Sentyment

Bogumił Pacak-Gamalski

Więc o sentymencie na chwilę. Na chwilę tylko, bo sentyment, to taka przelotna chimerka lub aniołek smutny, momentem jedynie ulotnym na ramieniu twoim siadający. Zadumany z lekka, czasem nawet uśmiechnięty, choć tak smutno trochę, ironicznie jakby. A po prawdzie, nie skłamawszy – to całkiem poważnie. Tyle, że bez chęci walki czy protestacji jakichś. Nie, pogodzony z losem, z tą rzeką płynącą bez przerwy, byś nigdy do wód tych samych wejść nie mógł.

Ta życiowa pantarejskość dzieciństwa, młodości, wieku dojrzałego,  starczego nawet. Spoglądanie przez ramię wstecz czasu, bez możliwości powrotu. A to zapach skądś znajomy trawy, kwiatu, zioła, skóry kogoś bliskiego, skrzyp złamanego patyka na leśnej drodze, fragment arii operowej – naturalnie dramatycznej, wręcz tragicznej w niskich tonach głosu – i pasażu jakiegoś koncertu fortepianowego, może wiolonczeli szlochającej… . Tak. Znasz to. Przychodzi w chwilach nieoczekiwanych. Ta chimerka właśnie, ten aniołek szeptający: pamiętasz? Pamiętasz, naturalnie. Jakże mógłbyś wyprzeć się tej myśli gorzko-słodkiej, że można było trochę inaczej, można było zatrzymać, podtrzymać, uratować od zwiędnięcia w oceanie czasu upływającego. I przestrzeni, przestrzeni odległości wzrastającej, zacierającej kontury, wyciszającej dźwięki. Tyle rzeczy można było zrobić lub spróbować, słów tyle więcej powiedzieć… . Non omnis moriam, mówią. Nie prawda. Odchodzisz cały, nic nie pozostanie. Omnino moriatum – to chimerka ci syczy do ucha.

Więc sentyment nie jest pamięcią szczegółu, faktu – to pamięć sytuacji, pamięć uczuć jakie ten fakt, ren szczegół stworzył. Nie ścieżki znajomej jaką kiedyś szedłeś ale o czym lub o kim, po niej idąc myślałeś; nie dźwięk sam  instrumentu, melodii, tonu głosu a obrazy, jakie ta muzyka ci w duszy wymalowała; nie pompa inscenizacji operowej a nastrój ulicy do Opery prowadzącej, kształt kolumnad z parteru wiodących schodami do lóż balkonowych, jak on lub ona byli tego wieczora ubrani i jak muzyka jednako sączyła się w was przez szpary w skórze twarzy, rąk. Nie jak dźwięki wydawał instrument ale jaką manierą dramatyczną unosił dłonie pianista, jak oczy zamykał bądź błyskał wzrokiem uniesionym, wyraz jego twarzy. Potem to wino lub piwo nawet w barze lub kawiarni wieczornej. Lub ognisko w lesie po spacerze czy na plaży po wieczornej kąpieli. I ten stały lęk, który też pamiętasz. Ten lęk, że to zaraz minie, że się rozpłynie w tym czasie i przestrzeni i nie potrafisz tego zatrzymać.  A to właśnie on, ten lęk świadomy, w tym momencie budował fundamenty sentymentu tej chwili, tego miejsca, tego spotkania. Dawał narodziny tej chimerki, tego aniołka. To on obiecywał te non omnis, tą obietnicę przetrwania. Ale obietnicę pamięci i powrotu na jej skrzydłach tej chwili, nie życia jakiegoś. Momentu. Chwili życia a nie nieśmiertelności. Więc z zasady i natury swej sentyment nie jest sentymentalny, a przeciwnie – bezwzględny i okrutny w przypominaniu o kresie wszystkiego. Powstaje tylko wtedy, gdy coś się zbliża ku końcowi lub kończy w tym momencie. Coś, co było bliskie i drogie. Pąk kwiatu, który nie rozkwitnął.  Jest wspomnieniem tego, co było czy też tego, co być mogło?

To już jednak osobna opowieść. A świeczka się właśnie dopala. Czy pozostanie po niej sentyment?

Alberta and Saskatchewan – how do they fit in Canada?

In 2016 I went to Calgary for a family visit. It was one of the last visits there, since I moved to the East Coast. And that time, as sensing that not that many more of these visits are ahead of me (but not knowing that as matter of fact), I gave myself permission to a lot more private, solitary time to walk through the city, in many ways city of my youth.  I have lived there, in earlier times, close to 15 years. The city has changed a lot since. Not much for the better – typical spreading with mostly ugly neighborhoods that were taking over grasslands, fields on the outskirts and close by rural communities. But the Downtown was reinvented and re-invigorated nicely. I stuck mostly to the old Calgary – familiar and full of memories. Some were bad – but, as is in life – bad memories fade with time, good ones – remain.

During one of my evening walks on the southern part of Downtown (close to 4th Street SW were I had my very first apartment in Calgary) I noticed very disturbing occurrence. It was a time of some sort of election, I think provincial. As in any other community, there were election signs of candidates, parties. Right on the edge of an old, small park with Calgary’s Cenotaph was a sign of NDP party. Not the most popular in Alberta – but an established and strong political force in the city and province for as long as I remember (much stronger then Liberal Party, traditionally very disliked there). A very young, in their twenties, couple walked by. It was obvious they were not poor or from shadowy element. They were loud, happy. An evening revellers. Suddenly, they stopped, he talked something to her. She stood aside and carefully looked around, than  gave him a nod and the guy just ripped the sign off, broke it into pieces and threw to the park bushes. They walked quickly off. I was a full intersection away. Should I run after him, yell? Pointless. The crime was done. Calling police was too late, as they quickly disappeared into next street. It angered me. And reminded of that nasty element of political intolerance that always existed in Alberta. The right wing feeling of entitlement. To what? I don’t know, nor understand it. But it was present there in the 80ies, when I settled there. To some point as the reaction to Pierre Trudeau’s plans for the abandoned National Energy Plan – an idea hated in the Prairies.  As a side note it is worth noting that just few weeks ago, in National Election 2019, no other but the Conservatives flaunted the idea of Trans Canada Energy Corridor … . Hmmm, funny how ,principal views’ are dependent on political expediency … . What was once (still is) viewed as an assault on provincial jurisdiction, now is being proposed as wise and beneficial to all.

But back to memories of political climate in Alberta. I think it got worst after the passing of political leadership of Peter Lougheed – a staunchly protective premier of Alberta, but even more staunchly Canadian. I think he was the last premier of that province, who truly and unwaveringly believed in the supremacy of Canadian unity over any separatist sentiment of ultra-right Albertans. During our just finished National Election, that spectre of Western alienation and separatism was mentioned as a warning many times.  And was stressed that the Liberal government of Pierre’s son, Justin Trudeau resurrected that feeling in the Prairies. That is a blatant lie. A lie repeated every time there is a Liberal government in Canada. That feeling always existed there and was always used to blackmail Ottawa. I remember very well times, when Alberta’s conservative governments did not shy to form close ties with Quebec separatist governments of non-other than staunchly separatist’s Quebec premier Levesque to plot against Ottawa. When it was convenient to force their hand against Ottawa. All of it came back to me as I listened to stories from this election of Albertans, who were afraid to post any sign on their property for either NDP or Liberal parties. They were actually afraid. Physically and psychologically. And it is disgusting. It never went that far in my memory. It would be probably a challenge to find a time, when both Alberta and Saskatchewan did not elect a single MP not from conservative party. It all changed after forming of Reform Party and destroying the old Progressive Conservative Party of  MacDonald. The new conservative party, formed by Stephen Harper, failed to see beyond the borders of the West, failed to notice ever more urban citizens of this country. But demand respect and special status instead. It’s fine that their base is in the West, especially in the oil-rich West. But Canada neither starts nor stops in Regina and Edmonton. Their inability to get above 32-35% popular vote speaks volume to the problem.   And one more think – when I settled there it was the beginning of the 80ties in the XX century. The end phase of many oil booms that the province had. There was plenty of money still around. Establishment (smart) of Heritage Fund in Edmonton from proceeds of that boom. After that were years of drier income and another booms. That’s forty years of history. What happened to diversification, to support and building of new industries, new sources of wealth? Every time there was a bust – there were promises that Alberta would diversify, would invest in more resilient future. And what? The same questions remain today. Saskatchewan was doing OK with rich farmlands and world leadership in production of potash. But the market for potash collapsed years ago, food markets are strong but increasingly competitive – where is the planning, the modernization of economic base? Is it all Ottawa’s fault, the Trudeaus and Chretiens, the Turners and Martins? Is it always perennial ‘them’, never ‘us’ philosophy?

Now the popular cry and question is being thrown: since Liberals (or NDP or Greens for that matter) don’t have a seat in Alberta and Saskatchewan, who will represent the two western provinces in Ottawa? Perhaps a question that should have been asked by Albertans few weeks ago, before the Election stations were closed, may I ask?

Of course, my impatience with certain element of Western perennial dissatisfaction with Central Canada does not solve the true problem of new Liberal Government with that obvious dilemma. Although there is nothing in our Constitution or law that requires a Cabinet representation of all provinces or regions – a practical and political expediency does suggest that. And a long tradition. Trudeau already stated such desire himself. How he will accomplish it will be not an easy task and some political showmanship will be needed. I have no doubt he will master such.  He (Trudeau) has proved to us that he is not just an idealist living in a dreamland, ha ha ha. To the contrary at times – he could be rather cold and unforgiving politician. I just hope that he will not reward Mr. Sheer and Mr. Kenny with conservative appointment as an advisor to the Cabinet, or – that would be a capitulation and very wrong – as a member of the Cabinet.  There’s many Westerners, who are not staunchly right wing, who can fulfill that role. To the benefit of Canada and the two beautiful Provinces. And not former infamous premier of Alberta, Ms. Allison Redford, who just the other day offered her services in such a role. Last time she served Alberta, didn’t end very well for Albertans. Who knows – maybe a former member of former Progressive Conservative Party, who didn’t join the Harper’s new Conservative Party of Canada? I’m sure there is still quite a few of them around.

There will be a pipeline to BC, I am certain of it. There won’t be one going the Quebec, I am sure of it, too. The first one is needed politically and economically. The oil in Alberta will not stop being produced anytime soon – although I do hope for the sake of us and the sake of Albertans that it will be phase out as soon as it is economically possibly and not a day later. But we cannot continue being just a country of natural resources – specially raw and mined resources. That time is gone. It was gone with the end of XX century. We can’t just rape our own land and pretend that it is OK. It’s not. There was a time and an epoch when it was necessary evil, maybe – to a point – even a blessing. But now it is a curse. More and more expensive to maintain. And I am not touching the ethical side of it. Just economy. The harm it produces alongside the economic benefits becomes more and more visible every passing year. The harm not only to the climate of the country and entire planet – but to Canadian nature, to our environment, where we live. The poisonous by-product of mining, destroyed landscapes, forests, rivers, lakes, underground water – the list just go on and on. At the very end of each of its cycles, the private companies that produce it – pack their belongings and disappear into thin air and we, the taxpayer, are stuck with millions of millions of dollars to clean it up.

Our vast size, non-ending coastlines, huge rivers, still existing huge forests, sparsely populated territory (apart from the narrow strip along our southern border) in XXI century technology should not be a challenge but an opportunity to invest and build new industries, ecologically friendly and in high demand for our and international economies. What we need is a vision equal to that of XIX century of uniting the vast Canadian land from coast to coast. Base on modern scientific and eco-friendly knowledge. That requires courage and leadership – followed by smart and big investment. Not by cheap knock-offs. And modern forms of energy production should be almost unlimited in our country. Be it coastal/tidal waters, rivers, wind, solar – you name it and we have it. Give Canadians the chance to work in smart way instead of cheap way. Well paid with educated workers.

Alberta Rockies – land rich in natural energy and endless possibilities

There was a time, when green, un-ending grasslands of the prairies, it’s hills and long river valleys were roamed by thousands strong wild herds of buffalos. They were wiped out never to come back in its old glory. That was sad. But one way or another (probably not in such brutal and stupid way as it happened) it was inevitable given the migration of people. And that migration would have happened even without French or English colonialism. People do spread all over the globe all the time from time immemorial. The buffalos are gone, replaced by smaller but still important herds of domesticated cows and cattle. Now it is time to start saying goodbye to the oil pumps and the mammoth machinery of oil sands. Times have changed again. As they always do in the history of Earth and humankind. Get on it, Alberta and Saskatchewan. Let the dinosaurs stay in Drumheller and the Badlands.  

Jak Skawińscy głosowali? Prawda i mity.

by B. Pacak-Gamalski

Znacie Skawińskich i dlaczego takie niby ważne, jak oni w głosowali? Otóż Skawińscy to taki szczep słowiański, który z borów nad Notecią, mokradeł wokół Narwi powędrował z różnych przyczyn (na ogół nie radosnych) w daleki świat. Opisał to niegdyś stary dziejopis Henio Sienkiewicz w świetle latarni morskiej, w czasie podróży po USA.

undefined

Jak świat światem wiemy, że to szczep nader patriotyczny, sentymentalny i wierny, jak pies spod rodzimej chałupy. Więc i fama w skłóconej starej ojczyźnie poszła, że Skawińscy murem za wiarą przodków, za patriotyzmem kamiennym, za rycerzami wyklętymi – a więc za prawem i sprawiedliwością (w domyśle: naturalnie bożą). Może dlatego, że Sienkiewicz w świetle latarni i w Ameryce Północnej ich był opisał, więc daleko i szeroko spojrzeć nie umiał. Tak powstał mit polskich czikagów od Północy ku Południu i od Wschodu do Zachodu. A tu nagle rzecz się dziwna stała – latarnie powygasały w większości, technika je zastąpiła urządzeniami widzącymi dalej i głębiej bez względu na porę dnia. Poszerzyły się o te, no jakże im tam – no, o te horyzonty. I Skawińscy – mimo że ród prastary – stali się nowocześni, dzisiejsi.

Trochę to szyki pomieszało możnowładcom ze starego kraju. Bo niby jeszcze kilka lat wcześniej dbali bardzo o frekwencję polonijną w wyborach będąc pewnymi, że prawomyślność (koniecznie ‘prawo’ a nie ‘lewo’ nie daj panie boże) i sprawiedliwość (bożą, naturalnie) Skawińskich zaowocuje ich poparciem. Co też wówczas się stało i nie bez zbiegu szczęśliwego odkopania w archeologicznych badaniach postumentu Anusi – córki bohatera narodowego Andersa. Z niemieckiego co prawda pochodzenia, ale związanego przed wojną wrześniową z obozem narodowym. O tych przodkach niemieckich nie mówiono nic. Po co? Wystarczy, jak się o nich mówiło (bez przerwy na oddech) wobec niejakiego Tuska. Zresztą w wypadku Anusi chodziło tylko o ojca. Matka nie była pochodzenia niemieckiego. Z krwi i kości Ukrainka. I jak na Ukrainkę (dawniej mówiło się: Rusinkę) była i krasawa i zapiewała pięknie. Wiem, co mówię, bo sam słuchałem nie raz i lubiłem – zwłaszcza, gdy śpiewała dumki kresowe memu sercu bliskie – i o wzgórzach wileńskich, i o tramwajach lwowskich. Anusi jednak – pannie wiekowej ale ciągle żwawej – nieco fornalski charakter kolegów i koleżanek z ław senatorskich nie bardzo do gustu przypadł. A już szczególnie bolesne były właśnie dąsy wielu z tych Skawińskich, których miała reprezentować. Generalska córka wolała już grać rolę szanownej i uwielbianej Damy na akademiach polonijnych niż polityka, gdzie jej szarży senatorskiej nie szanowano. Teraz ma iść ponoć w ambasadory. To będzie milsze. Zwłaszcza, że – też ponoć – w Italii słonecznej. Blisko dworu watykańskiego i blisko na grób Taty skąd widok piękny na starożytny klasztor benedyktyński. Mimo to tuzem w rękach polityków była, gdy o głosy polonijne chodziło. Tym razem takiego nie znaleźli. No, niby ten bezpartyjny, czyli z uczuć szczerych a nie kombinacji posadkowych, pan profesor Marek Rudnicki miał być nie do pokonania. Owszem, w USA, gdzie mieszka, wygrał. Ale USA to nie cały (?!) świat. I generalnie – przegrał.

Mniej humorystycznie teraz, praktyczniej. Druga Izba Parlamentu polskiego wypadła z rąk PiSu. Bardzo możliwe, że własnie tym jednym głosem. Głosem Polaków z Zagranicy. Polonii. Tego latarnika Skawińskiego ze słynnej noweli Henryka Sienkiewicza. I to różnicą procentową bardzo wysoką. Wynik PiS był poniżej 25 %. Tak, to prawda, że pisowskie twierdze w Ameryce Północnej udało się utrzymać. I chyba tylko tutaj. Ale nawet na tym kontynencie ten wynik był dużo słabszy niż wynik uzyskany w 2015 roku. W niektórych, zwłaszcza nowych, Okręgach Wyborczych – opozycja demokratyczna nawet w Stanach odniosła sukces. Podobnie, jak zwiększył się procentowo poważnie głos oddany na demokratów przez Polonię kanadyjską.

Senatorem ‘z Zagranicy’ został Kazimierz Ujazdowski z bardzo silną przewagą głosów nad kandydatem PiS. Ujazdowski reprezentuje PO. Jeden z ‘przebudzonych’, jak określam nielicznych byłych pisowców, którzy być może po rozum do głowy poszli. Nie bardzo lubię nagradzać byłych poddanych Najmiłościwiej Panującego Wielkiego Kurdupla – ale, jeśli po ten rozum poszedł i jeśli go znalazł, niechże mu tam bozia da zdrowie. Choć po cichu podejrzewam, że bardziej strawny dla demokratów kandydat Koalicji zdobyłby jeszcze więcej głosów. Trzecim, niezależnym kandydatem, był nie kto inny, jak Cezary Paweł Kasprzak – niesprzedajny i wszędzie widoczny aktywista starego, autentycznego KOD-u. Znienawidzony przez pana Ziobrę ale i też nielubiany w nowym, pro-POwskim KODzie. W wyborach z całego świata polonijnego uzyskał całkiem niezła liczbe ponad 15 procent.

Sparwdzając Protokoły komisji wyborczych z całego świata, skupiłem sie tylko na tych, gdzie przewaga Koalicji demokratycznej lub PiSu była minimum 40%. Tam, gdzie ilość głosów oddanych na jednego z kandydatów była poniżej tej liczby – nie brałem pod uwagę.

Na Komitet Koalicji Obywatelskiej minimum 40% głosów oddali Polacy zamieszkujący w 62 krajach świata. W tym w 26 krajach tych głosów padło powyżej 50% granicy.

Na popieranego przez PiS kandydata Marka Rudnickiego liczba krajów, gdzie padło minimum 40% głosów – aż 6 (sześć). Tak, z całego świata. Liczba krajów, gdzie otrzymał minimum 50% głosów – 5 (pięć). Dokładnie: USA, Kanada, Irak, Kosowo (to ciągle tylko quazi-państwo nie w pełni jeszcze uznane) i Angola.

Ogółem na nowego senatora K. Ujazdowskiego padło łącznie 38.95% głosów; na pana Rudnickiego 24.86%. W 2015 na panią Anders (popieraną przez PiS) padło aż 46.85% głosów. Na panią Borys-Damięcką z PO w 2015 padło 34.35% głosów. Czy zauważacie zmianę? Głosy na PiS spadły wśród Polonii światowej aż o 22%. Na centrowy, zdominowany przez PO, Komitet Koalicji procent wzrósł o 4.5 punktów. Stąd moje wcześniejsze uwagi o przeszłości politycznej senatora Ujazdowskiego – bardzo możliwe, że ten procent po stronie demokratycznej byłby dużo większy, gdyby kandydatem była inna osoba. Polacy z Zagranicy staja się nowocześniejsi, współcześniejsi od rodaków w Kraju. Już tylko sentymentalna łezka, akademia raz lub dwa razy do roku w jakimś Polish Hall nie wystarcza. Ani stare żale na wszystko i wszystkich wokół. Za wszystko. Za przegrane wojny, nieudane powstania, za złe mieszkania i zacofany przemysł, za przegrane własne życie. I za to, że teraz o wszystkim trzeba samodzielnie myśleć i ponosić koszta tego wysiłku mentalnego. A dawniej myśleli inni. Władza i Kościół: Król i Biskup; Car i Biskup; Prezydent (lub Naczelnik Państwa) i Biskup; Pierwszy Sekretarz i Biskup; a teraz jeden niewysoki Szary Poseł i Biskup. Jak widać z tej wyliczanki – jeden element był stale stały. Niezmienny. A w XXI wieku ten element już stracił swoje polityczne znaczenie w większości cywilizowanego świata. Więc podróże jednak kształcą. A cześć Północnej Ameryki (część, bo Polacy meksykańscy jednak wysokim procentem – 56 – poparli Koalicję demokratyczną) też dojrzewa. Dorośleje. Jak to w tej piosence szło? Jeszcze rok, jeszcze dwa, przekonacie się o tym sami, jak to jest, jak to jest z … Polakami? Przeboju legendy polskiej estrady długich lat PRL i wielu jeszcze lat po roku 1990, Jerzego Połomskiego. Bożyszcza kobiet i Amanta Nr 1 Polskiej Estrady – który przez całą zasłużoną i ciekawą, bardzo długa karierę nigdy na tej scenie nie mógł być sobą. Mity, legendy. Tak to z nimi jest – pomagają marzyć, wzdychać i ronić łezkę – nie powinny jednak nigdy przesłaniać rzeczywistości.

Halifax ‘last stand” in climate change action

by Bogumil Pacak-Gamalski

mature woman waiting to be arrested – last one from the entire group

In a previous post I have shown you a series of snapshots of the youthful climate action protest that spread through the entire country and indeed – the entire world. Millions of young people, supported by many allies from adult community, followers of symbolic leadership of young girl, a child almost, from Sweden – Great Thunberg.

By European Parliament from EU – Greta Thunberg at the Parliament, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81699733

That was the large crowd of determined but polite protesters. Today’s protest showed the fringe, more angry and demanding groups. People, usually from poorer segments, who because of their economic status are much more vulnerable to negative impact of the rapid climate change. Who, in other words, have really nothing to loose since they have very little to begin with.

Across Canada (Vancouver, Toronto, Montreal, Halifax – to name few large cities) they decided to block for few hours important urban bridges. Yes, they knew it would inconvenience many , who used these bridges to go to work, shop. And that was the point. Yes – to inconvenience people. To let them know that things are not normal. That we have passed the point of no return. That something needs to be done or the price will grow and grow to truly catastrophic size. There were many groups representing anarchists, communist (or claiming to be communist – I talked to some and really have big doubts of their knowledge of communist system – and I do, very personal). But that’s good, that’s important. We need ‘crazies’ like them, who make us sometime a bit uncomfortable. In democracy there is no greater danger than complacency. When we start looking more for the benefits just for ourselves, not willing to pay a fair share for the benefit of the entire society – bad things do happen. Just look to US, Poland and other populist regimes.

Pretending to be a bit stupid and uninformed onlooker, I asked a young and polite policewoman why the small group of sitting protesters are being detained and arrested since the bridge is closed anyway, they are not causing any visible harm to others or to the infrastructure (the bridge or the road leading to it) and seem to be exercising their democratic right to protest. She answered very nicely that they are being removed from a private property. Again, pretending to be shocked, I asked with bewilderment: but it is city, therefore public, road and so is the bridge, isn’t it? She politely answered – no, the Bridge Authority is a private company and the protesters have extended their time granted for the protest and have to be removed from the private property. I continued in my ignorance the query: O! I didn’t know that. Am I trespassing now myself on private property?! she replied with smile: no sir, you are not. So I pressed again: Officer, can you tell me if the Bridge Authority paid the City (citizens od the city) for the construction of the bridge and the road? She answered perplexed a bit and I think that she finally get my ‘acting’: I do not know that , sir. All we are doing is just following the law. You have to talk to the company or to the City Hall. I smiled and thank her for her assistance. There was no point of making her feel more uncomfortable. She truly was just doing her job.

But can we all, down, deep in our soul, always use that defence: I am just doing my job? Maybe half an hour later I went to a store near by. Waiting in line to the cashier, I overheard few women conversing about the protest. They exchanged their opinion and at the end the older one summarize it: ‘but they can’t do anything, they can’t change anything, just a waste of time and inconvenience for the rest of us. What can we do?’ I turned to them, apologizing for butting-in, and said: I’m not sure that they can’t do anything. After all, you nice ladies just talked about it. Sometimes talking about something makes us realizing that there is something to think and talk about. They look at me for a second and answered with nice smile: Hmmm, I think you are right sir. Thank you..

Below is just a viewpoint of the protest on the Dartmouth side of the bridge.

Climate Action Protest in Halifax

by Bogumil Pacak-Gamalski

Today all over Canada was day of mass protests for stronger and decisive actions to prevent further damage to Earth’s climate. The main even was held in Montreal, attended by Justin Trudeau, Canadian PM and Elizabeth May from Green Party. The special guest was famous young girl from Sweden – Greta Thunberg, who does not hesitate to chastise powerful world leaders every time she gets a chance. Trudeau met with Greta before the march and commented that “She is the voice of a generation of young people who are calling on their leaders to do more and to do better, and I’m listening”. Jugmeet Singh form NDP joined the protest in Victoria, BC. As expected, yet totally inexcusable, Andrew Scheer decided to fully ignore the marches and protest of millions of Canadians today. Considering his record and his ‘environmental’ policies – perhaps for the best … . Still sad, though, that he refuses to face the most existential threat to our planet. And at the same time has the desire to be our Prime Minister ?!

Below is a photo galleries I took from the protest in Halifax. Tens of thousands of people gathered in Victoria Park here (as luck would want – the park is located just across the street from the broken huge construction crane during this month hurricane Dorian assault on the city). Later they marched to Nova Scotia Power to perform a ‘die-in’ in front of the center of Nova Scotia’s energy. From there to Government Building, to impress on our politicians to do their job and listen to the science, not to the lobbyists.

Wybory i kandydaci dla Polonii

Postaram się tu zaprezentować Państwu kandydatów Opozycji Demokratycznej (tą nazwą określać będę partie i grupy/koalicje, które ustawiają się po przeciwnej od PiS i jego koalicjantów stronie polskiej sceny politycznej). Dziś zacznę od Jarosława Szostakowskiego z Nowoczesnej w tamach Koalicji Obywatelskiej (https://koalicjaobywatelska.pl/). List skierowany jest do Polek i Polaków w Kanadzie, który pan Szostakowski przesłał na moje ręce.

Jarosław Szostakowski

Szanowni Państwo!

Nazywam się Jarosław Szostakowski i kandyduję do Sejmu z pozycji 5 listy
numer 5 Koalicji Obywatelskiej w okręgu 19 – Warszawa i Zagranica.

Wiem, że wielu z was wciąż żywo interesuje i zawsze będzie interesować
to, co dzieje się w Polsce. Nieważne, jak długo mieszkacie poza
granicami rodzinnego kraju, odczuwacie współodpowiedzialność za jego
losy. Kiedy rządzący popełniają błędy, wstydzicie się za nie prawie tak
samo, jak za własne, a w chwilach sukcesów dzielicie narodową dumę z
tymi, którzy pozostali w kraju. To się nie zmienia nawet wtedy, gdy ktoś
czuje się zakorzeniony w nowym kraju. Mam tego świadomość, bowiem wielu
moich znajomych i przyjaciół mieszka za granicą, a ja mam to szczęście,
by móc czerpać z ich wiedzy oraz perspektywicznego spojrzenia.

Wiem też, że wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, nie jesteście
jednorodną grupą. Macie różne historie, poglądy, motywacje i
doświadczenia. Również różne powody, by wziąć udział w nadchodzących
wyborach parlamentarnych.

Jakiekolwiek by one nie były, zapraszam was do zapoznania się z moim
programem, a także do kontaktu i dialogu. Z chęcią odpowiem na wasze
pytania.

Ja również czuję się współodpowiedzialny za losy Polski. Zapraszam do
odwiedzenia mojego profilu na Facebooku, z którego możecie dowiedzieć
się, poprzez jakie działania to wyrażam. Więcej na mój temat w
załączonej ulotce.

http://facebook.com/jszostakowski http://twitter.com/JSzostakowski


Co jest sprawiedliwe? Polacy LGBTQ2+ a sprawa polska

by Bogumił Pacak-Gamalski

W poprzednim tekście usiłowałem zarysować co to jest tzw. społeczność LGBTQ2+ . I co się de facto pod tymi literkami ukrywa. Z licznych komentarzy, jakie dostałem z Kanady i Polski wynika, że w dużym stopniu tekst był przyjęty dobrze (choć zastrzegałem, że to szkic bardzo skrótowy i w wielu odcieniach historii i współczesności LGBTQ2+ wręcz pobieżny). Za dobre słowa dziękuję.  Tutaj chce podjąć temat kampanii nienawiści wobec LGBTQ2+, która rozpętano w Polsce.  Gdy mówimy o ‘nienawiści’ naturalnie rośnie atmosfera polemiki, oskarżeń i ważkość argumentów. Ale nie o to mi chodzi. Tak, argumentuję, że autorzy i konstruktorzy tej kampanii-nagonki zasługują na pełne i całkowite potępienie, że są osobami niegodnymi. Wszak mowy nie może być o tego typu kampanii bez użycia aparatu propagandy. Propaganda to ma do siebie, że ludzi temat mało znających ogłupia, stwarza wrażenie zagrożenia i konieczność obrony. Jest bardzo możliwe, że wiele z tych osób bez tejże propagandy uniknęłoby wydawania sądów fałszywych lub szkodliwych.  Bo to zawsze opiera się na końcu o wydawania właśnie własnego osądu tematu, poszukiwaniu tego, co – zdaniem naszym – jest sprawiedliwe lub dobre.

A to już zagadnienia etyczne i moralne. Więc – z pewnym lękiem, że tekst i tak już długi, wydłużę bardziej jeszcze – dam wyjaśnienia tych pojęć od Nauczycieli najpoważniejszych prawdy, fałszu, dobra i zła. Zacznę od Sokratesa, potem jego ucznia Platona, dalej ucznia Platona – Arystotelesa (tenże potem był nauczycielem jednego z najsłynniejszych gejów ludzkości, Aleksandra Wielkiego). Nie bez znaczenia jest fakt, że Platon był źródłem rozmyślań i pism uważającego się za jego ucznia św. Tomasza z Akwinu. Ojca Kościoła Katolickiego i twórcy ram teologii i filozofii chrześcijańskiej. To ułatwia zrozumienie, jak wszystko w historii się łączy a kolejne warstwy wiedzy i mądrości korzystają z doświadczeń i wiedzy przeszłej.

W „Fajdrosie” Platona, Sokrates prowadzi z tymże Fajdrosem dyskusję o mowie i piśmie sugerując, że aby dobre być mogły ich autor winien znać temat i prawdę o tym temacie. Na wątpliwości Fajdrosa czy to najistotniejsze odpowiada mu przypowiastką:  gdyby on ani Sokrates nigdy w życiu nie widzieli konia, a zaszłaby potrzeba zakupienia takowegoż na potrzeby wyprawy wojennej Fajdrosa, Sokrates z własnych wyobrażeń, jakie dobry koń przymioty mieć winien poradziłby, by zakupił … osła. Fajdros sam o koniu więcej nie wiedząc posłuchałby rad Sokratesa, jako mówcy znanego i dobrego i osła by kupił, będąc przekonany, że to koń. Tak i mówca dobry potrafi mową zręcznie sformułowaną przekonać słuchaczy do rzeczy fałszywych i złych jeśli słuchacze wiedzy o temacie rozmowy nie mają.

Uczeń Platona zaś, Arystoteles, w traktacie „Polityka”, w rozdziale o sprawiedliwości w społeczeństwach, tak wnioskuje: „Wszyscy opowiadają się za jakąś sprawiedliwością, ale nie przekraczają pewnego punktu, nie mówią o pełnej sprawiedliwości w jej znaczeniu suwerennym. W związku z tym myślicie, że sprawiedliwość jest równością; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich osób, tylko dla tych, którzy są sobie równi. Nierówność jest postrzegana, jako sprawiedliwa; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy nie są równi. Popełniamy duży błąd, jeżeli omijamy pytanie ‘dla kogo’, kiedy decydujemy, co jest sprawiedliwe. Powodem tego jest fakt, że wydajemy własny sąd a ludzie są generalnie złymi sędziami, kiedy ich własny interes jest z osądem związany” (tł. własne BPG z :Aristotle „The Politics”, Penguin Classics, 1981, s.195)

I stąd, w moim osądzie, większość heteroseksualna często nie potrafi zrozumieć, że nierówność wobec mniejszości homoseksualnej i inno-płciowej jest niesprawiedliwa. A, jak pisał św. Tomasz: co niesprawiedliwe jest złe.

„Sprawa Polska’ to pojęcie związane z losami naszego kraju  głośne od czasów rozbiorowych. Czy chodziło o Napoleona, czy o Kongres Wiedeński, losy Królestwa Polskiego pod berłem carskim, w końcu stanowiska państw zaborczych w I wojnie światowej, a na końcu Traktat Wersalski z 1919 stale się tym zajmowały. Jak i sami Polacy – od Insurekcji Kościuszkowskiej poczynając, na Legionach Piłsudskiego kończąc. Te hasło-zagadnienia raz jeszcze odżyło w czasie konferencji jałtańskiej, teherańskiej i poczdamskiej w latach 1944-1945.

Otóż ,sprawa polska’ odżyła ponownie – w większym jeszcze, bo egzystencjalnym charakterze – w związku z aktywnością polskiej społeczności LGBTQ z jednej strony a stanowiskami naczelnych władz Polski i głównych hierarchów polskiego Kościoła Katolickiego z drugiej.  Dzięki podżeganemu przez diecezje białostocką, z jej biskupami na czele, obrzydliwemu atakowi na Marsz Równości w Białymstoku, ten proces rozlał się na masową skalę. Tak w kraju, jak i poza jego granicami. Głos zabrali najwyżsi dostojnicy państwa i Kościoła: poseł Jarosław Kaczyński, prezes PiS i arcybiskup-metropolita krakowski Jędraszewski. Mówiąc w olbrzymim skrócie ich wystąpienia można zreasumować konkluzją, że wedle tych dostojników chodzi wręcz nie o samo istnienie niezależnej Polski ale o jej ‘ducha’, jej charakter narodowy. Słowem o to, co nazywamy potocznie ‘polskością’.  Tejże, najdroższej wszystkim Polakom, polskości zagraża … LGBT i jego ideologia! Podobnych słów w innym okresie i sąsiedzkim państwie w latach 30tych używał Hitler i jego najbliżsi współpracownicy. Też w okresie konsolidacji pełnej i nieograniczonej władzy i przed wprowadzeniem jawnej dyktatury NSDAP pod osobowością Fὕrera.  W momencie wczesnego kształtowania się dyktatury prawie zawsze niezbędny jest wróg tak zewnętrzny, jak przede wszystkim wewnętrzny. To umożliwia sterowanie i kontrolę nad nastrojami społecznymi, jak i postawienie wyraźnej cezury ‘my-wy’. Gdzie ‘wy’ jest zagrożeniem jedności, zagrożeniem narodowego charakteru, wynaturzeniem. Nie wolno zapominać, że niemieccy homoseksualiści byli jednymi z pierwszych ofiar zbrodniczego hitleryzmu, w dodatku ofiarami bezbronnymi, bo niezorganizowanymi i bez poparcia społecznego, bez jakichkolwiek praw. Fakt, że socjalnie wesołe lata Republiki Weimarskiej, głównie w Berlinie i wielkich metropoliach,  wzbudziły fałszywie rozumianą szeroką akceptację ‘inności’, spowodował upublicznienie się wielu homoseksualistów – później następujące represje i aresztowanie ułatwił i przyspieszył.  Pomogło to też Hitlerowi na likwidację zagrożenia ze strony SA – jego brunatnych sojuszników. Ktoś powie, że to absurdalne porównanie – arcybiskup metropolita krakowski i Hitler? Kaczyński i Goebels? Nie wiem czemu miałoby ono być absurdalne. Dla mnie jest bardzo logiczne. Fakty i historia oparta na nich nie kłamią.  Przytoczę słowa dostojnika: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to co oni robią jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu.  /../ Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem. Naród czysty rasowo z niewielką ilością dzieci stoi już jedną nogą w grobie, za pięćdziesiąt lub sto lat nie będzie już istniał. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się … i musimy ją zwalczać…”. Który dostojnik to powiedział? Czy w 2019 w Krakowie czy wcześniej? Wcześniej. W 1937. Heinrich Himmler.

Jakiś cymbał w Łodzi, profesor Zbigniew Rau kandydujący na wojewodę z ramienia PiS, napisał na swojej stronie wyborczej  komentarz ze znamiennym tytułem: „Stop Ideologii LGBT! Stop cywilizacji śmierci!”. Tak, profesor. Nie, nie wiem czy to wynik uwiądu starczego (facet nie najmłodszy, choć nie starzec jeszcze), zwykła chciwość na pieniądze i władzę na funduszami (to dotyka wszystkich w Polsce – i nie tylko – niestety), czy po prostu zawsze był cymbałem ale wykuł się w swojej dziedzinie w latach studenckich, a potem całował pupy władz uczelnianych by tam mógł pracować i powoli a skutecznie tytułu się doskrobał. Nie ważne – byli, są i będą i tacy ‘akademicy pożal się boże’.  Fakt jest faktem, że pod tym się podpisał (więc podaje się za autora) ergo jest cymbałem.

Ta hasło ‘ideologii LGBT” pojawia się nad wyraz często, w zasadzie nagminnie teraz w gadzinówkach reżymowych i na ambonach kościelnych.  Jest takim zawołaniem do boju, wiciami rozsyłanymi do gminu i gromkim do kupy mośćpanowie, na koń i szable w dłoń! Można by się z tego śmiać w kułak, satyrycy mieli by temat wspaniały i niewyczerpany do swoich skeczy, psychiatrzy roboty po uszy … .

Człowiek o tyle o ile zorientowany w terminologiach, słownictwie polskim wie, że takie zwierzę, jak „ideologia LGBT’ po prostu nie istnieje. To pojęcie mieści się może w kategoriach faunów i skrzatów leśnych,  syren morskich i lewiatanów, smoków wawelskich (może stąd te wystąpienia metropolity krakowskiego – może to od wyziewów smoczych spode Skarpy Wiślanej pod Katedrą wawelską coś mu faktycznie zaszkodziło, bo wierzyć się nie chce, by arcybiskup, wzorem profesora łódzkiego, mógł też być po prostu cymbałem!?). Liczni księża i zakonnicy byli wystąpieniem arcybiskupa oburzeni, apelowali wręcz by sam podał się do dymisji lub by Episkopat zwiesił go w czynnościach. Na próżno. Sami dostali ‘po łapkach’ od Episkopatu.

Znajoma działaczka polonijna, mogę szczerze powiedzieć, że od wielu lat moja bardzo bliska znajoma,  z którą więcej niż często różniliśmy się poglądami ale mieliśmy wobec siebie szacunek i wspólny cel służenia polskiej kulturze w Polonii – wpadła w te tryby propagandy anty-LGBTQ2 nie rozumiejąc, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością ani nawet nie jest faktycznym obrazem jakiegokolwiek poczucia zagrożenia środowisk arcy-prawicowych i środowisk kościelno-katolickich. Nie. To zwykły wulgarny i bardzo prosty chwyt propagandy politycznej. Służyć ma przede wszystkim zapewnieniu zwycięstwa w wyborach poprzez skinięcie głową w kierunku twardego elektoratu PiS, który, jest najmniej wykształcony, najbardziej pazerny na prezenty od władzy i ziejący nienawiścią wręcz kipiącą wobec wszystkich, którzy są nieco od nich inni. Dla Kościoła (mam na myśli oczywiście instytucję prawną a nie Kościół, jako ośrodek wiary i zgromadzenie wiernych), który otrzymuje od państwa niespotykane od czasów bodaj średniowiecznych darowizny i przywileje, jest to nie tylko udzielenie politycznego wsparcia dla PiS w akcji wyborczej – to jednocześnie odwrócenie uwagi społeczeństwa i wiernych od groźnego problemu pedofilii i przestępstw seksualnych w Kościele polskim.  Zawołaniem: Łapaj złodzieja! nie jeden złodziej z potrzasku się wykaraskał.

Moja znajoma, Krystyna P. napisała więc w swoich regularnych wiadomościach polonijnych wysyłanych do wielu osób, krótki tekst w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu w Warszawie. Nie szczędziła w nim ostrych słów partii rządzącej (PiS) za ich afery i zaniedbania. Co jest cenne, bo oznacza, że osoba o poglądach konserwatywnych potrafi dostrzec błędy i wady nawet w środowisku o poglądach zbliżonych.  Zresztą niezależność wobec wszystkich kolejnych władz polskich K.P. wykazywała zawsze, co pamiętam świetnie z szeregu wspólnych wizyt w Konsulacie Generalnym RP. I znowu – nie we wszystkim się zgadzaliśmy ale to w niej ceniłem. Krystyna sugeruje, że jest zwolennikiem (w wyborach) Konfederacji, tj. ugrupowania na prawo od prawej strony polskiej sceny politycznej.  Jednym z czołowych reprezentantów tego ugrupowania jest Janusz Korwin-Mikke – postać wręcz groteskowo legendarna w polskiej polityce. Legendarna nie z tych cech, które dla polityka winny być chwalebne. Dla mnie osobiście Janusz Korwin-Mikke to pani poseł Pawłowicz –  tyle, że błyskotliwsza w mowie, szczupła i ubrana w nienaganny smoking. Ale są tam naturalnie też inne ugrupowania ultraprawicowe, których nazw nie w pełni pamiętam czy uważam, że sens jest starać się spamiętać. To autentyczny  i daleki nawias sceny politycznej.  Zwolennicy państwa i społeczeństwa obywatelskiego na nich nigdy nie zagłosują, a elektorat PiSu nie pozwoli sobie na ryzyko przegranej PiSu i poprze tylko koalicję parti z PiSem związanych bezpośrednio. Nie chodzi mi jednak o polemikę polityczną. K.P. ma absolutne prawo i przywilej popierać takie partie, jakie uważa za właściwe. I to winno być prawo niewzruszone.

Chodzi mi o aspekt etyczny i moralny tekstu K.P, w tym momencie, gdzie porusza sprawy LGBTQ2. I nie chodzi o to czy lubi czy nie lubi LGBTQ2. Ostatecznie w jakimś sensie mieszczę się w tym skrótowcu a mimo to mogę śmiało powiedzieć, że się lubimy. I lubi się z moim mężem. Być może mimo wszystko nie łączy mnie ze społecznością LGBTQ. A jestem jej częścią nieodłączną. Zawsze byłem. To, kulturowo rzecz ujmując – moja ‘etniczność’. Czy jestem zagrożeniem dla ‘wolności polskiego narodu’? Być może – ale tylko wówczas, gdy mówimy o jakiejś innej ‘wolności’, jakiegoś innego ‘narodu’. Kiedy zakładałem „Solidarność’ w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem w Warszawie, byłem jej pierwszym Przewodniczącym tamże, roznosiłem ulotki, w czasie Pogotowia Strajkowego chodziłem ulicami Mokotowa z biało-czerwoną opaską (i wówczas też zdarzało mi się usłyszeć syk w tramwaju od jakiejś pani : ‘przestańcie już znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam znowu chodzi’ itd. – jestem przekonany, że te panie należą dziś do twardego elektoratu PiS) – to wiem doskonale o jaką ‘wolność’ zabiegałem. Też o moją własną. Osoby LGBTQ. Mimo, że taka nazwa wówczas jeszcze nie istniała powszechnie i sam bym pewnie nie wiedział, co oznacza. I o wolność wszystkich Polek i Polaków LGBTQ2. Na równi z wszystkimi obywatelami. Bez wolności osób LGBTQ2 nie ma mowy o wolnej Polsce. Będzie tylko atrapą i udawaniem wolności. 

Tekst o którym mówię brzmi:

Rozpowszechniły się marsze tęczowych, którzy twierdzą, że walczą o wolność. Zaczynają oni natarczywie wkraczać do polskich miast, pod szczelną ochroną policji i wojska, wywołując natychmiast stan wojenny i prowokując do nienawiści jednych przeciw drugim. Polacy wiedzą co to jest wolność, zbyt długo o nią walczyli i nie mogą pogodzić się z mieszaniem słowa „wolność”  z błotem. Nie zgadzają się również z wprowadzanym na siłę i bez zgody społeczeństwa programem LGBT do szkół polskich, który grozi wykrzywieniem seksualnym, moralnym i psychicznym naszych dzieci i młodzieży. Śpij sobie z kim chcesz i jak chcesz, ale jeżeli wychodzisz na ulicę ze swoją odmiennością seksualną i starasz się zmienić wychowanie młodych, w tak niemoralny sposób, to jesteś zwykłym draniem i śmieciem,  i nie ma to nic wspólnego z wolnością. 

Jak do tej pory rząd PIS-u nie powstrzymał tej zgubnej propagandy LGBT. (tylko we fragmencie związanym z tematem LGBTQ – przyp. moje, BPG)

(teraz przytoczę fragmenty nadesłanej mi odpowiedzi do K.P. innych szanowanych osób z tego środowiska polonijnego, które tak zareagowały na ten tekst powyżej.)

 /…/ Do informacji dotarł do nas poniższy materiał, a konkretnie “wiadomości z kraju” i Pani opinie na temat LGBT.  Pani nomenklatura i prymitywne skwitowanie tematu zwalają z nóg.  Przez lata tworzyła sobie Pani wizerunek osoby kulturalnej.  Uzurpowanie sobie tutejszej roli “ambasadora kulturalnego” wiąże się jednak z pewna doza odpowiedzialności.  Pani toksyczne słowa są kompletnie przeciwieństwem roli jaką Pani sobie obrała.  Są okrutne, ohydne, zamierzone do wywoływania nienawiści, i kompletnie pozbawione sensu.  /…/

Można nie zgadzać się politycznie lub światopoglądowo z pewnymi ideami.  Pani jednak wybiera i powiela opinie z ciemnogrodu, który nie dopuszcza do rozwoju intelektualnego ani uczuciowego.  Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, opinie się zmieniają, w oparciu o rozwój nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych, I przede wszystkim, zmiany związane z wolnością i otwartością słowa i myśli.  Nawet idee cytowanego przez Panią św. Jana Bosko (“Wychowanie jest sprawa serca”, cytat, który obrała sobie Pani jako motto tego biuletynu), wyewoluowały w praktyce Salezjanów, którzy kontynuują jego założenia, ale zaadaptowali je pod katem czasów i miejsca, gdzie szkoły salezjańskie funkcjonują.

Pani prawa (człowieka, kobiety, emigranta etc) zostały przez ostatni wieki wywalczone przez ludzi, którzy mieli wizje i przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi.  Teraz pora na edukacje, na otwartość i tolerancję dotyczące sfery ludzi  LGBT+.  Edukacja w szkołach i otwarta dyskusja są niezbędne!

Mieszkając w Kanadzie, jest chyba Pani w stanie spostrzec, że ludzie innych orientacji seksualnych są normalną częścią społeczeństwa, ani gorsza ani lepszą, ani nawet specjalnie różną.  Orientacji seksualnej nie wybiera się.  Na szczęście w Kanadzie jest to kompletnie zrozumiały oczywisty fakt, przynajmniej w sferach ludzi rozumnych i wrażliwych, czyli po prostu większości. W Polsce, do zrozumienia, pełnej tolerancji i akceptacji jeszcze długa droga…

Pani opinie i szerzenie nietolerancji rezonują w tutejszym środowisku polskim.  Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później wydostaną się też poza środowisko polskojęzyczne.  Mamy nadzieje, ze przemyśli pani swoje przyszłe słowa wysłane w przestrzeń publiczną.  Ale bardziej niż to, mamy nadzieje, ze Pani otworzy się choć trochę i uwrażliwi na prawa ludzi innych od siebie.

Lena Ch. i Wiktor Ch.

Prawo kogoś do publicznego bycia sobą nie jest ‘błotem’. Tak, Polacy wiedzą, co to jest wolność. Ja jestem Polakiem, więc wiem. Wiem jaką cenę za nią płacił mój ojciec, żołnierz AK i jeniec w obozie w Rosji, mój dziad – żołnierz Września, wujowie i ciotki z ruchów czynnego oporu i PSZ na Zachodzie, ciotka z Powstania warszawskiego, która 25 lat wcześniej była działaczka POW na Kresach, kiedy Narodowcy Dmowskiego chcieli się układać z carem. Coś z tych nauk wynieść musiałem. Jako Polak i jako Polak-LGBTQ2. Tak, bo LGBTQ2 to nie jest jakakolwiek ‘ideologia’ – to ludzie. Szybciej można by starać się argumentować (zbędnie i niepotrzebnie ale argumenty logiczne znaleźć można), że narodowość lub wyznanie religijne są konstruktem ideologicznym nabytym a nie wrodzonym. Są LGBQ2 komuniści i ultrakatolicy, liberałowie i konserwatyści, są tacy, którzy w nosie mają wszelkie partie i ideologie, są ateiści i głęboko wierzący.  Nie łączy nas nic, prócz podobnych doświadczeń ukrywania kim jesteśmy lub odważnego i bardzo ryzykownego stanięcia przeciw potężnemu murowi obcości, wrogości, w najlepszym wypadku oziębłej obojętności.   Jak ta od tej pani w tramwaju, która (czując się na pewno i dobrą katoliczką i dobrą Polką) syknęła ‘przestańcie znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam chodzi?’.  I to jest właśnie geneza tych marszów i parad. To są ich ‘prowokacje’, to jest ‘o co nam chodzi’ i ‘co chcemy’.  Równych praw, jakie się nam, obywatelom należą.  Prowokacją (świadomą) jest czasem udział w nich owych ‘przebierańców’, na ogół transwestytów, wobec których cała społeczność LGBTQ2  ma olbrzymi dług wdzięczności. To nikt inny, nie porządni gejowie-urzędnicy lub politycy, gejowie działacze kultury i politycy, gejowie chodzący regularnie na msze do kościołów różnych wyznań  – tylko właśnie oni, przebierańcy, artyści kabaretów w tanich spelunkach, chłopcy i dziewczyny, którzy przebierając się za drugą płeć w sposób ostentacyjny dawali sobie pozwolenie na chęć bycia poderwanym, zaproszonym na randkę przez zastraszonego, ukrywającego się geja czy lesbijkę. To był kawałek ich wolności, która sami sobie dali, wbrew społeczeństwu, które im tego odmówiło.  A w 1969 roku, na Manhattanie wyszli w tych wysokich obcasach, z karykaturalnymi makijażami, porwanych pończochach na ulicę by dać czadu policji nowojorskiej, która systematycznie na te bary napadała w celu zastraszenia, wyłudzenia okupu.  I dali czadu. Dokopali swoim oprawcom i okupantom. Tak, okupantom. Bo jeśli osoba LBTQ2 jest w swoim kraju prześladowana a nie chroniona przed prześladowaniem, to oznacza, że jest to kraj okupacyjny. Nie kraj wolny.  Ilu znałem z widzenia, niektórych z imienia, młodych chłopców, podrostków wręcz, którzy po ucieczce z jakiegoś małego miasta w Polsce, gdzie byli maltretowani przez rodziców i otoczenie uciekali do wielkiego miasta Warszawy. Jedyne miejsce jakie im stolica ofiarowywała to były perony i poczekalnie Dworca Centralnego – zwłaszcza w okolicach toalet męskich. Tam spotykali starszych, zastraszonych, ukrywających się gejów, często panów z poważnymi stanowiskami, z żonami czekającymi w domu – ci panowie (jeśli zamożniejsi i kulturalni) brali ich na parę godzin do hotelu lub wolnego mieszkania na szybki seks, możliwość kąpieli lub prysznicu, czasem nawet kolację w restauracji i pewnie parę groszy. Tak, prostytucja męska, często nieletnia. Tak, jak tanie prostytutki dziewczyn z przedmieść lub wiosek okolicznych. Tylko te mogły robić to w mniej upokarzających warunkach. Raz-dwa razy w tygodniu przyjeżdżały na dworzec Nysy milicyjne i chłopaków wyłapywano. Nie, nie do aresztu na komendzie. Do przejażdżki Nysą, gdzie po kolei milicjanci sobie chłopców używali. Ci nie płacili chłopakom za usługę. Czasami musieli trochę pobić, zwłaszcza nowych, nie znających zasad i savoir vivre stołecznego. Udało mi się czasem z niektórymi z nich porozmawiać, wysłuchać opowieści. Niektóre fragmenty zapisywałem potem. By nie zapomnieć. Dziś już tych notesów prawie nie mam, pogubiły miedzy kontynentami, krajami, miastami. I czasami, które się zmieniały. Kiedyś u znajomego dziennikarza poznałem bardzo ładnego chłopaka z Domu Dziecka lub poprawczaka (już tego szczegółu nie pamiętam) z Łodzi. Dziennikarz był tam robić wywiad o chłopcami i pracownikami ośrodka. Chłopak był autentycznie ładny, inteligentny – choć nawet bez szkoły średniej, co nie dziwiło zważywszy, gdzie dzieciństwo/młodość wczesną spędził), a dziennikarz był gejem.  Więc chłopaka poderwał. Po wyjściu z tego ośrodka (miał już osiemnaście lat) zamieszkał u tego dziennikarza. Ten jednak okazał się draniem, chłopakiem się pobawił aż się znudził i po prostu wyrzucił na klatkę schodową. Zobaczyłem go na tymże dworcu Centralnym (bywałem tam regularnie co najmniej dwa razy dziennie, bo tu dojeżdżałem WKD z domu do centrum) krążącym wobec tych niesławnych toalet. Podszedłem się przywitać. Powiedział, co się stało i wtedy zauważyłem tą zmianę w nim – kompletny brak szczerego, wesołego uśmiechu, pewną zaciętość pod warstwą sztucznego uśmiechu. Znowu go oszukano. Dostał kolejnego kopniaka. Najpierw od instytucji, która miała mu zapewnić opiekę, potem od mężczyzny, który udawał szczere zaangażowanie uczuciowe. Polski chłopak. I po prawdzie właśnie na takiego typowego polskiego chłopaka wyglądał: szare oczy, płowa gęsta czupryna, ciemne brwi, nieco zalotnej i psotliwej zadziorności. Spotkałem się z nim jeszcze kilka razy, chodziliśmy do barów mlecznych, gdzie mu zamawiałem porządne, gorące obiady. Opowiedział ciekawą historię.  Gdy się zorientowano lub powzięto podejrzenie w ośrodku, że może jest ‘pedziem’ bito go nieźle, poniewierano, a wieczorami inni chłopcy go regularnie gwałcili. Nie skarżył się, bo wiedział, że by było jeszcze gorzej. Ale inny usłużny ‘kablowy’ z roku (młodzież dzielono wedle wieku w ośrodku) doniósł wychowawcom. Od tamtego czasu nie wolno mu było iść do wspólnych pryszniców, łaźni.  Naturalnie, by go ‘przykrości’ większe nie spotkały. Oddziałowy sam go do łaźni prowadził później. I po prysznicu sam go do usług seksualnych zmuszał.  Dobry był chłop… . Przynajmniej sam jeden tylko. Straciłem z tym chłopakiem wszelki kontakt potem. Zniknął. Czasy przed telefonami komórkowymi. Nie widywałem go nawet na Centralnym, mimo, że starałem się szukać i dopytywać. Może wyjechał do innego dużego miasta, może kogoś dobrego spotkał, może popełnił samobójstwo lub ktoś go zamordował? Nie wiem.  Zresztą takich „Janków” i „Staszków”, „Johnów’ i „Stevów” było setki  na każdym dużym dworcu kolejowym w Polsce i całej Europie. Ale podejrzewam, że jeśli przeżył to na jakimś z tych Marszów Równości na pewno był. I na pewno by nie maszerował w nim z wdzięcznością wobec większości społeczeństwa swego kraju. Bo ta Polska by go znowu oszukała. Jak już tyle razy wcześniej. Może na złość by szedł w dużych, wysokich czarnych szpilkach z olbrzymim pawim piórem w tyłku? Mówiąc tym – oto gdzie mam waszą ohydną, zakłamaną moralność. Wątpię by był piewcą całej ‘pięknej polskiej tradycji’. Zbyt silnie mu ta ‘tradycja’ dokopała i ukradła dzieciństwo i najpiękniejszą, pierwszą młodość.

autor waz mężem w historycznym barze Stonewall Inn na Manhattanie

Więc po tych słynnych zamieszkach w Stonewall w Nowym Jorku obudziła się wśród gejów i lesbijek pewna solidarność polityczna, środowiskowa. Nie tylko w Stanach, na całym świecie. Naturalnie głównie tzw. zachodnim. Poszło to jak błyskawica. W przeciągu ledwie 50 lat zaszły zmiany, jakie przedtem trwałyby wieki całe. Narodziła się autentyczna zbiorowość i społeczność.  W tej społeczności znaleźli miejsce (lub sobie sami je wywalczyli) wszyscy, których seksualność była inna od tej typowej, heteroseksualnej. Naturalnie gejowie i lesbijki. Zaraz potem biseksualiści.  Ci, co lubili wolne związki i ci, którzy chcieli trwałych. Nagle otworzył się cały, najbardziej skryty i najbardziej cierpiący niezrozumienie i wrogość świat osób transpłciowych.  Okazało się, że jest nas miliony. I że nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zadawalać się skrawkami z ‘pańskiego stołu’. Ten stół też jest naszym stołem. Myśmy go też wspólnie zbijali i malowali, my płacimy też za każde danie na nim serwowane i żadnym odpadkiem się nie zadowolimy. Chcemy mieć i swoje przy nim krzesło i swoje nakrycie. Ani mniejsze ani większe. Jeżeli wymaga to maszerowania-protestu w Polsce – to nie ma najmniejszej wątpliwości, że dzisiejsze pokolenie LGBTQ2 będzie maszerować i protestować. Do skutku. Choćby się arcybiskupi Jędraszewscy zapluwali z wściekłości na ambonach.  I mimo różnicy poglądów politycznych i ideologicznych między nami – będziemy wspierać i głosować na te partie, które nam te prawa należne wszystkim obiecają zwrócić.  Bo przy stanowieniu tych praw w czasach dawniejszych społeczeństwo ogólne nam te prawa skradło. I żądamy zwrotu zawłaszczonego mienia politycznego. Ni mniej ni więcej.  To jest ta idea, która osoby LGBTQ2 łączy – idea wolności obywatelskiej. Bycia obywatelem a nie obywatelkiem.  Nie mamy najmniejszego zamiaru przepraszać kogokolwiek za to, że jesteśmy.

Kiedy szedłem w tym roku po raz pierwszy w tym mieście z Paradą Godności w Halifaksie, przechodząc obok niezliczonych, radosnych tłumów oblegających chodniki tego miasta na trasie parady, uderzyła mnie realizacja, że przecież te tłumy to w większości ludzie heteroseksualni. Rodzice z dziećmi w wózkach, trzymanymi za ręce lub na rękach, spotkałem bacie z wnuczkami, starsze pary emerytów. W paradzie widziałem duchownych i parafian większości wyznań chrześcijańskich.  I zrozumiałem, że to nie jest już marsz-protest. To autentycznie parada godności. Wszystkich. Bez względu na orientacje seksualną czy płeć kulturową.  To najpiękniejsze święto, majówka prawdziwa, całego społeczeństwa. Równego w prawach, obowiązkach i przywilejach. Że gdzieś się pojawi grupka chłopaków z pół-gołymi pupami i podkoszulkami z czarnej koronki? No to co? Komu to w sumie przeszkadza, że młodość się chce wyszumieć, krzyknąć: świat należy do mnie! Jakaż szkoda, że ten chłopak z Centralnego nie mógł w takiej paradzie być, nawet w skórzanych obcisłych slipach i z pejczem w ręku.  Ileż by to było lepsze, weselsze i zdrowsze niż pikiety przy toalecie dworcowej. Nawet jeśli żyje gdzieś, to tego już mu nikt nie zwróci i nie odda. Tego momentu radosnej, nieokiełznanej młodości, gdy świat należy do nas.

A artykuły oburzone ‘nieobyczajowością’ Marszów, straszące jakaś wymyśloną i do głębi fałszywą ‘ideologią LGBT’, przestrzegające przed ‘szkolnymi programami LGBTQ’  są ostatnimi dzwonami konającego świata złej a nie dobrej tradycji. Nie całej tradycji ale jej części. Tej chorobliwej, zastraszonej. Nie zupełnie wolnej. Zawsze zagrożonej ‘innym’, z zewnątrz, obcym, nieznanym.  Ten film już się skończył, ta książka była już przeczytana. Wzruszamy się czytając Reja i Kochanowskiego, balladami Mickiewicza, wierszykami popularnych poetów XIX i początków XX wieku, z łezką słuchamy piosenek Fogga, Smosarskiej i Ordonki. Ale gdyby ktoś spróbował tak komponować, aranżować i tą manierą śpiewać dziś, to by nawet na poziomie powiatowym kariery nie zrobił. Ani używać w wierszach poetyki Or Ota. I ten tramwaj odjechał. I całe szczęście. Był użyteczny w czasach tramwajów konnych. Dziś niemożliwy w komunikacji miejskiej. Chyba, że w skansenie. A czy naprawdę chcemy by Polska była skansenem tylko? Wiecznym, niekończącym się jarmarkiem łowickim?

To od strony polemiki tekstu, który staram się zrozumieć, wytłumaczyć  jakąś genezą, bazą błędną bez wątpliwości ale nie skażoną ideą zła, namawianiem do zbrodni.  Nie łatwo czasem stare przyzwyczajenia, stare tradycje czy nawyki zmienić. To nie jest proces łatwy i go rozumiem. Świat dziś pędzi niesamowicie. Trudno nadążyć. Ale trzeba się starać.  Czasami – choć jest to przykre – po prostu się pogodzić z tym nowym czasem. Dla mamy mojej piękniejsza strofa od mickiewiczowskiej istnieć nie mogła ani poetyka czystsza, doskonalsza. Dla jej teściowej, mojej babci, nie istniała muzyka czystsza niż szopenowska. Muzykę dzieliła na niedoskonałą przed Fryderykiem i staczająca się w dół po Fryderyku. Ale babcia urodziła się w wieku , w którym Chopin żył. Więc była dzieckiem tego wieku. Tak, jak ja jestem dzieckiem XX. I olbrzymia większość moich przyjaciół i znajomych. Na szczęście zawsze pasjonowało mnie inne, nieznane, obce, spoza i zza. I poznawanie tego było najwspanialszym uniwersytetem mojego życia. Szczerze takie studia polecam. Nie trzeba egzaminów wstępnych ani czesnego płacić.  Największą z nauk tego ‘uniwersytetu’ była realizacja, że jest kompletnym fałszem teza, że darowanie komukolwiek godności musi ograniczyć godność moją; że przyznanie pełnej wolności innemu automatycznie zmniejsza moją, bo zakres wolności jest wszak ograniczony. Nie. Wolność jest pojęciem nieograniczonym. Im więcej jej dla wszystkich, tym większe obszary dla każdego indywidualnie.

Tyle na temat tekstu z informacji polonijnych mojej znajomej z Vancouveru.

Ale jest temat dużo ważniejszy, autentycznie niebezpieczny i bez najmniejszych wątpliwości amoralny, zły do samych głębi zła permanentnego. To nie wymyślona, nie skonstruowana przez jakichś ‘magów LGBTQ’ czy inżynierów dusz ale autentyczna kampania nienawiści sponsorowana przez hierarchię dzisiejszego Kościoła Katolickiego w Polsce i najwyższych władz politycznych kraju. Nienawiści wobec społeczności LGBTQ2.

Można zrozumieć, że z jakichś błędnych i mylnych rozumień teologicznych część duchowieństwa potępia lub nie chce się zgodzić z zaistnieniem w rzeczywistości polskiej społeczności LGBTQ2. Że w swej niewiedzy lub wiedzy błędnie rozumianej uznaje to za dewiację. Że może w związku z tym odmawiać sakramentów dla takich osób, ganić ich zachowanie lub odmawiać udzielania ślubów kościelnych. Uważam to za błąd. I jest wielu myślicieli chrześcijańskich i teologów nawet katolickich, którzy polemizują z takim stanowiskiem Kościoła polskiego. Ale to są wewnętrzne problemy tej Instytucji religijnej i nie mam tu zamiaru wchodzić zbyt głęboko w tego typu dyskusję. To sprawa wewnętrzna i prywatna wyboru i wiary osób LGBTQ2, czy chcą do takiego Kościoła należeć. Ale gdy Kościół, jakakolwiek religia, chce siłowo narzucić swoje prawa dla wszystkich obywateli – to już inna sprawa. Nawet w kraju, gdzie taka religia jest w większości.  Wówczas pewne zazębianie się spraw religijnych i politycznych jest czasem nie do uniknięcia. Tyle, że Kościół musi wówczas stosować się do prymatu prawa państwowego jeśli występuje politycznie. I szanować wolności obywateli, którzy nie są poddanymi a wolnymi obywatelami.  Jeżeli ktoś wykorzystuje swoją bardzo wysoką funkcję w Kościele i dopuszcza się siania nienawiści – ten stanąć musi pod pręgierzem odpowiedzialności jeśli nie karnej, to bez wątpienia moralnej.  Jeżeli ktoś rzuci w kogoś kamieniem i tą osobę zrani lub zabije – to drugą ręką która ten kamień cisnęła będzie ręka tego dostojnika kościelnego. Jeżeli ktoś gdzieś do kogoś na ulicy strzeli z tego powodu – to jest właściwym oskarżenie tego dostojnika o załadowanie naboju do tego pistoletu.

Jeśli w takiej kampanii biorą udział politycy u steru władzy – to jest zbrodnia i zdrada interesu narodowego. To sprzeniewierzenie się przysiędze i obietnicy szczerzenia i obrony obywateli przed samosądem, przed gwałtem.

W Białymstoku ani w Szczecinie, ni w Warszawie nie było jakiejkolwiek zgrai rozwydrzonych  gejów, lesbijek i osób trzeciej płci, którzy sterroryzowali i napadli na wystraszone zgromadzenie rozmodlonych parafian obrzucając ich kamieniami, przekleństwami i okładając pięściami i kopniakami. Ani na bogu ducha winnych przechodniów. To bandy szowinistycznych chuliganów, wspomagane jakimiś oszołomami babć z różańcami i zaciśniętymi pięściami napadły na osoby LGBTQ2. To nie propaganda – to fakty z licznych zdjęć, filmów, zeznań uczestników i przypadkowych przechodniów, gapiów. Że takie męty społeczne są nie tylko w  Polsce – wiemy. Ale w Polsce dano im przyzwolenie, zachętę wręcz do takich napaści. Mówiąc jasno i prosto: władze polityczne i kościelne poszczuły na osoby LGBTQ2 stada dzikich psów.