Wtedy, kiedy jest nam wstyd

Bogumił Pacak-Gamalski

Uroczy, stary Halifax. Po historycznym Quebec City, chyba najważniejsze miasto-brama w historii rozwoju i powstawania Kanady. To stąd głównie, z wielkiej bazy kanadyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej płyneły główne konwoje żołnierzy i materiału wojennego na pomoc Europie w obu wielkich wojnach. A nie były to konwoje ani małe ani dla Europy i Anglii mało istotne. Nie jedna bitwa i nie jedna kampania strategiczna lub taktyczna nie zakończyłaby się tak, jak się zakończyła gdyby nie te konwoje i tysiące żołnierzy z farm kanadyjskich. Wśród tych żołnierzy byli bez wątpienia chłopcy polskiego pochodznia. Emigracja polska do Kanady to blisko 200 lat czasu. Od biedoty chłopskiej z Galicji Wschodniej, przez uciekinierów przegranych powstań narodowych, masy żołnierskiej po tragicznie wygranej-przegranej ostatniej wojnie, po czasy współczesne: emigrantów z Polski Ludowej i masy solidarnościowej. Poza tą ostatnią, wiekszość przybywała przez Halifax – główny kanadyjski port na Atlantyku. Ktoś kiedyś może poświęci kilka miesięcy żmudnych badań archiwów w słynnym Pier 21 i obliczy ileż tysiecy Polaków tutaj postawiło pierwszy krok na ziemi kanadyjskiej.

Naturalnie, Kanada to kraj emigrantów i Polacy nie byli ani jedynymi ani nawet nie najważniejszymi liczebnie w osadnictwie kanadyjskim. Ale byli grupą znaczącą. Ślady tego do dziś znaleźć można nie tylko w muzeach i archiwach statystycznych ale na codzień: w nazwach osad, miasteczek, gór, a nawet regionach (słynne Kaszuby w Ontario).  Byli też Kanadzie potrzebni. Zaludnienie i zagospodarowanie kraju, który jest kontynentalnym olbrzymem bezwględnie przekraczało możliwości i Wielkiej Brytanii i Francji: kolonialnych rodziców dzisiejszej Kanady.

Dziś, jak każdy wysoko rozwinięty kraj, Kanada, podobnie jak Polska, potrzebuje stałego napływu emigracji z zewnatrz by nadążyć z dalszym rozwojem i normalnym funkcjonowaniem gospodarki. Tego procesu nie zmieni ani 500plus zlotówek ani 500plus dolarowe (nie, w Kanadzie nie ma tak bogatego programu, jak ten polski, bo nie jest krajem najwyraźniej aż tak zamożnym, jak Polska).  Zresztą programy takie często te braki siły roboczej bardziej jeszcze uwypuklają, czego przykładem jest właśnie Polska, gdzie brakuje bardziej niż przed kilku laty rąk do pracy, gdyż całe rzesze młodych Polek i chyba Poaków też, woli spędzać czas w domu niż w nisko płatnej pracy  I w dalszym ciagu (co, zważywszy domniemaną potęge gospodarczą Polski jest szokujące) trwa prawie identyczny rok-roczny exodus tysięcy Polaków do innych krajów, w tym do Kanady, w poszukiwaniu lepszego życia i zarobków. Ale nie o kłopotach demograficznych chciałem tu pisać. Chodzi o podejście do emigracji i emigrantów. Wiążące się z ekonomią bezwględnie. Ale też z podejściem od strony humanitarnej, czysto ludzkiej. Etycznej. Z podaniem ręki tym, którzy tej pomocy potrzebują. Często w tragicznych sytuacjach.

I Kanada nigdy tej ręki Polakom w chwilach ciężkich nie odmówiła.  Za co olbrzymia wiekszość Kanadyjczyków polskiego pochodzenia jest temu kraju wdzięczna i odpłaca mu się wielokroć przez aktywne i produkcyjne uczestnictwo w życiu tego kraju. Nie odmówiła i nie odmawia masie innych narodowości. Nie odmówiła olbrzymiej pomocy dla dotknietych niewyobrażalną tragedią bezwględnej wojny Syryjczykom, Irakczykom, Abisynom, Somalijczykom.  To właśnie zwrot w polityce emigracyjnej na jeszcze bardziej chojną i szybszą w początkach tragedii syryjskiej był jednym z ważniejszych momentów ostatnich wyborów kanadyjskich i zwycięstwa Justina Trudeau w walce o fotel premiera Kanady.

W pierwszym moim dziesięcioleciu życia w Kanadzie poznałem setki, dziarskich jeszcze wówczas, kombatantów polskich, byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wielu z nich zostało na całe życie moimi przyjaciółmi lub bliskimi znajomymi. Olbrzymia wiekszość przybyła do Kanady między 1946 a 1952 rokiem. Głównie statkami transportowymi właśnie do Halifaxu i stąd wyruszyła do Quebec, do Ontario, na prerie i aż nad wybrzeże Pacyfiku. Przybyli z kompanii wartowniczych w Niemczech po klęsce Hitlera, z obożow jenieckich i koncentracyjnych, z rozwiązywanych jednostek polskich w Anglii, Walii i Szkocji, gdzie dla nich nie było ani miejsca ani perspektywy  (Wielka Brytania po 1945, w porównaniu do Kanady, była krajem ubóstwa i powszechnych braków) na przyszłość. Moja fala, solidarnościowa, przybywała już tysiącami nie na pokładach statków a samolotów, więc lądowalismy na ogól najpierw w Montrealu lub Toronto – najbliższych lotniskach z Europy i stamtąd dalej samolotami do końcowego miejsca przeznaczenia.

Ale symbolem emigracji do Kanady, tak jak słynny Pawilon Ceł i Emigracji w Nowym Jorku, był właśnie Pier 21 – Nadbrzeże 21 w Halifaxie. Tutaj z tobołkami, walizkami przechodzili wszystkie emigracyjne formalności emigranci. Dziś z tej oryginalnej funkcji nic de facto nie zostało. Przbijają tu do tegoż Nadbrzeża dalej statki – ale są to komfortowe wielkie pasażery wycieczkowe (cruise ships) pełne zagranicznych turystów.

Otwarte jest jednak muzeum-archiwum emigracji, gdzie nie jest jakąkolwiek rzadkością a raczej codziennością napotkać Kanadyjczyków, którzy przyjeżdżają tu szukać pierwszych śladów swoich dziadów i pradziadów w Kanadzie. Dowiedzieć się po częsci kim są. Bo emigranci-uchodżcy mają tą dziwną podobność wstydliwego przemilczania wobec swoich dzieci i wnuków faktów ze swojej przed-kanadyjskiej historii. Tak, jakby po cichu wstydzili się swoich niezawinionych nieszczęść, lub tego, że stara ojczyzna ich potraktowała po macoszemu. Zwłaszcza ci z niskim wykształceniem. Może przykro im mówić wykształconym dzieciom i wnukom, że nie chodzili do szkoły, lub chodzili ledwie 3-5 lat, że byli biedni lub prześladowani za religie, za orientację seksualną (od szeregu lat to jedna z kategorii, którą Kanada uznaja za podstawowe prawo człowieka i sponsoruje osoby prześladowane za to w swoich krajach), za pochodzenie etniczne (ciągle najczęstsza i najokrutniejsza w skutkach forma prześladowania).

Przed tym Muzeum znależć można kilka wzruszających pomników przypominających losy emigranckie. I wdzięczność Kanadzie ale i wdzieczność Kanady za to, że poświęcili resztę życia temu krajowi, że go tak niewspółmiernie wzbogacili.

Kilka tygodni temu, w związku ze 100-leciem Odzyskania Niepodległości Polski, Polacy z Halifax, we współpracy z Kongresem Polonii Kanadyjskiej okręgu Quebec, z Konsulem Honorowym RP w Atlnatyckiej Kanadzie, odsłonili pamiątkowy kamień i tablicę polskiej emigracji do Kanady. Wartym zaznaczenia jest fakt, że sam głaz/kamień przywieziony został do Halifaxu z Polski – jakby symbolicznie reprezentując tym drogę naszą, polskich Kanadyjczyków (lub kanadyjskich Polaków) od Macierzy do Kanady.

Obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi wziąść w samej uroczystości udziału. Może i dobrze, bo ten kamień i tablica są słusznym ukłonem i potwierdzeniem naszej drogi emigracyjnej. Czym Kanada była dla nas i czym byliśmy i jesteśmy dla niej. A ja miałem takie dziwne uczucie, ktorego bym nie zaznaczyć tam nie potrafił. Uczucie wstydu za Polskę. I nie, nie za Polske mojej młodości – komunistyczną. Nie była  wszak nią z własnej woli. A dlatego, że była i ja się właśnie w Kanadzie znalazłem. Z wolnej bym wówczas za nic nie wyjechał. Te uczucie wstydu miałem za Polskę współczesną. Wolną, niezależną.

Otóż Polacy, kraj emigrancki, jak mało który z europejskich, w okresie jako-takiego dobrobytu (w porównaniu do krajów biednych poza tzw. światem zachodnim) ekonomicznego, kraj wolności demokratycznych i obywatelskich – pozwolili na to by ich własny rząd wyparł się wcześniej przez Polskę podjętych zobowiązań i odmówił przyjęcia nawet najmniejszej ilości uchodźców z Syrii, którzy w panice uciekali ze swojej ojczyzny objętej płomieniami strasznej wojny domowej. Oglądając w telewizji i gazetach zdjęcia martwych dzieci syryjskich wypływające na brzegi Grecji i Włoch – zatrzasneliśmy przed nimi bramy. Nie mając na to jakichkolwiek twardych dowodów (bo niemożliwe takie mieć w tych sytuacjach) ale opierając się na logicznym prawdopodobieństwie można z przerażeniem się domyśleć, że dzięki takiej decyzji Polski nie jedno więcej dziecko zgineło, nie jedna kobieta była zgwałcona, być może nie jeden mężczyzna zamordowany lub ciężko okaleczony.  I te myśli nie dawały i nie dają mi spokoju. I jako Polakowi i jako Kanadyjczykowi. A przede wszystkim, jako człowiekowi.

W ostrej walce politycznej spolaryzowanego i podzielonego do granic wytrzymałości społeczeństwa w Polsce można by wskazującym palcem pokazac na rząd, na prezydenta, na parlament, że to nie Polacy ale władza zachowała się okrutnie (i krótkowzrocznie). Ale można też , w pełnej świadomości tego, co mówimy, powiedzieć, że grzechy łatwo zwalać na innych, na tych przy władzy. Mimo wszystko jednak społeczeństwo, obywatele Polski na to władzy pozwolili. Więc odpowiedzialność za to spada też na całe społeczeństwo. W jakiś sposób, przez fakt, że Polska to też mój kraj, moja ojczyzna – spada ta odpowiedzialność i na mnie. Stąd wstyd za to tym większy. Mogę się wykazać i udowodnić, że przeciw temu protestowałem, że ostrzegałem przed takim wyborem. Ale może za mało, może za słabo? A przecież sam byłem uchodźcą w obozie kiedyś… Tak, jak olbrzymia wiekszość moich krajan w Kanadzie osiadłych, którzy tu się znaleźli, bo przed czymś uciekali, lub biegli ku lepszemu życiu dla siebie i swoich dzieci.

A tej chęci, tej gotowości pomocy nie znaleźlismy wobec tych, którzy po stokroć bardziej tego potrzebowali niż my. I stąd te uczucie wstydu.

A rząd i władza w Polsce? No cóz, tu słów nie znajduję. A te, które się cisną, do druku się nie nadają. Więc może dobrze, że na samej uroczystości być nie mogłem. Ostatecznie to był gest wdzięczności wobec Kanady i pokłon wobec generacji Polaków, którzy tu na przestrzeni dwóch wieków osiadali.

Byłem więc z własnej potrzeby dziś sam. Pamietałem jeszcze tych i znałem ich, którzy tu przybyli w latach nie tylko 30. ale i 20. ubiegłego wieku. Przyjaźniłem się blisko z tymi, którzy zdejmując polski mundur po Kampanii Wrześniowej, zakładali go zaraz ponownie we Francji, pod Tobrukiem, pod Narwikiem, szli przez Monte Cassino, przez Ardeny, by potem, bezdomni, znależć się w Kanadzie. Sam tu z plecakiem tylko przyjechałem. Kanady uczyłem sie przez radio od niezapomnianego Petera Gzowskiego w jego ‘Morningside’ na CBC, praprawnuku polskiego emigranta, Sir Casimira Gzowskiego. Więc im się poszedłem pokłonić. Ale to uczucie wstydu niosłem w sobie. Na koszulce miałem popularny w Polsce napis “KONSTYTUCJA z wyróżnionymi słowami JA i TY. Ja i Ty to MY. Wszyscy Polacy musimy o dobre imię Kraju dbać. I zachowywać się jak ludzie. Zwłaszcza wobec tych, którzy oczekują naszej pomocy a możemy im jej udzielić.

Advertisements