Spojrzenie wstecz i o ludziach ważnych

Nie wiem, nie pamiętam dokładnie ale musiało chyba to być w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego wieku, gdy zetknąłem się po raz pierwszy z pojęciem ‘literatury emigracyjnej’.  Tej, która nie oznaczała pisarzy doby mickiewiczowskiej i norwidowskiej, a współczesnej. Kiedy się już zaczęło czytać Witkacego i Gombrowicza (ze starych, przedwojennych wydań z półek bibliotecznych rodzinnych lub u przyjaciół) to nagle pytania: no dobrze, Witkacy w łeb sobie strzelił w 39, ale co z tym Gombrowiczem? Pisać przestał? A gdzie ten Miłosz i czy Watt zginął?! Od nitki do kłębka i kopie małej, konspiracyjnej „Kultury paryskiej się znalazły i w bibliotekach uniwersyteckich to i tamto nie tak trudno było wyszukać. No a jak się już znało pytania to można je było po prostu zadać bliskim a starszym. I nie mogli po prostu tematu pomijać. Na nic zresztą czasu nie było.  A już szczególnie na dogłębną refleksję. Bo czas się walił i burzył w tych latach 70, które zakończyły się , oczywiście, 1980tym. Co się stało w tym roku – pamiętamy. Jakże to tam było Adasiu na tej Litwie Twojej? „O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,. A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy o tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy. /…/ Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem, jakieś oczekiwanie tęskne i radośne.” (Ks. 11 „Pana Tadeusza”) Mickiewicz pisał o 1812, moje pokolenie o 1980. Nawet byłem na tą jego, Mickiewicza, Litwę, do Wilna samego, zawiozłem postanowienia statutowe ‘S” i pełny wyrok Sądu Wojewódzkiego zatwierdzający „S”.  Wydrukowane na pierwszych stronach wielkiej (rozmiarem) ‘Trybuny Ludu” – oficjalnego organu KC PZPR! Co nie przeszkadzało, że przemiła konduktorka-Polka błagała mnie bym przed granicą to zniszczył. Przezornie podpowiedziała, że to, co się drukuje w komunistycznej prasie w Polsce – w Rosji grozi więzieniem. Sposobem swoim, dość dobrym, gazetę przewiozłem razem z ulotkami związkowymi i komu trzeba w Wilnie przekazałem.

W wielkim  skrócie czasowym przeskoczę do Londynu rok później, gdzie mnie losy rzuciły. I spotkania i rozmowy z tymi ludźmi z tej ‘tajemnej’ literatury emigracyjnej. I kilka publikacji w zakazanym (w Polsce) „Tygodniu Polskim”, „Gazecie Żołnierza” czy szanownym „Orle Białym”.  Potem, znowu koleją losów, korespondencja długa z Giedroyciem samym, jego przesyłki dla mnie do obozów uchodźców polskich w Italii, z prośbą o rozdawanie Polakom, by trochę nowoczesnego Zachodu zrozumieli zanim w nim się osadzą. Zacny Pan Jerzy, jak zawsze wiedział, co jest ważne, a co jest mniej ważne. Kolejne generacje jakby trochę ten zegar wartości zatraciły. Skutki w Kraju? Są takie, jakie widzimy

Znowu kolejny skok czasowy i ląduję w Kanadzie, gdzieś pod Górami Skalistymi, w mieście, o którym pierwszy raz usłyszałem przeglądając mapy Kanady w Ambasadzie Kanady w Rzymie… . Jest znowu czas akcji a nie refleksji. W Kraju stan wojenny. Wojna jaruzelska. Nie ma czasu na poszukiwania, dywagacje. Trzeba coś robić. Ten pośpiech i ten nakaz nie zawsze na najlepsze wybory kierował. Ale – cóż, jak ‘pan każe, sługa musi’. Wychowano mnie jednak w tym tradycyjnym poczuciu obowiązku wobec. Wręcz nakazie. A będąc ciągle bardzo młody, czyli w wielu sprawach głupi – za nakazem szedłem niemal ślepo. Mimo to własna już jako-taka wiedza i przezorne napomnienia z czasów obozowych otrzymane od Giedroycia (no i chęć publikowania) szybko utwierdziły mnie w przekonaniu, że najważniejszą z robót pro-polskich jest robota ‘w kulturze’. Zwłaszcza tej przez duże K. Centrum było w Toronto wówczas już. Aż dwa bardzo dobre i poważne tygodniki: „Związkowiec” narodowców i bardziej demokratyczny „Głos Polski”. W Winnipeg był zacny „Czas”. W każdym, często publikowałem, na ogół (co młodego pewnie łechtało ale i w pewną zbyt może ślepą uliczkę talentu i ważności wpędzało, ha ha ha) zawsze na pierwszych stronach. Dzięki temu udało się wiele znajomości dobrych zawrzeć. Potem z obozu internowania przyjechał Edek Zyman, kilka lat dobrych starszy i już z pewnymi osiągnieciami literacko-redakcyjnymi. Wkrótce został naczelnym „Głosu” w Toronto. I był bardzo dobry. Ale też, sprytnie wykorzystując znajomość, trochę mnie do swojego tygodnika ‘przywiązał’ a nie jest dobrze młodemu piszącemu zbyt się wiązać z jednym tylko tytułem… Mroczkowski (naczelny „Czasu”) w porozumieniu z dyrekcją prasową proponuje mi objecie tego „Czasu”. Na szczęście odmówiłem. Pismo już przymierało trochę, warunki finansowe – straszne. Czytam wspaniałych poetów ‘kanadyjczyków’: Iwaniuka i Śmieję z Toronto. Zwłaszcza Iwaniuk mnie poraża potęgą swej poezji. Zaprzyjaźnione małżeństwo pisarskie Adama i Ireny Tomaszewskich  sugeruje bym poznał koniecznie Buszę i Czaykowskiego z Vancouveru. Coś słyszałem, pewnie czytałem coś-gdzieś. Ale nie aż tak specjalnie, bym znał ich twórczość.

Kolejny skok. Ląduje w 1994 tutaj, w Vancouverze właśnie. Na stałe, w każdym razie na bardzo długo. Już kilka lat po wojnie jaruzelskiej. I kilka lat po odzyskaniu suwerenności. Bez jednego de facto wystrzału, bez szubienic i zemsty. Z czego bardzo byłem Polsce wdzięczny i dumny z niej za to. Ląduje już nieco mądrzejszy. Już nie trzeba być w okopach, na przyczółkach. Można robic, co samemu uzna się za ważne. Lub, co samemu umie się robić i ma to, we własnej decyzji, sens większy.  Więc zdecydowanie nie w typowej, tradycyjnej organizacji polonijnej. Po prawdzie, wyznać muszę bez skruchy,  Polonia jako taka bokiem mi już wychodziła. Jacyś panowie tu piszący do prasy lokalnej polonijnej odnajdują mnie tu jednak i przekonują, że takie pióro, jak moje – milczeć nie może. Tym razem, już trochę starszy będąc, na taki lep bezmyślny nie dałem się od razu złapać. Mimo to, po namowach, zgodziłem się czasem coś napisać. Ale o jakimkolwiek ‘dziennikarzeniu polonijnym’ mowy być nie może. I tak zostało. Potem ‘przez Mamę’ wstąpiłem do grupy „Pegaza”. I nagle ciekawych ludzi i trochę wariateńków spotkałem. Zwłaszcza świetnego rzeźbiarza a nade wszystko artysty z krwi i kości (również w tych negatywnych wyobrażeniach o artystach) – Ryszarda Wojciechowskiego. Poetów: Dornię, Piotrowską, Zambrzycką, Tylmana i niesfornego ale zdolnego Siedlanowskiego. Innych ciekawych ludzi tam bywających. Mały skok czasu – i powstaje z tego „Strumień’, rocznik twórczości polskiej tu, na Zachodzie Kanady. Kolosalna praca każdego roku, nad każdym wydaniem. Tylko raz do roku (czasami z przeskokiem) a trudno wyobrazić sobie ile zarwanych nocy, wszystkie dni wolne temu poświęcane przez blisko 10 lat. I satysfakcja potem w odwiedzanych archiwach uczelnianych, bibliotekach w Polsce, instytutach, gdzie tenże „Strumień” każdego roku był z radością oczekiwany. Zapis trwały. Nie zagubiony na kartkach gazetowych, blogowych… Z redakcją podejmują współpracę wspaniali ludzie i fachowcy wyjątkowi w swych dziedzinach, profesorowie: Andrzej Wróblewski (były rektor ASP warszawskiej, jeden z ojców współczesnego polskiego dizajnu) z przeuroczą (i bardzo madrą) małżonką, Ireną; Anna Gradowska, historyk sztuki; Maria Jarochowska, antropolog. I – tu drugi, a być może ważniejszy, temat tego artykułu: poeci Bogdan Czaykowski i Andrzej Busza. W końcu życzenie Adama i Ireny Tomaszewskich z Toronto się ziściło. Poznałem ich. Poznałem też w końcu ich poezje. Ośmielę się powiedzieć, że poezję ich poznałem dobrze. U Czaykowskiego było to łatwiejsze. I rodzaj poezji przez niego tworzony i jego osobowość były jakby łatwiejsze, bardziej otwarte. Bliższe norm do jakich (zwłaszcza w emigracyjnej literaturze polskiej) przywykłem, jakie znałem najlepiej. Do Buszy musiałem się przybliżać, jak kot. Powoli i trochę nieufnie. A dla tych, którzy kotów nie znają bliżej, zdradzić muszę, że jeśli już kot z nieufności zrezygnuje – przyjaźń zachowa do końca dni i bardzo zazdrośnie. I tak któregoś dnia pękła moja nieufność wobec poezji Buszy. To klejnot literatury czystej.  Miejsce, gdzie zlepiają się, jak w rękach dobrego murarza, lepiszcza wszelkich minerałów.  Jego wiersze to spowiedź lub opowieść wędrowca, tułacza. Bez jakiegokolwiek sentymentalizmu czy tradycyjnej tęsknocie za miejscem, czasem, chwilą. Opowieść przez kontynenty, kraje, kultury, cywilizacje. Pewnie trochę, jak jego życie. Jest w niej jednak coś więcej, coś ponad erudycję i spotkania z innymi kulturami i wpływami kulturowymi. To nie pocztówki literackie. Busza nie jest w poezji reporterem Kapuścińskim, nie jest też typowym uchodźcą ani bieżeńcem. Jest człowiekiem dziwnych, jakby rewolucyjnych czasów. Czasów nowej Wędrówki Ludów, która trwa prawie od końca II wojny światowej do dziś i nie widać jeszcze jej zmierzchu, finału. Wędrówka nie tylko ludów ale ich kultur, ich tradycji. I zderzanie się tych tradycji z naszymi. Stąd, gdy pisze o czymś lub kimś z jakiś agor greckich, jakiś piazza lub willi rzymskich, z lasków oliwnych w Palestynie, postaci z kart literatury anglofońskiej – pisze o tym, jakby o kimś, kto wczoraj z nim rozmawiał, jak o znajomym bliskim. Czasy przestają być rozdzielone epokami, przenikają się wzajem. Podobnie, jak odczucia, emocje, refleksje. Nad wszystkim dominuje człowiek. Nie Polak (choć możliwe), nie Anglik (dopuszczalne), nie Palestyńczyk (czemu nie) lub Rzymianin z czasów Cesarstwa – człowiek z tego wszystkiego. Zewsząd i ze wszystkich czasów. Ja. Ty. On.

Na ogół zamyślony, nawet jeśli czymś bardzo intensywnie zajęty. Bo jakby świadom tego, że to tylko chwila, też może złudna. Stoicyzm? W pewnym sensie – tak. Ale nie w klasycznym rozumieniu, że nic nie jest stałe – przeciwnie, w tym chaosie miejsc, epok i zajść człowiek i jego epos jest pewnym constant, czymś stałym. Z pasjami i ich odpływaniem, z młodością, wiekiem dojrzałym i odchodzeniem.

Ostatnie spotkanie w Surrey, w bibliotece w Guildford w maju tego roku, zorganizowane przez właśnie grupę „Pegaza”, z Andrzejem Buszą, miało za temat nie jego poezje a jego prace związane z Conradem-Korzeniowskim.  I co interesujące, ten temat też w pewnym stopniu pozwolił nam spojrzeć na Conrada z innej perspektywy. Owszem, polskiej. Ale i światowej. Człowieka jakby reprezentującego nowe, ‘nieumiejscowione’ czasy wymieniających się, stykających kultur i ceny globalizacji. Temat pasjonujący i ważny dla Buszy-conradysty. Wymagałby osobnej jednak relacji opisu, który tu mi się nie mieści. Może jeszcze czas nadejdzie na refleksje i o tym. Udało się jednak i przez zapowiedź pani Krystyny Połubińskiej i mój na temat poezji Buszy właśnie, wstęp coś o Buszy-poecie powiedzieć. A pan Konsul wręczył poecie bardzo stosowny dyplom uznania i podziękowania za jego twórczość. Więc i Andrzej Busza nie mógł się do tych sytuacji nie odwołać i wielką nam przyjemność zrobił kilka wierszy swoich czytając. Na zakończenie mieliśmy też możliwość zakupienia najnowszego tomu poezji zebranych, pięknie wydanego „Atolu” Andrzeja Buszy. Ze wszystkich egzemplarzy przyniesionych przez autora ani jeden się nie ostał. I były to zakupy najciekawsze, jakie Państwo zrobiliście w ostatnich czasach. Zaręczam. Nie czytajcie jednym tchem. Dajcie sobie czas na jego poezje. Wracajcie wielokroć na jeden-dwa wiersze. Jak tenże kot – dajcie sobie czas na zaprzyjaźnienie się z nią. Warto.

(zamieszczone zdjęcia poniżej są autorstwa filmografa Krzysztofa Wołoczki)

 

(zdjęcia poniżej autorstwa Andrzeja Sobieskiego)

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s