Sprawa polska a Rewolucja Francuska

by: Bogumił Pacak-Gamalski

 

 

Danton, słynny działacz i lider Rewolucji Francuskiej – postać tragiczna i krwawa jednocześnie – powiedział, że “rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci”. Co i jemu samemu na końcu (wraz z wieloma innymi przywódcami tej francuskiej i wielu innych rewolucji) się przydarzyło.

W pewnym symbolicznym stopniu rewolucją było powstanie KODu w Polsce w 2015. Pierwszego ruchu ogólnospołecznego nie opierającego się na ideologii i światopoglądzie politycznym a skierowanego do wszystkich obywateli. Jedynym celem była obrona szeroko rozumianej demokracji. Ale demokracji nie XIX ani nawet XX wieku, a demokracji na kształt i na miarę wieku XXI. Nowoczesnej. Obywatelskiej. Tzn. nie w oparciu o nacje, a o obywatelstwo państwowe. Pozbawionej kolorytu (zwłaszcza ciemnych jego barw) etniczności, płci, wyznaniowości, seksualności. Demokracji wolnych obywateli państwa, którego niewzruszalnym fundamentem jest praworządność i absolutnie przestrzegany podział władz: politycznej, legislacyjnej i sądowej.

Ale, jak Danton smutnie zauważył, ruchy masowe są podatne na wstrząsy wewnętrzne. Poprzez własne rozdarcie i chęć podkreślenia jednej lub kilku opcji nad innymi; przez silne konflikty personalne i przez sprytnie sterowane działanie sil zewnętrznych – tych ostatnich zwłaszcza wtedy, gdy ruch jest skierowany przeciw rachowaniom władzy. Tak też i stało się w KODzie. Może nie mogło stać się inaczej. Może Danton, faktycznie nie rzucił po prostu literackiego powiedzenia a odkrył pewną prawidłowość dziejów? Nigdy pewnie się nie dowiemy, a nawet jeśli, to i tak nie zmieni to przeszłości. Przeszłości nic i nikt nie zmieni. Ona już była. Kropka. Co jest ważne, to fakt aby w pewnym momencie być, przez znajomość historii, mądrzejszym i zatrzymać upływ krwi, rozpocząć leczenie i wrócić do celów działania. Najgorszym jest szukanie nowych konfliktów. Jak ktoś gdzieś zdoła ugasić pożar – natychmiast zaczynać drugi gdzie indziej. Na samym końcu zostaje tylko pogorzelisko. Nie służące nikomu. Skoro już historyczne sentencje przypominamy, to jedną jeszcze warto wspomnieć. Starszą od Rewolucji Francuskiej o całe millenia. W 279 roku poprzedniej ery, król Epiru, Pyrrus, po krwawym zwycięstwie nad Rzymianami miał powiedzieć, że jeszcze jedno takie zwycięstwo i będzie zgubiony. Ergo pojęcie ‘zwycięstwa pyrrusowego’.

Demokracja to nie jest moja racja. To w ogóle nie ‘racja’. Niczyja. To zbiór dóbr powszechnych wszystkim dającym szerokie wolności i wszystkich trochę ograniczające. W XIX i XX wieku demokracja często używała pojęcia tolerancji. Czyli zgody na inność, ale zgody, która była pewną łaską władzy politycznej (władcy lub większości rządowej), przyzwoleniem, pobłażliwością. Demokracja XIX wieku opiera się na afirmacji inności. Na prawie a nie na łasce. Na normie a nie na pobłażaniu.

Po wyborach na I Krajowym Zjeździe KODu pozostały pewne pęknięcia, pewne frakcje. To jest też normalne i ‘OK’. Ale ściśle krajowych i ściśle związanych z pozycją lidera krajowych władz KOD ‘pęknięć’ nie wolno przenosić na sceny polonijne.  One nas bezpośrednio nie dotyczą. Naszym celem jest afirmacja idei KOD, a nie jego personaliów.  Tutaj nie ma nadmiaru liderów i kolejki o nieistniejącą praktycznie władzę. Potrzeba po prostu szczerych animatorów demokratyzacji w szeregach Polonii.  Nie będziemy stawiać  symbolicznych ‘gilotyn’. I nie będziemy uznawać czy nie uznawać legalnie wybranych władz ruchu w Polsce. Będziemy pracować i z Kijowskimi i z Łozińskimi. Tak długo, jak będzie trzeba dla Polski i dla nas. Dla nas tu – w Polonii, która tez wymaga reorganizacji i wkroczenia w XXI wiek. Dla większości z nas smętny kujawiak czy dziarski mazur to już za mało, by wszystko tym pokryć i rzewnie się rozpłakać.  Trzeba codziennego działania polonijnego, które Polsce nowoczesnej i nowoczesnemu Polakowi, gdziekolwiek by nie mieszkał, sprawiało satysfakcje i dumę z tego, co sobą reprezentujemy. I tradycji nie trzeba odrzucić. Z tradycji trzeba po prostu wybrać to, co było słuszne, piękne i godne. A nie wszystko było. Nigdzie wszystko nie było. Nie mamy czego się tak strasznie wstydzić. Ale nie mamy znowu jakichś nadzwyczajnych powodów do wypinania piersi o wszystko i za wszystko. Przez chwilkę bądźmy zwykłymi, normalnymi ludźmi. Powszednimi. Nie przeklętymi, nie wyklętymi, nie wybranymi. Normalnymi. To całkiem fajne uczucie.

To – zupełnie niezamierzenie – wielki prezent dla nas od PiSu. Dzieląc nas, wprowadzając waśnie i wrogość między obywatelami – zmusza nas do szukania jedności. Im bardziej skłócać się będziemy w Polonii – tym większe będzie zadowolenie emisariuszy PiSu w Kanadzie i innych krajach osiedlenia i zamieszkania Polaków.

Przy wielkich zadaniach stojących przed KODem i innymi ruchami pro-demokratycznymi w Polsce (niezależne sądownictwo, niezależność mediów, ratunek środowiska naturalnego przed jej totalnym niszczeniem przez politykę rządu, obrona praw kobiet przed ich ‘islamizacją anty-aborcyjną’, obrona szkół i edukacji polskiej przed jej infantylizacją, walka o wolność twórczą polskiej sztuki i kultury) naszym głównym wyzwaniem w Polonii jest wejście w XXI wiek.  Robienie tego właśnie, co w Polsce jest obecnie cenzurowane lub niedopuszczane do swobodnego przekazu:  wolna i otwarta prasa  tradycyjna i elektroniczna; różnorodność opinii i postaw szanowana przez organizacje i wspierana w możliwości jej prezentacji, wspieranie ruchów pro-demokratycznych w kraju przez wskazywanie dobrych przykładów i rozwiązań demokratycznych w naszych miejscach zamieszkania; otwarta i szczera dyskusja historyczna bez różowych i bez czarnych okularów.  Może to się wiązać z pewnymi sankcjami. Głownie finansowymi. Tak, od lat większość polskich organizacji przyzwyczaiła się do finansowego wspierania różnych projektów przez konsulaty, przez Senat RP, przez Tow. Łączności z Polonią.  Niektórzy wpadli wręcz w uzależnienie się od tej pomocy.  Nie było w tym nic złego, tak długo, jak nie było to związane z pewnymi przyrzeczeniami bądź wyraźnie określonymi oczekiwaniami od dawcy dotacji. Nie ma nic nienormalnego, gdy stara ojczyzna wspiera propagacje jej kultury przez grupy zagraniczne. W końcu służyło to i pootrzymywaniu związków z krajem pochodzenia i propagację polskiego dorobku cywilizacyjnego w kraju osiedlenia. Ale dziś to może być (i jest wielokroć) pewien kaganiec ‘wierności poddańczej’. A na to nikt pozwolić sobie nie może. My nie możemy.  Aby te cele osiągnąć niezbędna jest jedność grup pro-demokratycznych za granicą. Rezygnacja z mojej, ‘najlepszej racji’. 40 blisko milionowa Polska może sobie na waśnie wewnątrz-organizacyjne pozwolić. Zasoby ludzkie do wypełnienia luk są nieprzebrane. My, na Obczyźnie, takich zapleczy nie mamy. Zanim się więc podzielimy na ‘murarzy’ i ‘stolarzy’,  na ‘wytrwałych’ i ‘zmiennych’ – zastanówmy się czy nas na takie eksperymenty stać. Odnoszę wrażenie, że nie. Jeszcze nie w tej chwili, jeszcze nie teraz. Na razie : ,każda ręka na pokład’!

 

Advertisements

Uchodźca – temat moralny czy polityczny?

Bogumił Pacak-Gamalski

 

Czy możemy, jako społeczeństwo, jako naród, być autentycznie zadowoleni z siebie w naszej reakcji na straszliwe nieszczęście tysięcy ludzi po drugiej stronie Morza Śródziemnego? Czy możemy mieć uczucie czystego sumienia, że gdy to morze, do niedawna symbol słonecznych plaż i wina i śpiewów, zamienia się w wielką zbiorową mogiłę nie uczyniliśmy niczego by temu zaradzić (poza samym radzeniem)? Nie, Polacy ani Polska nie są przyczyną tej tragedii. To nie myśmy zgotowali im ten los. Ale czy zrobiliśmy cokolwiek, by choć trochę tej tragedii zapobiec? Czy wyciągnelismy zwykłą, ludzka dłoń miłosiedzia i pomocy wobec tych setek tysięcy nieszczęśników pozbawionych realnej szansy na stosunkowo normalne życie?  Na moment przestańmy się podniecać polityką i przestańmy się tłumaczyć a po prostu zamknijmy oczy i wyobraźmy sobie, że to my, nasze żony, rodzice, mężowie, że to nasze dzieci uciekają przed jakimś nieokreślonym kataklizmem na łodziach i pontonach przez Bałtyk do Skandynawii.  A Skandynawowie w tym czasie prowadzą wielomiesięczną dyskusję podniecaną jakimiś statystykami ilu Polaków kiedyś gdzieś popełniło przestępstwa w innych krajach, ilu dopuściło się gwałtów na lokalnych kobietach, ilu ukradło coś z jakiegoś sklepu. Ta dyskusja wywołuje emocje w ich społeczeństwach a rząd decyduje, że dopóki nie będzie wyraźnego poparcia te łodzie do brzegów skandynawskich nie mogą dobić. Dyskusja w Skandynawii trwa. A polskie dzieci, polskie matki, polscy staruszkowie toną we wzburzonych falach zimnego Bałtyku.  Czy dalej o tych ‘skandynawach’ będziemy myśleć z sympatią? Czy zgodzimy się z oczywistym faktem, że to ostatecznie ich kraje i nikt nie może od nich wymagać by kogokolwiek przyjęli wbrew swoim obawom? To faktycznie suwerenne państwa i nikt ich do tego zmusić nie ma prawa…

No więc czas oczy otworzyć i stanąć przed lustrem. Tak to wygląda. Tyle, że to nie ów “Bałtyk” a Morze Śródziemne. W tych łodziach, pontonach siedzą nie polskie a syryjskie dzieci, somalijscy staruszkowie, sudańskie kobiety.  A ta “Skandynawia” to Polska. Ludzie. Tacy sami, jak my. Dobrzy i źli. Mądrzy i głupi. Chcą mieć szansę na życie. Na przeżycie. Nie, nie są ‘inni’. Może się inaczej ubierają, mają jaśniejszą lub ciemniejszą karnację skóry – ale to tylko powierzchowne różnice. Mają te same oczy, dwie ręce, dwie nogi, tak samo się kochają (i tak, tak samo nienawidzą) i tak samo na końcu, z tym samym lękiem umierają.

Czy dalej ze spokojem możemy patrzeć na nasze odbicie w lustrze?

 

(tekst poniżej jest  pełną kopią tekstu, jaki ukazał się w “Laboratorium Więzi”, elektronicznego wydania wydawnictwa “Więź”, które oferuje od ponad 50 lat nurt chrześcijański, zwłaszcza katolicki, w dyskursie narodowym.)

Kard. Nycz: Jak długo można czekać na polityków w sprawie uchodźców?

Wypowiedzi z konferencji „Uchodźcy – pytanie o fundamenty Europy” zorganizowanej przez Fundację Służby Rzeczypospolitej 8 czerwca.

Maciej Zięba OP (Fundacja Służby Rzeczpospolitej):

W myśleniu o kwestii uchodźców najbardziej boli mnie to, że narzucono nam język socjologii i polityki. Bardzo mało słychać natomiast języka etyki, języka humanitarnego, języka Ewangelii. Brakuje zdecydowanego, dobrego głosu w sprawie uchodźców, brakuje go także ze strony Kościoła. Zorganizowaliśmy tę konferencję właśnie w celu przywrócenia obiektywnego, humanitarnego i ewangelicznego języka w dyskusji na temat uchodźców.

Prof. Adam Daniel Rotfeld:

Problem uchodźców w Polsce nie jest problemem nowym. Jeszcze w latach 90. przyjęliśmy do Polski blisko sto tysięcy uchodźców z Czeczenii. Nie pamiętam żadnej większej publicznej debaty, sporów, ani zamachów dokonanych przez Czeczenów, którzy przecież cechują się silnym temperamentem.

W dzisiejszej sytuacji moim zdaniem największym problemem jest to, że sprawa uchodźców stała się w Polsce kwestią bieżącej polityki wewnętrznej. Choć na problem uchodźczy można spojrzeć z wielu praktycznych perspektyw, np. z perspektywy ekonomicznej, zdrowotnej, bezpieczeństwa, to według mnie najistotniejszy jest wymiar etyczno-moralny, który znajduje się jednak pod silną presją narracji upolitycznionej.

Chciałbym podziękować Kościołowi w Polsce za to, że w kwietniowym dokumencie „Chrześcijański kształt patriotyzmu” postawił w centrum aspekt etyczno-moralny. Najpilniejszą kwestią w problemie uchodźczym jest odpolitycznienie go, uczynienie z niego sprawy wspólnej dla całego narodu. Obecna droga prowadzi donikąd.

W Europie w ostatnim czasie wydano 17,5 miliarda euro na uszczelnienie granic. Gdyby zamiast tego wydano te pieniądze na utrzymanie rodzin uchodźców, które potrzebują pomocy, bardzo wiele problemów zostałoby prawdopodobnie rozwiązanych.

Trzeba sobie jednak uczciwie powiedzieć, że nie ma jednego klucza do rozwiązania kryzysu uchodźczego. Między innymi dlatego, że będzie się on przeciągał na kilka najbliższych pokoleń, nie tylko z powodów wojen, ale także zmian klimatycznych. Jednym z rozwiązań mógłby być nowy „plan Marshalla”, który przecież po II wojnie światowej nie tylko wydatnie pomógł Europie, ale ostatecznie pomógł także samej Ameryce. O ile Syria, Irak i Libia potrzebują pomocy natychmiastowej, o tyle pomoc Afryce wymaga myślenia w dalszej perspektywie czasowej.

Bp Krzysztof Zadarko (Konferencja Episkopatu Polski):

Nauczanie Kościoła Katolickiego na temat uchodźców jest znane od czasu zakończenia II wojny światowej. Ma ono wyraźną wymowę: wobec uchodźców, niezależnie od ich pochodzenia i religii, każdy chrześcijanin powinien okazać miłość bliźniego. Mówi o tym 25. rozdział Ewangelii wg św. Mateusza, który wyraźnie wskazuje, że postawa wobec przybysza, obcego, ma rozstrzygające znaczenie w kwestii życia wiecznego.

Kościół definiuje jednak swoje nauczanie uwzględniając także współczesną wiedzę naukową. Ostatni dokument kościelny z 2013 r. mówi o obowiązku przyjęcia uchodźców, o otwarciu się na drugiego człowieka. Odwołując się do regulacji UNHCR (United Nations High Commissioner for Refugees – Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Uchodźców), proponuje tryby opieki nad uchodźcą.

Kościół nie mówi o bezwarunkowości pomocy dla każdego przybysza, tj. niekoniecznie trzeba pomagać zawsze i wszystkim. Nie ma sporu co do tego, że trzeba pomóc zawsze wszystkim tym, których życie jest zagrożone. Ale co z tymi, którzy są migrantami i ich życie nie jest bezpośrednio zagrożone? Kościół uczy, że ci, których przyjmujemy, mają także pewne powinności wobec kraju, który ich gości. Tylko jak skutecznie i mądrze egzekwować to, by przybysz szanował nasz porządek prawny i nauczył się naszego języka?

Należy także przypomnieć o tym, że Kościół ma swoje miejsce w hierarchii pomocy. Najpierw na kryzys odpowiada państwo, potem samorządy, a następnie organizacje społeczeństwa obywatelskiego, w tym Kościół. Myślę, to że dobry i obowiązujący schemat dla wszystkich krajów Europy: tak się dzieje w Niemczech, Austrii i Szwajcarii. Nie możemy go naruszać, bo moglibyśmy tym zaszkodzić.

Problem w tym, że w 2015 roku zmieniło nam się państwo, zmieniły nam się władze. Jeśli dziś służby mówią, że nie są w stanie kontrolować tego, kto przyjeżdża do Polski w ramach systemu przyjmowania uchodźców, to nic nie możemy z tym zrobić. Jeżeli mamy odpowiedzieć na kryzys uchodźczy, możemy to zrobić w ramach możliwości, które istnieją. I taką odpowiedzą jest program Caritas Polska „Rodzina rodzinie”.

dr Massimiliano Signifredi (Wspólnota Sant’Egidio):

Wspólnota Sant’Egidio wraz z włoskimi Kościołami ewangelickimi zaproponowała program korytarzy humanitarnych jako odpowiedź na kryzys uchodźczy na Bliskim Wschodzie. Jest to recepta na wskroś włoska, przykład awangardy solidarności, będący w zgodzie z zasadami konstytucji włoskiej.

Korytarze są jednak także wzorem dla Europy, kontynentu, który z trudem stara się pogodzić swoje tradycje i korzenie z wymogami bezpieczeństwa i prawa. Drogą tą poszła także Francja, gdzie zaadaptowano ideę korytarzy humanitarnych. We Włoszech udało się uzgodnić utworzenie kolejnego korytarza, tym razem dla uchodźców z Etiopii, w tej sprawie trwają rozmowy także w Hiszpanii. Jak wiemy, również polski Episkopat proponował projekt korytarzy humanitarnych polskiemu rządowi, ale jak na razie nie udało się go zrealizować.

We Włoszech w 17 regionach udało się przyjąć ok. 800 osób z Syrii. Uchodźcy asymilują się, zaczynając od nauki języka. Do kraju dostają się samolotem rejsowym, zamiast w łodzi przemytników. Tragedia wielu innych każe nam pamiętać, że w ostatnich latach Morze Śródziemne, które pochłania kobiety, dzieci i mężczyzn, stało się naturalnym murem z wody. Jest dziś ono uważane za najbardziej niebezpieczną granicę państwową na świecie. Tylko w zeszłym roku zginęło w nim ponad 5500 osób, co oznacza przyrost o 1300 ofiar w porównaniu z rokiem ubiegłym.

„Imigranci nie są liczbami, mają twarze, imiona, historie” – powiedział Franciszek na Lesbos. Jednak liczby, w naszym przypadku liczby ofiar, również skłaniają do refleksji. Wolfgang Bauer, niemiecki reporter i dziennikarz, porównał Morze Śródziemne z murem berlińskim. „W ciągu 30 lat istnienia muru berlińskiego zostało zabitych 125 osób, z tego względu stał się on symbolem nieludzkiego okrucieństwa”. Jak reagować na nieporównywalnie większe cierpienia osób na Morzu Śródziemnym? Mare Nostrum dzieli ludzi na tych, którzy mają wszystko i tych, którzy nie mają nic.

Jak Włoch i Europejczyk, chciałbym zadać pytanie: co Polska zrobiła z dziedzictwem Solidarności i swojego wielkiego rodaka Jana Pawła II? „Jego spuścizna to obalenie murów między narodami i wewnątrz narodów” – słyszeliśmy dwa tygodnie temu w słowach Andrei Riccardiego, założyciela Wspólnoty Sant’Egidio, który gościł w Warszawie.

kard. Kazimierz Nycz (metropolita warszawski):

Niedawno uczestniczyłem w pewnej konferencji w środowisku kościelnym, na którym miała miejsce dyskusja o liczbie uchodźców, których należałoby przyjąć. Prowadziło to do poważnych sporów: przyjmować 7, 8 czy 9 tysięcy?

Ktoś jednak przytomnie zauważył bezsens takich dyskusji. Jeśli Europa z różnych względów, także przez swoje przewinienia, stoi przed wyzwaniem przyjęcia 300 milionów imigrantów w ciągu najbliższych kilkudziesięciu lat, to rozmawianie o tak małych liczbach jest śmieszne. Ten problem jest wśród nas, ale także przed nami. Trzeba wrócić do tego, co umownie nazywamy myśleniem o Polsce i Europie w kategoriach „Polski jagiellońskiej”.

Ciągle czekamy na drugą stronę [państwową – dop. red.], która jest do tego konieczna, aby otworzyć przynajmniej korytarze humanitarne. Ale pytanie: jak długo można czekać na polityków?

Mamy ogromny potencjał w samorządach, który chcemy wykorzystać. Możemy się nigdy nie doczekać na otwartość ze strony państwa, dlatego chcemy jeszcze w czerwcu w samorządach i parafiach archidiecezji warszawskiej zorganizować spotkania dotyczące możliwości współpracy w zakresie pomocy uchodźcom.

Powyższe wypowiedzi są fragmentami wystąpień prelegentów podczas konferencji „Uchodźcy – pytanie o fundamenty Europy”, zorganizowanej przez Fundację Służby Rzeczypospolitej na Uniwersytecie Warszawskim 8 czerwca 2017 r.