Banaś – i co dalej?

Ostatnia afera z Marianem Banasiem, prezesem Najwyższej Izby Kontroli (NIK) obrazuje  najlepiej stan państwa polskiego.  To przerażający obraz, który ukazuje w całej rozciągłości charakter państwa opartego na korupcji władzy opartej na polityczno-kryminalnych powiązaniach mafijnych.

W typowej, tradycyjnej dyktaturze  zadanie najwyższe to zawsze pełnia władzy politycznej służąca celowi ideologicznemu i totalitaryzmowi ideologicznemu (typu: moja racja jest najracniejsza i jedynie słuszna). Korupcja finansowa jest jedynie pobocznym efektem takich działań i takiej dyktatury.  Umożliwia ona jedynie na przymykanie oczu na malwersacje podwładnych, którzy przez to stają się bardziej zależni od centrum władzy dyktatorskiej, tj. najbliższego otoczenia polityczno-ideologicznego dyktatora.

W przypadku Polski tą rolę dyktatora spełnia Jarosław Kaczyński i jego ścisłe grono współpracowników-podwładnych (Macierewicz, Szydło, Morawiecki, Duda i Ziobro oraz nieco dalsi uber-współpracownicy: Terlecki, Przyłębska (TK), Kurski (TVP), Błaszczyk).

Ale aby tradycyjna dyktatura mogła funkcjonować sprawnie niezbędna jest pełnia władzy i kontroli politycznej – całkowita większość konstytucyjna w parlamencie, pełna kontrola nad armią i aparatem policyjno-prokuratorskim i całkowite uzależnienie wymiaru sprawiedliwości (sądownictwo). Tak przez cały okres swego istnienia funkcjonowała PRL. Jedynym hamulcem władzy nieograniczonej była pełna zależność PZPR i jej I-szych Sekretarzy od zewnętrznej hegemonii ZSRR. Polska obecna zależna jest (choć już bez hegemonii całkowitej i w dużo mniejszym stopniu) od Parlamentu i Komisji UE.  I z wymienionych wyżej funkcji pełnej kontroli wewnętrznej, mimo usilnych prób i zamachów konstytucyjnych, do tej pory nie udało się jej podporządkować kompletnie ani sądownictwa ani uzyskać bezwzględnej większości parlamentarnej (co z kolei oznacza względnie silną niezależność aparatu Państwowej Komisji Wyborczej).

Jarosław Kaczyński nie jest więc w stanie takiej tradycyjnej dyktatury stworzyć.  Zmuszony więc został do skonstruowania dyktatury opartej na mafijnych, korupcyjnych zasadach. Taka uwspółcześniona, nieco europizowana, dyktatura wzorcem południowo-amerykańskich ‘republik bananowych’ lat 60. i 70. ub. wieku.

Korupcja polityczna (obsadzanie ważnych i wysokich stanowisk z bardzo wysokimi wynagrodzeniami) kwitnie w pisowskiej Polsce w pełnej krasie i zasadniczo nie jest nawet skrzętnie ukrywana. Umiejętnie wykorzystano tu prasę ultra prawicową i przejętą całkowicie  przez PiS publiczną telewizję TVP na wypromowanie prostego chwytu: musieliśmy prawie wszystkich zastanych menadżerów i prezesów wyrzucić, bo byli złodziejami zatrudnionymi przez poprzednią ekipę. Ludzie lubią, jak bogatych i ważnych menadżerów wyrzuca się bezceremonialnie na bruk. Nikt więc uwagi specjalnej nie zwracał, że domniemanych złodziei wymieniono na nowych złodziei, ani na fakt, że większość nowych nie miała ku temu jakichkolwiek kompetencji. Przykładem najgłośniejszym jest tu obsada (mimo, że jawnie poza konstytucyjna i de iure nielegalna) atrapy Trybunału Konstytucyjnego – ‘Prezes’ TK Julia Przyłębska oraz nauczycielka akademicka, była posłanka PiS Krystyna Pawłowicz i były prokurator PRL Piotrowicz, jako sędziów tego Trybunału.

Jedną z takich ‘szarych eminencji’ dyktatury Kaczyńskiego był od lat Marian Banaś. Osobowość nie głośna i nie eksponowana zbytnio ale bardzo skuteczna, zwłaszcza w sektorze finansowym (bliski współpracownik brata Jarosława, Lecha Kaczyńskiego, b. szef Służby Celnej, Krajowej Administracji Skarbowej i wreszcie Minister Finansów w Gabinecie Morawieckiego). W związku z rezygnacją z funkcji Prezesa Najwyższej Izby Kontroli (NIK) przez K. Kwiatkowskiego w sierpni tego roku, Kaczyński postrzegł możliwość obsadzenia tej funkcji przez swego zaufanego podwładnego Banasia i tak został on prezesem NIK (30 sierpnia). Gwarantowało to objecie ‘swoim człowiekiem’ niezmiernie ważnej funkcji kontrolnej w administracji państwowej. Po przegraniu Senatu w ostatnich w wyborach (minimalnym, bo ledwie jednym senatorem ale to porażka ważna w państwie dyktatorskim) zabezpieczał w ten sposób PiS przed niezależnymi kontrolami NIK. I znowu różnice stylów i rodzaju dyktatur: w dyktaturze tradycyjnej ‘swój człowiek’ jest wystarczającą gwarancją bezpieczeństwa; w polskiej dyktaturze mafijnej to już nie jest wystarczająca gwarancja. Tutaj trzeba mieć inne. Na ogół są to haki na swoich podwładnych mandarynów. Każdy w miarę możliwości jest dokładnie tajnie śledzony i przebadany przez odpowiednie służby. W przypadku Banasia takie śledztwo robił Mariusz Kamiński, szef MSWiA.  Jest niemożliwym (a jeśli możliwym, oznacza to jeszcze większe kłopoty Kaczyńskiego i sugeruje, że istnieje silny ruch w PiSie wewnątrz osoby dyktatora, którego celem jest obalenie tegoż dyktatora i rewolucja pałacowa) by Jarosław Kaczyński o tym nie wiedział i nie znał szczegółów tego śledztwa. Kiedy niezależne media odkryły szczegóły i samo śledztwo MSWiA – mleko się rozlało. Blady strach padł na dyktatora. Próbował naturalnego w takiej sytuacji szantażu i groźby: podajesz się (Banaś) zaraz do dymisji a obiecuję albo wyciszenie i zatuszowanie śledztwa Kamińskiego albo w najgorszym wypadku niezbyt ostre oskarżenie i łagodny wynik z możliwością prawa łaski (tu przyda się Duda), a jak nie – no to zobaczysz. Tylko w mafii, jak to w mafii. Ojcu Chrzestnemu nie można zawsze ufać. No i Banaś w swojej przeszłości bogatej (nie mówię tu o prowadzeniu biznesu ‘burdelu na stawki godzinne’ w kamienicy Banasia w Krakowie) ma też szereg pewnie informacji o Prezesie i jego bracie. Więc postanowił spróbować postawić się okoniem i de facto wydał wojnę dyktatorowi. Pewnie też myślał, że uda mu się uzyskać poparcie innych mandarynów, którzy marzą o roli Brutusa na polskiej scenie politycznej… . 

Dziś okazało się, że chyba takich odważnych nie znalazł.  Pewnie telefon przez cała noc  pracował na pełnych obrotach.  A Kaczyński się nie ugiął i wyzwanie przyjął.  Dal mu raz jeszcze szansę na rezygnację dobrowolną (?!) i pewnie dalej mgliste zapewnienie o niezbyt ostrym potraktowaniu oskarżenia .  Lub przewóz – Trybunał Stanu. A szefem Trybunału Stanu jest największy postrach mafii PiSowskiej czyli I Prezes SN, sędzia Małgorzata Gersdorf.  A to nazwisko może wywołać palpitacje serca każdego porządnego PiSowca, a takim (mimo wszystko lub właśnie dlatego) Marian Banaś bez wątpienia jest.

Wysłal więc rano kierowcę z listem rezygnacyjnym do Marszałkini Sejmu.  Ta zaś postanowiła się trochę ze zmysiałym lwem-Banasiem pobawić.  List odrzuciła i wysłała nowy do podpisu. Bardziej formalny ale z jednym ważnym akapitem. Banaś musi wyznaczyć w swoim liście swojego następcę. Takiego jakiego pani Marszałkini mu napisała. Aby nie było już żadnych niespodzianek.

Oto polskie państwo prawa i sprawiedliwości w pełnej krasie. Smarkaczom bez matury (Misiewicz) muszą salutować wysocy rangą oficerowie Armii Polskiej, prokurator Stanu Wojennego PRL zostaje sędzią TK (choć sędzią nigdy nie był nigdzie, nawet w Dupowoli Małej) obok sejmowej przekupki z Bazaru Różyckiego, handlarz używanych samochodów zostaje żywym świętym kaznodzieją państwa i dostaje miliony z kasy państwowej, przestępców seksualnych pozostawia się w funkcji arcybiskupiej i po śmierci usiłuje pochować w kryptach narodowych bohaterów i królów państwa na Wawelu.  To tylko kilka i bodaj najbardziej rażących przykładów. 

Co dalej będzie z Banasiem – zobaczymy. I de facto jest to bez znaczenia. Biednym nie zostanie i emerytury nikt mu nie zabierze.  Nawet jeśli by się znalazł za kratkami – co jest raczej niemożliwe ale też na końcu nie istotne. Banaś ma inne znaczenie. Jest symbolem charakteru tej władzy. I, w pewnym sensie,  symbolem upadku moralnego Polaków. Bo dyktator tego państwa władzy w nim nie przejął puczem wojskowym ani powszechną rewolucją. Został na ten tron wyniesiony dobrowolnymi głosami mieszkańców tego kraju. W 2006, 2015 i 2019. Do trzech razy sztuka. I trzy razy w sztuce zagrał. O pomyłce lub nieporozumieniu mowy nie ma.  Polska ma władzę na która zapracowała. Bez pomocy Prus, Austrii czy Rosji. Ani nawet Wegier, Czech czy Wielkiego Księstwa Litewskiego. Własnymi, umorusanymi ciężką pracą łapkami i modlitwami.