Historia murzyńska Kanady

cz. 1 / part 1 (English summary at the end)

by: Bogumil Pacak-Gamalski

ewolucja społeczeństw/evolution of society; by B. Pacak-Gamalski

Największe imperia starożytnego i archaicznego świata przetrwały setki, czasem tysiące lat, głównie dzięki temu, że nie opierały się na etnicznej (lub, jak wielu by dziś powiedziało –  narodowościowej) asymilacji podbitych ludów.  Wielokulturowość nie jest więc, jak błędnie zakłada się dziś, wymysłem XX wieku. Były –naturalnie – odosobnione  wypadki siłowej próby pełnej asymilacji – na ogół kończyły się albo na biologicznej zagładzie tych podbitych ludów (co dziś określa się mianem ludobójstwa w prawie międzynarodowym), ewentualną pełną asymilacja i utratą związków z własnym językiem i tożsamością etniczno-kulturową albo stosunkowo szybkim upadkiem takiego imperium.

Z tak rozumianą ‘wielokulturowością’ w kontekście historycznym nierozłącznie wiąże się kwestia tzw. rasowości, czyli koloru skóry. O asymilację pełną i powolny zanik wszelkich tradycji kulturowych łatwo przy integracji ludzi do siebie fizycznie podobnych, niemal identycznych.  Kwestie religijne są tu mniej istotne, bo można nie tylko tolerować wieloreligijność (politeizm), może być ona de facto polityką władcy/państwa, jak miało to przykład w większości imperiów i terytorialnych podbojów świata antycznego (kultura hellenistyczna, staro-rzymska i wcześniejsze lub im czasowo zbliżone kultury basenu rzek Eufratu i Tygrysu). Religijność można też zmienić zdecydowaną i bezkompromisową akcją karno-policyjną poprzez fizyczną likwidację kapłanów, spalenie świątyń i miejsc kultu i zakaz świętowania takiej religii – tu przykładem najlepszym jest chrystianizacja Europy Środkowej, Północnej i Wschodniej. Konsekwencją będzie po latach albo owa pełna asymilacja albo pełna fizyczna (ludobójstwo) likwidacja ludów podbitych (przykładem znowu posłużyć może historia ludów bałtyckich: Prusów, Galindów, Sambów i in.). Wszystkie te procesy możliwe są jednak jedynie wśród ludów identycznych lub bardzo podobnych fizycznie.  Po jakimś czasie proces asymilacji uniemożliwia odróżnienie oryginalnych ‘swoich’ od ‘innych’.  A potomkowie ‘innych’ tracą sami świadomość ich ‘innego’ pochodzenia, obce są im też i nieznane tradycje, religie i odrębne języki ich przodków. Co stało się generalnie wśród ludów celtyckich, germańskich i słowiańskich.  Słowem – jakkolwiek okrutne to zjawisko – taka asymilacja jest możliwa i jest doświadczeniem większości grup dziś nazywających się Polakami, Francuzami, Włochami czy Niemcami.  I większością innych narodów świata, które u zarania były luźnymi, często zwalczającymi się plemionami,  na ogół zbliżonymi jakąś prastarą jednotą i pra-kulturą. Ale też i zlepkiem grup etnicznie sobie kompletnie obcych już od pra-dziejów.

Ale jak taką asymilację, taką ‘nową jednotę’ stworzyć przy kompletnie odmiennych i jaskrawych różnicach zewnętrznych? To pytanie daje początek koncepcji rasizmu. I choć historia starożytna rasizmu nie znała, a z geograficznych przyczyn (pierwsze imperia powstawały na skrzyżowaniach ras żółtych, białych i czarnych) różne kolory mieszkańców i sąsiadów ówczesnych państw i imperiów były stanem naturalnym – późne czasy nowożytne i współczesność stworzyły rasizm, jako jedną z najpotężniejszych motywacji w formacji państwowości, rozwoju (grabieży) ekonomicznym na szczeblu państwowym i jednostkowym.

Stąd, dla jasności wywodu i ze względów leksykalnych używać będę typowego i dla historii i dla lokalizacji określenia ‘rasy ludzkiej’ i pochodnego od tego słowa pojęcia ‘rasizm’ – mimo, iż są biologicznie i filozoficznie błędne – de facto istnieje tylko jedna rasa w naszym gatunku, a kolor skóry (odcień raczej) jest drobiazgiem genetycznie nieistotnym.

Kończąc ten wstęp warto oddać się kilku refleksjom.  Nie ma bodaj kraju na świecie, ani współcześnie ani w przeszłości, który nie ma ciemnych plam, gdy chodzi o prześladowania mniejszości rasowych, religijnych, społecznych. Czy będzie to głęboko zakorzeniony antysemityzm narodów cywilizacji europejskiej i jej przedłużeń w Amerykach (tam zwłaszcza, gdzie biali koloniści stanowili i stanowią większość) i Australii i Nowej Zelandii; dyskryminacja wobec tzw. rasy żółtej (głównie Chińczyków, Japończyków i Hindusów) i kolosalna dyskryminacja wobec ludności autochtonicznej, nazwanej z czystej arogancji i ignorancji ‘indianami’. Do tego włączyć należy cała masę uprzedzeń i prześladowań w historii wszystkich państw i narodów wobec lokalnych, specyficznych mniejszości: religijnych, etnicznych, seksualnych. Nie brakło tego bez jakiejkolwiek wątpliwości w historii Polski – starej i bardzo współczesnej. Nawet okres świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów (właściwiej by było określić tamtą Rzeczpospolitą – Rzeczpospolitą Obojga Państw, bo narodów było w niej zdecydowanie więcej niż dwa, zwłaszcza na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, które etnicznie zdecydowanie nie było litewskie) mimo stosunkowo dużej tolerancji i uprawnień wobec różnych grup – był okresem licznych dyskryminacji, a nawet prześladowań wobec ‘innych’.  II Rzeczypospolita (1918-39) była tyglem niesprawiedliwości etnicznych, religijnych. Okres straszliwej wojny totalnej to przykład szlachetnych i heroicznych ofiar etnicznych Polaków i instytucji Podziemnego Państwa dla ratowania żydowskich współobywateli. Niestety to też przykład, gdy stare potwory antysemityzmu wykorzystały hitlerowski aparat przemocy w aktach najgorszego okrucieństwa i barbarzyństwa (często związanego z chęcią ordynarnej kradzieży i grabieży mienia żydowskiego) wobec żydowskich sąsiadów.

Ze względów oddalenia geograficznego i – nolens  volens – politycznej niemożliwości (zabory) ominęły Polskę fale rasizmu wobec Afrykańczyków i sam tragiczny okres niewolnictwa murzyńskiego. Nie ominęło jednak generalne, eurocentryczne, poczucie wyższości cywilizacyjnej, kulturowej, rasy ‘Białych’ wobec rasy ‘Czarnych’.

Dziś, w XXI wieku, Kanadę uznaje się generalnie, jako jedno z najsprawiedliwszych państw świata, jako przykład sukcesu wielokulturowości, wielorasowości. Jako przykład dla przyszłości państw i ludzi. I to chyba słuszna (nawet jeśli trochę przesadzona i oparta na prostych mitach) ocena. Choćby dlatego, że pojęcie „Kanadyjczyk” nie zakłada z góry pewnej etniczności.  W każdym razie od końca XX wieku Kanadyjczyk to już nie synonim Anglosasa/Szkota lub Francuza. A od początków XXI nie jest to już nawet synonim potomka Europejczyków. To po prostu obywatel Kanady.

Ale by kraj ten stał się jednocześnie krajem autentycznej równości, zgody społecznej i wysoko zakorzenionej tolerancji wobec wszelkich mniejszości (a takim dziś jest uważam) musiał przejść przez trudny kurs własnej historii. Własnych uprzedzeń, niesprawiedliwości. I zbrodni. To kurs trudny. Wiele narodów się go podjęło. I nie wszystkie zdały egzamin. Polska usiłowała po 1999 ten kurs zacząć. Niestety, nie tylko egzaminu nie było, kurs definitywnie zamknięto po 2015. Z tym większą stratą dla Polski, z rosnącym zapóźnieniem kulturowym, cywilizacyjnym. I z ceną, jaką bez wątpienia trzeba będzie w przyszłości zapłacić.  

Pisałem już kilkakrotnie na tym blogu i w innych wydawnictwach o prześladowaniach i rasizmie Kanady wobec jej ludów autochtonicznych, tzw. Pierwszych Narodów (First Nations).

Dzisiaj o rasizmie i dyskryminacji rasowej wobec kanadyjskiej ludności czarnej, murzyńskiej. Wiąże się to w Kanadzie z lutym, Miesiącem Historii Murzynów ustanowionym przez Parlament w 2008 i powiązanym z tym Miesiącem Afrykańskiej Historii w Nowej Szkocji.

Chronologicznie temat ujmując można powiedzieć, że historyczne centra osadnictwa murzyńskiego w Kanadzie to Nowa Szkocja i Górna Kanada (dzisiejsze Ontario). Mówimy głównie o okresie XVIII i XIX wieku. W dużo mniejszej części Dolna Kanada – Nowa Francja, dzisiejszy Quebec. Pozostałe skolonizowane tereny były miejscem bardzo nielicznego i sporadycznego osadnictwa uciekinierów-niewolników ze Stanów Zjednoczonych (Victoria i Esquimalt na Wyspie Vancouver i jeszcze mniej liczne grupy w Albercie (m.in. w Edmonton). Niewątpliwie nieliczni Murzyni pojawili się już w samych początkach w Nowej Francji i w Acadii (dzisiejsza Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik), tak jak tłumacz kilku wypraw francuskich, Mario da Costa. Byli to zarówno wolni, dobrze płatni urzędnicy francuskiego monarchy, jak i niewolnicy na służbie europejskich kolonizatorów. Ale o autentycznych ‘falach emigracyjnych’, które miały wpływ na kształtowanie si Kanady i jej społeczeństwa można mówić dopiero od roku 1775 – wojny amerykańsko-brytyjskiej o niepodległość i osadnictwie tzw. lojalistów (zwolenników monarchy brytyjskiego) i niewolników z Ameryki, którym obiecano lepsze życie w Nowej Szkocji, pod panowaniem brytyjskim. Tą historię i reportaż fotograficzny zamieszczę w cz. 2, w kolejnym poście tutaj.

Short summary in English:

The most powerful imperia of the ancient world lasted hundred, if not thousands of years, because they did not try to forcefully assimilate ethnically conquered people. One would say that their concept of good governance and stability laid solidly in the form of (as we would say today) multiculturalism. There were those, who tried quickly assimilate the smaller (or weaker) groups, but it would mean always either total annihilation of such group by genocide; military displacement/banishment beyond borders of the empire state or partial genocide (cultural genocide) by killing the political and religious establishment and destroying material witnesses of former, conquered territories. The assimilating version usually proved short-lived and the new empire did not last for very long. There are, of course, exemptions to this scenario – but, as often in life – exemptions are just that – exemptions, not a rule.

The second form (cultural genocide) is the most common and lies at the foundation of most modern states, specially in the Old Continent. There is no factual anthropological reasons for existence of Poles, Germans or French and English (British) nations – they all are modern concepts and result of cultural destruction of former and separate entities. What was left from the original Slavs, Galls, Celtic or Germanic people after forceful christianization become a building stone of today’s nation. It wasn’t by any means a natural process or some form of evolution. It was a skilful political and military process.

That process is possible only if you are faced with different culturally but similar physically population. And by large extent the entire population of Europe in the entire Middle Ages looked very similar – white (or whitish, if you will). So after merely few generations you can create a new ‘ethnic’ construct: a people, who pray to the same god/s, speak the same (with regional variants) language. Beginning of a nation. In processes like that it is hard to developed racist attitudes, or hatred based on race. Hence the first objects of persecution in Christian Europe was two-fold: Jews, as recognizable minority and always living communally (in groups, not as individuals) and remnants of non-Christian Europe: tribes and people belonging to a group called Balts, in the north-east corner of Europe. As religion was, from archaic times, the fundament of laws and behaviour – they couldn’t be tolerated or fully accepted. Unless they agree to condemn and leave their old religion. Hence some old Baltic tribes were fully annihilated by German Order of Knights of Holy Mary, with the support of Polish Prince of Masovia. The Jews in Europe, from the times they moved to Iberia (today’s Spain), were not really of such threat, as they never own or rule over any territory. Their annihilation was not necessary – nonetheless, they were very much an affront to Christian faith for not accepting Jesus as the Messiah. And so antisemitism was born. And survived to this day. Reaching it’s monstrous apogeum during Holocaust.

Racism, in a form we understand today, had no place in the ancient empires, neither. All of them were based on territories more or less straddling lands between the valleys of Tigris and Euphrates, Asia Minor, southern tips of Europe and Northern Africa – a land of all three races. In imperial courts of Babylon, Persepolis or in Egypt you could daily see black, white and brown faces. It was normal, common. After the collapse of ancient order, specially in the Western Holy Roman Empire, Europe cut itself off common borders and neighbourhoods with Asia and Black Africa for all practical purposes. It wasn’t really until the end of Middle Ages and beginning of European colonial expansion into Africa and Asia that it begun. Specially toward the black Africans, who were by large technologically at a huge disadvantage and mostly pagans. The fact that slavery among Blacks was more popular than slavery among whites (there was such a thing in Europe but it related mostly to captured during warfare combatants and by the time of Renaissance – almost non-existent and, lets be honest, servitude of own peasants was enough to substitute the need for slaves) helped to sharpen the appetite for cheap labour among white masters. To build the case for buying humans as a property in Africa, Europeans begun to dehumanize Black Africans a bit, make it almost a subspecies, a subhuman. That’s how a true racism was born. That’s how it all begins. Bit by bit, word by word, joke by joke. By the end of XVII century slavery was fully accepted, flourished and in high demand. In continental Europe there wasn’t even really a high demand for cheap labour. Even after industrialization. There was plenty of cheap labour from countless underprivileged class. One could argue that it would have been more expensive actually to fill the factories and fields with actual slaves than with destitute free working class. But in the new colonies, especially one sparsely populated – the need was great. Hence – North America and West Indies. Slave owners paradise.

The first documented Black person, in what is known as Canada today, was Mathieu Da Costa, official and well paid translator for French rulers in their colonial expedition to New France (today’s Quebec) at the onset of XVII century. Certainly there were others, at that time probably free people. But that is only of historical concern. The actual Black immigration and settlement didn’t start here until XVIII century, while gaining strength in the following one. It contained both free people and slaves. Originally the main centres of Black settlements were in Nova Scotia and Upper Canada. Some in Lower Canada. Instances in Vancouver Island or Alberta were not until decades later and not very large as to make a social difference.

But that pivotal settlement of Black people on Atlantic shores and in Lower Canada is a very important part of Canadian history. And the history of racism and oppressive attitude by both, government and society at large, in Canada.

Canada today and Canadians are not the same as Canada 100 or even 50 years ago. We know ourselves as people living in a country that is the envy of the world, as far as being tolerant and equal in treatment of all Canadians. But it wasn’t always the same. In order to be the way we are now – it was necessarily to deal with the difficult history, difficult past. Every nation inspiring to be better, to grow – must take that hard lesson, swallow that bitter pill. To own our own mistakes and, yes, crimes even. As in treatment of many minorities – and none worse than that of Aboriginal People and Black people in Canada. I think that, to a large extent, we – Canadians – have done it in the past 20-30 years. Specially since the dawn of XXI century. The road is not finished , yet. But we are well on the way.

In the next , second part, I will write here more about the history of Black Canadians. Specially the one in Nova Scotia.

Katastrofy i konteksty

by Bogumił Pacak-Gamalski

sprowadzenia zwłok gen. W. Sikorskiego (Plymouth, 1943)

Dziwna sprawa z tymi wypadkami lotniczymi.  Specjalnie tymi katastrofalnymi. I na ogół tak do końca nigdy nie wyjaśnionymi w pełni. Polska miała w tym udział dość ważny i wyjątkowo brzemienny w skutkach udział.

Wiemy, że w 1943, już po odkryciu Katynia przez Niemców i pisemnej relacji polskiej Komisji PCK pod przewodnictwem zaufanego i godnego wiary Kazimierza Skarżyńskiego  (nota bene zięcia hrabiego Zamoyskiego, który był głównym kandydatem w pierwszych wyborach prezydenckich w Polsce i przegrał do Narutowicza ledwie kilkoma głosami), Sikorski i jego rząd stawali się co raz bardziej niewygodni dla Churchilla i Stanów. Pomoc kolosa militarnego stalinowskiej Rosji stawały się ważniejsze niż wierność dla najważniejszego do tej pory alianta. Sikorski wyjeżdża z Londynu na objazd jednostek polskich na Bliskim Wschodzie. Bazą wypadową jest brytyjski Gibraltar. Używa oddanego do jego dyspozycji amerykańskiego Lancastera B-24, maszyny dość dobrej i skutecznej. Samolot w 16 sekund po starcie woduje awaryjnie na morzu.  Ale wodowanie nie jest kontrolowane, raczej wymuszone i nagłe. W krótkim czasie maszyna tonie. Giną wszyscy (choć do dziś nie odnaleziono ciał ani Zofii Leśniewskiej – córki Premiera – ani jego cywilnego adiutanta Kołakowskiego). Przeżył jedynie pilot, Czech, Eduard Prchal. Jedyny z załogi i pasażerów, którym miał założoną kamizelkę ratunkową. Łącznie zginęło 16 osób – w tym naturalnie Premier RP Sikorski i doradca v-ce Króla Indii , brygadier John Whiteley.  To liczba najczęściej podawania i oficjalnie przyjęta.

Szybko po wypadku rozeszły się pogłoski, że był to zamach: a)polsko-brytyjski; b) akcja sowiecka – w tym samym czasie w Gibraltarze przebywał Majski, Komisarz Spraw Zagranicznych Moskwy i – co ciekawsze – wysoki oficer brytyjskiego kontrwywiadu Philby, który wiele lat po wojnie okazał się podwójnym szpiegiem moskiewskim. Odnosi się wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie zależało na dogłębnym zbadaniu sprawy i przyczyn katastrofy samolotu i śmierci tych osób.  Po dziesiątkach lat nawet polskie specjalne śledztwa przeprowadzone w latach 1993 i 2008 nie były już w stanie precyzyjnie ustalić ani powodów ani rozwiać wszystkich kontrowersji. Poza jedną – głośno było kiedyś, że Sikorskiego i jego przybocznych zamordowano już w wilii Gubernatora Gibraltaru z udziałem zabójców polskich i brytyjskich, a ciała umieszczono w samolocie  i celowo spowodowano katastrofę. Sekcje zwłok dobrze zakonserwowanych szczątków Sikorskiego przeprowadzone w Polsce wykluczyły tą możliwość. Sikorski zginął/zatonął w samolocie.   Losy Polski, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i znaczenie polskich władz państwowych w Londynie uległy po tym wypadku zdecydowanie pogorszeniu. Skala ustępstw wobec Stalina przechyliła się wyraźnie na stronę rosyjską. Czy stało się to efektem tragicznego, niezaplanowanego wypadku/katastrofy? Raczej nie. Nie byliśmy ani tak ważni, ani tak militarnie niezbędni – zwłaszcza od momentu załamania się ofensywy niemieckiej w Rosji. Po tym wypadku bez wątpienia było jednak wygodniej aliantom pomijać rząd polski w decyzjach najważniejszych. Niewygodny i szanowany aliant zniknął ze sceny politycznej świata. Polscy przeciwnicy polityczni Sikorskiego ( a było ich wiele, na obozie piłsudczykowskim poczynając ale wcale nie kończąc) mogli być z tego po cichu (i nie tylko) zadowoleni; Brytyjczycy odetchnęli z ulgą a Stalin mógł się szczerze uśmiechnąć i wypić toast wódki.

Czasami zastanawiałem się, jak by zachował się Sikorski, gdyby to nie Mikołajczyk a on był premierem i ciągle Naczelnym Wodzem w 1945 roku. Jaką decyzję by podjął? Niewątpliwie gdyby – podobnie jak Mikołajczyk – wrócił, jego status i pozycja tak w Kraju jak i Zagranicą by była o wiele silniejsza niż Mikołajczyka. Historii by nie zatrzymał i nie cofnął ale być może nasz system i samowładztwo PPR/PZPR by nie były tak silne. Gdybanie.

sprowadzenie ciał ofiar wypadku pod Smoleńskiem (Warszawa, 2010)

Ciągle przy Polsce pozostając. Jest 67 lat później. Samolotem TU154 MLux leci do Katynia (na małe lotnisko pod Smoleńskiem) olbrzymia delegacja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z udziałem większości (poza stroną rządową, która oficjalną delegację przygotowała osobno i wpływu na decyzje Prezydenta i jego Kancelarii nie miała) wyższych dowódców wojskowych, senackich i ważnych gości. W jakimś niezrozumiałym pędzie do glorii i chwały na pokładzie samolotu jest zebrana duża grupa jednych z najważniejszych osób w państwie. Szaleństwo polityczne czy zwykła głupota wyższych urzędników? Też do dziś nikt na to prawdziwie i zgodnie z faktami nie odpowiedział. Można nawet pewną nic wysnuć łączącą Polski Rząd w Londynie z obecnymi władzami w Kraju – na pokładzie jest też Prezydent Kaczorowski z małżonką, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie. 20 kwietnia tego roku (2010), o godzinie 8.41 rano samolot rozbija się w tysiące kawałków i wszyscy pasażerowie z załogą giną na miejscu.

Powstaje, jak  po Gibraltarze, natychmiast szereg teorii spiskowych, obwiniających różne strony o ten tragiczny i w skali niewyobrażalny wypadek (w skali szoku dla struktur państwa). I olbrzymi konflikt miedzy stroną rządową a stroną opozycji PiS. Po miesiącach badań i latach następnych wyjawia się raczej dość zwięzły, sumienny opis wydarzeń, skutków i przyczyn. W atmosferze współoskarżeń, podejrzeń i awantur politycznych. Jest chyba (dla osób rozsądnych i logicznych) jednoznacznie dziś widoczne, że główna wina spada na stronę polską, załogę i przygotowanie lotu. Bez wątpliwości jest też fakt złego przygotowania lotniska, fatalnych warunków pogodowych i zbyt chyba mało zdecydowanej postawy rosyjskich dowódców lotniska, którzy winni kategorycznie odmówić przyjęcia samolotu, nie pozostawiając tej decyzji Polakom.

Oczywiście w Polsce bardzo szybko rośnie teoria spiskowa. Jakiś polski naukowiec ze Stanów wysuwa twierdzenia, że doszło do wybuchu na pokładzie samolotu, wybuchu, który nie był skutkiem awarii maszyny a ładunku wybuchowego umieszczonego w samolocie, bądź z pocisku/rakiety skierowanej w samolot. Jakkolwiek teoria ta (pomijając jej poważne luki dowodowe) wydaje się być absurdalna w samym założeniu (dla Rosji byłby to niewyobrażalny wręcz w skutkach międzynarodowych skandal, którego koszty by były nieporównywalnie wyższe od jakichkolwiek wątpliwych zysków politycznych). Jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż teoria jakiegoś groteskowego mordu Sikorskiego na przyjęciu w Pałacu Gubernatorskim w Gibraltarze. Ale … fakty w Polsce i w polskiej debacie politycznej są tylko niewygodnym niuansem, przeszkadzają a nie pomagają. Do dziś, mimo upłynięcia blisko 10 lat od tego tragicznego wydarzenia – nie ma pełnego i kompletnego zakończenia tej sprawy, nie ma oficjalnego, końcowego i podpisanego wspólnie przez rosyjską i polską stronę Protokołu zamykającego dochodzenia.  A były komisje międzynarodowe, były komisje polskie i podkomisje pana Macierewicza. Zbadano wszystkie prawie możliwe wersje, szczątki, niuanse, badania teoretyczne, naukowe, medyczne, techniczne. Nauka i wiedza w sprawie takich badań jest nieporównywalna do czasów z roku 1943.

Ten wypadek pod Smoleńskiem miał dla Polski znaczenie wielokroć większe niż przypuszczalne, ale teoretyczne jedynie, dywagacje na temat skutków katastrofy Sikorskiego. Pięć lat trwająca nieustanna praca nad rozbudowywaniem teorii spiskowych/zamachowych TU 154 MLux przyniosła nieoczekiwane efekty wiosną i latem 2015 roku i zaowocowała wielkim zwycięstwem partii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Stworzono de facto quasi religijny kult wokół tej sprawy, tzw. religię smoleńską, która wykorzystała elementy katolickie do wprzęgnięcia je w propagandę czysto polityczną. Więcej – ideologiczną.  Głównym (choć nie jedynym) sprawcą i zwycięzcą upolitycznienia tej katastrofy był i jest sam bliźniaczy brat Lecha Kaczyńskiego, Jarosław. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, na wskroś makabryczne, że Jarosław Kaczyński przez tragiczną śmierć swego brata otrzymał największy prezent polityczny swej kariery publicznej.  I wykorzystał go wręcz bezbłędnie. 

Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle doczekamy się całkowitego i ogólnie przyjętego zamknięcia sprawy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. I – w tych rozważaniach – nie ma to już większego znaczenia praktycznego. Cele polityczne osiągnięto.  Politycznie ale też społecznie, socjologicznie.  Polska anno domino 2020 jest innym krajem niż Polska anno domino 2010, roku katastrofy smoleńskiej.

Dziesięć lat temu w tym wypadku zginęło 96 osób. Bez względu na ważność tych osób w państwie jest zdumiewające, jaki kolosalny wpływ na losy państwa 40 milionowego blisko, miała śmierć mniej niż stu osób.

zestrzelony nad Ormuzem w 1988 samolot irański

Cofnijmy się znowu nieco w czasie w okolice Bliskiego Wschodu. Nie nad Gibraltar, a do cieśniny Ormuskiej. Nie polski samolot a irański. Jest rok 1988, 30 lipca. Między Iranem a USA (podobnie, jak teraz) trwa niewypowiedziana i nieoficjalna wojna podjazdowa. Z lotniska Baandar-e-Abbas startuje pasażerski samolot Airbus300 z 290 ludźmi na pokładzie. Celem lotu jest Dubaj, po drugiej stronie cieśniny. W tym samym czasie w cieśninie, na irackich wodach terytorialnych znajduje się amerykański krążownik USS Vincennes. Okręt wyposażony jest naturalnie w wyrzutnie rakietowe i nowoczesny system wykrywania i naprowadzania  AEGIS.

Samolot pasażerski Iran Air startuje z 20 minutowym opóźnieniem, o godzinie 10.17. Siedem minut później z okrętu USS Vincennes odpalono w jego kierunku dwie rakiety. Rozbity na dwie części samolot spada do morza, załoga i pasażerowie giną na miejscu.

Strona amerykańska przez długi czas nie chciała się przyznać do winy określając katastrofę, jako zbieg nieszczęśliwych wypadków, okoliczności i braku doświadczenia obsługujących system AEGIS oficerów i żołnierzy. Odmawiali przyjęcia pełnej odpowiedzialności za tą tragedię samolotu Iran Air.  Zgodnie ze stanowiskiem amerykańskim, dowodzący systemem naprowadzanie pomylili duży samolot pasażerski Airbus300 z myśliwcami bombowymi F14, jakie posiadali Irańczycy. Dopiero osiem lat później Amerykanie wypłacili odszkodowania dla rodzin ofiar tej katastrofy w wysokości ponad 62 milionów dolarów. Odszkodowania za samolot Iranowi nie wypłacono. Do dziś USA oficjalnie nie przyjęło odpowiedzialności i winy za tą katastrofę.

Pozostańmy w tym terenie. I przy Iraku i USA.  Tym razem jest też trzeci główny podmiot: Ukraina.

Sytuacja polityczno-militarna między USA a Iranem jest podobna , jak w 2008. Zamachy, ataki polityczne, kampania międzynarodowa przeciw sobie. Budowanie koalicji, oskarżania się wzajem o najgorsze z przestępstw i najniecniejsze cele dalekosiężne w tej niewypowiedzianej wojnie podjazdowej.

zbieranie szczątków ludzkich po zestrzeleniu samolotu ukraińskiego (Teheran, 2020; agencja FARS)

Cały ten krąg geograficzny oparty jest na trójkącie trzech dużych państw: Syrii, Iraku i Iranu. Ścierają się tam też od stuleci dwa najważniejsze odłamy islamu (sunnici i szyici), a od XX wieku imperializm ekonomiczny Europy i USA wpatrzony w dostęp do ‘złotego runa’ XX wieku: ropy naftowej. Dodatkowym i bardzo aktywnym elementem jest amerykańsko-izraelski sojusz militarno-ekonomiczny wspierający terytorialną zaborczość Izraela. To tygiel niemożliwy do ciągłego kontrolowania i zabezpieczania.

Ten zarys dodałem po to tylko, by zrozumieć skomplikowane powiazania każdej akcji politycznej, ekonomicznej i militarnej każdego kraju tego trójkąta.

8 maja 2018 roku Prezydent Trump oficjalnie kończy udział Ameryki w międzynarodowym Porozumieniu Nuklearnym z Iranem. Porozumienie działało bardzo dobrze i zgodnie z międzynarodowymi obserwatorami Iran dotrzymywał umowy. Zaczyna się okres gwałtownych i wyniszczających amerykańskich sankcji ekonomicznych na Iran. Rośnie atmosfera wrogości, napięcie polityczne i militarne. Na wody cieśniny Ormuskiej wpływają jednostki marynarki wojennej USA. Dochodzi do akcji, bez wątpienia wspieranej lub bezpośrednio prowadzonej przez Iran, ataku na tankowce i kilkakrotnego zamknięcia cieśniny dla swobodnego ruchu statków handlowych. Świat stoi znowu na granicy poważnego konfliktu u wrót do Bliskiego Wschodu. Zakończyła się właśnie wieloletnia, straszna wojna z Daesem/ISIS, który przez długi czas opanował całe połacie Iraku i Syrii. Pokonanie ISIS było możliwe w dużym stopniu dzięki militarnemu wsparciu sił Iraku i paramilitarnych grup irackich szyitów przez Iran i dowodzone było głównie przez generała Sulejmaniego. Sulejmani jest też, ze strategicznego punktu widzenia i organizacji polityczno-militarnej, jednym z czołowych sojuszników prezydenta Assada w Syrii – wspieranego też bardzo wydatnie przez Rosję. To nie wysiłek militarny USA w Syrii – a decyzje Putina i Sulejmaniego umożliwiają praktyczne zakończenie wojny domowej w Syrii i umocnienie pozycja Assada.

Wszystko to jest sprzeczne z interesami Izraela i zwiększa ich presje wobec USA na ostrzejsze militarne wsparcie przeciw Iranowi, a personalnie – przeciw Sulejmaniemu. Sulejmani widziany jest w Tel Avivie, jako główny organizator i strateg nie tylko wywiadu  samego Iranu ale przede wszystkim Hezbollah – największego zagrożenia dla polityki ekspansji terytorialnej Izraela. Cała ta sytuacja destabilizuje jeszcze bardziej zrujnowany Irak, który znowu staje się teatrem rozgrywek politycznych i militarnych świata arabskiego i interesów Ameryki i Europy, w tym głównie Wielkiej Brytanii, która z historycznych przyczyn kolonialnych kształtem i charakterem Bliskiego Wschodu i Mezopotamii jest najbardziej zainteresowana. Ostatecznie to Wielka Brytania ukształtowała granice i państwa arabskie i Doliny Eufratu i Tygrysu po upadku Imperium Otomańskiego. A tendencje otomańskiego panowania też na nowo ożyły w głowie obecnego prezydenta Turcji, co stwarza kolejne zagrożenie i konflikty . Uff. W głowie się kręci – a to dopiero lekki tylko i niepełny zarys sytuacji, przyczyn i skutków w tym rejonie.

27 grudnia 2019 paramilitarna grupa iracka (szyicka i współpracująca z Sulejmanim) ostrzelała bazę iracką z amerykańskimi żołnierzami. Zginęła jedna osoba (amerykański kontraktor w tej bazie) a kilka osób zostało rannych. Dwa dni później Amerykanie zbombardowali bazę Szyitów w Iraku zabijając 25 Irakijczyków i raniąc 55. Powoduje to silny wzrost nastrojów anty-amerykańskich w Iraku.  Kolejne dwa dni to masowe demonstracje pod silnie ufortyfikowaną ambasadą USA w Bagdadzie, próby jej podpalenia i zdobycia. Cały personel dyplomatyczny ambasady jest ewakuowany do Kuwejtu. USA staje w obliczu pamięci dnia wstydu, kiedy parędziesiąt lat wcześniej, w 1979, Irańczycy zdobyli szturmem ambasadę amerykańską w Teheranie i uwiezienie 55 dyplomatów USA przez blisko 1.5 roku.

Parlament i rząd Iraku co raz głośniej mówią o konieczności wyproszenia z Iraku wojsk amerykańskich, które uczyniły z ich kraju poligon niekończących się starć USA z Iranem.

3 stycznia amerykański dron bombarduje  i niszczy pod lotniskiem w Bagdadzie samochód z generałem Sulejmanim. Irański dowódca ginie razem z irackim przywódcą szyickim. Świat staje wobec perspektywy niechcianej i bardzo niebezpiecznej otwartej wojny amerykańsko-irańskiej.

Jeszcze jedno tło polityczno-historyczne tych wydarzeń o którym nie wolno zapominać, to sytuacja domowa prezydenta Trumpa i ajatollaha Chamenei. Prezydent Trump  od ponad miesiąca uwikłany jest w największe zagrożenie jego prezydentury, które teoretycznie może (jako pierwszego w historii USA) pozbawić go prezydentury. Kongres USA (Izba Reprezentantów) oficjalnie oskarżył go o popełnienie dwóch przestępstw, które będą  powodem procesu senackiego o pozbawienie go funkcji.   Ajatollah Chamenei , Przywódca Iranu, stoi wobec rosnącego oburzenia i protestu Irańczyków zagrażającego jego pozycji w Iranie.

Obaj przywódcy mogą więc skorzystać z atmosfery wojennej i jednoczenia swoich narodów pod banderą wojennego zagrożenia. Nic politykom tak nie pomaga, jak atmosfera wojny i patriotycznego uniesienia …

A teraz stan obecny, powrót do tematu zasadniczego tego artykułu: zestrzelenie ukraińskiego samolotu pod Teheranem.

Samolot Boeing 737-800 ukraińskich linii UTA startuje z Teheranu 8 stycznia rano. Po godzinnym opóźnieniu wznosi się w powietrze o 6.15. Na pokładzie, łącznie z załogą jest 176 osób, głównie Irańczyków i Kanadyjczyków. Dwie minuty później spada na ziemię w niekontrolowanym upadku i rozbija się w wiele fragmentów.  Jest jasne, że nikt tego nie mógł przeżyć.

To jest niecałe 5 dni po zamachu na Sulejmaniego i trwających od paru dni gróźb irańskich i amerykańskich o odwetach i zemstach niechybnych.  Czy tym razem to początek wojny otwartej? Czy samolot z jakichś nieznanych przyczyn rozbija się skutkiem awarii maszyny czy też skutkiem zestrzelenia przez Irańczyków lub Amerykanów?

Ze względów polityczno-propagandowych celowe zestrzelenie samolotu przez USA lub Iran byłoby zbrodnią całkowicie absurdalną.  Ale … no właśnie. Jest wojna nie tylko słów, jest wojna czynów. Nie szkodzi, że nie wypowiedziana. Giną ludzie po obu stronach. Wszyscy są napięci, w stanie ustawicznego pogotowia, zdenerwowania. Wiedzą, że sekunda w reakcji może znaczyć różnice między życiem a śmiercią.  Parę godzin wcześniej z tego samego lotniska wystartowały różne samoloty i nikt ich nie ostrzelał. Tylko, że samolot ukraiński startuje z godzinnym opóźnieniem. Czy wszyscy o tym wiedzieli? Czy wiedzieli o tym dowódcy baterii przeciwlotniczych w bazie irańskiej? Może kiedyś się dowiemy. Tylko w czym ta wiedza szczegółowa pomoże?

Iran początkowa absolutnie zaprzecza możliwości zestrzelenia samolotu ukraińskiego przez irańskie rakiety. Dopiero, kiedy premier Kanady, Justin Trudeau, jako pierwszy z polityków, oficjalnie oświadcza publicznie, że ma poważne dowody na możliwość irańskiego ataku rakietowego na samolot i że już odbył odpowiednie rozmowy z szefami innych rządów na ten temat – Iran po krótkim czasie przyznaje się do tego. Bez względu pomocny mu był fragment oświadczenia Trudeau, w którym sugerował, że bardzo możliwe iż nastąpiło to skutkiem tragicznej pomyłki.

Dla mnie zastanawiające jest dlaczego nie ma międzynarodowego protokołu wymagającego niemal natychmiastowego i automatycznego kontaktu między samolotami pasażerskimi a każdą jednostką militarnej obrony powietrznej (z lądu, morza czy powietrza) zanim ktoś naciśnie przycisk „fire”? A nie ma. Mimo, że takich wypadków była już masa.  I dlaczego w sytuacji tak wysokiego napięcia i gotowości bojowej najwyższego rzędu w wojskach obrony powietrznej natychmiast nie jest zamknięta przestrzeń powietrzna dla lotnictwa cywilnego w danym kraju? To powinno też być regulowane międzynarodową konwencją. A nie jest.

Odpowiedzialność prawna i kryminalna? Na pewno będzie. Iran już aresztował ileś osób mundurowych. Bez wątpienia w jakiś sposób (pomyłka, nieporozumienie, źle zrozumiany rozkaz lub pytanie, itd.) odpowiedzialnych. A wszak odpowiedzialne są dwie osoby tylko: prezydent USA Donald Trump i prezydent Islamskiej Republiki Iranu, ajatollah Chamenei.  Może i oni staną przed sądem. Trump de facto symbolicznie już bardzo prędko, przed sądem Senatu USA. Ale nie będą to oskarżenia o spowodowanie tego wypadku.

Jest wszak możliwe, że ten wypadek lotniczy – podobnie, jak wypadek polskiego samolotu wojskowego z prezydentem Lechem Kaczyńskim – wpłynie bardzo poważnie na losy obu przywódców tych państw: USA i Iranu.  Politycznie, nie kryminalnie. Jeśli tak się stanie, to – w odróżnieniu od Polski – ten wypadek i ofiara tych ludzi, którzy w nim zginęli nie pójdzie na marne. Dla dobra milionów ludzi. Zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Choć na pewno też w USA.

Miałem jeszcze wspomnieć  o trzech innych katastrofach, które maja pewne wspólne cechy z tymi już wymienionymi. Ale już to pominę. To nie książka historyczna ani dochodzenie reporterskie.

Chodziło raczej o spojrzenie z innej, nie mechaniczno-inżynieryjnej, strony na badania przyczyn i skutków dziwnych katastrof lotniczych. Katastrof, które były całkowicie do uniknięcia i nie były spowodowane jakąś nagłą awarią całego systemu na pokładzie. Komisje lotnicze tych przyczyn innych nie są w stanie badać ani nie są do tego przygotowane profesjonalnie, merytorycznie. To pytania polityczne i etyczne.

Żołnierze irańscy (oficerowie), którzy bezpośrednio i fizycznie nacisnęli ten przycisk „fire” są bez wątpienia odpowiedzialni za niezamierzona katastrofę i śmierć załogi i pasażerów samolotu ukraińskiego. Czy są głównymi winowajcami? Wątpię by jakakolwiek Komisja badania tego wypadku potrafiła na to odpowiedzieć. Wiemy, że fizyczną przyczyną katastrofy polskiego samolotu pod Katyniem były błędy nawigacyjne i operacyjne załogi wojskowej, pilotów. Czy byli zamachowcami, których celem było zabicie pasażerów samolotu? Oczywiście, że nie. Ale ktoś wcześniej już stworzył atmosferę, że ten samolot musi lecieć i MUSI dolecieć, bez względu na trudności. Może nawet ktoś na pokładzie. Słuchając godzinami, słowo po słowie, nagrania z taśmy z „Czarnej skrzynki” z tego TU154 MLux, i te słowa i zdania po polsku i te po rosyjsku – ogarnęła mnie wówczas przerażająca świadomość, że ci piloci i ci nieświadomi pasażerowie nie mieli jakiejkolwiek szansy. Chyba, że jakimś cudem samolot by się bezpiecznie wzniósł jeszcze z niemożliwej wysokości poniżej pasa lądowania, że nie rosłaby tam jakaś brzoza ani inne drzewo, że … Cuda się jednak w lotnictwie nie zdarzają a fizyka ma swoje prawa.

Powinna je mieć też polityka i polityczna odpowiedzialność.  Tylko ten sąd może się odbyć tylko w mózgach i sercach obywateli danego kraju. Tutaj sędziowie praw kryminalnych, administracyjnych, konstytucyjnych nie pomogą. Nie pomogą opinie rzeczoznawców od aerodynamiki, od siły stali, stopów, naprężenie powietrza, ciśnienia wewnątrz i zewnątrz, zaworów, otworów.  Jak politycy nawalą ekonomicznie i ludzi bardzo uderzy to po kieszeni – to wybierają innych. Jak zginie parędziesiąt lub paręset ludzi skutkiem aroganckiej gry politycznej ale potem rozegrają to umiejętnie na instrumentach emocji wyborców – często zostają nagrodzeni.  A przecież zginęli ludzie.  Czasem prezydenci, czasem murarze, lekarze, nauczyciele, uczniowie szkól, staruszkowie, młodzi.  Ile to kosztuje? Jak obliczyć cenę za życie? Lub za etykę i moralność?