Urbi et Orbi czy semper fidelis?

W latach 1989-91 odzyskiwaliśmy trudnymi krokami suwerenność i autentyczną niepodległość. Nikt tego w całej Europie Wschodniej od zakończenia 2 wojny światowej przed nami nie zrobił. Byliśmy pierwsi. Stare strachy i leki, przyzwyczajenia wisiały nad nami, jak ciężkie opary rzeczy niemożliwych lub zbyt ryzykownych. Nikt jeszcze nie wiedział ani nie przewidywał, że dni Imperium Zła są policzone. Zresztą, gdybyśmy tego zwycięskiego marszu do suwerenności nie odbyli – kto wie, jak długo te Imperium by jeszcze przetrwało?  A każdy rok jego trwania lub powolnej agonii był rokiem straszliwiej, przyśpieszonej dewastacji narodów podległych temu Imperium. Byliśmy też świadomi bardzo nie tylko Praskiej Wiosny, i węgierskiej Rewolucji ale przede wszystkim Powstania Warszawskiego i niewyobrażalnych kosztów jego tragicznej klęski. Na kolejną nie było w społeczeństwie najmniejszej ochoty i nikt by tego nie poparł, poza garstkami młodych zapaleńców, którzy nie znali jeszcze ceny krwi i kolejnej narodowej klęski.

Stąd ten marsz, przez Magdalenkę, nie był sprintem ani biegiem. Raczej  wolną końcówką długiego maratonu.   Ci, którzy wówczas nic mądrego ani pomocnego nie zrobili – dziś łatwo to krytykują. Takich ‘zaklinaczy historii’ jest zawsze dużo. Zwłaszcza wśród nas i naszej historii. Na plewy zwracać uwagi nie ma sensu, gdy Dzieje zajęte są żniwami. Poza tym – nie jesteśmy narodem zwycięzców. W zasadzie ostatnie 300 prawie lat – to pasmo klęsk. Nawet zwycięstw kampanii Napoleońskiej 1812 roku w jej początkowej, a nawet szczątkowej (Kongres Wiedeński) wersji nie udało się w nic trwałego (prócz legend) przetworzyć.

Nie oszukujmy się – wojna 1914-18 nie była wojną, w której Legiony Komendanta pokonały armie Prus, Austro-Węgier i Rosji! Legiony i POW, a zwłaszcza polityczno-niepodległościowa działalność Piłsudskiego były nieodzowne w powrocie Polski na mapę świata. Ale nie militarne zwycięstwa legionistów. Choć były i były bohaterskie – tyle, że bez większego znaczenia dla losów wojny.

Te klęski narodowo-państwowe ostatnich 300 lat przeorały naszą świadomość i zmieniły społeczeństwo. Została przerwana sztafeta pokoleń. Kiedy odchodzący gospodarze mają czas nauczyć wstępujących, jakie wartości obywatelskie w funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa są najistotniejsze i co o charakterze państwa, jego sile i słabości świadczy. Zamiast elit, które wyginęły lub zmarniały ekonomiczno-intelektualnie – po kraju zaczęło krążyć widmo ‘elyt’ nouveau riche w sensie ekonomicznym (domowi nowobogaccy) i intelektualnym (nikłość lub płytkość wykształcenia i świadomości kim i dlaczego się jest).

Proces odzyskania pełnej suwerenności można zamknąć rokiem 1991, kiedy odbyły się pierwsze, kompletnie wolne i całkowicie demokratyczne wybory do Sejmu i Senatu. Sukcesy i przeobrażenia następowały szybko: NATO, Unia Europejska potwierdzały, że jesteśmy z powrotem w rodzinie europejskiej. Zwłaszcza moment wstąpienia do Unii był momentem absolutnie i bezdyskusyjnie przełomowym w naszej współczesnej historii.  Z zapóźnienia ekonomiczno-technologicznego sięgającego pewnie 25 lub więcej lat, kraj błyskawicznie zrzucił co najmniej dekadę. Rok 2004 (akces do UE) był dla państwa i społeczeństwa rokiem przełomowym. Można by go chyba porównać do panowania Kazimierza Wielkiego u schyłku Polski piastowskiej: zamieniliśmy bite gościńce na szosy i autostrady a miasta ze stanu zrujnowania na rozwijające się i sympatyczne do mieszkania w nich europejskie polis. Naturalnie nie obyło się to bez cen, czasem wysokich, społecznych. Okazuje się, że łatwiej zbudować kilkupiętrowe garaże, niż zapewnić mieszkańcom możliwość zarobków pozwalających na kupno samochodów i parkowanie tamże. To była cena pewnej ‘kontrreformacji prawicowej’ Polaków. Skompromitowana 40-letnim panowaniem opcja komunizmu sowieckiego rzuciła duży cień odmy wobec wszelkich ruchów choćby minimalnie lewicowych. Tą niechęć podgrzewał bardzo silnie,  koalicyjnie związany z partiami prawicowymi, centro-prawicowymi a nawet ludowymi, Kościół katolicki w Polsce. Do tego stopnia, że w ostatnim dziesięcioleciu stał się Kościołem najbardziej chyba w Europie konserwatywnym, prawicowym, który do dziś nie pogodził się z odejściem Benedykta z tronu watykańskiego. Dzisiejszy Kościół katolicki w Polsce bardziej przypomina wersję wojującego protestantyzmu amerykańskiego niż Kościół rzymsko-katolicki. W tym również aktywnego i jawnego publicznie ingerowania w sprawy polityczne kraju. Smutnym jest też fakt, że niektóre kręgi kościelne – bez wątpienia za cichą zgodą niektórych hierarchów – stały się wręcz zarzewiem rozwinięcia się ruchów faszystowsko-nacjonalistycznych w Polsce.

Ten szybki rozwój ekonomiczny państwa, otwarcie szerokie bram do Europy Zachodniej i masowa tamże emigracja zarobkowa Polaków nie szły w parze z równomiernym wzrostem ekonomicznej niezależności pewnych grup społecznych, które znalazły się na uboczu wzrostu zamożności państwa. Jednocześnie ta masowa emigracja i wyjazdy do Europy Zachodniej zderzyły Polaków z inną, liberalną, humanistyczną  wersją współczesności. Z wolnością osobistą nie tylko teoretyczną i polityczną ale legislacyjną, prawną. Z wolnością, która zagrażała tradycyjnym pojęciom społeczeństwa cywilizacyjnie zacofanego.

Wielkie zmiany zachodzące prawie jednocześnie w prawach jednostki, mniejszości etnicznych, religijnych, seksualnych, których jesteśmy od dwudziestu lat świadkami w świecie rozwiniętym powodowały coraz większe pęknięcia na drodze ‘europeizacji’ i integracji europejskiej między Polską a tradycyjnymi członkami Unii Europejskiej. Stworzyło to olbrzymią szansę dla zdobyczy politycznych ruchów populistycznych, rewanżystowskich. A czempionem tych ruchów została partia Prawa i Sprawiedliwości wraz z jej przywódcą, Jarosławem Kaczyńskim. Jesienią 2015 roku ten bezwzględny polityk i manipulator par excellence wgrał i parlament i prezydenturę wyborach powszechnych.  

Cofnę się nieco w czasie i kompletnie zmienię geografię miejsc, zjawisk i ruchów oraz bohaterów. Jest rok 1962 na kontynencie północno-amerykańskim. Młody, ceniony intelektualista i działacz Pierre Elliott Trudeau angażuje się silnie w bezpośredni kształt polityczny swej macierzystej prowincji kanadyjskiej, Quebec. Poprzednie dziesięć ponad lat spędził na uniwersytetach w Montrealu, Harvardzie, Paryżu i Londynie i był bezpośrednim świadkiem wielkiej rewolucji przemian społeczno-politycznych, jakie ogarniały zachodni świat. Wraz z kilkoma przyjaciółmi doszli do wniosku, że te zmiany muszą też dotrzeć w końcu do tradycjonalistycznego, ultra-katolickiego i agrarnego Quebec, w którym ciągle panowała mentalność (ścisłe przez ówczesne elity polityczno-kościelne chroniona) XIX wieczna. Jakbyśmy w Polsce powiedzieli: chłopa, pana i plebana. Przytoczę tu bardzo świadomie krótki (choć, przyznaje, niebezpiecznie jak na obszerność tego artykułu – długi) fragment jego autobiografii, gdzie opisuje moment wejścia w polityczne życie Quebecu w związku z nadzieją, że złe nawyki przeszłości w końcu słabną i okna tej prowincji otwierają się by wpuścić do środka świeże powietrze.

Ale dlaczego to szczęście miało być tak krótkotrwałe? Ten cały ruch ledwie się rozpoczął, kiedy ludzie zaczęli tęsknić do starych sloganów. Od 1962 zaczęło się cofanie z pozycji bycia otwartym do uniwersalnych praw w Quebec, słychać było domagania się niczego poza ‘bycia gospodarzami własnego domu’. Zamiast oparcia się na polityce racjonalnej i realnej, zostaliśmy wrzuceni do tygla ‘polityki wielkości’, której głównym zajęciem było zbyt często zwykłe rozwijanie pompatycznych sztandarów. Czy mieliśmy faktycznie cofać się do koncepcji zapatrzenia w siebie i nacjonalizmu? Czy po to pozbyliśmy się przemocy prowadzenia za rękę przez naszą Matkę-Kościół i po to uwolniliśmy się atawistycznych wizji, by rzucić się na kolana przed ołtarzem naszej Świętej Matki Narodu? Walczyliśmy przez dziesięć lat w imieniu wszystkich Quebekczyków: białych, czarnych, żółtych, katolików, protestantów i agnostyków; czy teraz mielibyśmy opuścić ich wszystkich i poświecić całą naszą uwagę tylko ‘czystym’ Quebekczykom? (P.E. Trudeau „Memoirs”, wyd 1, 1993,Toronto, s. 72-73)

Gdy niedawno do jego wspomnień wróciłem ten właśnie fragment – w pierwszym czytaniu i w innych czasach uwagi większej do tego nie przykładałem – wydał mi się wręcz słowo-w-słowo pasującym do Polski po 2015. Gdyby tylko nazwę ‘Quebec’ zamienić wszędzie na ‘Polska’ a rok na ‘2015’ a nie ‘1962’.

Oto jak myślą i w jakim są olbrzymim dylemacie dziś Polacy nowocześni, Polacy-Europejczycy, Polacy-kosmopolici (w tym pięknym, pozytywnym znaczeniu tego słowa rozumianym jako ‘obywatele świata’). Czy wszyscy mają wyjechać? To nie tylko niemożliwe – to by było katastrofą dla Polski. Czy w końcu narodzi się, powstanie w Polsce autentyczny nurt nowoczesnej polityki XXI wieku odrzucający stare kaftany doktrynalne? Wymaga to wysiłku o wiele większego niż tylko pokonanie w kolejnych wyborach partii PiS. Ostatecznie i PiS i PO wyszły z tego samego ‘worka ideologicznego’. I za grzechy pospolite PiS winę ponosi w pewnym sensie i PO. Może nie za grzechy kardynalne (łamanie konstytucji, zamach na sądy i media publiczne) – ale za pospolite, na pewno.

Być może w ogóle nie chodzi o konserwatyzm czy liberalizm; lewicowość czy prawicowość;  tradycjonalizm czy nowoczesność.  Niezadowolenie społeczne z efektów 60-lecia współczesnego liberalizmu jest tez dość widoczne wszędzie w rozwiniętym świecie. Liberalizm tradycyjny już swoją rolę wypełnił. Ludzie nie chcą więcej naginać rzeczywistości do norm i formułek teoretycznych. Świat stoi dziś przed zupełnie nowymi, potężnymi wyzwaniami o których te formułki nawet nie wiedziały, że zaistnieją. Bez najmniejszej wątpliwości czołowym zagrożeniem nie jest komunizm ani islamizm ani katolicyzm ortodoksyjny, ani przemykający chyłkiem Żydzi. Najważniejszym i nieuniknionym do zmierzenia się jest klimat ziemski, jego wielkie zmiany, których żaden dekret prezydencki, żadna ustawa parlamentarna ot tak, podpisem nie zmienią. Te zmiany kompletnie przeorają obecny system polityczny, gospodarczy, żywnościowy,  kulturowy. Być może kompletnie zmienią polityczną mapę całego świata. Świat się zmienił już. I zmieni jeszcze bardziej. Ani pan Trump ani pan Kaczyński w Polsce tak wysokiego i tak grubego muru nie dadzą radę postawić, by te zmiany powstrzymać lub cofnąć. Drugim wyzwaniem współczesności jest mobilność olbrzymich mas ludności. Też w coraz ciaśniejszym świecie nie do uniknięcia. Ta mobilność właśnie owymi zmianami klimatycznymi się jedynie zwiększy. A niektórzy ciągle martwią się czy budować i która trasa nowe rurociągi lub jak zwiększyć atrakcyjność i długotrwałość wydobywania węgla, jak pan prezydent Polski na zjeździe klimatycznym niedawno w Katowicach!  Ci ludzi jakby byli ślepi i głusi. W ogóle nie widza świata wokół siebie i tego, co się w nim rzeczywiście dzieje. Nie w perspektywie następnych wyborów – w perspektywie szansy na przetrwanie. Nie, nie ‘czystych’ Polaków lub Amerykanów czy Syryjczyków! W sensie ludzkości. Czas przestać udawać strusia i wyjąć głowę z piasku. Choćby ten piasek był najczystszy etnicznie i nie miał w sobie ani jednego obcego ziarnka. Piasek jednokolorowy dusi krtań identycznie, jak piasek wielokolorowy.

Minęło sto lat naszej nowej niepodległości. Czas na nowe pomysły na następne sto. Przestańmy się modlić żarliwie do Boga żeby dał nam dobrą myśl, dobry podarunek na jutro. On już to zrobił. Dał nam rozum. Czas nim ruszyć.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s