Spacer z patykiem

Halifax, 2018-12-31

 Nikt z nas prawie – poza tymi, którzy od kolebki prawie, wyjątkowo przykładne i zaplanowane życie prowadzą – nie wie, gdzie powiodą nas gościńce życia, w którą stronę zaprowadzi ścieżka upływających lat. Wyjeżdżając z Polski ‘na chwilę’ w 1981, przypuszczać nawet nie mogłem, że po roku będę lądował na ośnieżonym lotnisku w Montrealu, a następnego dnia wieczorem wyjdę na spacer mroźnymi i opustoszałymi ulicami ‘downtown’ w Calgary. W 1980 nawet nie wiedziałem chyba, że takie miasto jest w Kanadzie! Tak mało o tym kraju wiedziałem. Trochę utartych, na ogół sympatycznych stereotypów; Montreal, Halifax i Toronto, gdzieś na obrzeżach nieco Ottawa i Vancouver; Szara Sowa; coś mgielnego (bardziej chyba z Curwooda i Londona niż z kanadyjskich źródeł) i romantycznego z Północy; powinowactwa z Monte Casino, i Pierre Trudeau. Ot, i wszystko. A dziś to mój serdeczny kraj. Dom, w którym spędziłem większość nie tak krótkiego życia. Od jednego oceanu, po brzegi drugiego, w międzyczasie kilkanaście lat na prerii. Łaziłem tu na najwyższe szczyty, błądziłem po puszczach spływających grzbietami obu stron Gór Skalistych ku dolinom Alberty, Kolumbii Brytyjskiej i Jukonu. Teraz nieco po kamienistych brzegach i gęstych laskach atlantyckich. Ile jeszcze mi tego łażenia i grzebania kijkiem w poszyciu leśnym zostało nie mam pojęcia. Ale póki co, dalej tak sobie będę pośród tych strumyków (już pewnie bez wdrapywania się na zbyt wysokie szczyty) szurał trampkami. Jak i po uliczkach miast tutejszych. Nie wiedziałem, że aż tak daleko od Polski żyć przyjdzie. Nie tylko odległością fizyczną ale i kulturową, mentalną. Bardzo się drogi nasze rozeszły. Ani bym chyba mógł i raczej na pewno nie chciał tymi samymi teraz znów chodzić zacząć. Zbyt dorosłem chyba, dojrzałem. Co było dobre dla dziecka i chłopca – dorosłemu już nie uchodzi myśleć infantylnie. Świat jest taki ciekawy, ludzie tak piękni, kolorowi, różnorodni. Pewna parafialność sielanki polskiego krajobrazu kulturowego cieszy i sentymentem ciepłym ogrzewa w niedzielne popołudnie. W poniedziałek uwiera i przeszkadza.

Zmiany – mam nadzieję, że nie stałe i nie długotrwałe – które w Kraju zaszły po 2015 zaszokowały mnie. I nie były to zmiany czysto polityczne, jakieś dekrety czy ustawy rządowe. Tak, jak zmiany w Ameryce (USA) po wyborach Trumpa. Ale Ameryka tak mnie nie zdumiała. To kraj tak dziwny i tak rozdarty na szereg historycznych sprzeczności, że co zadziwia, to raczej fakt, że mimo wszystko do dziś jako jedność przetrwali. Polska  i Polacy wydali mi się dużo bardziej europejscy. A ostatnie trzy lata mnie w tym zachwiały. Oczywiście mam na myśli Europę kulturową nie geograficzną. Europę Renesansu włoskiego, Oświecenia francuskiego, Romantyzmu niemieckiego i polskiego, pozytywizmu polskiego, trochę Grecji helleńskiej, smutku skandynawskiego, spokoju Czechów, irytującej a mimo to sympatycznej flegmy i arogancji ignoranckiej Brytyjczyków.  A tak strasznie dużo przetrwało w nas tego, od czego zawsze się głośno odżegnywaliśmy: mistyki niewolniczej rosyjskiej. Niby przez wieki nieśliśmy zachodnio-europejską cywilizację na Wschód, niby inteligencja rosyjska patrzyła na nas prawie tak zakochana, jak polska we francuskiej – a przez te kilka ostatnich wieków sporo tej duszy rosyjskiej, jakże smutnej i odwróconej tyłem do świata, wciekło i do naszej duszy. Bo czymże jest lęk przed innymi, jeśli nie lękiem niewolnika przed wolnością? O tak, można krwawe protesty robić, ginąć na barykadach – ale żyć wolnym?! To już dużo trudniej niż moment flagi, transparentu i okrzyku.

Więc ta kolorowość, ta różnorodność tradycji i przywiązań w tym moim nowym Domu bardziej mi odpowiada. Naturalnie, że nie bez zgrzytów. To oczywiste. Dlaczego sąsiad sadzi na rabatach tulipany, których nie znoszę a krzywi się patrząc na moje ulubione mieczyki kwitnące w moich rabatach? Czasem nawet chęć atawistyczna nachodzi, by w nocy mu nożyczkami te tulipany wstrętne obciąć! Tyle, że jak nudno by ta moja ulica wyglądała, gdybyż wszędzie tylko mieczyki rosły w ogrodach! Więc nie tylko mu tych tulipanów nie zadepczę, a przeciwnie – jak wyjeżdża na urlop będę mu te kwieciska podlewał, by nie uschły. Ostatecznie wolę obejrzeć się za przystojnym chłopakiem, czemuż jednak miałbym z przyjemnością nie popatrzeć za zgrabną, ładną dziewczyną?! I nie tylko tym zgrabnym i ładnym fizycznie – ileż piękna autentycznego jest w tych, którzy noszą je wewnątrz, a przez to, że ich piękno prawdziwe – widać je, gdy sobie pozwolimy na moment obserwacji, gdy świeci i na zewnątrz osoby. O takim niby pięknie pisał jeden z naszych największych, gdy naród polski do lawy porównywał, która świetliste dyjamenty miała skrywać. Co daj boże, daj boże, Cyprianie Kamilu. Tylko życie takie krótkie … Nie wszyscy mamy wystarczająco dużo cierpliwości, by czekać. I czekać.

Ostatnie promienie słońca (dzień dziś słoneczny nad Atlantykiem) tego roku. Jutro już kolejny nowego. Niech nie wygląda, że tylko żale i smutki na gniazdo dzieciństwa i młodości wylewam. Nie zamieniłbym jednego dnia tamtych dni i tamtej epoki na inny. To mi dało solidny fundament. Wszystko, co potem zbudowałem z siebie, oparte na tym fundamencie. Ale zbudowałem zupełnie inaczej, niżbym pewnie to robił w Kraju zostając.  Nie ze swoich zdolności wyuczonych, nabytych. Z wielości fantastycznego budulca i materiału, jakiego w tym nowym kraju miałem pod dostatkiem.

I, miałem szczęście nieocenione,  napotykałem na tych moich wędrówkach z patykiem w ręku co raz nowe dyjamenty przepięknej barwy i polskie i z dziesiątków innych krajów, kolorów i odcieni skóry, akcentów. Tegoż wszystkim, bliskim i dalekim, życzę na nowy 2019 rok. Spacerów z patykiem w dłoni i grzebania w poszyciu lasków, dżungli, rzeczek i mórz, a nawet miejskich chodników – kto wie, co pod kamieniem leży i czeka na znalazcę! A nuż dyjament urody najczystszej…

Advertisements

Urbi et Orbi czy semper fidelis?

W latach 1989-91 odzyskiwaliśmy trudnymi krokami suwerenność i autentyczną niepodległość. Nikt tego w całej Europie Wschodniej od zakończenia 2 wojny światowej przed nami nie zrobił. Byliśmy pierwsi. Stare strachy i leki, przyzwyczajenia wisiały nad nami, jak ciężkie opary rzeczy niemożliwych lub zbyt ryzykownych. Nikt jeszcze nie wiedział ani nie przewidywał, że dni Imperium Zła są policzone. Zresztą, gdybyśmy tego zwycięskiego marszu do suwerenności nie odbyli – kto wie, jak długo te Imperium by jeszcze przetrwało?  A każdy rok jego trwania lub powolnej agonii był rokiem straszliwiej, przyśpieszonej dewastacji narodów podległych temu Imperium. Byliśmy też świadomi bardzo nie tylko Praskiej Wiosny, i węgierskiej Rewolucji ale przede wszystkim Powstania Warszawskiego i niewyobrażalnych kosztów jego tragicznej klęski. Na kolejną nie było w społeczeństwie najmniejszej ochoty i nikt by tego nie poparł, poza garstkami młodych zapaleńców, którzy nie znali jeszcze ceny krwi i kolejnej narodowej klęski.

Stąd ten marsz, przez Magdalenkę, nie był sprintem ani biegiem. Raczej  wolną końcówką długiego maratonu.   Ci, którzy wówczas nic mądrego ani pomocnego nie zrobili – dziś łatwo to krytykują. Takich ‘zaklinaczy historii’ jest zawsze dużo. Zwłaszcza wśród nas i naszej historii. Na plewy zwracać uwagi nie ma sensu, gdy Dzieje zajęte są żniwami. Poza tym – nie jesteśmy narodem zwycięzców. W zasadzie ostatnie 300 prawie lat – to pasmo klęsk. Nawet zwycięstw kampanii Napoleońskiej 1812 roku w jej początkowej, a nawet szczątkowej (Kongres Wiedeński) wersji nie udało się w nic trwałego (prócz legend) przetworzyć.

Nie oszukujmy się – wojna 1914-18 nie była wojną, w której Legiony Komendanta pokonały armie Prus, Austro-Węgier i Rosji! Legiony i POW, a zwłaszcza polityczno-niepodległościowa działalność Piłsudskiego były nieodzowne w powrocie Polski na mapę świata. Ale nie militarne zwycięstwa legionistów. Choć były i były bohaterskie – tyle, że bez większego znaczenia dla losów wojny.

Te klęski narodowo-państwowe ostatnich 300 lat przeorały naszą świadomość i zmieniły społeczeństwo. Została przerwana sztafeta pokoleń. Kiedy odchodzący gospodarze mają czas nauczyć wstępujących, jakie wartości obywatelskie w funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa są najistotniejsze i co o charakterze państwa, jego sile i słabości świadczy. Zamiast elit, które wyginęły lub zmarniały ekonomiczno-intelektualnie – po kraju zaczęło krążyć widmo ‘elyt’ nouveau riche w sensie ekonomicznym (domowi nowobogaccy) i intelektualnym (nikłość lub płytkość wykształcenia i świadomości kim i dlaczego się jest).

Proces odzyskania pełnej suwerenności można zamknąć rokiem 1991, kiedy odbyły się pierwsze, kompletnie wolne i całkowicie demokratyczne wybory do Sejmu i Senatu. Sukcesy i przeobrażenia następowały szybko: NATO, Unia Europejska potwierdzały, że jesteśmy z powrotem w rodzinie europejskiej. Zwłaszcza moment wstąpienia do Unii był momentem absolutnie i bezdyskusyjnie przełomowym w naszej współczesnej historii.  Z zapóźnienia ekonomiczno-technologicznego sięgającego pewnie 25 lub więcej lat, kraj błyskawicznie zrzucił co najmniej dekadę. Rok 2004 (akces do UE) był dla państwa i społeczeństwa rokiem przełomowym. Można by go chyba porównać do panowania Kazimierza Wielkiego u schyłku Polski piastowskiej: zamieniliśmy bite gościńce na szosy i autostrady a miasta ze stanu zrujnowania na rozwijające się i sympatyczne do mieszkania w nich europejskie polis. Naturalnie nie obyło się to bez cen, czasem wysokich, społecznych. Okazuje się, że łatwiej zbudować kilkupiętrowe garaże, niż zapewnić mieszkańcom możliwość zarobków pozwalających na kupno samochodów i parkowanie tamże. To była cena pewnej ‘kontrreformacji prawicowej’ Polaków. Skompromitowana 40-letnim panowaniem opcja komunizmu sowieckiego rzuciła duży cień odmy wobec wszelkich ruchów choćby minimalnie lewicowych. Tą niechęć podgrzewał bardzo silnie,  koalicyjnie związany z partiami prawicowymi, centro-prawicowymi a nawet ludowymi, Kościół katolicki w Polsce. Do tego stopnia, że w ostatnim dziesięcioleciu stał się Kościołem najbardziej chyba w Europie konserwatywnym, prawicowym, który do dziś nie pogodził się z odejściem Benedykta z tronu watykańskiego. Dzisiejszy Kościół katolicki w Polsce bardziej przypomina wersję wojującego protestantyzmu amerykańskiego niż Kościół rzymsko-katolicki. W tym również aktywnego i jawnego publicznie ingerowania w sprawy polityczne kraju. Smutnym jest też fakt, że niektóre kręgi kościelne – bez wątpienia za cichą zgodą niektórych hierarchów – stały się wręcz zarzewiem rozwinięcia się ruchów faszystowsko-nacjonalistycznych w Polsce.

Ten szybki rozwój ekonomiczny państwa, otwarcie szerokie bram do Europy Zachodniej i masowa tamże emigracja zarobkowa Polaków nie szły w parze z równomiernym wzrostem ekonomicznej niezależności pewnych grup społecznych, które znalazły się na uboczu wzrostu zamożności państwa. Jednocześnie ta masowa emigracja i wyjazdy do Europy Zachodniej zderzyły Polaków z inną, liberalną, humanistyczną  wersją współczesności. Z wolnością osobistą nie tylko teoretyczną i polityczną ale legislacyjną, prawną. Z wolnością, która zagrażała tradycyjnym pojęciom społeczeństwa cywilizacyjnie zacofanego.

Wielkie zmiany zachodzące prawie jednocześnie w prawach jednostki, mniejszości etnicznych, religijnych, seksualnych, których jesteśmy od dwudziestu lat świadkami w świecie rozwiniętym powodowały coraz większe pęknięcia na drodze ‘europeizacji’ i integracji europejskiej między Polską a tradycyjnymi członkami Unii Europejskiej. Stworzyło to olbrzymią szansę dla zdobyczy politycznych ruchów populistycznych, rewanżystowskich. A czempionem tych ruchów została partia Prawa i Sprawiedliwości wraz z jej przywódcą, Jarosławem Kaczyńskim. Jesienią 2015 roku ten bezwzględny polityk i manipulator par excellence wgrał i parlament i prezydenturę wyborach powszechnych.  

Cofnę się nieco w czasie i kompletnie zmienię geografię miejsc, zjawisk i ruchów oraz bohaterów. Jest rok 1962 na kontynencie północno-amerykańskim. Młody, ceniony intelektualista i działacz Pierre Elliott Trudeau angażuje się silnie w bezpośredni kształt polityczny swej macierzystej prowincji kanadyjskiej, Quebec. Poprzednie dziesięć ponad lat spędził na uniwersytetach w Montrealu, Harvardzie, Paryżu i Londynie i był bezpośrednim świadkiem wielkiej rewolucji przemian społeczno-politycznych, jakie ogarniały zachodni świat. Wraz z kilkoma przyjaciółmi doszli do wniosku, że te zmiany muszą też dotrzeć w końcu do tradycjonalistycznego, ultra-katolickiego i agrarnego Quebec, w którym ciągle panowała mentalność (ścisłe przez ówczesne elity polityczno-kościelne chroniona) XIX wieczna. Jakbyśmy w Polsce powiedzieli: chłopa, pana i plebana. Przytoczę tu bardzo świadomie krótki (choć, przyznaje, niebezpiecznie jak na obszerność tego artykułu – długi) fragment jego autobiografii, gdzie opisuje moment wejścia w polityczne życie Quebecu w związku z nadzieją, że złe nawyki przeszłości w końcu słabną i okna tej prowincji otwierają się by wpuścić do środka świeże powietrze.

Ale dlaczego to szczęście miało być tak krótkotrwałe? Ten cały ruch ledwie się rozpoczął, kiedy ludzie zaczęli tęsknić do starych sloganów. Od 1962 zaczęło się cofanie z pozycji bycia otwartym do uniwersalnych praw w Quebec, słychać było domagania się niczego poza ‘bycia gospodarzami własnego domu’. Zamiast oparcia się na polityce racjonalnej i realnej, zostaliśmy wrzuceni do tygla ‘polityki wielkości’, której głównym zajęciem było zbyt często zwykłe rozwijanie pompatycznych sztandarów. Czy mieliśmy faktycznie cofać się do koncepcji zapatrzenia w siebie i nacjonalizmu? Czy po to pozbyliśmy się przemocy prowadzenia za rękę przez naszą Matkę-Kościół i po to uwolniliśmy się atawistycznych wizji, by rzucić się na kolana przed ołtarzem naszej Świętej Matki Narodu? Walczyliśmy przez dziesięć lat w imieniu wszystkich Quebekczyków: białych, czarnych, żółtych, katolików, protestantów i agnostyków; czy teraz mielibyśmy opuścić ich wszystkich i poświecić całą naszą uwagę tylko ‘czystym’ Quebekczykom? (P.E. Trudeau „Memoirs”, wyd 1, 1993,Toronto, s. 72-73)

Gdy niedawno do jego wspomnień wróciłem ten właśnie fragment – w pierwszym czytaniu i w innych czasach uwagi większej do tego nie przykładałem – wydał mi się wręcz słowo-w-słowo pasującym do Polski po 2015. Gdyby tylko nazwę ‘Quebec’ zamienić wszędzie na ‘Polska’ a rok na ‘2015’ a nie ‘1962’.

Oto jak myślą i w jakim są olbrzymim dylemacie dziś Polacy nowocześni, Polacy-Europejczycy, Polacy-kosmopolici (w tym pięknym, pozytywnym znaczeniu tego słowa rozumianym jako ‘obywatele świata’). Czy wszyscy mają wyjechać? To nie tylko niemożliwe – to by było katastrofą dla Polski. Czy w końcu narodzi się, powstanie w Polsce autentyczny nurt nowoczesnej polityki XXI wieku odrzucający stare kaftany doktrynalne? Wymaga to wysiłku o wiele większego niż tylko pokonanie w kolejnych wyborach partii PiS. Ostatecznie i PiS i PO wyszły z tego samego ‘worka ideologicznego’. I za grzechy pospolite PiS winę ponosi w pewnym sensie i PO. Może nie za grzechy kardynalne (łamanie konstytucji, zamach na sądy i media publiczne) – ale za pospolite, na pewno.

Być może w ogóle nie chodzi o konserwatyzm czy liberalizm; lewicowość czy prawicowość;  tradycjonalizm czy nowoczesność.  Niezadowolenie społeczne z efektów 60-lecia współczesnego liberalizmu jest tez dość widoczne wszędzie w rozwiniętym świecie. Liberalizm tradycyjny już swoją rolę wypełnił. Ludzie nie chcą więcej naginać rzeczywistości do norm i formułek teoretycznych. Świat stoi dziś przed zupełnie nowymi, potężnymi wyzwaniami o których te formułki nawet nie wiedziały, że zaistnieją. Bez najmniejszej wątpliwości czołowym zagrożeniem nie jest komunizm ani islamizm ani katolicyzm ortodoksyjny, ani przemykający chyłkiem Żydzi. Najważniejszym i nieuniknionym do zmierzenia się jest klimat ziemski, jego wielkie zmiany, których żaden dekret prezydencki, żadna ustawa parlamentarna ot tak, podpisem nie zmienią. Te zmiany kompletnie przeorają obecny system polityczny, gospodarczy, żywnościowy,  kulturowy. Być może kompletnie zmienią polityczną mapę całego świata. Świat się zmienił już. I zmieni jeszcze bardziej. Ani pan Trump ani pan Kaczyński w Polsce tak wysokiego i tak grubego muru nie dadzą radę postawić, by te zmiany powstrzymać lub cofnąć. Drugim wyzwaniem współczesności jest mobilność olbrzymich mas ludności. Też w coraz ciaśniejszym świecie nie do uniknięcia. Ta mobilność właśnie owymi zmianami klimatycznymi się jedynie zwiększy. A niektórzy ciągle martwią się czy budować i która trasa nowe rurociągi lub jak zwiększyć atrakcyjność i długotrwałość wydobywania węgla, jak pan prezydent Polski na zjeździe klimatycznym niedawno w Katowicach!  Ci ludzi jakby byli ślepi i głusi. W ogóle nie widza świata wokół siebie i tego, co się w nim rzeczywiście dzieje. Nie w perspektywie następnych wyborów – w perspektywie szansy na przetrwanie. Nie, nie ‘czystych’ Polaków lub Amerykanów czy Syryjczyków! W sensie ludzkości. Czas przestać udawać strusia i wyjąć głowę z piasku. Choćby ten piasek był najczystszy etnicznie i nie miał w sobie ani jednego obcego ziarnka. Piasek jednokolorowy dusi krtań identycznie, jak piasek wielokolorowy.

Minęło sto lat naszej nowej niepodległości. Czas na nowe pomysły na następne sto. Przestańmy się modlić żarliwie do Boga żeby dał nam dobrą myśl, dobry podarunek na jutro. On już to zrobił. Dał nam rozum. Czas nim ruszyć.

‘Shame and Prejudice’ in Halixax Art Gallery

by Bogumil Pacak-Gamalski 
(Polish text followed by English version)

Ojcowie Konfederacji witani przez Miss Chief Eagle Testicle

Dwie wizje. Lub zderzenie dwóch rzeczywistości. Taki dodatkowy tytuł można nadać wystawie malarskiej  Shame and Prejudice  w Art Gallery of Nova Scotia w Halifaxie.

Zacznijmy od prostego skojarzenia dwóch tytułów: „Pride and Prejudice” i „Shame and Prejudice”. Dla wielu naturalnie tytuł pierwszy kojarzyć się będzie z literackim arcydziełem Jane Austen. Kto nie czytał, ten na pewno zetknął się z echami tej powieści. Lub powinien.  Prejudice jest stałym elementem obu tytułów. Oznacza zakorzeniony w tradycji osąd, znajomości i rozumienia świata wynikające z własnego doświadczenia środowiskowego. Oceny podjętej bez wysiłku obiektywnego zbadania faktów, okoliczności. Słowem opartej na micie, na wierze, legendzie, ogólnie panującej (nie)wiedzy. Lub wiedzy ‘narzuconej’ z góry, na zasadzie ‘bo tak jest i basta’.  Jak łatwo duma i uprzedzenia takiej wiedzy ulegają – łatwo się domyśleć. Ulegamy jej wszyscy. Ale czasem warto taką ‘wiedzę’ kontestować. Zastanowić się nad (użyję modnego dziś w Polsce słowa, ha ha) wartością dowodzenia prejudycjalnego. W prawie taka koncepcja jest ważna – w ocenie historii potrafi być zgubna.

Kent Monkman, potomek narodów autochtońskich zmienił ten pierwszy człon (Pride/duma) naWstyd/hańbę (Prejudice). Wstyd 150 ponad lat kolejnych pokoleń, które wiedziały, że są gorsze. Bo przecież gdyby nie byli, nie byliby tymi, którymi są, prawda? Pijakami z kiepskim, niskim wykształceniem, biedakami, prostytutkami w tanich barach, bez ładnych domów z białym płotkiem. Z mama i tatą, którzy nie potrafili być dobrymi rodzicami zmuszając tym Państwo i Kościół do wzięcia ich pod swoje opiekuńcze skrzydła wychowawcze. A i to niewiele pomogło. Mimo surowych kar, w olbrzymiej większości nie udało się ich wychować i wyuczyć na dobrych i mądrych. Kończyli, jak ich rodzice lub jeszcze gorzej, na śmietnikach i marginesach miejskich. Inaczej być widać nie mogło. Byli po prostu głupimi ‘indianami’. Wszyscy to wiedzieli, wszyscy tak mówili. Zresztą to była wiedza ogólnie dostępna, powszechna. Nie zdobyta a nabyta z ogólnie akceptowanych mitów i opowieści. Prejudycyjna, prejustice.

Tak, jak u Henryka Sienkiewicza w rozczytywanych przez pokolenia opowieściach, trylogiach ‘ku pokrzepieniu serc’. Opartych na takiej właśnie powierzchownej lub jednostronnej wiedzy historycznej, bez wysiłku obiektywnej refleksji, oceny. Pani Austen bardziej jeszcze powierzchowniej do tematu podeszła. Ale – z ukłonem wobec jej talentu obserwacyjnego – samym tematem relacji dumy i wstydu środowiskowego się zajęła.

Monkman, świetny malarz, stworzył cykl pastiszów malarskich znanych powszechnie dzieł i faktów historycznych ostatnich 150, a nawet 300 lat kraju zwanego dziś Kanadą. Namalował historię nie inną ale widzianą innymi oczami, z innej perspektywy. Wstrząsającą. Byłem od pierwszej instalacji nią porwany, zasmucony nawet wtedy, gdy zmuszała do ironicznego uśmiechu. Bo ten uśmiech musiał wypływać z głębokiego smutku. Tak,myśmy im zgotowali ten los. Nasza wielka, wspaniała cywilizacja techniczna, literacka, muzyczna, ekonomiczna, militarna, religijna. Nasza filozofia i etyka, przywiązanie do właściwego wyboru miedzy Dobrem a Złem.

Specyficznego efektu dodaje wtrącenie w malarską narrację Monka elementu erotyczno-seksualnego  jego alter ego: Monka-błazna, Monka-magika opodwójnej lub płynnej płciowości (gender-bender). Nazywa tą osobowość Miss Chief. Znowu świetna gra słów. MissChief to oczywiście feministyczny odpowiednik Mister Chief. Ale czy przypadkiem nie jest to po prostu … mischief? Psotnik, błazen. Ktoś, kto ukrywa by pokazać. Kłamie by powiedzieć prawdę.

Two visions of the same. Or a clash of two reality. This additional title can be given to the painting exhibition of Shame and Prejudice in the Art Gallery of Nova Scotia in Halifax. Let’s start with a simple association of two titles:”Pride and Prejudice” and “Shame and Prejudice”. For many the first title would associate with a literary masterpiece of Jane Austen. Who did not read it, would  surely came across echoes of this novel. Or it should have. Prejudice is a regular part of both titles. Rooted in tradition, it means judgment, knowledge and understanding of the world resulting from once own experience. The evaluation undertaken without effort to the objective examination of the facts, the circumstances. The word based on the myth, faith, legend, generally prevailing. Or ‘given ‘ from generally accepted popular knowledge, on the basis of ‘it  is this and that and that’s it ‘.  How easy it is to be proud and prejudice of such knowledge is equally easy to guess. We get it all. But it is sometimes useful to contest such ‘knowledge’.  To reflect on the value of the common wisdom.  Kent Monkman – a descendant of the indigenous Nations, changed the first part (Pride) to shame/disgrace (Prejudice). The shame of more than 150 years of successive generations, who knew that they are worse. Because if they weren’t, they wouldn’t  be the ones which they are, right? A drunkards with lousy, low education, poor, prostitutes in cheap bars, without the nice houses with white picket fence. With mom and dad, who does not know how to be good parents thus forcing the State and the Church to take them under their caring wing and help. Despite severe penalties, in the vast majority of them, the ‘raising’and the ‘teaching’ of how to be good and wise – failed. Finishing second, as their parents or even worse, on the disposable end and margins of society. It must have been like that, otherwise it could not have been seen like that, right? They were just silly ‘indians ‘. Everyone knew it all, seen it, heard it…

Moreover, it was the knowledge generally available, universal. Earned and acquired from the generally accepted myths and stories.  Writers of historical novels often use such basis of their stories. To uplift ones nation greatness, ones social or religious class superiority. To make us ‘feel better’.  In Poland, during the partition of Polish state, Nobel-winner writer, Henryk Sienkiewicz, used it to arouse the feelings of noble and immanently good acts of Polish nation.  Based on superficial or one-sided historical knowledge, effortlessly void of objective reflection, evaluation. Mrs. Austen did not fare better in serious evaluation of the title subject in evaluating society. But, at least, she attempted to deal with the subject of the relationship of pride and shame in a social class-based environment.

Monkman – a great painter, created a series of pastiche paintings of commonly known works and historical facts past 150, and even 300 years of a country called Canada today. He painted the story of not another history but same one seen with different eyes, from a different perspective. Shocking. I was kidnapped by it from the first segment, was sad even when forced to ironic smile. Because the smile had to emerge from a deep sadness.

Yes, we have prepared for them the fate, the tragic ethos. Our great, superior technical civilization, our high culture in art, in economy, in military, religion. Our philosophy and ethics, our attachment to the choice between Good and Evil. /…/

The painter achieves a very specific effect, not too discreetly, by inclusion in his narration element of erotic/sexual alter ego: Monkman-jester, Monkman-the magic of double or fluid sexuality (‘gender-bending time traveller’ in his own words)). The personality is called Miss Chief. Again great game of words. Miss Chief is of course the feminist equivalent of Mister Chief. But, if by chance, is it not simply a … mischief? Trickster. One, who conceals to reveal; lies to tell the truth.