Sentyment

Bogumił Pacak-Gamalski

Więc o sentymencie na chwilę. Na chwilę tylko, bo sentyment, to taka przelotna chimerka lub aniołek smutny, momentem jedynie ulotnym na ramieniu twoim siadający. Zadumany z lekka, czasem nawet uśmiechnięty, choć tak smutno trochę, ironicznie jakby. A po prawdzie, nie skłamawszy – to całkiem poważnie. Tyle, że bez chęci walki czy protestacji jakichś. Nie, pogodzony z losem, z tą rzeką płynącą bez przerwy, byś nigdy do wód tych samych wejść nie mógł.

Ta życiowa pantarejskość dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego,  starczego nawet. Spoglądanie przez ramię wstecz czasu, bez możliwości powrotu. A to zapach skądś znajomy trawy, kwiatu, zioła, skóry kogoś bliskiego, skrzyp złamanego patyka na leśnej drodze, fragment arii operowej – naturalnie dramatycznej, wręcz tragicznej w niskich tonach głosu – i pasażu jakiegoś koncertu fortepianowego, może wiolonczeli szlochającej… . Tak. Znasz to. Przychodzi w chwilach nieoczekiwanych. Ta chimerka właśnie, ten aniołek szeptający: pamiętasz? Pamiętasz, naturalnie. Jakże mógłbyś wyprzeć się tej myśli gorzko-słodkiej, że można było trochę inaczej, można było zatrzymać, podtrzymać, uratować od zwiędnięcia w oceanie czasu upływającego. I przestrzeni, przestrzeni odległości wzrastającej, zacierającej kontury, wyciszającej dźwięki. Tyle rzeczy można było zrobić lub spróbować, słów tyle więcej powiedzieć… . Non omnis moriam, mówią. Nie prawda. Odchodzisz cały, nic nie pozostanie. Omnino moriatum – to chimerka ci syczy do ucha.

Więc sentyment nie jest pamięcią szczegółu, faktu – to pamięć sytuacji, pamięć uczuć jakie ten fakt, ren szczegół stworzył. Nie ścieżki znajomej jaką kiedyś szedłeś ale o czym lub o kim, po niej idąc myślałeś; nie dźwięk sam  instrumentu, melodii, tonu głosu a obrazy, jakie ta muzyka ci w duszy wymalowała; nie pompa inscenizacji operowej a nastrój ulicy do Opery prowadzącej, kształt kolumnad z parteru wiodących schodami do lóż balkonowych, jak on lub ona byli tego wieczora ubrani i jak muzyka jednako sączyła się w was przez szpary w skórze twarzy, rąk. Nie jak dźwięki wydawał instrument ale jaką manierą dramatyczną unosił dłonie pianista, jak oczy zamykał bądź błyskał wzrokiem uniesionym, wyraz jego twarzy. Potem to wino lub piwo nawet w barze lub kawiarni wieczornej. Lub ognisko w lesie po spacerze czy na plaży po wieczornej kąpieli. I ten stały lęk, który też pamiętasz. Ten lęk, że to zaraz minie, że się rozpłynie w tym czasie i przestrzeni i nie potrafisz tego zatrzymać.  A to właśnie on, ten lęk świadomy, w tym momencie budował fundamenty sentymentu tej chwili, tego miejsca, tego spotkania. Dawał narodziny tej chimerki, tego aniołka. To on obiecywał te non omnis, tą obietnicę przetrwania. Ale obietnicę pamięci i powrotu na jej skrzydłach tej chwili, nie życia jakiegoś. Momentu. Chwili życia a nie nieśmiertelności. Więc z zasady i natury swej sentyment nie jest sentymentalny, a przeciwnie – bezwzględny i okrutny w przypominaniu o kresie wszystkiego. Powstaje tylko wtedy, gdy coś się zbliża ku końcowi lub kończy w tym momencie. Coś, co było bliskie i drogie. Pąk kwiatu, który nie rozkwitnął.  Jest wspomnieniem tego, co było czy też tego, co być mogło?

To już jednak osobna opowieść. A świeczka się właśnie dopala. Czy pozostanie po niej sentyment?