (44 lata), Warszawa.) Jestem w KOD, bo pragnę wolności dla siebie, swoich dzieci, dla ludzi bliskich i dalszych. Wszystkich, którym bliskie jest poczucie etyki i zasad, którzy potrafią różnić się kulturalnie, a nawet pięknie. Jestem w KOD, bo pochodzę z rodziny o długiej tradycji walki o wolność i pracy społecznej – rzec można, „mam to w genach”

(Barbara Graszek-Hertig, (62 lata) Augsburg)  Bo zależy mi na Ojczyźnie, w której przeżyłam większą część życia, gdzie żyli moi przodkowie. Tu są moje korzenie. Polacy to jest Naród-Unikat! Boli mnie, że obecnie tak podzielony. Powiem otwarcie: nie lubię Kaczyńskiego. Nie PiS, bo tam są ludzie tacy jak ja, ale ich prezes i jego gwardia to źli ludzie. Myślę, że są zaślepieni zemstą i władzą, nie zależy im w ogóle na Polakach.

(Michalina Szczęsna (18 lat), Grodzisk Mazowiecki.)  Lubię teatr, książki psychologiczne, słucham bardzo dużo muzyki. Jestem jedynaczką. Tata nie żyje, wychowuje mnie mama. Jestem w KOD, bo przeraża mnie wizja fanatycznej, katolickiej Polski. Przedstawiciele władz, na mocy konstytucji, mają obowiązek zachować bezstronność religijną.
 Chcę żyć w kraju świeckim, w którym ludzie zasiadający w Sejmie mają wiedzę i obycie, gdzie „człowiek człowiekowi bliźnim’’ i nie ma podziałów na lepszych i gorszych, a wiara, orientacja i kolor skóry nikogo nie stygmatyzują. Marzę o takim kraju… Mam nadzieję, że w tych marzeniach nie jestem sama.

(Jadwiga Jurkowska (91 lat), Warszawa)  Śmiertelnie się bałam, że do władzy dojdzie Macierewicz, że wróci Kamiński. No i dożyłam! Mamy trzecią okupację… – mówi mi przez telefon. – Staram się zachować dystans do ostatnich wydarzeń, ale jakoś nie mogę. Chcemy z mężem dołączyć do KOD i wspierać go na wszelkie możliwe sposoby.

Wypatrujcie państwa Jurkowskich na pikietach i demonstracjach KOD! To nic, że są po 90-tce. Zapowiedzieli, że przyjdą oboje.

Spotkanie poetyckie w Greater Vancouver

by B. Pacak-Gamalski

guildford16 kwietnia 2016 w Surrey, Stowarzyszenie Artystów i Przyjaciół Sztuk “Pod skrzydłami Pegaza” organizuje spotkanie Polaków z autorami tomu poetyckiego “Wiatry”.

Tomik wydany został nakładem wydawnictwa Rocznika Twórczości Polskiej “Strumień” (przy wspaniałomyślnym sponsorstwie Konsulatu Generalnego RP w Vancouverze) w kwietniu 2015 . W ub. roku miała miejsce  ciekawa prezentacja w salce klubu “Pod skrzydłami Pegaza” z udziałem poetów Karoliny Piotrowskiej i Bogumiła Pacak-Gamalskiego (jednocześnie Edytora tomiku). W początkach roku 2016 kolejne spotkanie było w Seattle, organizowane przez tameczny Salon Poezji z udziałem Andrzeja Buszy, Leszka Chudzińskiego, Bogumiła Pacak-Gamalskiego i Karolinmy Piotrowskiej. Spotkanie w Seattle było nadzwyczaj udane i przeciągnęło się do późnych godzin, wspólnego czytania wierszy, dyskusji, autografów.

Organizatorzy spodziewają się, że spotkanie w Surrey będzie autentycznym spotkaniem z poezją, żywym i dynamicznym. Bo poezja to nie jakieś zakurzone książeczki na tylnej półce regału, to nie świętobliwe i zacne ale czasem tak od życia odległe wierszyki i poematy ze szkolnych akademii i uroczystości rocznicowych. Poezja to życie dzisiaj, to refleksje, smutki i radości, które wypełniaja każdy dzień naszego przebywania na tym świecie. Przyjdź i posłuchaj, czy polskie słowo, z dala od matecznika polskiego, autentycznie żyje wśród nas, tutaj.

zdjęcia poniżej ze spotkań w klubie ‘Pegaza” w Surrey i Saloniku Poezji w Seattle.

Obywatel Polski – to brzmi dumnie

ulani3

by Bogumił Pacak-Gamalski

Kto to jest obywatel polski? To Polak bez najmniejszej wątpliwości. Ma polskie obywatelstwo ergo jest Polakiem. To wcale nie to samo, co pochodzenie etniczne. To stwierdzenie faktu prawnego i moralnego a nie faktu genetycznego. Ludność państwa polskiego we wszystkich jego okresach i formach była zawsze w większości pochodzenia etnicznie polskiego, lub mówiąc ściślej: etnicznego pochodzenia polskich plemion słowiańskich. Ale nigdy nie była to ludność kompletnie homogeniczna. Być może za czasów poprzedników Mieszka I, w samej ziemi wielkopolskiej. Ale historyczne państwo polskie zawsze posiadało mniejszości narodowe.

Posiada je i dzisiaj, o czym ruchy skrajnie narodowościowe jakby nie pamiętały. Jedni ulegli całkowitej prawie polonizacji, tzn. przejęli tradycje, obrzędy i kulturę etnicznych Polaków, inni zachowali pewne odrębności i specyfikę własnej kultury. Zdjęcie powyżej to akwarela Szwadronu Tatarskiego 13 Pułku Ułanów Wileńskich. Czy to nie byli Polacy? Krwawili się w 1939 i wcześniej, w 1920, taką samą czerwona krwią, jak żołnierzy etnicznie polscy. I zachowali do dziś swoja wiarę islamską (nie lubię tego słowa, bo w języku polskim w zasadzie istnieje starsze określenie, a nie ten współczesny anglicyzm, powinno się poprawnie mówić ‘mahometańską’). Czy ktoś ośmieliłby się powiedzieć polskiemu patriocie – Tatarowi, którego ojcowie i pradziadowie przelewali krew za Polskę, że jest wyznawcą religii szatańskiej i morderczej?! Czy ktoś ośmieliłby się powiedzieć Naczelnemu Dowódcy Polskich Sił Zbrojnych w latach II wojny światowej, generałowi Andersowi, że ze względu na pochodzenie nie jest Polakiem a hitlerowcem?!

A ileż polskich herbów szlacheckich wywodzi się z ruskich (nie rosyjskich, bo to słowo  w języku polskim nie określa Rosjan a ludność słowiańską dzisiejszej Ukrainy i Białorusi) i litewskich rodów bojarskich? Iluż mieszkańców dużych i mniejszych miast polskich było budowane przez osadników niemieckich na Prawie Magdeburskim i mieszali się z okoliczna ludnością słowiańską? A nie mówię tu o germanizacji czy rusyfikacji doby zaborów – mówię o czasach wolnego i suwerennego państwa polskiego. O wielkiej polskiej diasporze żydowskiej nie ma sensu nawet wspominać. Przecież to wszyscy byli obywatele polscy, a więc Polacy z prawnego (nie genetycznego) punktu widzenia. Byli wspaniali i byli podli. Bohaterzy i przestępcy. Tak, jak w każdym społeczeństwie. Tak, jak wśród Polaków etnicznie polskiego pochodzenia.

Te fakty naszej historii trzeba uszanować i nie wolno ich zapominać. Nikt dzisiaj nie ma do Polski specjalnych praw. I niech nikt nie próbuje sobie odcinać kuponów za “chwalebną” lub “patriotyczną” przeszłość przodków. Bo nie daj boże zrobi sobie badania genetyczne i bardzo mógłby się zdziwić wynikom.  O zasługach przodków dobrze wiedzieć. Ale nie mogą być przykrywka pod którą chowamy własne niedoskonałości.  Pętak ze swastyką na ramieniu i polską flagą – choćby miał samych 100% polskich przodków w całej 1000-letniej przeszłości – pozostaje dalej tylko obrzydliwym pętakiem urągającym dobremu imieniu Polski.

 

 

 

 

 

 

Canadian Polish Congress or PiS Congress?

KPKby Karl-Antoine Usakowski

 

Since coming into power, the incumbent Polish government and the country’s President have been on a path of disabling the constitutional system and quieting, if not silencing altogether, opposition within the state. For most of Poles residing for many years in another Western democratic state, these draconian moves against the rule of law and the alarming centralization of state authority has come as a shock. At first, many continued to believe that a Poland which has sacrificed generation after generation in the name of freedom and liberty would never attack its own democratic institutions. As time progressed, many of us had to reconcile ourselves with the fact that the sun of freedom does not shine so brightly over Warsaw, as it once did. It is a time of action for Polish citizens of all political creeds for, despite differences in opinion, it is everybody’s constitution and rule of law which is under threat. In that spirit, one would expect Polonia organizations in the West to openly contest this attack on democracy or, at least, maintain their neutrality. Sadly, this has not been the case for one very important organization: The Canadia Polish Congress (CPC).

On March 4th, its Quebec Chapter issued an open letter of support for then-senatorial hopeful Anna Maria Anders following a meeting among and a vote by its directors. The chapter then proceeded to share links to her campaign pages on Facebook, while the campaigning, in the contested riding, was still in effect. This struck a chord with me because they, the executives, had just betrayed their mission of unity and representation within the community. A political stance had been taken and the loyalty of the executives was clearly broadcasted to Canadian people. The problem is that, as an umbrella group, they represent me and thousands of Polish Canadians who do not necessarily support the incumbent Polish government. A letter of complaint to the chapter led to them defending themselves, instead of striking down such an inappropriate post. Following that, a letter to Mrs. Berezowska, the National Board president, went unanswered. Once Mrs. Anders’ campaign was won, on March 6th, the Quebec Chapter went on to congratulate the candidate they endorsed on her victory. These series of events is disappointing and unfortunate for the community and all Polish democrats in Canada. The question now arises as to whether the Polish Canadian Congress truly represents the community? It seems to have forsaken its neutrality or it is no longer concerned by it. It makes one wonder if this is still the right organization to represent our community.