List do Senatu

Stół Rozmów Polaków

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Z inicjatywy Polek i Polaków spotykających się wirtualnie w grupie Facebook’a pod nazwą “Stół Rozmów Polaków’ powstał List do Marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego w sprawie terminu wyborów prezydenckich w Polsce. Ponieważ termin tych wyborów ustalany jest zgodnie z Konstytucją i stosownymi w tym zakresie Ustawami, takoż samo zmiana tego terminu ustalona jest wyraźnie w stosownym paragrafie konstytucyjnym i nie może być, poza nieprzewidzianymi w tym paragrafie sytuacjami, zmieniana, odkładany w czasie. Pomijając szczegóły tego paragrafu, w olbrzymi skrócie sprowadza się to do faktu, że aby zmienić termin w kraju musi być wprowadzony Stan Wyjątkowy. Jedynym odstępstwem może być wycofanie się z kandydowania wszystkich bez wyjątku kandydatów. Czyli wszystkich jednoczesna i identyczna decyzja publicznie zgłoszona. Pozostanie choćby jednego, choćby najmniej wiarygodnego kandydata – sprawie, ze taki kandydat siła rzeczy wybory wygra nie jako walkowerem: na Liście Wyborczej poza jego/jej nazwiskiem nie będzie nikogo innego! Prawo jest ślepe i czasem takie sytuacje się zdarzają. Treść Listu (podpisanego też przez szereg osób z innych ośrodków w Kanadzie, jak i też z Europy i USA) znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Stąd opór rządu Morawieckiego i Prezydenta Andrzeja Dudy (za naciskiem Jarosława Kaczyńskiego, de facto dowodzącego i rządem i prezydentem) by Stanu Wyjątkowego nie wprowadzać, a przez to zasłaniać się klauzula konstytucyjną uniemożliwiającą zmianę terminu wyborów. Sprowadza się to do zwykłej rachunkowości statystycznej. I wyrafinowania politycznego.

Opozycja w Polsce, mimo bohatersko reklamowanej na zewnątrz jedności w sprzeciwie wobec jawnie dyktatorskich i łamiących prawo rządów PiS, nie potrafiła wypracować i uzgodnić jednego tylko kandydata na Prezydenta. Mamy więc kandydata centrowego (PO i Kidawa-Błońska); kandydata Lewicy (Biedroń), prawicowej partii chłopskiej (PSL i Kosiniak-Kamysz). Do tego jeszcze kandydat (Bosak) partii faszyzujących skupionych w Konfederacji. Po stronie ultra-prawicy chrześcijańskiej PiS i jego drobne nadbudówki: partia ‘Porozumienie’ J. Gowina i partia ‘Solidarna Polska’ Zbigniewa Ziobry wystawiają naturalnie tylko jednego, wspólnego kandydata – Andrzeja Dudę.Pomijając Bosaka, który nie ma większego znaczenia ani szansy, mamy więc sytuacje podzielonego wyraźnie społeczeństwa na obóz rządowy i obóz demokratyczny. Tylko strona rządowa ma jedną tylko opcję: Duda, a strona demokratyczna aż trzy.

Matematycznie jest prawie niemożliwe by z tych trzech kandydatów w pierwszej turze ktokolwiek mógł zdobyć 51 procent głosów i wygrać wybory. Zakładając, że nikt – więc i Duda też – pierwszej tury nie wygra, 2 tura to już zupełnie inna para kaloszy. Na boisku zostanie tylko dwóch graczy: Duda i Kidawa-Błońska (wszystkie sondaże raczej taką tylko opcje na 2 turę przewidują). A wtedy sondaże mówią rzecz zaskakującą: Duda (nawet przy poparciu Bosaka z Konfederacji) przypuszczalnie wybory przegra.

I oto nagle w sukurs przychodzi … zaraza. Tak, pandemia koronawirusa Covid-19. Premier Moraczewski (podobnie, jak prezydent Duda, wierny bez zająknięcia władzy i poleceń Prezesa PiS) wprowadza faktyczny stan wyjątkowy używając dostępnych mu dyrektyw i rozporządzeń sanitarnych, epidemiologicznych, socjalnych – bez formalnego wprowadzenia Stanu Wyjątkowego przez Prezydenta. Więc (formalnie) zasłaniają się brakiem możliwości przesunięcia wyborów, bo wszak Stanu Wyjątkowego nikt nie wprowadził. A bez tego nie można.

A Jarosław Kaczyński, odwieczny manipulator i kombinator III RP od czasów jej powstania, nie do końca wierzy swojemu elektoratowi. I słusznie chyba, bo wyborcy PiS są wyborcami w większości koniunkturalnymi, tzn patrzą kto im da więcej i za mniejszą (lub żadną) pracę. Mówiąc językiem handlowym, transakcyjnym, to elektorat … łatwo przekupny. Ten ścisły, religijny prawie elektorat PiS jest tak naprawdę bardzo nieliczny. Więc pan Prezes wykombinował, że najlepszą szansą są jednak wybory 10 maja. Kwarantanny, rosnące przerażenie i lęk przed zakażeniem się, nakazy izolacji i nie zbierania się razem – skutecznie zlikwidowały jakąkolwiek kampanię wyborczą. Dla pozostałych kandydatów. Pan prezydent jeździe, pokazuje się stale w telewizji, spotyka z obywatelami. Przecież jest prezydentem, więc powinien być widoczny w czasie zarazy i pomoru, by ludziom dać otuchę! Nawet gdyby inni kandydaci zawiesili swoje kandydatury – pan prezydent tego nie zrobi. A jeden kandydat wedle prawa to liczba wystarczająca. Przecież nie można nikogo zmusić, by kandydował, więc o co chodzi?

10 maja jest prawie za miesiąc tylko. Epidemia dopiero nabiera w Polsce pędu. Jest prawie nierealne by do tego czasu uległa wyraźnemu zahamowaniu, by więcej nie zagrażała. W kwietniu może dojść do sytuacji (co zdarza się już w krajach o dużo silniejszym systemie medycznym i szpitalnym niż w Polsce) w której lekarze będą zmuszeni grać role boga decydując, komu dać szansę na przeżycie a kogo de facto skazać na śmierć. Zabraknie po prostu aparatów tlenowych. Tak się dzieje we Włoszech, w Hiszpanii i powoli w innych krajach. Tak się może zdarzyć szybko w bogatej Kanadzie, w Niemczech, raczej na pewno w USA, które przekroczyły już liczbę zachorowań w Chinach. Pierwszymi ofiarami takich drakońskich decyzji będą osoby po 60 roku życia. Czysta, zwykła (choć okrutna) kalkulacja. Dać szansę komuś 30-letniemu czy 60-latkowi, jeśli jest tylko jedna maszyna dla nich obu? Jak ty, gdybyś był lekarzem, byś wówczas zadecydował, gdyby ta osoba 60-letnia była twoją mamą, tatą? Może przy babci, dziadku byłoby trochę lżej … . Ta makabryczna wizja jest już realnością w niektórych krajach, gdzie ten wirus dotarł wcześniej.

I czy w takiej sytuacji ktokolwiek trzeźwy spodziewać się może, że wystarczająca ilość osób na wybory pójdzie i te ryzyko złapania wirusa i wrócenia z nim do domu podejmie? A wówczas ta własnie mała, religijnie wierna grupka zwolenników PiS może zadecydować o tym, kto będzie prezydentem Polski na następne cztery lata. I to jest kalkulacja pana Prezesa. Szarego Posła Rzeczypospolitej.

Kanada, 25 marca, 2020  

Do Pan Marszałek Senatu Rzeczypospolitej Polskiej Tomasz Grodzki

Pan Przewodniczący Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą, Senator Kazimierz M. Ujazdowski

 Szanowny Panie Marszałku

My, niżej podpisani Polki i Polacy zamieszkali na stałe poza granicami Kraju, wyrażamy głębokie zaniepokojenie nieprzerwanymi przygotowywaniami Władz i czynników politycznych Rzeczypospolitej Polskiej do powszechnych wyborów na Urząd Prezydenta RP w dniu 10 maja 2020. Polska, podobnie jak większość krajów świata, jest w trakcie pandemii koronawirusa powodującego ciężką chorobę dróg oddechowych COVID-19.

Kraj jest dopiero w początkowej fazie epidemiologicznej i wszelka wiedza profesjonalnych środowisk naukowych wskazuje wyraźnie, że w krótkim czasie należy się spodziewać pogorszenia sytuacji, zanim nastąpi jakiekolwiek polepszenie.

Rząd i Samorządy Lokalne w Kraju wydały już stosowne przepisy kryzysowe, które w sposób drakoński – aczkolwiek słuszny – ograniczają wiele podstawowych funkcji normalnego, wolnego społeczeństwa.  Fundamentalnym przekazem tych przepisów jest maksymalne ograniczenie mobilności i kontaktów obywateli polskich, nakaz etyczny i prawny izolowania się od innych i przebywania w domach. Jest zrozumiałe, że tego typu obostrzenie bez względu na fakt, jak je formalnie określimy w przepisach i zarządzeniach i czy oficjalnie wprowadzi się określony konstytucyjnie stan wyjątkowy – uniemożliwia swobodne prowadzenie jakiejkolwiek kampanii wyborczej  i skutecznie ogranicza prawa wyborcze i polityczne obywateli, ich kandydatów na Urząd i partii politycznych.  Ma to też legalne znaczenie dla Polaków  mieszkających poza granicami Polski, którzy w miejscach zamieszkania podlegają lokalnym przepisom uniemożliwiającym lub bardzo ograniczającym czynny udział w wyborach. Wszystko to stawia pod dużym znakiem zapytania wyniki wyborów, ich akceptację przez społeczeństwo.

Te fakty same w sobie w sposób oczywisty winny wpłynąć na przełożenie terminu wyborów na czas po ustaniu zagrożenia epidemiologicznego. Ale ponad te zasady zdrowego funkcjonowania Państwa wyłania się rzecz wagi wyższej i najistotniejszej: bezpieczeństwo życia i zdrowia obywateli.  Dążenie do wyborów w niezmienionym terminie wydaje się być jakimś makabrycznym nieporozumieniem,  zagrożeniem zdrowia i życia osób, ich rodzin i znajomych, którzy w wyborach by udział wzięli.

Apelujemy przeto do Pana, Panie Marszałku i Pana Senatora Ujazdowskiego, który nas w Senacie reprezentuje, abyście podjęli wszelkie sposobne i możliwe kroki do powstrzymania tego procesu. Szczególnie Senat, Izba Parlamentu kojarzona ze spokojem, równowagą i refleksją godną senatorów Najjaśniejszej, winien mieć ku temu wyjątkowe znaczenie i usytuowanie w randze Instytucji demokracji polskiej.

Niżej podpisani nie reprezentują jednej, konkretnej organizacji lub zgromadzenia polonijnego. Reprezentujemy razem i z osobna szereg profesji, szeroki zakres aktywnego współuczestnictwa w polskim i lokalnym życiu kulturalnym, artystycznym, naukowym. Idea Listu powstała w kręgach Polonii kanadyjskiej, ale znalazła szerokie poparcie wśród naszych przyjaciół w innych krajach osadnictwa polskiego. Niektórzy z nas działają tu aktywnie od dziesięcioleci, inni od lat kilkunastu lub kilku. Co nas łączy to serdeczna nić z Krajem i wspólna troska o jego losy i dalszy rozwój.  I zaniepokojenie losami naszych rodzin i przyjaciół , których wybory w maju tego roku naraziłyby na niedopuszczalne i całkowicie możliwe do uniknięcia ryzyko.  Nie wyrażamy poparcia lub potępienia dla takiej czy innej opcji ideologicznej, politycznej lub wręcz filozoficznej.  Natomiast mamy głębokie przywiązanie do zasad zdrowej demokracji, pluralizmu i współuczestnictwa w procesach rozwoju społeczeństw, w których mieszkamy i społeczeństwa w Polsce.

Z wyrazami głębokiego szacunku

Anna Bocheńska, St. Catharines, Ontario; Agnieszka Bylicka, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Iko Bylicki, Vancouver, Kolumbia Brytyjska (b. wieloletni Prezes Vancouver Chopin Society); Lena Chorobik, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Bożenia Chudzińska, Seattle, USA;  Christian S. Ciesielski, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mieczysław Czarski, Ottawa, Ontario;  Jola Drożdżeńska, Port Moody, Kolumbia Brytyjska; Jerzy Goliski, Königs Wusterhausen, Niemcy; Kazimierz Klimek, Calgary, Alberta;Janusz Kowalski, Galiano Island, Kolumbia Brytyjska; Anna Krenz, Berlin, Niemcy (kurator non-conform art projects w Europie): Tadeusz Orłowski, Coquitlam, Kolumbia Brytyjska; Maja Urbanski, Toronto, Ontario; Bogumił Pacak-Gamalski, Dartmouth, Nowa Szkocja (b. red. naczelny Rocznika twórczości Polskiej w Kanadzie „Strumień”); Agata Pilitowska, Toronto, Ontario (aktorka, producent teatralny); Izabella Sobieska, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Jacek Surma, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Tamara Szymańska-Golik, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mark Tucholski, Montreal, Quebec; Anna Wiaczek-Fustik, Bremen, Niemcy; Jolanta Woźniak, Surrey, Kolumbia Brytyjska; Marcin Żmudzki, Falls Church, USA (social media editor-coordinator)

Historia Murzynów Kanadzie

cz.2

Lojaliści murzyńscy przybywają do Halifaksu po Rewolucji Amerykańskiej

W stuleciu między połową XVI i XVII wieku w Nowej Francji (Qubec i okolice) zamieszkiwało około 1000 Murzynów. Byli to głównie niewolnicy sprowadzeni z Nowej Anglii (północno-wschodnie wybrzeże dzisiejszego USA) i Zachodnich Indii. Pierwszym sprzedanym w Quebec niewolnikiem sprowadzonym bezpośrednio z Afryki był Olivier Le Juene, w 1629. Przypadki takie były bardzo odosobnione, a olbrzymia większość Murzynów znalazła się w Nowej Francji i Akadii (później – po zdobyciu Akadii przez Brytyjczyków –  Nowej Szkocji) z terenów amerykańskich i z Karaibów, tzw. Zachodnich Indii. Niewolnictwo, mimo że legalne i we francuskiej i angielskiej Kanadzie, nie było ani masowe ani popularne. Częste były wypadki legalnego zrzekania się prawa własności i legalnego uwalnianie niewolników. Zwłaszcza w przypadku nowego, urodzonego już na tych terenach pokolenia. To była tzw. pierwsza fala osadnictwa murzyńskiego na tych terenach. W 1759 roku w Nowej Francji zarejestrowanych była już pokaźna liczba 3600 niewolników, z których tylko 1030 sprowadzonych bezpośrednio z Afryki. Olbrzymia większość z nich skupiona była w Montrealu i okolicach.

Wschodnie tereny dzisiejszej Kanady skolonizowane były w pierwszym okresie przez Francję pod dwoma niezależnymi jednostkami administracyjnymi: na południe i północ od zatoki i rzeki św Wawrzyńca była Nowa Francja, zaś część atlantycka tworzyła Akadię (dzisiaj Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i Wyspa Księcia Edwarda). Po przegranej przez Francje wieloletniej kampanii wojennej w wojnie z Anglią w Europie i Ameryce Północnej, Francja podpisała układ pokojowy w Utrechcie zrzekając się suwerenności Akadii na rzecz Wielkiej Brytanii w 1713. Ale zatargi terytorialne z Francja trwały jeszcze do drugiej połowi XVIII wieku. Efektem tego była m.in. straszna deportacja ponad 10 000 Akadyjczyków przez kolonistów brytyjskich i w konsekwencji poważne wyludnienie Nowej Szkocji. Stwarzwało to potrzebę i możliwość nowego osadnictwa, niezbędnego do rozwoju ekonomicznego kolonii.  Tak otworzyła się doga ku kolejnym falom osadnictwa murzyńskiego.

W ostatniej dekadzie XVIII wieku sprowadzono do Nowej Szkocji ok 800 Maronów z Jamajki. W kolejnych latach ta liczba wzrosła. Byli to wolni potomkowie niewolników w Karaibach, którzy na Jamajce stwarzali poważne kłopoty administracji brytyjskiej (a wcześniej hiszpańskiej) organizując regularne rebelie i de facto tworząc niezależne mini-państwo w terenach oddalonych od centrów portowo-politycznych. Czarnym Jamajczykom obiecano nadania ziemskie w Nowej Szkocji i pełna swobodę ekonomiczna i kulturową. Oczywiście rzeczywistość nie była tak różowa. Ziemię dostawali na ugorach, gorszą niż biali i mniej. Nowa Szkocja z ostrym klimatem i słabo rozwinięta ekonomicznie dla wielu okazała się piekłem zamiast rajem.  Maroni, nie będąc niewolnikami, bardzo się przeciw temu buntowali i protestowali.  Efektem tego była jedyna w tamtych czasach droga osadnictwa murzyńskiego … w odwrotna stronę. Z Halifaksu wypłynął  statek z czarnymi osadnikami do … Afryki. Do właśnie powstałego Sierra Leone i Freeportu. Łącznie tą drogą emigrowało do Afryki miedzy 1792 a 1800 rokiem blisko 1700 Maronów.  Ale olbrzymia część z tych, którzy przypłynęli z Karaibów do Nowej Szkocji zdecydowała, mimo trudnych warunków, tu pozostać.

Kolejną dużą falą osadnictwa murzyńskiego były wojny o niepodległość Stanów w 1812 i wojna secesyjna 1860-65.

Wojna o niepodległość USA podzieliła białych osadników na dwa obozy: tzw. Lojalistów, wiernych koronie brytyjskiej i republikanów dążących do ustanowienia wolnych stanów-republik. Z wielu względów tereny północne (szczególnie obszary które stworzyły późniejszą konfederację Kanady) kontynentu były zdecydowanie po stronie Lojalistów.  Ci zaś mogli liczyć nie tylko na własne siły, ale przede wszystkim na regularną armię brytyjską. Strona republikańska mogła liczyć jedynie na zaciąg do wojska i rezerwy lokalne, z kolonii. Naturalne stało się więc zabieganie o oddziały pomocnicze i zaciąg wśród niewolniczej ludności murzyńskiej. O wiele liczniejszej na południe od Nowej Szkocji i Wielkich Jezior. Lojaliści i władze administracji królewskiej wykorzystały ten moment obiecując wolność dla tych niewolników, którzy przejdą na stronę brytyjską. Faktem nie do przecenienia były też dużo silniejsze sympatie abolicyjne w północnych koloniach i prowincjach niż w południowych.

Efektem tych dwóch fal w drugiej połowie XIX wieku na terenach atlantyckich i w Górnej Kanadzie znalazło osiedlenie ponad 40 000 Murzynów. Była to, jak na ówczesne czasy, liczba poważna.

Od samego zarania była to mieszanina ludzi wolnych i niewolników. Ale z każdym rokiem liczba osób wolnych rosła bardzo szybko. Prawa lokalne, jak i tendencje z Europy sprzyjały emancypacji ludności murzyńskiej.  Bynajmniej, nie przedkładało się to na jakiekolwiek stosunki równouprawnienia w praktyce lokalnej.

Murzyni – mimo, że byli często podstawową siła roboczą przy budowie i rozbudowie miast, portów i dróg – traktowani byli, jako obywatele drugiej bądź trzeciej klasy. Mieszkali głownie na obrzeżach większych ośrodków miejskich lub poza ich granicami bez dostępu do najbardziej nawet prymitywnych usług miejskich. Po zbudowaniu linii kolejowych liczyć mogli jedynie na typowe prace porterów w tych pociągach – bez wyjątku te najniższe pozycje ofertowały im i tak zarobki jeszcze niższe od tych oferowanych białej biedocie. Nawet gdyby chcieli, nie byłoby ich stać na wynajęcie mieszkań lub ziemi na domki w miastach, zwłaszcza w Halifaksie. To odosobnienie wiązało się z brakiem wszelkiego, nawet najbardziej podstawowego, szkolnictwa dla ich dzieci. Brakło też miejsca i możliwości praktyk religijnych, kościołów. Murzyni i ich potomkowie z Południowych Stanów byli głównie baptystami – Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik zaś to albo kościoły anglikańskie lub protestacyjne z protestanckiej emigracji z Europy lub katolickie z ludności francuskiej po-akadyjskiej. Wszystko to stwarzało atmosferę jeszcze większego wyobcowania, ‘inności’ spotęgowanej odmiennym wyglądem (kolor skóry) i odmą niewolnictwa, która dla prostej ludności białej wiązała się z pewnym podczłowieczeństwem, niższą kategorią człowieka.

Ta atmosfera i wyraźna dyskryminacja przetrwała do czasów współczesnych. Dopiero ostatnie trzy, cztery dziesięciolecia zaczęły robić w tym poważny wyłom i stopniowo niwelować te podziały. Co generalnie wiązało się z nastrojami i prądami po II wojnie światowej w całej cywilizacji zachodniej i na całym świecie, które wysunęły pojęcia praw obywatelskich i praw człowieka , jako zagadnienia pierwszorzędne w organizacji społeczeństw i państw.

Ale stare przyzwyczajenie i złe nawyki nie łatwo zmienić aktem urzędowym. To wymaga lat edukacji i zmian sposobu myślenia. Zmian generacyjnych. Ciągle jest to  (dyskryminacja) widoczne w sposobie załatwianie spraw i widzenia świata w podstawowych służbach państwowych: nie ulega najmniejszej kwestii, że do dziś pewne obrzydliwe nawyki sił policyjnych opanowane są zmorą dyskryminacji i nierównego traktowania obywatela białego a Murzyna lub autochtona. Dowodem tego są więzienia i wyroki sądowe, gdzie ta ludność jest obiektem wyższych kar i karceracji niż jakiekolwiek statystyki zaludnienia by na to mogły znaleźć uzasadnienie.

Bardzo dobitnym przykładem przeszkód napotykanych przez Murzynów w Nowej Szkocji jest historia osiedla/kolonii Africville.

Brytyjski port Halifaks założono w 1749. Zbudowano go u wezgłowia Zalewu Bedfordzkiego. Przy budowie miasta bardzo poważny udział mieli niewolnicy murzyńscy i wedle źródeł ich miejscem pobytu były południowe brzegi tego zalewu, tuż poza rogatkami miasta. W 1761 w tejże okolicy nadano duże parcele białym handlarzom niewolników.  W 1836 zbudowano drogę łącząca te tereny z miastem.  Wiadomo, że w tym samym czasie mieszkały już tam rodziny wyzwolonych Murzynów, Maronów z Jamajki i uciekinierów z czasów wojny 1812. Wkrótce tą okolice nazwano Wioską Afrykańską – Africville. Nowego życia dla tej kolonii dodało osiedlenie się tam dwóch braci pastorów Browny – duchownych Zjednoczonego Kościoła Baptystów. Zbudowali tu kościół, który stał się centrum życia religijnego, socjalnego i edukacyjnego tej społeczności. Znane były i bardzo świętowane obrzędy chrztu, gdy dorośli wchodzili w białej odzieży w wody zalewu i tam, jak w biblijnym Jordanie, odbywał się chrzest. Zbierało to tłumy, w tym białych, obserwatorów tej uroczystości.

W krótkim czasie Africville została domem dla 80 murzyńskich rodzin. Domki bardzo małe ale kolorowe, z zadbanymi obejściami, poletka warzywne i kwietne ogrody. Dla wielu białych taka bliskość dobrze zorganizowanej społeczności była solą w oku.  Właściciele tych murzyńskich posesji musieli płacić podatki od nieruchomości ale w zamian miasto odmawiało im jakichkolwiek usług miejskich. Nie budowano dróg do Africville, nie założono tam elektryczności, sieci kanalizacyjnej, wodnej. W samej kolonii ani w pobliżu nie założono żadnej szkoły, do której mogłyby uczęszczać dzieci. Wkrótce wioskę przecięto,  budując poprzez nią linię kolejową i w związku z tym zburzono niektóre domki eksmitując ich mieszkańców. W pobliżu wykopano olbrzymie otwarte doły dla składowania miejskich odchodów kanalizacyjno-kloacznych. Szykany rosły z roku na rok. Ale rosła też zwartość i świadomość jej mieszkańców. W 1883, po licznych petycjach udało im się w końcu otworzyć w Africville szkołę publiczną.

Tymczasem rosło znaczenie ekonomiczne tego wąskiego pasma wybrzeża i plany industrializacji tych okolic. Z biegiem lat w okolicy graniczącej z Africville budowano ośrodki , których nie chciano w jakiejkolwiek innej dzielnicy Halifaksu. Więzienie, szpital dla umysłowo chorych, szpital zakaźny, kolejne wysypiska śmieci i odpadów, dalszą rozbudowę kolei towarowej. Było jasne, że niezależna, spójna duża osada czarnoskórych była bardzo niemile widziana przez niektóre środowiska, zwłaszcza te, które trzymały władzę w swoim ręku. We wczesnych latach 50. XX wieku Africville była zewsząd otoczona brzydotą taniego przemysłu, wysypisk śmieci i najmniej pożądanych elementów społecznych. Panowała ogólna opinia, że to zapadła, brudna dziura pełna typów spod ciemnej gwiazdy.

Jakby na przekór tej opinii, Africville było centrum dumy murzyńskich mieszkańców całej Nowej Szkocji, a nawet daleko poza jej granicami. Odwiedzający Halifax światowej sławy bokser wagi ciężkiej, Joe Louis, pytał się, gdzie jest słynne Africville i poprosił o zawiezienie go tam. W Africkville mieszkali rodzice żony światowej sławy pianisty Duka Ellingtona, który ich tam odwiedzał podczas wizyty w Nowej Szkocji. Wielka śpiewaczka kanadyjska, kontralcistka Portia White, po ukończeniu Uniwersytetu Dalhousie w Halifaksie, została nauczycielką w Africville w 1930.

Mimo przytłaczającego otoczenia, bardzo negatywnej opinii o osiedlu – Africville było bardzo zadbanym i kolorowym centrum życia murzyńskiego w Nowej Szkocji do lat 60. ubiegłego wieku. Ale ciągle aktywna niechęć do tej społeczności, wyrosła z czystego rasizmu i starej dyskryminacji, nie popuściła. Skutkiem knowań polityków miejskich i prowincjonalnych, wspartych finansowo przez starą kastę białych patrycjuszy haligońskich (określenie mieszkańców Halifaksu), na przełomie lat 40. i 50. XX w. odżyła koncepcja likwidacji Africville i wysiedlenia jej mieszkańców. W 1962 miasto ogłosiło plan budowy wielopasmowej arterii komunikacyjnej, która miała łączyć miasto Bedford i Sackville z Halifaksem. Losy Africville zostały przesądzone. Do końca tej dekady mieszkańców eksmitowano płacąc im minimalne odszkodowania za ‘niskowartościowy grunt’ i obiecując mieszkania i domy o dużo lepszym gatunku w Halifaksie.  W końcowej fazie eksmisji właściciele domków mieli ledwie parę godzin na spakowanie się i opuszczenie budynków. W mieście nie czekały na nich żadne dobre mieszkania, a nędzne odszkodowania na ogół nie starczały nawet na zapłacenie pierwszej raty na zakup innego domu. Po kilku latach z Africville, poza ugorem, nie zostało śladu, łącznie ze znanym kościołem Baptystów. Tylko wyrównany buldożerami ugór.

Nota bene – arterii ani nawet dwupasmowej szosy nie wybudowano do dziś. I nie planuje się. Lata 80. i 90. poprzedniego wieku zmieniły polityczny i socjalny charakter kraju. Dyskryminacja rasowa, etniczna odeszła do przeszłości a jej zewnętrzne charakterystyki zostały odrzucone i potępione. Nadszedł czas przeprosin, reparacji finansowych, rządowych komisji królewskich do zbadania przykrej przeszłości.   Czas uczciwego spojrzenia w lustro i przeciwstawieniu prawdy historycznej – legendom i mitom.  Kanada ten czas zużytkowała bardzo owocnie i dobrze. Nikt przeszłości nie wymaże. Ale wszyscy mają teraz jawny dostęp do faktów – nie tylko tych pięknych ale i brzydkich, niegodnych.  Są naturalnie tu i tam ciemne kąty społeczeństwa, gdzie rasizm i nienawiść do innych są kultywowane, są grupy którym się marzy powrót do ‘białej wyższości i czystości rasowej’. Do bycia ‘pełnym człowiekiem’, wyższym od ‘podludzi’ o innym kolorze skóry. To jednak już przypadki odosobnione patologii społecznej – a nie norma. Kraj, który jest autentyczną mieszaniną współżyjących grup etnicznych z całej kuli ziemskiej – jest krajem niemożliwym do wywyższania kogokolwiek i poniżania kogokolwiek.  Są naturalnie ciągle (jak wszędzie, niestety) duże bariery dostępu do społecznych awansów, możliwości. Opierają się jednak ściśle na klasowości ekonomicznej, nie etnicznej. Zadziwia mnie często, gdy w pewnych grupach emigrantów polskich w Kanadzie, jakże łatwo ulega się pokusie ideologii haseł rasistowskich, lub ściślej mówiąc, po prostu nie lubienia kolorowej ludności kanadyjskiej. I poczucia – nie wiadomo skąd wziętej – wyższości.  Szkoda, że nie spędzą trochę czasu na studiowaniu historii ich nowego kraju i nie przeczytają jak mieli się polscy osadnicy z końca XVIII i całego XIX wieku w Kanadzie. Zwłaszcza na zachodzie Kanady.  Tam Murzynów było bardzo mało. To emigranci z Centralnej i Wschodniej Europy byli takimi ‘białymi murzynami’.  W morzu anglosaskich urzędników państwowych i miejskich, oficerów policji, polityków, sędziów, nauczycieli w szkołach. W morzu ‘wyższej etnicznie klasy’.  Nie trzeba być ‘lepszym’ – wystarczy być dobrym.

Ostanie dwadzieścia lat przyniosło odrodzenie się historycznej pamięci, a nawet pewnej czci wobec historycznych wartości Africville w Nowej Szkocji.

Jeden z mieszkańców Africville powrócił do swojego miejsca w 1970 roku z namiotem i rozpoczął protest okupacyjny, który trwał  … 50 lat. Zakończył go dopiero w listopadzie 2019.

W 1996 Kanada ogłosiła Africville Miejscem Narodowej Historii. W 2010 Burmistrz miasta przeprosił za zniszczenie wioski i obiecał odbudować w historycznym miejscu replikę kościoła Baptystów. Dziś mieści on muzeum Africville i odbywają się tam doniosłe w liturgicznym kalendarzu msze. Zbudowano tam dwa parki, które służą wszystkim do spacerów i refleksji.

W styczniu tego roku wybrałem się tam na dłuższy spacer i ja. Dzień powszedni, zima – więc zbyt wielu spacerowiczów nie było. Czasem ktoś z psem.  Ta cisza nastrajała i wyobrażałem sobie te kolorowe domki wokół, biegające ze śmiechem dzieci, nawoływania rodziców, podszedłem do brzegów zalewu i wyobrażałem sobie procesje wiernych do chrztu w jego zimnych wodach… . Non omnis moriam – pozostali w pamięci.

Kilka dni wcześniej umówiłem się na spotkanie w Centrum Kultury Murzyńskiej Nowej Szkocji w Dartmouth. Za Ciceronów tego ośrodka służyli mi bardzo uprzejmie Russell Grosse, dyrektor naczelny Centrum i Rielle Williams, menadżerka programów i kuratorka.

Propagatorem idei takiego Centrum-Muzeum był w 1972 dr. William Oliver. To głównie za jego sprawą rozpoczęto budowę ośrodka, którą zakończono w 1983. Świetnie zorganizowana skarbnica wiedzy o osadnictwie murzyńskim w całej starej Nowej Szkocji (łącznie z zachowanymi śladami akadyjskimi przed inwazją brytyjską), czyli obszaru dzisiejszej prowincji i sąsiedniego Nowego Brunszwiku. Zgromadzono tu szereg materiałów z kolekcji prywatnych i publicznych i posegregowano w działy tematyczne, zabezpieczono przed fragmentaryzacją i zagubieniem.

Pani Williams opowiedziała mi szczegóły o kolekcjach i zaserwowała projekcję bardzo dobrze przygotowanego materiału filmowego z historii Murzynów tego obszaru. Zapoznałem się nie tylko z suchymi faktami tej grupy kulturowej ale jej niezwykłą specyfiką, powiązaniami i osiągnięciami prawie w każdej dziedzinie życia – mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności. Jest to społeczność bardzo nietypowa i zróżnicowana. Przecież nie reprezentują jednej grupy etnicznej, jak np. Szkoci, Anglicy lub Polacy. Nawet kontynentalnie nie są identyczni: nie zapominajmy, że do XX wieku prawie wszyscy osadnicy murzyńscy w Kanadzie przybyli tu nie z Afryki a ze Stanów lub Zachodnich Indii. Czasem w drugim lub trzecim pokoleniu już tam urodzonych. Dopiero wiek XX otworzył drzwi dla oryginalnej emigracji z Afryki. Ale i Afryka to przecież olbrzymi kontynent z wieloma grupami etnicznymi, rożnymi historiami i tradycjami. To właśnie przeciwności losu, niechęć lub wręcz nienawiść zewnętrznego otoczenia zmusiły ich do tworzenia kulturowej wspólnoty. Zmusiły do znalezienia istniejącego głęboko w podświadomości wspólnego centrum jednoty kulturowo-cywilizacyjnej. Kolebki człowieka i pierwszych wspólnot cywilizacyjnych.

Po powrocie z tej wizyty do domu sięgnąłem ręka na półkę i wyszukałem znaną współczesna powieść Lawrenca Hilla “The Book Of Negroes” (Księga Negrów). Ponownie przeczytałem kilka rozdziałów i zobaczyłem to nieco szerzej, nieco głębiej. Historia bieżeńców. Jakże wspólna nam wszystkim. I pokoleniowo, i cywilizacyjnie i jednostkowo. Mnie też. Też kiedyś nim byłem, niezupełnie z nieprzymuszonej woli. Byłem nawet bieżeńcem we własnym społeczeństwie: i w Polsce i w Kanadzie. Bo byłem wszak ‘inny’.

Może dlatego wszelkie dyskryminacje mnie mierżą, odrzucają. Może dlatego z tymi, którzy to przeszli – bez względu na ich pochodzenie, etniczność czy kolor skóry, łączy mnie jakaś nić serdeczna. Może. I podskórna, prawie genetyczna, łączność cywilizacyjna dużo głębsza niż łączność lokalna, etniczna. Europa, jako całość kulturowa (współczesna, nowożytna i antyczna) jest mi ważniejsza niż lokalność polska, niemiecka czy francuska. Tak, jak dla nich tą całością kulturową jest Afryka. Dumna.

Historia murzyńska Kanady

cz. 1 / part 1 (English summary at the end)

by: Bogumil Pacak-Gamalski

ewolucja społeczeństw/evolution of society; by B. Pacak-Gamalski

Największe imperia starożytnego i archaicznego świata przetrwały setki, czasem tysiące lat, głównie dzięki temu, że nie opierały się na etnicznej (lub, jak wielu by dziś powiedziało –  narodowościowej) asymilacji podbitych ludów.  Wielokulturowość nie jest więc, jak błędnie zakłada się dziś, wymysłem XX wieku. Były –naturalnie – odosobnione  wypadki siłowej próby pełnej asymilacji – na ogół kończyły się albo na biologicznej zagładzie tych podbitych ludów (co dziś określa się mianem ludobójstwa w prawie międzynarodowym), ewentualną pełną asymilacja i utratą związków z własnym językiem i tożsamością etniczno-kulturową albo stosunkowo szybkim upadkiem takiego imperium.

Z tak rozumianą ‘wielokulturowością’ w kontekście historycznym nierozłącznie wiąże się kwestia tzw. rasowości, czyli koloru skóry. O asymilację pełną i powolny zanik wszelkich tradycji kulturowych łatwo przy integracji ludzi do siebie fizycznie podobnych, niemal identycznych.  Kwestie religijne są tu mniej istotne, bo można nie tylko tolerować wieloreligijność (politeizm), może być ona de facto polityką władcy/państwa, jak miało to przykład w większości imperiów i terytorialnych podbojów świata antycznego (kultura hellenistyczna, staro-rzymska i wcześniejsze lub im czasowo zbliżone kultury basenu rzek Eufratu i Tygrysu). Religijność można też zmienić zdecydowaną i bezkompromisową akcją karno-policyjną poprzez fizyczną likwidację kapłanów, spalenie świątyń i miejsc kultu i zakaz świętowania takiej religii – tu przykładem najlepszym jest chrystianizacja Europy Środkowej, Północnej i Wschodniej. Konsekwencją będzie po latach albo owa pełna asymilacja albo pełna fizyczna (ludobójstwo) likwidacja ludów podbitych (przykładem znowu posłużyć może historia ludów bałtyckich: Prusów, Galindów, Sambów i in.). Wszystkie te procesy możliwe są jednak jedynie wśród ludów identycznych lub bardzo podobnych fizycznie.  Po jakimś czasie proces asymilacji uniemożliwia odróżnienie oryginalnych ‘swoich’ od ‘innych’.  A potomkowie ‘innych’ tracą sami świadomość ich ‘innego’ pochodzenia, obce są im też i nieznane tradycje, religie i odrębne języki ich przodków. Co stało się generalnie wśród ludów celtyckich, germańskich i słowiańskich.  Słowem – jakkolwiek okrutne to zjawisko – taka asymilacja jest możliwa i jest doświadczeniem większości grup dziś nazywających się Polakami, Francuzami, Włochami czy Niemcami.  I większością innych narodów świata, które u zarania były luźnymi, często zwalczającymi się plemionami,  na ogół zbliżonymi jakąś prastarą jednotą i pra-kulturą. Ale też i zlepkiem grup etnicznie sobie kompletnie obcych już od pra-dziejów.

Ale jak taką asymilację, taką ‘nową jednotę’ stworzyć przy kompletnie odmiennych i jaskrawych różnicach zewnętrznych? To pytanie daje początek koncepcji rasizmu. I choć historia starożytna rasizmu nie znała, a z geograficznych przyczyn (pierwsze imperia powstawały na skrzyżowaniach ras żółtych, białych i czarnych) różne kolory mieszkańców i sąsiadów ówczesnych państw i imperiów były stanem naturalnym – późne czasy nowożytne i współczesność stworzyły rasizm, jako jedną z najpotężniejszych motywacji w formacji państwowości, rozwoju (grabieży) ekonomicznym na szczeblu państwowym i jednostkowym.

Stąd, dla jasności wywodu i ze względów leksykalnych używać będę typowego i dla historii i dla lokalizacji określenia ‘rasy ludzkiej’ i pochodnego od tego słowa pojęcia ‘rasizm’ – mimo, iż są biologicznie i filozoficznie błędne – de facto istnieje tylko jedna rasa w naszym gatunku, a kolor skóry (odcień raczej) jest drobiazgiem genetycznie nieistotnym.

Kończąc ten wstęp warto oddać się kilku refleksjom.  Nie ma bodaj kraju na świecie, ani współcześnie ani w przeszłości, który nie ma ciemnych plam, gdy chodzi o prześladowania mniejszości rasowych, religijnych, społecznych. Czy będzie to głęboko zakorzeniony antysemityzm narodów cywilizacji europejskiej i jej przedłużeń w Amerykach (tam zwłaszcza, gdzie biali koloniści stanowili i stanowią większość) i Australii i Nowej Zelandii; dyskryminacja wobec tzw. rasy żółtej (głównie Chińczyków, Japończyków i Hindusów) i kolosalna dyskryminacja wobec ludności autochtonicznej, nazwanej z czystej arogancji i ignorancji ‘indianami’. Do tego włączyć należy cała masę uprzedzeń i prześladowań w historii wszystkich państw i narodów wobec lokalnych, specyficznych mniejszości: religijnych, etnicznych, seksualnych. Nie brakło tego bez jakiejkolwiek wątpliwości w historii Polski – starej i bardzo współczesnej. Nawet okres świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów (właściwiej by było określić tamtą Rzeczpospolitą – Rzeczpospolitą Obojga Państw, bo narodów było w niej zdecydowanie więcej niż dwa, zwłaszcza na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, które etnicznie zdecydowanie nie było litewskie) mimo stosunkowo dużej tolerancji i uprawnień wobec różnych grup – był okresem licznych dyskryminacji, a nawet prześladowań wobec ‘innych’.  II Rzeczypospolita (1918-39) była tyglem niesprawiedliwości etnicznych, religijnych. Okres straszliwej wojny totalnej to przykład szlachetnych i heroicznych ofiar etnicznych Polaków i instytucji Podziemnego Państwa dla ratowania żydowskich współobywateli. Niestety to też przykład, gdy stare potwory antysemityzmu wykorzystały hitlerowski aparat przemocy w aktach najgorszego okrucieństwa i barbarzyństwa (często związanego z chęcią ordynarnej kradzieży i grabieży mienia żydowskiego) wobec żydowskich sąsiadów.

Ze względów oddalenia geograficznego i – nolens  volens – politycznej niemożliwości (zabory) ominęły Polskę fale rasizmu wobec Afrykańczyków i sam tragiczny okres niewolnictwa murzyńskiego. Nie ominęło jednak generalne, eurocentryczne, poczucie wyższości cywilizacyjnej, kulturowej, rasy ‘Białych’ wobec rasy ‘Czarnych’.

Dziś, w XXI wieku, Kanadę uznaje się generalnie, jako jedno z najsprawiedliwszych państw świata, jako przykład sukcesu wielokulturowości, wielorasowości. Jako przykład dla przyszłości państw i ludzi. I to chyba słuszna (nawet jeśli trochę przesadzona i oparta na prostych mitach) ocena. Choćby dlatego, że pojęcie „Kanadyjczyk” nie zakłada z góry pewnej etniczności.  W każdym razie od końca XX wieku Kanadyjczyk to już nie synonim Anglosasa/Szkota lub Francuza. A od początków XXI nie jest to już nawet synonim potomka Europejczyków. To po prostu obywatel Kanady.

Ale by kraj ten stał się jednocześnie krajem autentycznej równości, zgody społecznej i wysoko zakorzenionej tolerancji wobec wszelkich mniejszości (a takim dziś jest uważam) musiał przejść przez trudny kurs własnej historii. Własnych uprzedzeń, niesprawiedliwości. I zbrodni. To kurs trudny. Wiele narodów się go podjęło. I nie wszystkie zdały egzamin. Polska usiłowała po 1999 ten kurs zacząć. Niestety, nie tylko egzaminu nie było, kurs definitywnie zamknięto po 2015. Z tym większą stratą dla Polski, z rosnącym zapóźnieniem kulturowym, cywilizacyjnym. I z ceną, jaką bez wątpienia trzeba będzie w przyszłości zapłacić.  

Pisałem już kilkakrotnie na tym blogu i w innych wydawnictwach o prześladowaniach i rasizmie Kanady wobec jej ludów autochtonicznych, tzw. Pierwszych Narodów (First Nations).

Dzisiaj o rasizmie i dyskryminacji rasowej wobec kanadyjskiej ludności czarnej, murzyńskiej. Wiąże się to w Kanadzie z lutym, Miesiącem Historii Murzynów ustanowionym przez Parlament w 2008 i powiązanym z tym Miesiącem Afrykańskiej Historii w Nowej Szkocji.

Chronologicznie temat ujmując można powiedzieć, że historyczne centra osadnictwa murzyńskiego w Kanadzie to Nowa Szkocja i Górna Kanada (dzisiejsze Ontario). Mówimy głównie o okresie XVIII i XIX wieku. W dużo mniejszej części Dolna Kanada – Nowa Francja, dzisiejszy Quebec. Pozostałe skolonizowane tereny były miejscem bardzo nielicznego i sporadycznego osadnictwa uciekinierów-niewolników ze Stanów Zjednoczonych (Victoria i Esquimalt na Wyspie Vancouver i jeszcze mniej liczne grupy w Albercie (m.in. w Edmonton). Niewątpliwie nieliczni Murzyni pojawili się już w samych początkach w Nowej Francji i w Acadii (dzisiejsza Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik), tak jak tłumacz kilku wypraw francuskich, Mario da Costa. Byli to zarówno wolni, dobrze płatni urzędnicy francuskiego monarchy, jak i niewolnicy na służbie europejskich kolonizatorów. Ale o autentycznych ‘falach emigracyjnych’, które miały wpływ na kształtowanie si Kanady i jej społeczeństwa można mówić dopiero od roku 1775 – wojny amerykańsko-brytyjskiej o niepodległość i osadnictwie tzw. lojalistów (zwolenników monarchy brytyjskiego) i niewolników z Ameryki, którym obiecano lepsze życie w Nowej Szkocji, pod panowaniem brytyjskim. Tą historię i reportaż fotograficzny zamieszczę w cz. 2, w kolejnym poście tutaj.

Short summary in English:

The most powerful imperia of the ancient world lasted hundred, if not thousands of years, because they did not try to forcefully assimilate ethnically conquered people. One would say that their concept of good governance and stability laid solidly in the form of (as we would say today) multiculturalism. There were those, who tried quickly assimilate the smaller (or weaker) groups, but it would mean always either total annihilation of such group by genocide; military displacement/banishment beyond borders of the empire state or partial genocide (cultural genocide) by killing the political and religious establishment and destroying material witnesses of former, conquered territories. The assimilating version usually proved short-lived and the new empire did not last for very long. There are, of course, exemptions to this scenario – but, as often in life – exemptions are just that – exemptions, not a rule.

The second form (cultural genocide) is the most common and lies at the foundation of most modern states, specially in the Old Continent. There is no factual anthropological reasons for existence of Poles, Germans or French and English (British) nations – they all are modern concepts and result of cultural destruction of former and separate entities. What was left from the original Slavs, Galls, Celtic or Germanic people after forceful christianization become a building stone of today’s nation. It wasn’t by any means a natural process or some form of evolution. It was a skilful political and military process.

That process is possible only if you are faced with different culturally but similar physically population. And by large extent the entire population of Europe in the entire Middle Ages looked very similar – white (or whitish, if you will). So after merely few generations you can create a new ‘ethnic’ construct: a people, who pray to the same god/s, speak the same (with regional variants) language. Beginning of a nation. In processes like that it is hard to developed racist attitudes, or hatred based on race. Hence the first objects of persecution in Christian Europe was two-fold: Jews, as recognizable minority and always living communally (in groups, not as individuals) and remnants of non-Christian Europe: tribes and people belonging to a group called Balts, in the north-east corner of Europe. As religion was, from archaic times, the fundament of laws and behaviour – they couldn’t be tolerated or fully accepted. Unless they agree to condemn and leave their old religion. Hence some old Baltic tribes were fully annihilated by German Order of Knights of Holy Mary, with the support of Polish Prince of Masovia. The Jews in Europe, from the times they moved to Iberia (today’s Spain), were not really of such threat, as they never own or rule over any territory. Their annihilation was not necessary – nonetheless, they were very much an affront to Christian faith for not accepting Jesus as the Messiah. And so antisemitism was born. And survived to this day. Reaching it’s monstrous apogeum during Holocaust.

Racism, in a form we understand today, had no place in the ancient empires, neither. All of them were based on territories more or less straddling lands between the valleys of Tigris and Euphrates, Asia Minor, southern tips of Europe and Northern Africa – a land of all three races. In imperial courts of Babylon, Persepolis or in Egypt you could daily see black, white and brown faces. It was normal, common. After the collapse of ancient order, specially in the Western Holy Roman Empire, Europe cut itself off common borders and neighbourhoods with Asia and Black Africa for all practical purposes. It wasn’t really until the end of Middle Ages and beginning of European colonial expansion into Africa and Asia that it begun. Specially toward the black Africans, who were by large technologically at a huge disadvantage and mostly pagans. The fact that slavery among Blacks was more popular than slavery among whites (there was such a thing in Europe but it related mostly to captured during warfare combatants and by the time of Renaissance – almost non-existent and, lets be honest, servitude of own peasants was enough to substitute the need for slaves) helped to sharpen the appetite for cheap labour among white masters. To build the case for buying humans as a property in Africa, Europeans begun to dehumanize Black Africans a bit, make it almost a subspecies, a subhuman. That’s how a true racism was born. That’s how it all begins. Bit by bit, word by word, joke by joke. By the end of XVII century slavery was fully accepted, flourished and in high demand. In continental Europe there wasn’t even really a high demand for cheap labour. Even after industrialization. There was plenty of cheap labour from countless underprivileged class. One could argue that it would have been more expensive actually to fill the factories and fields with actual slaves than with destitute free working class. But in the new colonies, especially one sparsely populated – the need was great. Hence – North America and West Indies. Slave owners paradise.

The first documented Black person, in what is known as Canada today, was Mathieu Da Costa, official and well paid translator for French rulers in their colonial expedition to New France (today’s Quebec) at the onset of XVII century. Certainly there were others, at that time probably free people. But that is only of historical concern. The actual Black immigration and settlement didn’t start here until XVIII century, while gaining strength in the following one. It contained both free people and slaves. Originally the main centres of Black settlements were in Nova Scotia and Upper Canada. Some in Lower Canada. Instances in Vancouver Island or Alberta were not until decades later and not very large as to make a social difference.

But that pivotal settlement of Black people on Atlantic shores and in Lower Canada is a very important part of Canadian history. And the history of racism and oppressive attitude by both, government and society at large, in Canada.

Canada today and Canadians are not the same as Canada 100 or even 50 years ago. We know ourselves as people living in a country that is the envy of the world, as far as being tolerant and equal in treatment of all Canadians. But it wasn’t always the same. In order to be the way we are now – it was necessarily to deal with the difficult history, difficult past. Every nation inspiring to be better, to grow – must take that hard lesson, swallow that bitter pill. To own our own mistakes and, yes, crimes even. As in treatment of many minorities – and none worse than that of Aboriginal People and Black people in Canada. I think that, to a large extent, we – Canadians – have done it in the past 20-30 years. Specially since the dawn of XXI century. The road is not finished , yet. But we are well on the way.

In the next , second part, I will write here more about the history of Black Canadians. Specially the one in Nova Scotia.

Katastrofy i konteksty

by Bogumił Pacak-Gamalski

sprowadzenia zwłok gen. W. Sikorskiego (Plymouth, 1943)

Dziwna sprawa z tymi wypadkami lotniczymi.  Specjalnie tymi katastrofalnymi. I na ogół tak do końca nigdy nie wyjaśnionymi w pełni. Polska miała w tym udział dość ważny i wyjątkowo brzemienny w skutkach udział.

Wiemy, że w 1943, już po odkryciu Katynia przez Niemców i pisemnej relacji polskiej Komisji PCK pod przewodnictwem zaufanego i godnego wiary Kazimierza Skarżyńskiego  (nota bene zięcia hrabiego Zamoyskiego, który był głównym kandydatem w pierwszych wyborach prezydenckich w Polsce i przegrał do Narutowicza ledwie kilkoma głosami), Sikorski i jego rząd stawali się co raz bardziej niewygodni dla Churchilla i Stanów. Pomoc kolosa militarnego stalinowskiej Rosji stawały się ważniejsze niż wierność dla najważniejszego do tej pory alianta. Sikorski wyjeżdża z Londynu na objazd jednostek polskich na Bliskim Wschodzie. Bazą wypadową jest brytyjski Gibraltar. Używa oddanego do jego dyspozycji amerykańskiego Lancastera B-24, maszyny dość dobrej i skutecznej. Samolot w 16 sekund po starcie woduje awaryjnie na morzu.  Ale wodowanie nie jest kontrolowane, raczej wymuszone i nagłe. W krótkim czasie maszyna tonie. Giną wszyscy (choć do dziś nie odnaleziono ciał ani Zofii Leśniewskiej – córki Premiera – ani jego cywilnego adiutanta Kołakowskiego). Przeżył jedynie pilot, Czech, Eduard Prchal. Jedyny z załogi i pasażerów, którym miał założoną kamizelkę ratunkową. Łącznie zginęło 16 osób – w tym naturalnie Premier RP Sikorski i doradca v-ce Króla Indii , brygadier John Whiteley.  To liczba najczęściej podawania i oficjalnie przyjęta.

Szybko po wypadku rozeszły się pogłoski, że był to zamach: a)polsko-brytyjski; b) akcja sowiecka – w tym samym czasie w Gibraltarze przebywał Majski, Komisarz Spraw Zagranicznych Moskwy i – co ciekawsze – wysoki oficer brytyjskiego kontrwywiadu Philby, który wiele lat po wojnie okazał się podwójnym szpiegiem moskiewskim. Odnosi się wrażenie, że nikomu tak naprawdę nie zależało na dogłębnym zbadaniu sprawy i przyczyn katastrofy samolotu i śmierci tych osób.  Po dziesiątkach lat nawet polskie specjalne śledztwa przeprowadzone w latach 1993 i 2008 nie były już w stanie precyzyjnie ustalić ani powodów ani rozwiać wszystkich kontrowersji. Poza jedną – głośno było kiedyś, że Sikorskiego i jego przybocznych zamordowano już w wilii Gubernatora Gibraltaru z udziałem zabójców polskich i brytyjskich, a ciała umieszczono w samolocie  i celowo spowodowano katastrofę. Sekcje zwłok dobrze zakonserwowanych szczątków Sikorskiego przeprowadzone w Polsce wykluczyły tą możliwość. Sikorski zginął/zatonął w samolocie.   Losy Polski, Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie i znaczenie polskich władz państwowych w Londynie uległy po tym wypadku zdecydowanie pogorszeniu. Skala ustępstw wobec Stalina przechyliła się wyraźnie na stronę rosyjską. Czy stało się to efektem tragicznego, niezaplanowanego wypadku/katastrofy? Raczej nie. Nie byliśmy ani tak ważni, ani tak militarnie niezbędni – zwłaszcza od momentu załamania się ofensywy niemieckiej w Rosji. Po tym wypadku bez wątpienia było jednak wygodniej aliantom pomijać rząd polski w decyzjach najważniejszych. Niewygodny i szanowany aliant zniknął ze sceny politycznej świata. Polscy przeciwnicy polityczni Sikorskiego ( a było ich wiele, na obozie piłsudczykowskim poczynając ale wcale nie kończąc) mogli być z tego po cichu (i nie tylko) zadowoleni; Brytyjczycy odetchnęli z ulgą a Stalin mógł się szczerze uśmiechnąć i wypić toast wódki.

Czasami zastanawiałem się, jak by zachował się Sikorski, gdyby to nie Mikołajczyk a on był premierem i ciągle Naczelnym Wodzem w 1945 roku. Jaką decyzję by podjął? Niewątpliwie gdyby – podobnie jak Mikołajczyk – wrócił, jego status i pozycja tak w Kraju jak i Zagranicą by była o wiele silniejsza niż Mikołajczyka. Historii by nie zatrzymał i nie cofnął ale być może nasz system i samowładztwo PPR/PZPR by nie były tak silne. Gdybanie.

sprowadzenie ciał ofiar wypadku pod Smoleńskiem (Warszawa, 2010)

Ciągle przy Polsce pozostając. Jest 67 lat później. Samolotem TU154 MLux leci do Katynia (na małe lotnisko pod Smoleńskiem) olbrzymia delegacja Prezydenta Lecha Kaczyńskiego z udziałem większości (poza stroną rządową, która oficjalną delegację przygotowała osobno i wpływu na decyzje Prezydenta i jego Kancelarii nie miała) wyższych dowódców wojskowych, senackich i ważnych gości. W jakimś niezrozumiałym pędzie do glorii i chwały na pokładzie samolotu jest zebrana duża grupa jednych z najważniejszych osób w państwie. Szaleństwo polityczne czy zwykła głupota wyższych urzędników? Też do dziś nikt na to prawdziwie i zgodnie z faktami nie odpowiedział. Można nawet pewną nic wysnuć łączącą Polski Rząd w Londynie z obecnymi władzami w Kraju – na pokładzie jest też Prezydent Kaczorowski z małżonką, ostatni Prezydent RP na Uchodźstwie. 20 kwietnia tego roku (2010), o godzinie 8.41 rano samolot rozbija się w tysiące kawałków i wszyscy pasażerowie z załogą giną na miejscu.

Powstaje, jak  po Gibraltarze, natychmiast szereg teorii spiskowych, obwiniających różne strony o ten tragiczny i w skali niewyobrażalny wypadek (w skali szoku dla struktur państwa). I olbrzymi konflikt miedzy stroną rządową a stroną opozycji PiS. Po miesiącach badań i latach następnych wyjawia się raczej dość zwięzły, sumienny opis wydarzeń, skutków i przyczyn. W atmosferze współoskarżeń, podejrzeń i awantur politycznych. Jest chyba (dla osób rozsądnych i logicznych) jednoznacznie dziś widoczne, że główna wina spada na stronę polską, załogę i przygotowanie lotu. Bez wątpliwości jest też fakt złego przygotowania lotniska, fatalnych warunków pogodowych i zbyt chyba mało zdecydowanej postawy rosyjskich dowódców lotniska, którzy winni kategorycznie odmówić przyjęcia samolotu, nie pozostawiając tej decyzji Polakom.

Oczywiście w Polsce bardzo szybko rośnie teoria spiskowa. Jakiś polski naukowiec ze Stanów wysuwa twierdzenia, że doszło do wybuchu na pokładzie samolotu, wybuchu, który nie był skutkiem awarii maszyny a ładunku wybuchowego umieszczonego w samolocie, bądź z pocisku/rakiety skierowanej w samolot. Jakkolwiek teoria ta (pomijając jej poważne luki dowodowe) wydaje się być absurdalna w samym założeniu (dla Rosji byłby to niewyobrażalny wręcz w skutkach międzynarodowych skandal, którego koszty by były nieporównywalnie wyższe od jakichkolwiek wątpliwych zysków politycznych). Jest to jeszcze bardziej nieprawdopodobne niż teoria jakiegoś groteskowego mordu Sikorskiego na przyjęciu w Pałacu Gubernatorskim w Gibraltarze. Ale … fakty w Polsce i w polskiej debacie politycznej są tylko niewygodnym niuansem, przeszkadzają a nie pomagają. Do dziś, mimo upłynięcia blisko 10 lat od tego tragicznego wydarzenia – nie ma pełnego i kompletnego zakończenia tej sprawy, nie ma oficjalnego, końcowego i podpisanego wspólnie przez rosyjską i polską stronę Protokołu zamykającego dochodzenia.  A były komisje międzynarodowe, były komisje polskie i podkomisje pana Macierewicza. Zbadano wszystkie prawie możliwe wersje, szczątki, niuanse, badania teoretyczne, naukowe, medyczne, techniczne. Nauka i wiedza w sprawie takich badań jest nieporównywalna do czasów z roku 1943.

Ten wypadek pod Smoleńskiem miał dla Polski znaczenie wielokroć większe niż przypuszczalne, ale teoretyczne jedynie, dywagacje na temat skutków katastrofy Sikorskiego. Pięć lat trwająca nieustanna praca nad rozbudowywaniem teorii spiskowych/zamachowych TU 154 MLux przyniosła nieoczekiwane efekty wiosną i latem 2015 roku i zaowocowała wielkim zwycięstwem partii Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął pod Smoleńskiem. Stworzono de facto quasi religijny kult wokół tej sprawy, tzw. religię smoleńską, która wykorzystała elementy katolickie do wprzęgnięcia je w propagandę czysto polityczną. Więcej – ideologiczną.  Głównym (choć nie jedynym) sprawcą i zwycięzcą upolitycznienia tej katastrofy był i jest sam bliźniaczy brat Lecha Kaczyńskiego, Jarosław. Można wręcz zaryzykować twierdzenie, na wskroś makabryczne, że Jarosław Kaczyński przez tragiczną śmierć swego brata otrzymał największy prezent polityczny swej kariery publicznej.  I wykorzystał go wręcz bezbłędnie. 

Nie wiadomo kiedy i czy w ogóle doczekamy się całkowitego i ogólnie przyjętego zamknięcia sprawy katastrofy lotniczej pod Smoleńskiem. I – w tych rozważaniach – nie ma to już większego znaczenia praktycznego. Cele polityczne osiągnięto.  Politycznie ale też społecznie, socjologicznie.  Polska anno domino 2020 jest innym krajem niż Polska anno domino 2010, roku katastrofy smoleńskiej.

Dziesięć lat temu w tym wypadku zginęło 96 osób. Bez względu na ważność tych osób w państwie jest zdumiewające, jaki kolosalny wpływ na losy państwa 40 milionowego blisko, miała śmierć mniej niż stu osób.

zestrzelony nad Ormuzem w 1988 samolot irański

Cofnijmy się znowu nieco w czasie w okolice Bliskiego Wschodu. Nie nad Gibraltar, a do cieśniny Ormuskiej. Nie polski samolot a irański. Jest rok 1988, 30 lipca. Między Iranem a USA (podobnie, jak teraz) trwa niewypowiedziana i nieoficjalna wojna podjazdowa. Z lotniska Baandar-e-Abbas startuje pasażerski samolot Airbus300 z 290 ludźmi na pokładzie. Celem lotu jest Dubaj, po drugiej stronie cieśniny. W tym samym czasie w cieśninie, na irackich wodach terytorialnych znajduje się amerykański krążownik USS Vincennes. Okręt wyposażony jest naturalnie w wyrzutnie rakietowe i nowoczesny system wykrywania i naprowadzania  AEGIS.

Samolot pasażerski Iran Air startuje z 20 minutowym opóźnieniem, o godzinie 10.17. Siedem minut później z okrętu USS Vincennes odpalono w jego kierunku dwie rakiety. Rozbity na dwie części samolot spada do morza, załoga i pasażerowie giną na miejscu.

Strona amerykańska przez długi czas nie chciała się przyznać do winy określając katastrofę, jako zbieg nieszczęśliwych wypadków, okoliczności i braku doświadczenia obsługujących system AEGIS oficerów i żołnierzy. Odmawiali przyjęcia pełnej odpowiedzialności za tą tragedię samolotu Iran Air.  Zgodnie ze stanowiskiem amerykańskim, dowodzący systemem naprowadzanie pomylili duży samolot pasażerski Airbus300 z myśliwcami bombowymi F14, jakie posiadali Irańczycy. Dopiero osiem lat później Amerykanie wypłacili odszkodowania dla rodzin ofiar tej katastrofy w wysokości ponad 62 milionów dolarów. Odszkodowania za samolot Iranowi nie wypłacono. Do dziś USA oficjalnie nie przyjęło odpowiedzialności i winy za tą katastrofę.

Pozostańmy w tym terenie. I przy Iraku i USA.  Tym razem jest też trzeci główny podmiot: Ukraina.

Sytuacja polityczno-militarna między USA a Iranem jest podobna , jak w 2008. Zamachy, ataki polityczne, kampania międzynarodowa przeciw sobie. Budowanie koalicji, oskarżania się wzajem o najgorsze z przestępstw i najniecniejsze cele dalekosiężne w tej niewypowiedzianej wojnie podjazdowej.

zbieranie szczątków ludzkich po zestrzeleniu samolotu ukraińskiego (Teheran, 2020; agencja FARS)

Cały ten krąg geograficzny oparty jest na trójkącie trzech dużych państw: Syrii, Iraku i Iranu. Ścierają się tam też od stuleci dwa najważniejsze odłamy islamu (sunnici i szyici), a od XX wieku imperializm ekonomiczny Europy i USA wpatrzony w dostęp do ‘złotego runa’ XX wieku: ropy naftowej. Dodatkowym i bardzo aktywnym elementem jest amerykańsko-izraelski sojusz militarno-ekonomiczny wspierający terytorialną zaborczość Izraela. To tygiel niemożliwy do ciągłego kontrolowania i zabezpieczania.

Ten zarys dodałem po to tylko, by zrozumieć skomplikowane powiazania każdej akcji politycznej, ekonomicznej i militarnej każdego kraju tego trójkąta.

8 maja 2018 roku Prezydent Trump oficjalnie kończy udział Ameryki w międzynarodowym Porozumieniu Nuklearnym z Iranem. Porozumienie działało bardzo dobrze i zgodnie z międzynarodowymi obserwatorami Iran dotrzymywał umowy. Zaczyna się okres gwałtownych i wyniszczających amerykańskich sankcji ekonomicznych na Iran. Rośnie atmosfera wrogości, napięcie polityczne i militarne. Na wody cieśniny Ormuskiej wpływają jednostki marynarki wojennej USA. Dochodzi do akcji, bez wątpienia wspieranej lub bezpośrednio prowadzonej przez Iran, ataku na tankowce i kilkakrotnego zamknięcia cieśniny dla swobodnego ruchu statków handlowych. Świat stoi znowu na granicy poważnego konfliktu u wrót do Bliskiego Wschodu. Zakończyła się właśnie wieloletnia, straszna wojna z Daesem/ISIS, który przez długi czas opanował całe połacie Iraku i Syrii. Pokonanie ISIS było możliwe w dużym stopniu dzięki militarnemu wsparciu sił Iraku i paramilitarnych grup irackich szyitów przez Iran i dowodzone było głównie przez generała Sulejmaniego. Sulejmani jest też, ze strategicznego punktu widzenia i organizacji polityczno-militarnej, jednym z czołowych sojuszników prezydenta Assada w Syrii – wspieranego też bardzo wydatnie przez Rosję. To nie wysiłek militarny USA w Syrii – a decyzje Putina i Sulejmaniego umożliwiają praktyczne zakończenie wojny domowej w Syrii i umocnienie pozycja Assada.

Wszystko to jest sprzeczne z interesami Izraela i zwiększa ich presje wobec USA na ostrzejsze militarne wsparcie przeciw Iranowi, a personalnie – przeciw Sulejmaniemu. Sulejmani widziany jest w Tel Avivie, jako główny organizator i strateg nie tylko wywiadu  samego Iranu ale przede wszystkim Hezbollah – największego zagrożenia dla polityki ekspansji terytorialnej Izraela. Cała ta sytuacja destabilizuje jeszcze bardziej zrujnowany Irak, który znowu staje się teatrem rozgrywek politycznych i militarnych świata arabskiego i interesów Ameryki i Europy, w tym głównie Wielkiej Brytanii, która z historycznych przyczyn kolonialnych kształtem i charakterem Bliskiego Wschodu i Mezopotamii jest najbardziej zainteresowana. Ostatecznie to Wielka Brytania ukształtowała granice i państwa arabskie i Doliny Eufratu i Tygrysu po upadku Imperium Otomańskiego. A tendencje otomańskiego panowania też na nowo ożyły w głowie obecnego prezydenta Turcji, co stwarza kolejne zagrożenie i konflikty . Uff. W głowie się kręci – a to dopiero lekki tylko i niepełny zarys sytuacji, przyczyn i skutków w tym rejonie.

27 grudnia 2019 paramilitarna grupa iracka (szyicka i współpracująca z Sulejmanim) ostrzelała bazę iracką z amerykańskimi żołnierzami. Zginęła jedna osoba (amerykański kontraktor w tej bazie) a kilka osób zostało rannych. Dwa dni później Amerykanie zbombardowali bazę Szyitów w Iraku zabijając 25 Irakijczyków i raniąc 55. Powoduje to silny wzrost nastrojów anty-amerykańskich w Iraku.  Kolejne dwa dni to masowe demonstracje pod silnie ufortyfikowaną ambasadą USA w Bagdadzie, próby jej podpalenia i zdobycia. Cały personel dyplomatyczny ambasady jest ewakuowany do Kuwejtu. USA staje w obliczu pamięci dnia wstydu, kiedy parędziesiąt lat wcześniej, w 1979, Irańczycy zdobyli szturmem ambasadę amerykańską w Teheranie i uwiezienie 55 dyplomatów USA przez blisko 1.5 roku.

Parlament i rząd Iraku co raz głośniej mówią o konieczności wyproszenia z Iraku wojsk amerykańskich, które uczyniły z ich kraju poligon niekończących się starć USA z Iranem.

3 stycznia amerykański dron bombarduje  i niszczy pod lotniskiem w Bagdadzie samochód z generałem Sulejmanim. Irański dowódca ginie razem z irackim przywódcą szyickim. Świat staje wobec perspektywy niechcianej i bardzo niebezpiecznej otwartej wojny amerykańsko-irańskiej.

Jeszcze jedno tło polityczno-historyczne tych wydarzeń o którym nie wolno zapominać, to sytuacja domowa prezydenta Trumpa i ajatollaha Chamenei. Prezydent Trump  od ponad miesiąca uwikłany jest w największe zagrożenie jego prezydentury, które teoretycznie może (jako pierwszego w historii USA) pozbawić go prezydentury. Kongres USA (Izba Reprezentantów) oficjalnie oskarżył go o popełnienie dwóch przestępstw, które będą  powodem procesu senackiego o pozbawienie go funkcji.   Ajatollah Chamenei , Przywódca Iranu, stoi wobec rosnącego oburzenia i protestu Irańczyków zagrażającego jego pozycji w Iranie.

Obaj przywódcy mogą więc skorzystać z atmosfery wojennej i jednoczenia swoich narodów pod banderą wojennego zagrożenia. Nic politykom tak nie pomaga, jak atmosfera wojny i patriotycznego uniesienia …

A teraz stan obecny, powrót do tematu zasadniczego tego artykułu: zestrzelenie ukraińskiego samolotu pod Teheranem.

Samolot Boeing 737-800 ukraińskich linii UTA startuje z Teheranu 8 stycznia rano. Po godzinnym opóźnieniu wznosi się w powietrze o 6.15. Na pokładzie, łącznie z załogą jest 176 osób, głównie Irańczyków i Kanadyjczyków. Dwie minuty później spada na ziemię w niekontrolowanym upadku i rozbija się w wiele fragmentów.  Jest jasne, że nikt tego nie mógł przeżyć.

To jest niecałe 5 dni po zamachu na Sulejmaniego i trwających od paru dni gróźb irańskich i amerykańskich o odwetach i zemstach niechybnych.  Czy tym razem to początek wojny otwartej? Czy samolot z jakichś nieznanych przyczyn rozbija się skutkiem awarii maszyny czy też skutkiem zestrzelenia przez Irańczyków lub Amerykanów?

Ze względów polityczno-propagandowych celowe zestrzelenie samolotu przez USA lub Iran byłoby zbrodnią całkowicie absurdalną.  Ale … no właśnie. Jest wojna nie tylko słów, jest wojna czynów. Nie szkodzi, że nie wypowiedziana. Giną ludzie po obu stronach. Wszyscy są napięci, w stanie ustawicznego pogotowia, zdenerwowania. Wiedzą, że sekunda w reakcji może znaczyć różnice między życiem a śmiercią.  Parę godzin wcześniej z tego samego lotniska wystartowały różne samoloty i nikt ich nie ostrzelał. Tylko, że samolot ukraiński startuje z godzinnym opóźnieniem. Czy wszyscy o tym wiedzieli? Czy wiedzieli o tym dowódcy baterii przeciwlotniczych w bazie irańskiej? Może kiedyś się dowiemy. Tylko w czym ta wiedza szczegółowa pomoże?

Iran początkowa absolutnie zaprzecza możliwości zestrzelenia samolotu ukraińskiego przez irańskie rakiety. Dopiero, kiedy premier Kanady, Justin Trudeau, jako pierwszy z polityków, oficjalnie oświadcza publicznie, że ma poważne dowody na możliwość irańskiego ataku rakietowego na samolot i że już odbył odpowiednie rozmowy z szefami innych rządów na ten temat – Iran po krótkim czasie przyznaje się do tego. Bez względu pomocny mu był fragment oświadczenia Trudeau, w którym sugerował, że bardzo możliwe iż nastąpiło to skutkiem tragicznej pomyłki.

Dla mnie zastanawiające jest dlaczego nie ma międzynarodowego protokołu wymagającego niemal natychmiastowego i automatycznego kontaktu między samolotami pasażerskimi a każdą jednostką militarnej obrony powietrznej (z lądu, morza czy powietrza) zanim ktoś naciśnie przycisk „fire”? A nie ma. Mimo, że takich wypadków była już masa.  I dlaczego w sytuacji tak wysokiego napięcia i gotowości bojowej najwyższego rzędu w wojskach obrony powietrznej natychmiast nie jest zamknięta przestrzeń powietrzna dla lotnictwa cywilnego w danym kraju? To powinno też być regulowane międzynarodową konwencją. A nie jest.

Odpowiedzialność prawna i kryminalna? Na pewno będzie. Iran już aresztował ileś osób mundurowych. Bez wątpienia w jakiś sposób (pomyłka, nieporozumienie, źle zrozumiany rozkaz lub pytanie, itd.) odpowiedzialnych. A wszak odpowiedzialne są dwie osoby tylko: prezydent USA Donald Trump i prezydent Islamskiej Republiki Iranu, ajatollah Chamenei.  Może i oni staną przed sądem. Trump de facto symbolicznie już bardzo prędko, przed sądem Senatu USA. Ale nie będą to oskarżenia o spowodowanie tego wypadku.

Jest wszak możliwe, że ten wypadek lotniczy – podobnie, jak wypadek polskiego samolotu wojskowego z prezydentem Lechem Kaczyńskim – wpłynie bardzo poważnie na losy obu przywódców tych państw: USA i Iranu.  Politycznie, nie kryminalnie. Jeśli tak się stanie, to – w odróżnieniu od Polski – ten wypadek i ofiara tych ludzi, którzy w nim zginęli nie pójdzie na marne. Dla dobra milionów ludzi. Zwłaszcza na Bliskim Wschodzie. Choć na pewno też w USA.

Miałem jeszcze wspomnieć  o trzech innych katastrofach, które maja pewne wspólne cechy z tymi już wymienionymi. Ale już to pominę. To nie książka historyczna ani dochodzenie reporterskie.

Chodziło raczej o spojrzenie z innej, nie mechaniczno-inżynieryjnej, strony na badania przyczyn i skutków dziwnych katastrof lotniczych. Katastrof, które były całkowicie do uniknięcia i nie były spowodowane jakąś nagłą awarią całego systemu na pokładzie. Komisje lotnicze tych przyczyn innych nie są w stanie badać ani nie są do tego przygotowane profesjonalnie, merytorycznie. To pytania polityczne i etyczne.

Żołnierze irańscy (oficerowie), którzy bezpośrednio i fizycznie nacisnęli ten przycisk „fire” są bez wątpienia odpowiedzialni za niezamierzona katastrofę i śmierć załogi i pasażerów samolotu ukraińskiego. Czy są głównymi winowajcami? Wątpię by jakakolwiek Komisja badania tego wypadku potrafiła na to odpowiedzieć. Wiemy, że fizyczną przyczyną katastrofy polskiego samolotu pod Katyniem były błędy nawigacyjne i operacyjne załogi wojskowej, pilotów. Czy byli zamachowcami, których celem było zabicie pasażerów samolotu? Oczywiście, że nie. Ale ktoś wcześniej już stworzył atmosferę, że ten samolot musi lecieć i MUSI dolecieć, bez względu na trudności. Może nawet ktoś na pokładzie. Słuchając godzinami, słowo po słowie, nagrania z taśmy z „Czarnej skrzynki” z tego TU154 MLux, i te słowa i zdania po polsku i te po rosyjsku – ogarnęła mnie wówczas przerażająca świadomość, że ci piloci i ci nieświadomi pasażerowie nie mieli jakiejkolwiek szansy. Chyba, że jakimś cudem samolot by się bezpiecznie wzniósł jeszcze z niemożliwej wysokości poniżej pasa lądowania, że nie rosłaby tam jakaś brzoza ani inne drzewo, że … Cuda się jednak w lotnictwie nie zdarzają a fizyka ma swoje prawa.

Powinna je mieć też polityka i polityczna odpowiedzialność.  Tylko ten sąd może się odbyć tylko w mózgach i sercach obywateli danego kraju. Tutaj sędziowie praw kryminalnych, administracyjnych, konstytucyjnych nie pomogą. Nie pomogą opinie rzeczoznawców od aerodynamiki, od siły stali, stopów, naprężenie powietrza, ciśnienia wewnątrz i zewnątrz, zaworów, otworów.  Jak politycy nawalą ekonomicznie i ludzi bardzo uderzy to po kieszeni – to wybierają innych. Jak zginie parędziesiąt lub paręset ludzi skutkiem aroganckiej gry politycznej ale potem rozegrają to umiejętnie na instrumentach emocji wyborców – często zostają nagrodzeni.  A przecież zginęli ludzie.  Czasem prezydenci, czasem murarze, lekarze, nauczyciele, uczniowie szkól, staruszkowie, młodzi.  Ile to kosztuje? Jak obliczyć cenę za życie? Lub za etykę i moralność?

Alberta and Saskatchewan – how do they fit in Canada?

In 2016 I went to Calgary for a family visit. It was one of the last visits there, since I moved to the East Coast. And that time, as sensing that not that many more of these visits are ahead of me (but not knowing that as matter of fact), I gave myself permission to a lot more private, solitary time to walk through the city, in many ways city of my youth.  I have lived there, in earlier times, close to 15 years. The city has changed a lot since. Not much for the better – typical spreading with mostly ugly neighborhoods that were taking over grasslands, fields on the outskirts and close by rural communities. But the Downtown was reinvented and re-invigorated nicely. I stuck mostly to the old Calgary – familiar and full of memories. Some were bad – but, as is in life – bad memories fade with time, good ones – remain.

During one of my evening walks on the southern part of Downtown (close to 4th Street SW were I had my very first apartment in Calgary) I noticed very disturbing occurrence. It was a time of some sort of election, I think provincial. As in any other community, there were election signs of candidates, parties. Right on the edge of an old, small park with Calgary’s Cenotaph was a sign of NDP party. Not the most popular in Alberta – but an established and strong political force in the city and province for as long as I remember (much stronger then Liberal Party, traditionally very disliked there). A very young, in their twenties, couple walked by. It was obvious they were not poor or from shadowy element. They were loud, happy. An evening revellers. Suddenly, they stopped, he talked something to her. She stood aside and carefully looked around, than  gave him a nod and the guy just ripped the sign off, broke it into pieces and threw to the park bushes. They walked quickly off. I was a full intersection away. Should I run after him, yell? Pointless. The crime was done. Calling police was too late, as they quickly disappeared into next street. It angered me. And reminded of that nasty element of political intolerance that always existed in Alberta. The right wing feeling of entitlement. To what? I don’t know, nor understand it. But it was present there in the 80ies, when I settled there. To some point as the reaction to Pierre Trudeau’s plans for the abandoned National Energy Plan – an idea hated in the Prairies.  As a side note it is worth noting that just few weeks ago, in National Election 2019, no other but the Conservatives flaunted the idea of Trans Canada Energy Corridor … . Hmmm, funny how ,principal views’ are dependent on political expediency … . What was once (still is) viewed as an assault on provincial jurisdiction, now is being proposed as wise and beneficial to all.

But back to memories of political climate in Alberta. I think it got worst after the passing of political leadership of Peter Lougheed – a staunchly protective premier of Alberta, but even more staunchly Canadian. I think he was the last premier of that province, who truly and unwaveringly believed in the supremacy of Canadian unity over any separatist sentiment of ultra-right Albertans. During our just finished National Election, that spectre of Western alienation and separatism was mentioned as a warning many times.  And was stressed that the Liberal government of Pierre’s son, Justin Trudeau resurrected that feeling in the Prairies. That is a blatant lie. A lie repeated every time there is a Liberal government in Canada. That feeling always existed there and was always used to blackmail Ottawa. I remember very well times, when Alberta’s conservative governments did not shy to form close ties with Quebec separatist governments of non-other than staunchly separatist’s Quebec premier Levesque to plot against Ottawa. When it was convenient to force their hand against Ottawa. All of it came back to me as I listened to stories from this election of Albertans, who were afraid to post any sign on their property for either NDP or Liberal parties. They were actually afraid. Physically and psychologically. And it is disgusting. It never went that far in my memory. It would be probably a challenge to find a time, when both Alberta and Saskatchewan did not elect a single MP not from conservative party. It all changed after forming of Reform Party and destroying the old Progressive Conservative Party of  MacDonald. The new conservative party, formed by Stephen Harper, failed to see beyond the borders of the West, failed to notice ever more urban citizens of this country. But demand respect and special status instead. It’s fine that their base is in the West, especially in the oil-rich West. But Canada neither starts nor stops in Regina and Edmonton. Their inability to get above 32-35% popular vote speaks volume to the problem.   And one more think – when I settled there it was the beginning of the 80ties in the XX century. The end phase of many oil booms that the province had. There was plenty of money still around. Establishment (smart) of Heritage Fund in Edmonton from proceeds of that boom. After that were years of drier income and another booms. That’s forty years of history. What happened to diversification, to support and building of new industries, new sources of wealth? Every time there was a bust – there were promises that Alberta would diversify, would invest in more resilient future. And what? The same questions remain today. Saskatchewan was doing OK with rich farmlands and world leadership in production of potash. But the market for potash collapsed years ago, food markets are strong but increasingly competitive – where is the planning, the modernization of economic base? Is it all Ottawa’s fault, the Trudeaus and Chretiens, the Turners and Martins? Is it always perennial ‘them’, never ‘us’ philosophy?

Now the popular cry and question is being thrown: since Liberals (or NDP or Greens for that matter) don’t have a seat in Alberta and Saskatchewan, who will represent the two western provinces in Ottawa? Perhaps a question that should have been asked by Albertans few weeks ago, before the Election stations were closed, may I ask?

Of course, my impatience with certain element of Western perennial dissatisfaction with Central Canada does not solve the true problem of new Liberal Government with that obvious dilemma. Although there is nothing in our Constitution or law that requires a Cabinet representation of all provinces or regions – a practical and political expediency does suggest that. And a long tradition. Trudeau already stated such desire himself. How he will accomplish it will be not an easy task and some political showmanship will be needed. I have no doubt he will master such.  He (Trudeau) has proved to us that he is not just an idealist living in a dreamland, ha ha ha. To the contrary at times – he could be rather cold and unforgiving politician. I just hope that he will not reward Mr. Sheer and Mr. Kenny with conservative appointment as an advisor to the Cabinet, or – that would be a capitulation and very wrong – as a member of the Cabinet.  There’s many Westerners, who are not staunchly right wing, who can fulfill that role. To the benefit of Canada and the two beautiful Provinces. And not former infamous premier of Alberta, Ms. Allison Redford, who just the other day offered her services in such a role. Last time she served Alberta, didn’t end very well for Albertans. Who knows – maybe a former member of former Progressive Conservative Party, who didn’t join the Harper’s new Conservative Party of Canada? I’m sure there is still quite a few of them around.

There will be a pipeline to BC, I am certain of it. There won’t be one going the Quebec, I am sure of it, too. The first one is needed politically and economically. The oil in Alberta will not stop being produced anytime soon – although I do hope for the sake of us and the sake of Albertans that it will be phase out as soon as it is economically possibly and not a day later. But we cannot continue being just a country of natural resources – specially raw and mined resources. That time is gone. It was gone with the end of XX century. We can’t just rape our own land and pretend that it is OK. It’s not. There was a time and an epoch when it was necessary evil, maybe – to a point – even a blessing. But now it is a curse. More and more expensive to maintain. And I am not touching the ethical side of it. Just economy. The harm it produces alongside the economic benefits becomes more and more visible every passing year. The harm not only to the climate of the country and entire planet – but to Canadian nature, to our environment, where we live. The poisonous by-product of mining, destroyed landscapes, forests, rivers, lakes, underground water – the list just go on and on. At the very end of each of its cycles, the private companies that produce it – pack their belongings and disappear into thin air and we, the taxpayer, are stuck with millions of millions of dollars to clean it up.

Our vast size, non-ending coastlines, huge rivers, still existing huge forests, sparsely populated territory (apart from the narrow strip along our southern border) in XXI century technology should not be a challenge but an opportunity to invest and build new industries, ecologically friendly and in high demand for our and international economies. What we need is a vision equal to that of XIX century of uniting the vast Canadian land from coast to coast. Base on modern scientific and eco-friendly knowledge. That requires courage and leadership – followed by smart and big investment. Not by cheap knock-offs. And modern forms of energy production should be almost unlimited in our country. Be it coastal/tidal waters, rivers, wind, solar – you name it and we have it. Give Canadians the chance to work in smart way instead of cheap way. Well paid with educated workers.

Alberta Rockies – land rich in natural energy and endless possibilities

There was a time, when green, un-ending grasslands of the prairies, it’s hills and long river valleys were roamed by thousands strong wild herds of buffalos. They were wiped out never to come back in its old glory. That was sad. But one way or another (probably not in such brutal and stupid way as it happened) it was inevitable given the migration of people. And that migration would have happened even without French or English colonialism. People do spread all over the globe all the time from time immemorial. The buffalos are gone, replaced by smaller but still important herds of domesticated cows and cattle. Now it is time to start saying goodbye to the oil pumps and the mammoth machinery of oil sands. Times have changed again. As they always do in the history of Earth and humankind. Get on it, Alberta and Saskatchewan. Let the dinosaurs stay in Drumheller and the Badlands.  

Jak Skawińscy głosowali? Prawda i mity.

by B. Pacak-Gamalski

Znacie Skawińskich i dlaczego takie niby ważne, jak oni w głosowali? Otóż Skawińscy to taki szczep słowiański, który z borów nad Notecią, mokradeł wokół Narwi powędrował z różnych przyczyn (na ogół nie radosnych) w daleki świat. Opisał to niegdyś stary dziejopis Henio Sienkiewicz w świetle latarni morskiej, w czasie podróży po USA.

undefined

Jak świat światem wiemy, że to szczep nader patriotyczny, sentymentalny i wierny, jak pies spod rodzimej chałupy. Więc i fama w skłóconej starej ojczyźnie poszła, że Skawińscy murem za wiarą przodków, za patriotyzmem kamiennym, za rycerzami wyklętymi – a więc za prawem i sprawiedliwością (w domyśle: naturalnie bożą). Może dlatego, że Sienkiewicz w świetle latarni i w Ameryce Północnej ich był opisał, więc daleko i szeroko spojrzeć nie umiał. Tak powstał mit polskich czikagów od Północy ku Południu i od Wschodu do Zachodu. A tu nagle rzecz się dziwna stała – latarnie powygasały w większości, technika je zastąpiła urządzeniami widzącymi dalej i głębiej bez względu na porę dnia. Poszerzyły się o te, no jakże im tam – no, o te horyzonty. I Skawińscy – mimo że ród prastary – stali się nowocześni, dzisiejsi.

Trochę to szyki pomieszało możnowładcom ze starego kraju. Bo niby jeszcze kilka lat wcześniej dbali bardzo o frekwencję polonijną w wyborach będąc pewnymi, że prawomyślność (koniecznie ‘prawo’ a nie ‘lewo’ nie daj panie boże) i sprawiedliwość (bożą, naturalnie) Skawińskich zaowocuje ich poparciem. Co też wówczas się stało i nie bez zbiegu szczęśliwego odkopania w archeologicznych badaniach postumentu Anusi – córki bohatera narodowego Andersa. Z niemieckiego co prawda pochodzenia, ale związanego przed wojną wrześniową z obozem narodowym. O tych przodkach niemieckich nie mówiono nic. Po co? Wystarczy, jak się o nich mówiło (bez przerwy na oddech) wobec niejakiego Tuska. Zresztą w wypadku Anusi chodziło tylko o ojca. Matka nie była pochodzenia niemieckiego. Z krwi i kości Ukrainka. I jak na Ukrainkę (dawniej mówiło się: Rusinkę) była i krasawa i zapiewała pięknie. Wiem, co mówię, bo sam słuchałem nie raz i lubiłem – zwłaszcza, gdy śpiewała dumki kresowe memu sercu bliskie – i o wzgórzach wileńskich, i o tramwajach lwowskich. Anusi jednak – pannie wiekowej ale ciągle żwawej – nieco fornalski charakter kolegów i koleżanek z ław senatorskich nie bardzo do gustu przypadł. A już szczególnie bolesne były właśnie dąsy wielu z tych Skawińskich, których miała reprezentować. Generalska córka wolała już grać rolę szanownej i uwielbianej Damy na akademiach polonijnych niż polityka, gdzie jej szarży senatorskiej nie szanowano. Teraz ma iść ponoć w ambasadory. To będzie milsze. Zwłaszcza, że – też ponoć – w Italii słonecznej. Blisko dworu watykańskiego i blisko na grób Taty skąd widok piękny na starożytny klasztor benedyktyński. Mimo to tuzem w rękach polityków była, gdy o głosy polonijne chodziło. Tym razem takiego nie znaleźli. No, niby ten bezpartyjny, czyli z uczuć szczerych a nie kombinacji posadkowych, pan profesor Marek Rudnicki miał być nie do pokonania. Owszem, w USA, gdzie mieszka, wygrał. Ale USA to nie cały (?!) świat. I generalnie – przegrał.

Mniej humorystycznie teraz, praktyczniej. Druga Izba Parlamentu polskiego wypadła z rąk PiSu. Bardzo możliwe, że własnie tym jednym głosem. Głosem Polaków z Zagranicy. Polonii. Tego latarnika Skawińskiego ze słynnej noweli Henryka Sienkiewicza. I to różnicą procentową bardzo wysoką. Wynik PiS był poniżej 25 %. Tak, to prawda, że pisowskie twierdze w Ameryce Północnej udało się utrzymać. I chyba tylko tutaj. Ale nawet na tym kontynencie ten wynik był dużo słabszy niż wynik uzyskany w 2015 roku. W niektórych, zwłaszcza nowych, Okręgach Wyborczych – opozycja demokratyczna nawet w Stanach odniosła sukces. Podobnie, jak zwiększył się procentowo poważnie głos oddany na demokratów przez Polonię kanadyjską.

Senatorem ‘z Zagranicy’ został Kazimierz Ujazdowski z bardzo silną przewagą głosów nad kandydatem PiS. Ujazdowski reprezentuje PO. Jeden z ‘przebudzonych’, jak określam nielicznych byłych pisowców, którzy być może po rozum do głowy poszli. Nie bardzo lubię nagradzać byłych poddanych Najmiłościwiej Panującego Wielkiego Kurdupla – ale, jeśli po ten rozum poszedł i jeśli go znalazł, niechże mu tam bozia da zdrowie. Choć po cichu podejrzewam, że bardziej strawny dla demokratów kandydat Koalicji zdobyłby jeszcze więcej głosów. Trzecim, niezależnym kandydatem, był nie kto inny, jak Cezary Paweł Kasprzak – niesprzedajny i wszędzie widoczny aktywista starego, autentycznego KOD-u. Znienawidzony przez pana Ziobrę ale i też nielubiany w nowym, pro-POwskim KODzie. W wyborach z całego świata polonijnego uzyskał całkiem niezła liczbe ponad 15 procent.

Sparwdzając Protokoły komisji wyborczych z całego świata, skupiłem sie tylko na tych, gdzie przewaga Koalicji demokratycznej lub PiSu była minimum 40%. Tam, gdzie ilość głosów oddanych na jednego z kandydatów była poniżej tej liczby – nie brałem pod uwagę.

Na Komitet Koalicji Obywatelskiej minimum 40% głosów oddali Polacy zamieszkujący w 62 krajach świata. W tym w 26 krajach tych głosów padło powyżej 50% granicy.

Na popieranego przez PiS kandydata Marka Rudnickiego liczba krajów, gdzie padło minimum 40% głosów – aż 6 (sześć). Tak, z całego świata. Liczba krajów, gdzie otrzymał minimum 50% głosów – 5 (pięć). Dokładnie: USA, Kanada, Irak, Kosowo (to ciągle tylko quazi-państwo nie w pełni jeszcze uznane) i Angola.

Ogółem na nowego senatora K. Ujazdowskiego padło łącznie 38.95% głosów; na pana Rudnickiego 24.86%. W 2015 na panią Anders (popieraną przez PiS) padło aż 46.85% głosów. Na panią Borys-Damięcką z PO w 2015 padło 34.35% głosów. Czy zauważacie zmianę? Głosy na PiS spadły wśród Polonii światowej aż o 22%. Na centrowy, zdominowany przez PO, Komitet Koalicji procent wzrósł o 4.5 punktów. Stąd moje wcześniejsze uwagi o przeszłości politycznej senatora Ujazdowskiego – bardzo możliwe, że ten procent po stronie demokratycznej byłby dużo większy, gdyby kandydatem była inna osoba. Polacy z Zagranicy staja się nowocześniejsi, współcześniejsi od rodaków w Kraju. Już tylko sentymentalna łezka, akademia raz lub dwa razy do roku w jakimś Polish Hall nie wystarcza. Ani stare żale na wszystko i wszystkich wokół. Za wszystko. Za przegrane wojny, nieudane powstania, za złe mieszkania i zacofany przemysł, za przegrane własne życie. I za to, że teraz o wszystkim trzeba samodzielnie myśleć i ponosić koszta tego wysiłku mentalnego. A dawniej myśleli inni. Władza i Kościół: Król i Biskup; Car i Biskup; Prezydent (lub Naczelnik Państwa) i Biskup; Pierwszy Sekretarz i Biskup; a teraz jeden niewysoki Szary Poseł i Biskup. Jak widać z tej wyliczanki – jeden element był stale stały. Niezmienny. A w XXI wieku ten element już stracił swoje polityczne znaczenie w większości cywilizowanego świata. Więc podróże jednak kształcą. A cześć Północnej Ameryki (część, bo Polacy meksykańscy jednak wysokim procentem – 56 – poparli Koalicję demokratyczną) też dojrzewa. Dorośleje. Jak to w tej piosence szło? Jeszcze rok, jeszcze dwa, przekonacie się o tym sami, jak to jest, jak to jest z … Polakami? Przeboju legendy polskiej estrady długich lat PRL i wielu jeszcze lat po roku 1990, Jerzego Połomskiego. Bożyszcza kobiet i Amanta Nr 1 Polskiej Estrady – który przez całą zasłużoną i ciekawą, bardzo długa karierę nigdy na tej scenie nie mógł być sobą. Mity, legendy. Tak to z nimi jest – pomagają marzyć, wzdychać i ronić łezkę – nie powinny jednak nigdy przesłaniać rzeczywistości.

Halifax ‘last stand” in climate change action

by Bogumil Pacak-Gamalski

mature woman waiting to be arrested – last one from the entire group

In a previous post I have shown you a series of snapshots of the youthful climate action protest that spread through the entire country and indeed – the entire world. Millions of young people, supported by many allies from adult community, followers of symbolic leadership of young girl, a child almost, from Sweden – Great Thunberg.

By European Parliament from EU – Greta Thunberg at the Parliament, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81699733

That was the large crowd of determined but polite protesters. Today’s protest showed the fringe, more angry and demanding groups. People, usually from poorer segments, who because of their economic status are much more vulnerable to negative impact of the rapid climate change. Who, in other words, have really nothing to loose since they have very little to begin with.

Across Canada (Vancouver, Toronto, Montreal, Halifax – to name few large cities) they decided to block for few hours important urban bridges. Yes, they knew it would inconvenience many , who used these bridges to go to work, shop. And that was the point. Yes – to inconvenience people. To let them know that things are not normal. That we have passed the point of no return. That something needs to be done or the price will grow and grow to truly catastrophic size. There were many groups representing anarchists, communist (or claiming to be communist – I talked to some and really have big doubts of their knowledge of communist system – and I do, very personal). But that’s good, that’s important. We need ‘crazies’ like them, who make us sometime a bit uncomfortable. In democracy there is no greater danger than complacency. When we start looking more for the benefits just for ourselves, not willing to pay a fair share for the benefit of the entire society – bad things do happen. Just look to US, Poland and other populist regimes.

Pretending to be a bit stupid and uninformed onlooker, I asked a young and polite policewoman why the small group of sitting protesters are being detained and arrested since the bridge is closed anyway, they are not causing any visible harm to others or to the infrastructure (the bridge or the road leading to it) and seem to be exercising their democratic right to protest. She answered very nicely that they are being removed from a private property. Again, pretending to be shocked, I asked with bewilderment: but it is city, therefore public, road and so is the bridge, isn’t it? She politely answered – no, the Bridge Authority is a private company and the protesters have extended their time granted for the protest and have to be removed from the private property. I continued in my ignorance the query: O! I didn’t know that. Am I trespassing now myself on private property?! she replied with smile: no sir, you are not. So I pressed again: Officer, can you tell me if the Bridge Authority paid the City (citizens od the city) for the construction of the bridge and the road? She answered perplexed a bit and I think that she finally get my ‘acting’: I do not know that , sir. All we are doing is just following the law. You have to talk to the company or to the City Hall. I smiled and thank her for her assistance. There was no point of making her feel more uncomfortable. She truly was just doing her job.

But can we all, down, deep in our soul, always use that defence: I am just doing my job? Maybe half an hour later I went to a store near by. Waiting in line to the cashier, I overheard few women conversing about the protest. They exchanged their opinion and at the end the older one summarize it: ‘but they can’t do anything, they can’t change anything, just a waste of time and inconvenience for the rest of us. What can we do?’ I turned to them, apologizing for butting-in, and said: I’m not sure that they can’t do anything. After all, you nice ladies just talked about it. Sometimes talking about something makes us realizing that there is something to think and talk about. They look at me for a second and answered with nice smile: Hmmm, I think you are right sir. Thank you..

Below is just a viewpoint of the protest on the Dartmouth side of the bridge.