VCS Gala Concert in Vancouver’s Playhouse Theater

Bogumił Pacak-Gamalski
/synopsis in English – full article in Polish below/
10-DSC00173
R. Blechacz, Vancouver, May 22, 2018 /photo: B. Pacak-Gamalski/

Vancouver Chopin Society presented on April 22, at the Playhouse Theater, a concert of Rafał Blechacz—one of the best pianists of his generation.  It was not the first time Blechacz performed in Vancouver—the same society gave us the opportunity twice before: in May 12, 2013 and May 02, 2008.  In 2013 (at Chan Centre) it was a special Gala Performance for the Society’s 15 Anniversary, this year it was the 20th Anniversary. Are we to conclude that next time Blechacz will play for us on the West Coast is going to be in May 2023, on the 25th Anniversary? If that’s the case—worth waiting for.

The last wonderful concert of this amazing pianist at the Vancouver Playhouse Theater was nothing short of a musical delight. The boyish, almost diminutive body hides a giant of the keyboard. Yet, his touch, the way he plays, seem to be effortless, ever so gentle and delicate. There is very seldom a dramatic gesture or a theatrical swoop of his fingers dropping down like a bird of prey on the black-white keys of the piano. It is much more like a delicate hovering just above them and almost willing them to produce a sound without a physical touch. But let be assured that when it comes to long and very exhausting passages of Schumann’s Sonata in G-minor – he does do the physical work perfectly. And so in the famous, grandiose theme in Chopin’s Polonaise No 6 in A-flat major!
Vancouver Chopin Society – you couldn’t have found a better gift for yourself and for us, Vancouverites, to celebrate your 20th Anniversary!

Rafał Blechacz took us on a chronological  journey through the end of XVIII to the half of XIX century in music.  Definitely most revolutionary 100 years in music development of Western Civilization. In perfectly scored, full of baroque charm of Mozart’s Rondo in A minor; and a full Sonata No 08 of the same Austrian genius. Followed by no other but arguably the greatest of composers, Ludwig van Beethoven ‘s  Sonata No 28 in A major. Both composers in their sonatas heralded at moments the coming of end of both, the classicist and baroque style of music and gave hints of what was to be known in art as the Sturm und Drang—the protagonist to romanticism.

22 maja, w Playhouse Theater miał miejsce szczególny recital:  Koncert Galowy 20-lecia Vancouver Chopin Society, jednej z czołowych organizacji muzycznych wyjątkowo zasłużonych dla kulturalnego milieu Vancouveru.  Naturalnie ze szczególnym naciskiem na propagowanie muzyki Pana Fryderyka, wszak nie jedynie.  Pięć lat temu, 15-lecie organizacji celebrowano w Chan Centre występem właśnie wschodzącej gwiazdy firmamentu pianistycznego, Rafała Blechacza.  Koncert ówczesny był sukcesem. Więc dziwić się nie można, że postanowiono sukces powtórzyć i zaprosić pianistę ponownie w tym roku. Tym razem już zdecydowanie nie wschodzącą, a w pełni już widoczną gwiazdę muzycznego nieba. Co dało się wyraźnie zauważyć już od pierwszych taktów, które popłynęły  z koncertowego Steinwaya ku widowni.03-DSC00164

W spotkaniu i przyjęciu po-koncertowym znajomi zadawali mi pytania dlaczego taki a nie inny repertuar pianista wybrał, co jest lub może być powodem takich a nie innych wyborów muzycznych na koncertach? Zapewne bywa tych powodów wiele: od dość pragmatycznych (muzycy to wszak też ludzie i wolą grać utwory dobrze przez siebie opanowane), sytuacyjnych i wręcz geograficznych (u gospodarzy miło jest zagrać coś, z czego sami są muzycznie dumnie:  w Budapeszcie Liszta, w Warszawie Chopina lub Szymanowskiego, w Niemczech—tu sporo do wyboru— Bacha lub Beethovena, itd..). Podobne pytanie skierowano do obecnego na koncercie cenionego komentatora muzycznego Vancouveru, Geofreya Newmana, który starał się najlepiej, jak potrafił to wyjaśniać. Mnie w doborze Blechacza na ten koncert uderzyła wyraźna chronologia  utworów i kompozytorów.  Wątpię aby przypadkowa. Mozart, Beethoven, Schumann i Chopin. Jeżeli Bachowska fuga i canon były filarami epoki przeszłej baroku i klasycyzmu, to właśnie Mozart i Beethoven, jedni z najbardziej uznanych geniuszy muzycznych czasów nowożytnych, byli heroldami nowego: romantyzmu. Romantyzmu, którego czołowym przedstawicielem był Schumann, a kwiatem najbardziej chyba z tą epoką związanym, właśnie Chopin.

Mozart był tego ‘przechodzenia’ ze starego w nowe chyba przykładem najlepszym. I stąd być może czysto barokowe Rondo c-moll było ukłonem wobec odchodzącej epoki salonowych kontredansów, menuetów i utworów ściśle sakralnych na rzecz tegoż nadchodzącego ‘nowego’ wyrazu muzyki. Blechacz zagrał rondo z wyjątkowa elegancją i starannością godną sztywnych reguł i zasad rządzących ówczesną muzyka salonową. Rondo Mozarta jest utworem tanecznym wedle ścisłych reguł spisanym i jakkolwiek nie do potańcówki go skomponował—ale tańczyć  go bez przeszkody można.  Raczej niemożliwością by było ‘normalne’ tańczenie szopenowskiego mazurka, gdzie melodia i tempo tańca były tylko luźnym szkicem, który posłużył Chopinowi do roztoczenia wizji muzycznej o skali  wielokrotnie wyższej niż sam taniec spod wiejskiej chaty i małych dworków by świadczyć miał.

Grana po Rondzie Sonata a-moll, K310, była już zgoła innym utworem.  Jakkolwiek  w finale (Presto) łatwo  odnaleźć melodie właśnie ronda o tyle Alegro maestoso i Andante cantabile już dają wyraźnie postrzec proto-romantyczne nastawienie na wyrażanie uczuć ludzkich w ich nagim, emocjonalnym kształcie. Jak choćby uczucia kompozytora spowodowane śmiercią matki w 1778.  W nagłych, nie anonsowanych zmianach tempa i ustalonej tonalności.  Cały ten, wypełniony  omal ciemnym żalem pozorny chaos w sposób wyjątkowo czysty i wierny odtwarzał Blechacz bezbłędnie. Każdy dźwięk był wyraźny, niezagubiony i  nie zagłuszony następnymi.

08-DSC00171I w końcu sam wielki Ludwig van Beethoven.  Sonata A-dur Nr 28, op. 101. Ilekroć jej słucham w wykonaniu innych pianistów, zawsze  jakby inaczej brzmiała.  W tempie pozornie tym samym ale jakby mniej lub bardziej ekspresywnie wyrażanym. Być może to  jej ‘specjalność’. Sam kompozytor nie ukrywał pewnego rozczarowania, wewnętrznego smutku wynikającego z czekających Europę wielkich zmian politycznych, własnego zdrowia (zauważalna już utrata słuchu), starzenia się.  Jest bardzo klasycznie zbudowana, ma echa fug, canonów bachowskich. Ale silnie emocjonalna.  Blechacz, wydało mi się i tu, znalazł złoty środek. Być wierny każdej nucie. Bez pośpiechu i bez ukazywania własnych emocji, bez ulegania chęci zabłyśnięcia w trudnych figurach muzycznych, lub raczej bez chęci przygaszenia blasku muzyki blaskiem własnej techniki pianistycznej. A nie łatwo się tego wyrzec przy częstych i dość długich trylach … .

Część druga  koncertu osiadła od razu silnie w muzyce romantycznej.  Robert Schumann, przez wielu uznawany jeśli nie za ‘naj’,  to jednego z  największych kompozytorów Romantyzmu.  Jego Sonata  Nr 2 op. 22, często zwana ‘Wielką’, komponowana była przez artystę w okresie kilkuletnim,  przy surowej asyście Klary Wieck, późniejszej żony kompozytora, zdolnej i popularnej pianistki niemieckiej. To właśnie Klara była finalnym edytorem pierwszej publikacji sonaty i miała duży wpływ na kształt ostatniej części sonaty: słynnego Presto. Ta pełna, czteroczęściowa sonata nie jest utworem łatwym do grania. Wymaga nie tylko wysokiej dyscypliny pianisty ale i dobrze opanowanej techniki. Zwłaszcza w  pierwszej, określonej, jako ‘rasch wie moglich’ (możliwie najszybciej), by potem powrócić z wyższym jeszcze wymaganiem technicznym w końcowej partii (owe słynne presto) ostatniej części ronda.  Końcowej edycji tegoż presto dokonał nie kto inny, jak Joachim Brahms, uznawany przez Schumanna za geniusza muzycznego.

Było wielka przyjemnością słuchać tą sonatę w wykonaniu Blechacza. wydawało się, że całkowicie zanurzył się w jej charakter i grał tak, jakby muzyka sama nadawała mu swoje brzmienie i treść.  Znowu—zasko0czył mnie  swa wewnętrzną dyscypliną, skupieniem się nad kompozycją,  nie siedział na scenie przed setkami osób, a gdzieś w gabinecie, sam tylko z pianinem. Zapewne nie jest trudno wrażliwemu muzykowi wpaść  w taki ‘trans muzyczny’ przy jakimś temacie, jakimś pasażu, figurze muzycznej—ale trwać w nim przez cały, długi utwór (lub takie wrażenie sprawiać) nie jest rzeczą częstą.

Gdy się pisze takie, jak te, wrażenia z koncertu, siłą rzeczy ma się ochotę wtrącić tu i ówdzie: ‘pamiętam, jak X grał to tak i tak a Y w tym miejscu przyspieszył tempo dla  wrażenia’. Czasem jest to zwykła figura stylistyczna, ozdobnik do tekstu, czasem faktycznie czyjąś grę aż tak się pamięta .  Dzisiaj jest to dużo łatwiej zrobić, bo wystarczy  poszukać w swojej domowej muzycznej dyskografii lub zwyczajnie w Internecie danego pianistę i utwór odnaleźć, przesłuchać ponownie.  Ale bez autentycznie idealnej pamięci i idealnego słuchu—któż spamięta , po latach, jak  X czy Y grał tą czy inną sonatę, fugę czy mazurka? Natomiast pamięta się  łatwiej nastrój koncertu, własne wrażenia z odbioru muzyki, urok … lub nudę. Co owszem, nie wstydźmy się przyznać, się zdarza.  Otóż dla mnie, z całego  koncertu (poza jednym szczególnym wyjątkiem, o czym na końcu wspomnę) ta właśnie sonata Schumanna zostanie jako kwintesencja tego wieczoru.  I, podejrzewam, po latach jeszcze słuchając gdzieś Blechacza,  z przyjemnością wspomnę jak grał Schumanna w Vancouverze, w 2018 roku.

Ostatnią część koncertu Rafał Blechacz poświęcił naturalnie panu Fryderykowi.  Jego czarującym mazurkom i ukoronował finał majestatycznym Polonezem As-dur Op. 53.06-DSC00168

Trudno, by nie wpadać w banały wielokroć przez  (pewnie przeze mnie też czasami …) wielu powtarzane, silić się na opis gry Blechacza w tychże kompozycjach Chopina.  Mało chyba z nas, Polaków, nie słuchało po wielokroć tychże utworów. Nawet ci z nas, którzy sal filharmonicznych nie zwykli odwiedzać.  Chopin jest u nas wszak chlebem powszednim od kołyski prawie.  Ktoś by musiał faktycznie tego biednego ‘polskiego’ Chopina niemiłosiernie maltretować,  byśmy  nie klaskali zachwyceni po każdym mazurku, polonezie.  Zwłaszcza po TYM polonezie, którego przewodni temat muzyczny każde polskie dziecko potrafi chyba zanucić, nawet  nie zdając sobie sprawy, że to właśnie Pan Szopen go skomponował.  A przecież odniosłem wrażenie, że Blechacz i ten utwór grał nieco inaczej. Mniej brawurowo, subtelniej.  Jakby za każdym razem przed pojawieniem się tego słynnego tematu-refrenu—pianissimo do granic ‘ssima’ zbliżał, wyciszał, by następujące nieuchronnie forte bez uderzenia silnego w klawisze wyodrębnić, zwielokrotnić efektem. Może był to wynik ‘przyzwyczajenia’ wszystkimi  muzycznymi interpretacjami do tej ostatniej części koncertu?  Może tak już Blechacz moje ucho wytrenował w partiach poprzednich, że nic innego się nie spodziewałem niż kolejnej precyzji i subtelności muzycznej pianisty? Fakt pozostaje faktem, że bez względu czy użył fortelu akustycznego czy grał z wyjątkowym wyczuciem— efekt końcowy  taki, jaki zamierzył osiągnął: zachwyt słuchającego.

Takoż i zbliżyliśmy się do zapadnięcia kurtyny.  Zwykle jednak, rozpieszczani przez  muzyków, oczekujemy zawsze prawie na bis, na encore.  I teraz mowy nie było by oklaski ucichły zanim młody, szczupły pianista nie zasiądzie  ponownie do fortepianu.  I tu, co zapowiadałem wcześniej. Ów moment czaru muzycznego. Spod palców popłynęło cudeńko muzyczne urzekające wszystkich. Tak byłem się w to wsłuchałem, że za nic potem w stanie nie byłem przypomnieć sobie kogoż ten klejnocik był autorstwa.  Tak przecież znany, lubiany! Aż zły na siebie byłem. Jakby celowo tenże młody pianista tak mnie tą muzyką oczarował, żem o świecie zapomniał.  Na szczęście w sukurs przyszedł sam odchodzący Prezydent Chopin Society, Iko Bylicki, podszeptując: Brahms. Ach!  No właśnie, przez Shumanna już obwołany geniuszem, jeden z ostatnich wielkich niemieckich kompozytorów blisko 200 lat, od XVIII do początków XX wieku. Czasem właśnie geniusz nie po dziełach wielkich, monumentalnych poznać można , a od drobnych kwiatków, od pierścioneczka kunsztownego, a nie od kolii wielkiej. Intermezzo Nr 2, Op. 118. Perełka muzyczna najczystszej barwy.  Widać było, że coś, co wytchnienie i radość sprawia samemu pianiście. A bez wątpienia słuchającym.

Po koncercie miał miejsce uroczy ‘wine and cheese’, możliwość spotkania i wymiany kilku (dla niektórych zwyczajem nie zawsze miłym: kilkuset) słów z pianistą, spotkań i wymiany wrażeń ze znajomymi od dawna nie widzianymi (lub widzianymi po raz pierwszy). Trochę śmietanki ,socjetowej’, typowej na takich spotkaniach. Miło było przedstawicieli Konsulatu Generalnego (zdaje się—nie od nich tą wiadomość dostałem–niezbyt już długo tu pozostającego, ale komuż potrzebna placówka w mieście-bramie z Ameryki Północnej do Azji?) spotkać, którzy Gala Koncert patronatem objęli. Miło było rozmowę dłuższą i mądrą z profesorem Lee Kum-Singiem uciąć.  Zdań kilka zamienić ze znanym komentatorem życia muzycznego Vancouveru Geoffreym Newmanem (dobrze, że niezbyt długiej, bo dwie osoby o silnych przekonaniach o swojej racji nie najlepszymi są partnerami do rozmów, ha ha ha).

11-DSC00178
Zarząd Vancouver Chopin Society /photo: B. P-G/

Bardzo miłym akcentem było spotkanie całego, lub większości, Zarządu Stowarzyszenia Chopina, gdzie w sposób niezwykle miły podziękowano za wieloletnią pracę przewodzenia organizacji  Prezesowi Iko Bylickiemu i przedstawienia nowego Przewodniczącego. Życzyć należy nowemu Zarządowi podobnych sukcesów, jakie do tej pory organizacja odnosiła.

 

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

w

Connecting to %s