Bitwy warszawskie

W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.

Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą.  Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów.  Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.

Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę.  Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).

Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.

Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy.  Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością.  Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie.  Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków.  A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.

Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych.  Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych.  A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent.  Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa. 

Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę.  Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.

I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu.  Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.

Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?! 

Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’  zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’  czy ‘ łacińsko-zachodniej’.  Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’  a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur.  Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą.  Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale  jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon  nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.

No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur  (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki.  Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście.  Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji.  Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania.  Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.

A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.

Spójrzmy na te ‘granice’:  Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów.  Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami.  Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda. 

Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont.  Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach.  Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach.  Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje).  Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.

I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania.  Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.

Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS.  Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni.  Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).

Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze.  Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone  z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu.  Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów.  Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.

Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie:  Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto.  Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego?  Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest  pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też).  Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych.  To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze.  Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem.  No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa  w formie  credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku.  Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario.  Efektem było zamknięcie (unikając  skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje.  Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą.  Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie.  Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .

 O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji  prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/

Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania  jest wielokroć więcej.  Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.

Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być?  Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie.  Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.

Black Lives matter in Halifax

On a warm, sunny evening on June 01, Halifax added its voice to international protest against police brutality toward Black people. In the US mainly, as the protest were sparked by heinous execution of George Floyd by police in Minneapolis, but sadly also here. Halifax is the next main Canadian city to organize such protest, after clashes day earlier in Montreal, peaceful protests in Toronto, Calgary and Vancouver.

For many reason Halifax is perhaps the most important for such protest in Canada. Nova Scotia is, after all, the true home of Canadian Black settlement. Going all the way to the end of XVIII and beginning of XIX century. And to long years of racist attitudes toward the community.  Nova Scotian’s of African descent created here vibrant life and amazing connection to the land. ( I have written here, on this blog, about their history on January 29, 2020, if you would like to know more about that fascinating subject. The two-piece essay in mainly in Polish, but with an extensive English summary and many photographs)

They have, particularly in Halifax, their own share of grievances against local municipal Police Force and their racist attitude. It led a year ago to an appointment of new Police Chief from  outside of Nova Scotia and promise of new policies.

But today it was different. It was hopeful, angry at times perhaps but generally uplifting. Yes, under the main theme “Black people’s lives matter’. And it matters because Black people lives are rich and beautiful. Because their lives are part of our lives. Because they are PEOPLE. Like you and me.  And we, white folks, are awakening to that single, powerful truth. That a mother or father should never fear that the worst that might happen to their child could be an encounter with Police officer. They should never train them how to react, how to be at their utmost best and polite to a fault when talking to a policeman.  Or they might not survive that encounter. And it is still a reality to them.  Old habits and way of doing things die hard. But, by God! die they must and the sooner the better for all of us.

As you will notice on the photographs I have taken today – a majority of folks taking part in this beautiful protest were not Black but white and other colours. That speaks volumes. Good volumes. The change is here.  Let her come and welcome with open arms. Just about time.

Church towers

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my very early youth, what would you call now teenagers’ age, I had a mythical place I have never been before but new very well.  Wilno or as Lithuanians call it, Vilnius. It has a very strong connection to Polish history and identity (which, of course, doesn’t take anything away from the rightfully special connection it has with Lithuanians, the founders of the city in late medieval period) but it has also very strong and immediate connection in my own family. On top of that, two of my most cherished – at that time – national heroes were, in many ways, identified with that magic city: great romantic poet Adam Mickiewicz and founder of modern Poland, Marshal Joseph Pilsudski.  Wilno was often called a Rome of northern Europe, as it was built on seven hills surrounding it. It was also called a City of Churches.  And it still remains one. Wherever you go in the proper, old Wilno, you can see  church towers. In a way, if you don’t know the city very well, you could be advised to study pictures of its churches and then just look around for a familiar church tower and you will know where you are.

We wczesnych latach nastoletnich Wilno było moim magicznym miejscem na długo za nim mogłem tam po raz pierwszy pojechać.  Z wielu względów: duża część rodziny z tym miastem miała swoje silne związki, nie było chyba szerszego spotkania rodzinnego, gdyby coś o Wilnie się nie mówiło; Mickiewicz i Piłsudski: dwóch moich wtedy bogów prawie a ani o jednym ani drugim trudno cokolwiek mówić bez wymieniania tego grodu Giedymina; no i naturalnie silny, atawistyczny niemal bunt przeciw moskiewskiej okupacji Wilna (tak przez całą młodość traktowano odebranie Polsce Wilna po Jałcie w moim środowisku, nie wiele się wtedy mówiło o Litwie, bo każdy z nas wiedział, że ani Ukraina ukraińska ni Litwa litewska, no i w 13 letniej patriotycznej, anty-partyjnej łepetynie nie pojawiała się nawet myśl, że Litwini nie chcieliby dalej kontynuować tego cudownego związku Rzeczypospolitej Obojga Narodów…).

A Wilno to mili moi Miasto Wież Kościelnych. Nie potrzeba mapy, wystarczy pooglądać album zdjęć kościołów starego Wilna a mowy nie ma zagubieniu się na dłużej (co po prawdzie wyjątkowo łatwo w wijących się zaułkach, wąskich uliczkach i licznych bramach): w perspektywie ulicy lub za pierwszym zakrętem zawsze zobaczysz jakąś wieże kościelną lub cerkiewną. Zdjęcia poniżej z mojej ostatniej wizyty w 2018.

But if Wilno churches represent northern gothic (St. Ann’s church is a an absolute gem of this architecture) and Polish renaissance and baroque – opposite is true to Nova Scotia sacral architecture.  But Nova Scotia, as Wilno in Lithuania, is truly a province of Church Towers.  No (with a very few special exception in Halifax, Pictou, Mahon Bay) classic examples of gothic, baroque or any other very specific period.  Nova Scotia’s churches are local, pastoral style.  Modest or even poor, full of warm and humility.  Like it’s early settlers, be it French or Scottish, Anglo-Saxon or from Holland and Germany. Not to mention exceptionally poor black settlers from XVII century onward.

No matter which route you take while travelling through this province – one of the first sites you will notice is little churches, usually on a little hill. Often white, wooden or simple masonry. They look like guardians of the village, town.  They are as silent keepers of the history of this place since European settlement. Mostly catholic (old French settlements), protestant (Presbyterian , Episcopalian, if from Scotland or Lutheran and Calvinistic if from continental Europe) and Baptist if in Black settlements.

Jeśli Wilno to północny gotyk, renesans i specyficzny barok Wielkiego Księstwa, o tyle architektura kościółków Nowej Szkocji nie ma z tym nic wspólnego. A jest tu ich masa. Każda osada, wioska, miasteczko posiada takie, widoczne z daleka, klejnociki lokalnej architektury sakralnej. Mówiąc po porostu: wiejskie kościółki. Urocze, stare, zadbane. Na ogół drewniane i większości malowane biała kredą. Są naturalnie wyjątki w Halifaxie, Pictou czy Mahon Bay, gdzie pokaźne budowle kościelne maja specyficzny i konkretny styl architektoniczny – ale reszta tej pięknej prowincji to właśnie one, te wiejskie kościółki są ciekawym i ciepłym miejscem turystycznej atrakcji. I zbiorem lokalnej historii. Więc bardzo polecam zatrzymania sie w podróżowaniu i obejrzenie ich dokładne. Warto. Zdjęcia poniżej to tylko nieliczne przykłady tych budowli w Halifax, Dartmouth, wzdłuż wschodniego wybrzeża w kierunku do Cape Breton, Mahon Bay i Lunenburgu na południu i z Middletown na zachodzie.

I do. Did you, Mr. Premier?

by Bogumil Pacak-Gamalski

This is the third article on almost identical subject.  First was published on  April 2nd. It summarized uneasy feeling: are we doing right by our seniors? Especially the ones totally helpless, confined to places called Long Term Care Centres.  How, as a society, we do really care about them?  Does what we preach reveals itself in what we do? And if it doesn’t – if our values have no meaning other than making us feel good about ourselves?

On the 16 of April, I published the second article. We were just beginning to understand the horrific scale of the tragedy that was going on behind the closed doors of many Long Term Care institutions. The ‘care’ was fully missing from them, the ‘long term’ was being shorten in a dramatic fashion.

In some provinces the percentage of all Covid-related deaths was in sixties, seventies and even higher percentage among the Long Term residents versus the entire provincial populations of Covid deaths. People were even dying not being infected but simply from lack of basic health. From abandonment.

There is a)moral culpability; b) political guilt and blame; and c) criminal negligence.

First (culpability) is the most important, although not punishable by law. In criminal cases the term ‘culpability’ is not the same as ‘guilt’. But we are not taking about law. We are talking about morals, ethics. An entire society (state) cannot punish itself. We can’t be a judge, a prosecutor, an accused, a defender and a jailer at the same time.  But it is the most important one. It does give credence to political and legal actions.  Moreover – it creates a path to action of all societal and state institutions.

Therefore without a tacit (at the very least) nod from us, from society – the state would not allowed things to disintegrate as much as they did. The state itself is void of morals. It professes them very often in its highest form, like Constitutions or Charts.  To a lesser degree in criminal and civil codes. But the state is not run by this high documents (except in very rare cases and most of the time it would be because of citizens appeal to a Court for remedy against actions the state) – a government and state is run every day by regular acts of parliaments, by decrees of government and (most often) by internal regulations of different ministries and state agencies. In that, the Government and Administration takes a clue from political measurement of the will or sympathies of electorate. Here comes point ‘b’: political guilt and blame.  What the government does in gauging the sympathies of electorate is a risky business. But you can’t govern without taking the risk. Generally speaking the government gets ‘away with a crime’ (in a manner of speaking) most of the time.  It is a game played in every state, democratic and authoritarian alike. In a democracy the government is more timid and careful with it. By judging the society feelings mistakenly – it would be judged severely by next election, which is never very far.  In dictatorships, the government can get away with a lot more – the only risk is a revolution, usually bloody and very dangerous, therefore very seldom taken up by society.

But the ‘guilt’ and ‘blame’ is something that every politician tries to avoid as much as possible. Careers and prospect of losing power is very real.

Last one is ‘c’ – criminal negligence. It happens very seldom in case of Government actions. But it can, by individual minister or high ranking administrator. In this case the price is political and criminal case, almost always supported by the State itself. This way the State (government) acts not as perpetrator but as a defender of morality of society and defender of the High Acts (Constitution, special Charts that are treated the same as the Constitution). But most of the time criminal negligence is a result of either private, individual citizens or private businesses, agencies. In both cases the peace of the state, the agreement between Society and the State is maintained. We, as a society, have manifested to the Government that such actions are not tolerated by us and the State instituted legislation and rules that prevent others from  breaking such rules. Under the duress of punishment, of course. Therefore we all can attest that there is ‘nothing rotten in the state of Denmark’. Or can we?

I think that all points (a, b and c) rise up to crimes (moral, political and criminal). Yes, it is true that we profess the dignity and care to all citizens; more than that – to all that reside even in a short period within our borders. We profess that the care of vulnerable and weak one among us deserve special care and help from the State. The tacit understanding is that the most important among them are the very young and the very old.

Then comes a test. Like a school exam. That test came to us in a form of pandemic of new, unknown and dangerous virus – coronavirus and an illness called Covid-19.

And we all failed miserably. But especially provincial governments. Of all and different political stripes: conservative, liberal and NDP alike.  I am not trying to absolve the federal government from all and any responsibility. But the simple truth is that these facilities and entire management of health system lies strictly at provincial doorsteps. With no exception. And it is guarded by them very jealously from interference of federal power.  After all, it costs enormous amounts of money that they must receive from federal coffers. And money is power in politics. Well, such is our constitutional devolution of power. 

But, specifically about long term care for seniors, our subject.  They too, like hospitals, fall under provincial jurisdiction, regulations and control. The institution itself is rather old. After the 2 world war they become regular part of our society. People lived much longer,  not only men but also women become regular part of workforce, therefore their time at home was very limited. More and more people moved to larger cities and old communal forms of help and looking after each other changed and become harder to come by. But the last 25 years skyrocketed in opening more and more of this institutions. Mainly because of the almost pandemic in itself spread of different types of dementia, with its most dangerous form: the deadly and untreatable Alzheimer disease.  We all become very familiar with them, if not our own mother or father, than someone we know ends up in these long term centres.  Something that a lot of us is not aware of, is the fact that there is growing number of residents there, who are much, much younger than typical seniors. Some in their late 30. or 40ies even.

Such a large number of this centres become a financial burden on provinces. As very intensive and specialized medical care is not really part of their operations, the governments decided to let them be owned and run by private businesses.  Of course, most of funds for the centres do come still from the provinces as the monthly rate usually is much higher than ordinary senior can afford. In most cases they do offer much safer and better setting for our seniors than would be possible, even under very  good conditions, at home.  Looked like we all stuck a good deal. Provinces still safe money than running their own care centres and we (society) had our parents and grandparents in safe place. Of course, over the course of many years we all have heard awful stories of bad care, lack of services, appalling conditions in some of them. That was not the norm, though.  Not uncommon, but not something we expected as a norm.  If we complained loudly and persistently enough – things get better. Maybe not for all, but at least for our close one.

My Mom spent last years of Her life in such a Centre. Can’t even imagine Her and mine horror if she would be in one right now. I dedicate this article to Her memory.

But we always believed that there is (perhaps not very rigorously applied) a strong provincial oversight.

Especially if something bad was going to happened. Like, let say, pandemic or epidemic for example.  How could there be not? Yes, there were signs. Remember, very recently, Baptist college educated nurse Elizabeth Wettlaufer, who murdered eight and seriously injured six (that we know of) senior residents in the long term centres she was employed by? Her murders went on for years. Yet, nor serious investigation was ever (until  the last one when police was called in) conducted. If not for her ‘bad luck’, maybe she would have been working still and continuing her murderous calling?

But back to Covid.  At least very early in February everybody federally and provincially knew, that the new strange coronavirus seem to be particularly deadly among old people. Everybody working in the field of medicine and care. And administration of such.  What type of plans were prepared and issued to the care centres? How many detailed and practical seminars were given to administration and employees of these centres? How many special provincial watchdogs were given orders to regularly oversee each and every one of such centres?  Check documents, staffing level and preparedness of staff? Offer them the same, or similar, PPE for use?  Made sure that regular testing for virus by mobile units were available more or less day and night if needed? Required a full and immediate death certificate on any death in facility to be examined if it could have been due to a coronavirus? Made preparations for supplementing and augmenting existing care workers in such facilities in case of shortages ? Any? Seriously?  O, yes. We locked them. This way no one could have seen … .

Let me make a confession. Being, as millions of others nowadays, at home I watch a lot of TV. Mostly news, as I always was a news addict. Political junkie almost.  So I watch, day after day, week after week daily conferences of Prime Minister and Premiers of all provinces (Yukon and Nunavut – thanks Almighty! – do not hold them on national news). And listen to them. And listen.  We are not doing, as far as the illnesses and deaths are concerned, too bad in Canada with the pandemic. Not so good economically, psychologically but not very bad in strictly medical terms. The governments seem to be doing actually a good job. Starting with the right approach by Prime Minister and by far by most premiers, also.  Generally speaking.  We, Canadians.  Unless we are not weaker, often confused, oldest generation locked in the Care Centres. If we are – we are doing absolutely awful. Tragically awful.

So when I listen to the conferences, every day I’m waiting for the premiers, any premier, to actually admit and say honestly: ‘we have failed our seniors and I, as a Premier of my province, am very sorry for failing to do the job that I was entrusted to do. And I promise you all that as soon as the pandemic will end or would become manageable, I will order a full review of all regulations and laws governing Long Term Care Centres for Senior and undertake serious overhaul of the current system. Because the system has failed you’.  So far – none was issued. Instead, I listen as the premier admonishes me to stay at home, maintain social distancing and to remember that I have to protect not even myself but the most vulnerable in our society: the sick and old ones.  And I do. But you didn’t, Mr. Premier.

Remembering – to Nova Scotia / w pamięci – dla Nowej Szkocji

(in English and Polish)

Yesterday was a very moving and touching Moment of Remembrance from Nova Scotia and from Canada for Nova Scotia. From us to the families and friends of 22 victims of terrible gun massacre last weekend.

From dignitaries, ordinary people, artists, religious leaders. And it was organized not by governments but by grassroots group of private citizens. We all had a time to held the memory of the Victims in our thoughts. Needed time. And helpful for their close ones, who must go through unspeakable terror of coming to terms with what just happened.

Because of the pandemic and very strong restriction on any movement of people and cars through the province and indeed entire country, world – many of us, who would have gone to their places , churches and halls to give them a hug, a good word and promise that they are not alone in their grief – did it that way. In front of our TV, radios.

I wen today to the place were the facts of the shooting is being gathered, analyzed. Place were people already made a quick memorial to fallen RCMP officer and by natural extension – to all the victims. Therefore, in a symbolic way, a Memorial to all victims, a place we can say goodbye to them and we can say ‘Im sorry’ to all the grieving families. To ourselves as a grieving community. Silence, respectful, individual visitors. A teddy bear, two red hats, plenty of flowers, signs, candles…

The pictures will give you a glimpse of it, hopefully the silent atmosphere of sadness and sorrow. The Provincial Headquarters of RCMP in Nova Scotia.

Right by the RCMP massive building is a small enclave of natural marches and little Spectacular Lake in the middle. I walked through the empty trail, surrounded by the eerie colours of the marshland, the green tops and branches of trees, the quite water of the pond. All in silence. It felt like a walking in a funeral march… Yet, tiny new buds on bushes, few birds surprised by my presence, a microscopic brook between trees – were alive. Or were waking up. So will we. And so will, in time, the Families of Victims. Life will go on. But we will remember.

(in Polish) Wczoraj nasza Prowincja wraz z całą Kanadą obserwowała wirtualny Moment Pamięci Ofiar strasznej zbrodni na 22 mieszkańcach małych wiosek i osiedli w północno-zachodniej części Nowej Szkocji. Czyjeś matki, żony, córki, mężowie, ojcowie, bracia, kuzyni, przyjaciele. Niepojęte i obezwładniające w czerni niezrozumiałego zła. Wszyscy w czasie tego Momentu Pamięci łączyliśmy się w smutku i obietnicy wsparcia z Rodzinami tych Ofiar. Bo zakazy pandemiczne nie pozwoliły nam na fizyczny dojazd do tych miejsc, do ich domów, kościołów, hal komunalnych.

Więc dziś pojechałem w miejsce , gdzie dojazd był możliwy, a które jest poniekąd symbolicznym centrum tej tragedii, miejsce gdzie ludzie od kilku dni zbudowali małe upamiętnienie ofiar. Do Głównej Komendy RCMP (Królewska Kanadyjska Policja Konna) w Nowej Szkocji. Na moment ciszy, skupienia. Trwania. Pluszowy miś, kwiaty, napisy, dwa czerwone stetsony (jedną z ofiar była oficer tej Policji), flaga …

Dzień był słoneczny, ciepły. Obok gmachu Komendy znajduje się mały dziki park bagienny z małym jeziorkiem w centrum. Z dala od budynków mieszkalnych. Cichy, samotny. Poszedłem tam na swój cichy spacer, na moment refleksji, na myśl o tych, którzy tak niepotrzebnie zginęli. Bagienne torfowisku sprawiało swym charakterystycznym rdzawym kolorem wrażenie jakiejś smutnej procesji orszaku pogrzebowego. Ale zaraz gdzieś pojawiał krzak świeżych bazi, ciemnozielona gałązka sosny i modrzewia, poderwał się z gałęzi zaskoczony moją obecnością ptak… Życie z ciepłem wiosennego słońca wracało na moczary. I wróci ono do bliskich tych ofiar, choc wydaje się to dziś niemożliwe. Ale nie zapomnimy.

Horror of Long Term Seniors Care Centres

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my last article I have shared my reflections on the situation of seniors in our society during the coronavirus pandemic. How we, as a society, have to or ought to revise our responses to it; re-examine our ethical compass. More or less, I have challenged us to check if our own beliefs in our own societal, (but also individual) set of ethical and moral values holds the water. Or is it just a lofty goal fare removed from reality. The weakest are often the first ones we shamefully discard from our Decalogue of ‘do’s and don’ts’.

That was at the beginning of the epidemic and just on the edges of a serious crisis, when we heard of the tragedy in North Vancouver’s senior care home. And the full closure of all of them resulting in a practical lockdown.

But that was than. What followed in ensuing weeks, is just a full scale tragedy and collapse of the system. As Doctor Theresa Tam, our Chief Medical Officer, noted – almost half of our reported deaths were linked to care facilities or seniors homes.

In Quebec and Ontario we have learned of appalling, almost concentration camp-like lack of care and, practically speaking, an abandonment of the seniors by the operators of these centres.

There is no reason to hope that in other provinces the situation is very different and drastically better. To the contrary. Just today we learned of many cases and deaths in Nova Scotia seniors care centres.  There is very strong argument to expect the same everywhere in these type of centres. If not worse. Why? Because it didn’t happened in a vacuum. It happened on our collective watch. Under the eyes of provincial regulators and government. As we found out, but should have known much earlier, these controls and ‘eyes’ of public health were most of the time closed. Or wilfully blind by design. Don’t see – don’t know. Therefore: if I don’t know, I can’t do anything about it nor to feel guilty or at fault.

But they should feel guilty. They are at fault. We all are. 40 years ago seniors full care centres were little known and not very numerous.  But with the advance of modern medicine, extended life spans of all of us, that changed.  Some of us (before we die) in an advanced old age loose gradually a lot of physical abilities to be independent or to require only basic care and help from family and friends. Some loose  gradually mental capacity to take care of ourselves. That is even more dangerous.  Advanced age means also that all of our children (if we have any) are not young either, by the time we become very old and in need of help. Majority of advanced age seniors children are … seniors themselves.

And let us not forget the various types of dementia, with Alzheimer being the most dangerous of them, that seem to spread like a wild fire in recent decades. These conditions and ailments require a specialized, non-stop medical and household care. The word ‘medical’ is paramount. Dementia and Alzheimer are medical ailments that require medical treatment. Not just the mundane cooking and laundry and help with personal hygiene.  A progressive disease with no cure. Lethal.  But the length of it often is very long – from mild form to  almost  vegetative state in some cases.  Ugly. Robing the person of almost every shred of personal dignity. Shall I go on? No. A lot of you knows it, because someone close to you is going through it or went through it before dying, when one by one, every organ of your body stops working. Not like in a heart attack. That would be considered almost merciful.  A majority of you, who never encounter it in a family setting – will know it.

Why am I writing about it in painful detail almost? To make you understand, that if not majority, a very sizable number of full care Centres they are there because they have no other choices. Not because it is just more convenient for them. You know – the food that someone else shops for and cooks, the plates and dishes that someone else cleans after you, the laundry, the cleaning of your room, changing of bedding, doing your hair, your nails, your showers and baths  (at the end it is just wet sponge and wipes ), the moving you from bed to wheelchair and back. The list goes on. It is medically necessary. Like a hospital is not a hotel we choose to go to for fun. Like a hospital. That is another term I want you to remember.

 So we have two terms now to pay attention to: 1) the reason  for senior being in a centre like that is of medical nature, not simply an age or convenience;

2) the care, nurse and doctors check offs, adjusting and giving out medicine (pills, shots and the likes), medical treatment in general. At the end it also serves as a palliative care institution.

Again – as in hospitals. The difference is that hospital is an active medical trauma treatment centre, with vast array of diagnostic tools, and possibility of very decisive medical intervention. By nature designed for relatively short  stay.  Full care senior’s centres are designed to be a residence. Usually extending beyond one year, or close to it. Regular hospitals would be absolutely way too expensive to operate under such conditions. Hospitals offer acute treatment, with a goal of a cure for patient. Seniors homes offer light medical treatment (with no practical nor even idealistic goal for curing residents), safer environment and at the end of resident’s stay – palliative care. Unless when there is an unexpected accident that require hospital intervention or specific family’s requests for transfer to a hospital for more active intervention.

But let’s not make any wrong distinctions: both are of medical nature.  One short term and expectation of curing patient (hospital); the other very long term stay (by nature – final) and no expectation of curing patient – just making her/him safer and relatively comfortable.  Neither is an extension of home.   They try to be as much as possible – but they are not.  Governments spent huge amount of money to subsidize most residents stays there. Some can afford to pay it themselves, but it would be a minority as the costs are in thousands of dollars every month.  All provinces decided many years ago that it is more economical to let the centres be in private hands, run as businesses, then in governments hands.  And we let them.  Yes, it would have been more expensive to run them by government.  Just the labour cost by itself – in hospitals professionally trained staff is paid much higher rate, than similar staff in the centres. Of course other costs, too. For example continuing training and education of hospital staff versus very limited training of similar staff in the privately run centres. Hospitals are not run on a business model. And they shouldn’t be.  The Centres – are. The operators/owners are running a business, not a charity.

The results, in an emergency situation of even lesser magnitude than the pandemic, are the way they are. Tragic. Shameful. Incomprehensible.  Existing model is wrong and is not working under stress. Barely under normal circumstances.  We are left powerless, not even knowing what is happening to our parents, aunts, family members and friends, who are locked behind these walls.

This can not be put squarely at the operators feet. It is a fault by design and if not equal, at least a partial blame is on the side of the government.  The regime set-up to control and supervise the centres by province’s Health Authorities failed. Again – be design. By not making it robust and strong enough. By not following own rules, which by themselves are minimalist and weak.

If the provinces can’t guarantee a fast and permanent fixing of the oversight – it should take over the running of the establishments under its own umbrella and ownership. It is an extension of medical care.

If the model of having them in private hands is honestly believed as a more efficient one and better – than an extensive overhaul of the Health Authorities effective control and oversight needs to be undertaken almost immediately. With the public being clearly informed of the process, it’s goal and timetable for conclusion.  Proper staff-resident ratio must be established by the province and remuneration for employees should mirror the importance and the professionalism that is expected of them.  You can’t expect the staff to be paid near minimum wage and do properly the extremely hard work they do. Extremely hard and difficult – of that I know, for I have spent hundreds of hours in such facility. During daytime, at night, mornings, evenings. On purpose, as I wanted to make sure that ‘good’ things are not happening only during typical visiting hours. Helped them wash residents, change them, feed them. I can’t say: I wouldn’t do it for any money. No, I have done it for free. But if I was to work there, I wouldn’t under any circumstance be paid less than minimum twice as much as they were paid.  None of the blame could be placed under their feet.  Of that I’m certain.

The pictures in my mind of the neglected and left to their own inability to do almost anything residents in some of the Homes in Ontario and Quebec (I am also certain that they are like that in every other province) are seared in my brain and heart.  Most of you probably listened or read the recent stories. I will not repeat the details here. Sufficient to say, they are horrific, inhuman pictures.

Something must be done and we (that means you too, dear Reader) must make sure that it will. Call, write to you MP, to your premier, minister of health, minister of social services, senior’s advocate. Please, do.  Our mothers, fathers, aunts, uncles, cousins, grandparents, our friends – deserve better. You deserve better in the future, when you might (which is becoming increasingly common) become a resident in one of them.

List do Senatu

Stół Rozmów Polaków

by: Bogumił Pacak-Gamalski

Z inicjatywy Polek i Polaków spotykających się wirtualnie w grupie Facebook’a pod nazwą “Stół Rozmów Polaków’ powstał List do Marszałka Senatu, Tomasza Grodzkiego w sprawie terminu wyborów prezydenckich w Polsce. Ponieważ termin tych wyborów ustalany jest zgodnie z Konstytucją i stosownymi w tym zakresie Ustawami, takoż samo zmiana tego terminu ustalona jest wyraźnie w stosownym paragrafie konstytucyjnym i nie może być, poza nieprzewidzianymi w tym paragrafie sytuacjami, zmieniana, odkładany w czasie. Pomijając szczegóły tego paragrafu, w olbrzymi skrócie sprowadza się to do faktu, że aby zmienić termin w kraju musi być wprowadzony Stan Wyjątkowy. Jedynym odstępstwem może być wycofanie się z kandydowania wszystkich bez wyjątku kandydatów. Czyli wszystkich jednoczesna i identyczna decyzja publicznie zgłoszona. Pozostanie choćby jednego, choćby najmniej wiarygodnego kandydata – sprawie, ze taki kandydat siła rzeczy wybory wygra nie jako walkowerem: na Liście Wyborczej poza jego/jej nazwiskiem nie będzie nikogo innego! Prawo jest ślepe i czasem takie sytuacje się zdarzają. Treść Listu (podpisanego też przez szereg osób z innych ośrodków w Kanadzie, jak i też z Europy i USA) znajdziecie Państwo na końcu tego artykułu.

Stąd opór rządu Morawieckiego i Prezydenta Andrzeja Dudy (za naciskiem Jarosława Kaczyńskiego, de facto dowodzącego i rządem i prezydentem) by Stanu Wyjątkowego nie wprowadzać, a przez to zasłaniać się klauzula konstytucyjną uniemożliwiającą zmianę terminu wyborów. Sprowadza się to do zwykłej rachunkowości statystycznej. I wyrafinowania politycznego.

Opozycja w Polsce, mimo bohatersko reklamowanej na zewnątrz jedności w sprzeciwie wobec jawnie dyktatorskich i łamiących prawo rządów PiS, nie potrafiła wypracować i uzgodnić jednego tylko kandydata na Prezydenta. Mamy więc kandydata centrowego (PO i Kidawa-Błońska); kandydata Lewicy (Biedroń), prawicowej partii chłopskiej (PSL i Kosiniak-Kamysz). Do tego jeszcze kandydat (Bosak) partii faszyzujących skupionych w Konfederacji. Po stronie ultra-prawicy chrześcijańskiej PiS i jego drobne nadbudówki: partia ‘Porozumienie’ J. Gowina i partia ‘Solidarna Polska’ Zbigniewa Ziobry wystawiają naturalnie tylko jednego, wspólnego kandydata – Andrzeja Dudę.Pomijając Bosaka, który nie ma większego znaczenia ani szansy, mamy więc sytuacje podzielonego wyraźnie społeczeństwa na obóz rządowy i obóz demokratyczny. Tylko strona rządowa ma jedną tylko opcję: Duda, a strona demokratyczna aż trzy.

Matematycznie jest prawie niemożliwe by z tych trzech kandydatów w pierwszej turze ktokolwiek mógł zdobyć 51 procent głosów i wygrać wybory. Zakładając, że nikt – więc i Duda też – pierwszej tury nie wygra, 2 tura to już zupełnie inna para kaloszy. Na boisku zostanie tylko dwóch graczy: Duda i Kidawa-Błońska (wszystkie sondaże raczej taką tylko opcje na 2 turę przewidują). A wtedy sondaże mówią rzecz zaskakującą: Duda (nawet przy poparciu Bosaka z Konfederacji) przypuszczalnie wybory przegra.

I oto nagle w sukurs przychodzi … zaraza. Tak, pandemia koronawirusa Covid-19. Premier Moraczewski (podobnie, jak prezydent Duda, wierny bez zająknięcia władzy i poleceń Prezesa PiS) wprowadza faktyczny stan wyjątkowy używając dostępnych mu dyrektyw i rozporządzeń sanitarnych, epidemiologicznych, socjalnych – bez formalnego wprowadzenia Stanu Wyjątkowego przez Prezydenta. Więc (formalnie) zasłaniają się brakiem możliwości przesunięcia wyborów, bo wszak Stanu Wyjątkowego nikt nie wprowadził. A bez tego nie można.

A Jarosław Kaczyński, odwieczny manipulator i kombinator III RP od czasów jej powstania, nie do końca wierzy swojemu elektoratowi. I słusznie chyba, bo wyborcy PiS są wyborcami w większości koniunkturalnymi, tzn patrzą kto im da więcej i za mniejszą (lub żadną) pracę. Mówiąc językiem handlowym, transakcyjnym, to elektorat … łatwo przekupny. Ten ścisły, religijny prawie elektorat PiS jest tak naprawdę bardzo nieliczny. Więc pan Prezes wykombinował, że najlepszą szansą są jednak wybory 10 maja. Kwarantanny, rosnące przerażenie i lęk przed zakażeniem się, nakazy izolacji i nie zbierania się razem – skutecznie zlikwidowały jakąkolwiek kampanię wyborczą. Dla pozostałych kandydatów. Pan prezydent jeździe, pokazuje się stale w telewizji, spotyka z obywatelami. Przecież jest prezydentem, więc powinien być widoczny w czasie zarazy i pomoru, by ludziom dać otuchę! Nawet gdyby inni kandydaci zawiesili swoje kandydatury – pan prezydent tego nie zrobi. A jeden kandydat wedle prawa to liczba wystarczająca. Przecież nie można nikogo zmusić, by kandydował, więc o co chodzi?

10 maja jest prawie za miesiąc tylko. Epidemia dopiero nabiera w Polsce pędu. Jest prawie nierealne by do tego czasu uległa wyraźnemu zahamowaniu, by więcej nie zagrażała. W kwietniu może dojść do sytuacji (co zdarza się już w krajach o dużo silniejszym systemie medycznym i szpitalnym niż w Polsce) w której lekarze będą zmuszeni grać role boga decydując, komu dać szansę na przeżycie a kogo de facto skazać na śmierć. Zabraknie po prostu aparatów tlenowych. Tak się dzieje we Włoszech, w Hiszpanii i powoli w innych krajach. Tak się może zdarzyć szybko w bogatej Kanadzie, w Niemczech, raczej na pewno w USA, które przekroczyły już liczbę zachorowań w Chinach. Pierwszymi ofiarami takich drakońskich decyzji będą osoby po 60 roku życia. Czysta, zwykła (choć okrutna) kalkulacja. Dać szansę komuś 30-letniemu czy 60-latkowi, jeśli jest tylko jedna maszyna dla nich obu? Jak ty, gdybyś był lekarzem, byś wówczas zadecydował, gdyby ta osoba 60-letnia była twoją mamą, tatą? Może przy babci, dziadku byłoby trochę lżej … . Ta makabryczna wizja jest już realnością w niektórych krajach, gdzie ten wirus dotarł wcześniej.

I czy w takiej sytuacji ktokolwiek trzeźwy spodziewać się może, że wystarczająca ilość osób na wybory pójdzie i te ryzyko złapania wirusa i wrócenia z nim do domu podejmie? A wówczas ta własnie mała, religijnie wierna grupka zwolenników PiS może zadecydować o tym, kto będzie prezydentem Polski na następne cztery lata. I to jest kalkulacja pana Prezesa. Szarego Posła Rzeczypospolitej.

Kanada, 25 marca, 2020  

Do Pan Marszałek Senatu Rzeczypospolitej Polskiej Tomasz Grodzki

Pan Przewodniczący Komisji Spraw Emigracji i Łączności z Polakami za Granicą, Senator Kazimierz M. Ujazdowski

 Szanowny Panie Marszałku

My, niżej podpisani Polki i Polacy zamieszkali na stałe poza granicami Kraju, wyrażamy głębokie zaniepokojenie nieprzerwanymi przygotowywaniami Władz i czynników politycznych Rzeczypospolitej Polskiej do powszechnych wyborów na Urząd Prezydenta RP w dniu 10 maja 2020. Polska, podobnie jak większość krajów świata, jest w trakcie pandemii koronawirusa powodującego ciężką chorobę dróg oddechowych COVID-19.

Kraj jest dopiero w początkowej fazie epidemiologicznej i wszelka wiedza profesjonalnych środowisk naukowych wskazuje wyraźnie, że w krótkim czasie należy się spodziewać pogorszenia sytuacji, zanim nastąpi jakiekolwiek polepszenie.

Rząd i Samorządy Lokalne w Kraju wydały już stosowne przepisy kryzysowe, które w sposób drakoński – aczkolwiek słuszny – ograniczają wiele podstawowych funkcji normalnego, wolnego społeczeństwa.  Fundamentalnym przekazem tych przepisów jest maksymalne ograniczenie mobilności i kontaktów obywateli polskich, nakaz etyczny i prawny izolowania się od innych i przebywania w domach. Jest zrozumiałe, że tego typu obostrzenie bez względu na fakt, jak je formalnie określimy w przepisach i zarządzeniach i czy oficjalnie wprowadzi się określony konstytucyjnie stan wyjątkowy – uniemożliwia swobodne prowadzenie jakiejkolwiek kampanii wyborczej  i skutecznie ogranicza prawa wyborcze i polityczne obywateli, ich kandydatów na Urząd i partii politycznych.  Ma to też legalne znaczenie dla Polaków  mieszkających poza granicami Polski, którzy w miejscach zamieszkania podlegają lokalnym przepisom uniemożliwiającym lub bardzo ograniczającym czynny udział w wyborach. Wszystko to stawia pod dużym znakiem zapytania wyniki wyborów, ich akceptację przez społeczeństwo.

Te fakty same w sobie w sposób oczywisty winny wpłynąć na przełożenie terminu wyborów na czas po ustaniu zagrożenia epidemiologicznego. Ale ponad te zasady zdrowego funkcjonowania Państwa wyłania się rzecz wagi wyższej i najistotniejszej: bezpieczeństwo życia i zdrowia obywateli.  Dążenie do wyborów w niezmienionym terminie wydaje się być jakimś makabrycznym nieporozumieniem,  zagrożeniem zdrowia i życia osób, ich rodzin i znajomych, którzy w wyborach by udział wzięli.

Apelujemy przeto do Pana, Panie Marszałku i Pana Senatora Ujazdowskiego, który nas w Senacie reprezentuje, abyście podjęli wszelkie sposobne i możliwe kroki do powstrzymania tego procesu. Szczególnie Senat, Izba Parlamentu kojarzona ze spokojem, równowagą i refleksją godną senatorów Najjaśniejszej, winien mieć ku temu wyjątkowe znaczenie i usytuowanie w randze Instytucji demokracji polskiej.

Niżej podpisani nie reprezentują jednej, konkretnej organizacji lub zgromadzenia polonijnego. Reprezentujemy razem i z osobna szereg profesji, szeroki zakres aktywnego współuczestnictwa w polskim i lokalnym życiu kulturalnym, artystycznym, naukowym. Idea Listu powstała w kręgach Polonii kanadyjskiej, ale znalazła szerokie poparcie wśród naszych przyjaciół w innych krajach osadnictwa polskiego. Niektórzy z nas działają tu aktywnie od dziesięcioleci, inni od lat kilkunastu lub kilku. Co nas łączy to serdeczna nić z Krajem i wspólna troska o jego losy i dalszy rozwój.  I zaniepokojenie losami naszych rodzin i przyjaciół , których wybory w maju tego roku naraziłyby na niedopuszczalne i całkowicie możliwe do uniknięcia ryzyko.  Nie wyrażamy poparcia lub potępienia dla takiej czy innej opcji ideologicznej, politycznej lub wręcz filozoficznej.  Natomiast mamy głębokie przywiązanie do zasad zdrowej demokracji, pluralizmu i współuczestnictwa w procesach rozwoju społeczeństw, w których mieszkamy i społeczeństwa w Polsce.

Z wyrazami głębokiego szacunku

Anna Bocheńska, St. Catharines, Ontario; Agnieszka Bylicka, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Iko Bylicki, Vancouver, Kolumbia Brytyjska (b. wieloletni Prezes Vancouver Chopin Society); Lena Chorobik, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Bożenia Chudzińska, Seattle, USA;  Christian S. Ciesielski, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mieczysław Czarski, Ottawa, Ontario;  Jola Drożdżeńska, Port Moody, Kolumbia Brytyjska; Jerzy Goliski, Königs Wusterhausen, Niemcy; Kazimierz Klimek, Calgary, Alberta;Janusz Kowalski, Galiano Island, Kolumbia Brytyjska; Anna Krenz, Berlin, Niemcy (kurator non-conform art projects w Europie): Tadeusz Orłowski, Coquitlam, Kolumbia Brytyjska; Maja Urbanski, Toronto, Ontario; Bogumił Pacak-Gamalski, Dartmouth, Nowa Szkocja (b. red. naczelny Rocznika twórczości Polskiej w Kanadzie „Strumień”); Agata Pilitowska, Toronto, Ontario (aktorka, producent teatralny); Izabella Sobieska, North Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Jacek Surma, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Tamara Szymańska-Golik, Vancouver, Kolumbia Brytyjska; Mark Tucholski, Montreal, Quebec; Anna Wiaczek-Fustik, Bremen, Niemcy; Jolanta Woźniak, Surrey, Kolumbia Brytyjska; Marcin Żmudzki, Falls Church, USA (social media editor-coordinator)

Historia Murzynów Kanadzie

cz.2

Lojaliści murzyńscy przybywają do Halifaksu po Rewolucji Amerykańskiej

W stuleciu między połową XVI i XVII wieku w Nowej Francji (Qubec i okolice) zamieszkiwało około 1000 Murzynów. Byli to głównie niewolnicy sprowadzeni z Nowej Anglii (północno-wschodnie wybrzeże dzisiejszego USA) i Zachodnich Indii. Pierwszym sprzedanym w Quebec niewolnikiem sprowadzonym bezpośrednio z Afryki był Olivier Le Juene, w 1629. Przypadki takie były bardzo odosobnione, a olbrzymia większość Murzynów znalazła się w Nowej Francji i Akadii (później – po zdobyciu Akadii przez Brytyjczyków –  Nowej Szkocji) z terenów amerykańskich i z Karaibów, tzw. Zachodnich Indii. Niewolnictwo, mimo że legalne i we francuskiej i angielskiej Kanadzie, nie było ani masowe ani popularne. Częste były wypadki legalnego zrzekania się prawa własności i legalnego uwalnianie niewolników. Zwłaszcza w przypadku nowego, urodzonego już na tych terenach pokolenia. To była tzw. pierwsza fala osadnictwa murzyńskiego na tych terenach. W 1759 roku w Nowej Francji zarejestrowanych była już pokaźna liczba 3600 niewolników, z których tylko 1030 sprowadzonych bezpośrednio z Afryki. Olbrzymia większość z nich skupiona była w Montrealu i okolicach.

Wschodnie tereny dzisiejszej Kanady skolonizowane były w pierwszym okresie przez Francję pod dwoma niezależnymi jednostkami administracyjnymi: na południe i północ od zatoki i rzeki św Wawrzyńca była Nowa Francja, zaś część atlantycka tworzyła Akadię (dzisiaj Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i Wyspa Księcia Edwarda). Po przegranej przez Francje wieloletniej kampanii wojennej w wojnie z Anglią w Europie i Ameryce Północnej, Francja podpisała układ pokojowy w Utrechcie zrzekając się suwerenności Akadii na rzecz Wielkiej Brytanii w 1713. Ale zatargi terytorialne z Francja trwały jeszcze do drugiej połowi XVIII wieku. Efektem tego była m.in. straszna deportacja ponad 10 000 Akadyjczyków przez kolonistów brytyjskich i w konsekwencji poważne wyludnienie Nowej Szkocji. Stwarzwało to potrzebę i możliwość nowego osadnictwa, niezbędnego do rozwoju ekonomicznego kolonii.  Tak otworzyła się doga ku kolejnym falom osadnictwa murzyńskiego.

W ostatniej dekadzie XVIII wieku sprowadzono do Nowej Szkocji ok 800 Maronów z Jamajki. W kolejnych latach ta liczba wzrosła. Byli to wolni potomkowie niewolników w Karaibach, którzy na Jamajce stwarzali poważne kłopoty administracji brytyjskiej (a wcześniej hiszpańskiej) organizując regularne rebelie i de facto tworząc niezależne mini-państwo w terenach oddalonych od centrów portowo-politycznych. Czarnym Jamajczykom obiecano nadania ziemskie w Nowej Szkocji i pełna swobodę ekonomiczna i kulturową. Oczywiście rzeczywistość nie była tak różowa. Ziemię dostawali na ugorach, gorszą niż biali i mniej. Nowa Szkocja z ostrym klimatem i słabo rozwinięta ekonomicznie dla wielu okazała się piekłem zamiast rajem.  Maroni, nie będąc niewolnikami, bardzo się przeciw temu buntowali i protestowali.  Efektem tego była jedyna w tamtych czasach droga osadnictwa murzyńskiego … w odwrotna stronę. Z Halifaksu wypłynął  statek z czarnymi osadnikami do … Afryki. Do właśnie powstałego Sierra Leone i Freeportu. Łącznie tą drogą emigrowało do Afryki miedzy 1792 a 1800 rokiem blisko 1700 Maronów.  Ale olbrzymia część z tych, którzy przypłynęli z Karaibów do Nowej Szkocji zdecydowała, mimo trudnych warunków, tu pozostać.

Kolejną dużą falą osadnictwa murzyńskiego były wojny o niepodległość Stanów w 1812 i wojna secesyjna 1860-65.

Wojna o niepodległość USA podzieliła białych osadników na dwa obozy: tzw. Lojalistów, wiernych koronie brytyjskiej i republikanów dążących do ustanowienia wolnych stanów-republik. Z wielu względów tereny północne (szczególnie obszary które stworzyły późniejszą konfederację Kanady) kontynentu były zdecydowanie po stronie Lojalistów.  Ci zaś mogli liczyć nie tylko na własne siły, ale przede wszystkim na regularną armię brytyjską. Strona republikańska mogła liczyć jedynie na zaciąg do wojska i rezerwy lokalne, z kolonii. Naturalne stało się więc zabieganie o oddziały pomocnicze i zaciąg wśród niewolniczej ludności murzyńskiej. O wiele liczniejszej na południe od Nowej Szkocji i Wielkich Jezior. Lojaliści i władze administracji królewskiej wykorzystały ten moment obiecując wolność dla tych niewolników, którzy przejdą na stronę brytyjską. Faktem nie do przecenienia były też dużo silniejsze sympatie abolicyjne w północnych koloniach i prowincjach niż w południowych.

Efektem tych dwóch fal w drugiej połowie XIX wieku na terenach atlantyckich i w Górnej Kanadzie znalazło osiedlenie ponad 40 000 Murzynów. Była to, jak na ówczesne czasy, liczba poważna.

Od samego zarania była to mieszanina ludzi wolnych i niewolników. Ale z każdym rokiem liczba osób wolnych rosła bardzo szybko. Prawa lokalne, jak i tendencje z Europy sprzyjały emancypacji ludności murzyńskiej.  Bynajmniej, nie przedkładało się to na jakiekolwiek stosunki równouprawnienia w praktyce lokalnej.

Murzyni – mimo, że byli często podstawową siła roboczą przy budowie i rozbudowie miast, portów i dróg – traktowani byli, jako obywatele drugiej bądź trzeciej klasy. Mieszkali głownie na obrzeżach większych ośrodków miejskich lub poza ich granicami bez dostępu do najbardziej nawet prymitywnych usług miejskich. Po zbudowaniu linii kolejowych liczyć mogli jedynie na typowe prace porterów w tych pociągach – bez wyjątku te najniższe pozycje ofertowały im i tak zarobki jeszcze niższe od tych oferowanych białej biedocie. Nawet gdyby chcieli, nie byłoby ich stać na wynajęcie mieszkań lub ziemi na domki w miastach, zwłaszcza w Halifaksie. To odosobnienie wiązało się z brakiem wszelkiego, nawet najbardziej podstawowego, szkolnictwa dla ich dzieci. Brakło też miejsca i możliwości praktyk religijnych, kościołów. Murzyni i ich potomkowie z Południowych Stanów byli głównie baptystami – Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik zaś to albo kościoły anglikańskie lub protestacyjne z protestanckiej emigracji z Europy lub katolickie z ludności francuskiej po-akadyjskiej. Wszystko to stwarzało atmosferę jeszcze większego wyobcowania, ‘inności’ spotęgowanej odmiennym wyglądem (kolor skóry) i odmą niewolnictwa, która dla prostej ludności białej wiązała się z pewnym podczłowieczeństwem, niższą kategorią człowieka.

Ta atmosfera i wyraźna dyskryminacja przetrwała do czasów współczesnych. Dopiero ostatnie trzy, cztery dziesięciolecia zaczęły robić w tym poważny wyłom i stopniowo niwelować te podziały. Co generalnie wiązało się z nastrojami i prądami po II wojnie światowej w całej cywilizacji zachodniej i na całym świecie, które wysunęły pojęcia praw obywatelskich i praw człowieka , jako zagadnienia pierwszorzędne w organizacji społeczeństw i państw.

Ale stare przyzwyczajenie i złe nawyki nie łatwo zmienić aktem urzędowym. To wymaga lat edukacji i zmian sposobu myślenia. Zmian generacyjnych. Ciągle jest to  (dyskryminacja) widoczne w sposobie załatwianie spraw i widzenia świata w podstawowych służbach państwowych: nie ulega najmniejszej kwestii, że do dziś pewne obrzydliwe nawyki sił policyjnych opanowane są zmorą dyskryminacji i nierównego traktowania obywatela białego a Murzyna lub autochtona. Dowodem tego są więzienia i wyroki sądowe, gdzie ta ludność jest obiektem wyższych kar i karceracji niż jakiekolwiek statystyki zaludnienia by na to mogły znaleźć uzasadnienie.

Bardzo dobitnym przykładem przeszkód napotykanych przez Murzynów w Nowej Szkocji jest historia osiedla/kolonii Africville.

Brytyjski port Halifaks założono w 1749. Zbudowano go u wezgłowia Zalewu Bedfordzkiego. Przy budowie miasta bardzo poważny udział mieli niewolnicy murzyńscy i wedle źródeł ich miejscem pobytu były południowe brzegi tego zalewu, tuż poza rogatkami miasta. W 1761 w tejże okolicy nadano duże parcele białym handlarzom niewolników.  W 1836 zbudowano drogę łącząca te tereny z miastem.  Wiadomo, że w tym samym czasie mieszkały już tam rodziny wyzwolonych Murzynów, Maronów z Jamajki i uciekinierów z czasów wojny 1812. Wkrótce tą okolice nazwano Wioską Afrykańską – Africville. Nowego życia dla tej kolonii dodało osiedlenie się tam dwóch braci pastorów Browny – duchownych Zjednoczonego Kościoła Baptystów. Zbudowali tu kościół, który stał się centrum życia religijnego, socjalnego i edukacyjnego tej społeczności. Znane były i bardzo świętowane obrzędy chrztu, gdy dorośli wchodzili w białej odzieży w wody zalewu i tam, jak w biblijnym Jordanie, odbywał się chrzest. Zbierało to tłumy, w tym białych, obserwatorów tej uroczystości.

W krótkim czasie Africville została domem dla 80 murzyńskich rodzin. Domki bardzo małe ale kolorowe, z zadbanymi obejściami, poletka warzywne i kwietne ogrody. Dla wielu białych taka bliskość dobrze zorganizowanej społeczności była solą w oku.  Właściciele tych murzyńskich posesji musieli płacić podatki od nieruchomości ale w zamian miasto odmawiało im jakichkolwiek usług miejskich. Nie budowano dróg do Africville, nie założono tam elektryczności, sieci kanalizacyjnej, wodnej. W samej kolonii ani w pobliżu nie założono żadnej szkoły, do której mogłyby uczęszczać dzieci. Wkrótce wioskę przecięto,  budując poprzez nią linię kolejową i w związku z tym zburzono niektóre domki eksmitując ich mieszkańców. W pobliżu wykopano olbrzymie otwarte doły dla składowania miejskich odchodów kanalizacyjno-kloacznych. Szykany rosły z roku na rok. Ale rosła też zwartość i świadomość jej mieszkańców. W 1883, po licznych petycjach udało im się w końcu otworzyć w Africville szkołę publiczną.

Tymczasem rosło znaczenie ekonomiczne tego wąskiego pasma wybrzeża i plany industrializacji tych okolic. Z biegiem lat w okolicy graniczącej z Africville budowano ośrodki , których nie chciano w jakiejkolwiek innej dzielnicy Halifaksu. Więzienie, szpital dla umysłowo chorych, szpital zakaźny, kolejne wysypiska śmieci i odpadów, dalszą rozbudowę kolei towarowej. Było jasne, że niezależna, spójna duża osada czarnoskórych była bardzo niemile widziana przez niektóre środowiska, zwłaszcza te, które trzymały władzę w swoim ręku. We wczesnych latach 50. XX wieku Africville była zewsząd otoczona brzydotą taniego przemysłu, wysypisk śmieci i najmniej pożądanych elementów społecznych. Panowała ogólna opinia, że to zapadła, brudna dziura pełna typów spod ciemnej gwiazdy.

Jakby na przekór tej opinii, Africville było centrum dumy murzyńskich mieszkańców całej Nowej Szkocji, a nawet daleko poza jej granicami. Odwiedzający Halifax światowej sławy bokser wagi ciężkiej, Joe Louis, pytał się, gdzie jest słynne Africville i poprosił o zawiezienie go tam. W Africkville mieszkali rodzice żony światowej sławy pianisty Duka Ellingtona, który ich tam odwiedzał podczas wizyty w Nowej Szkocji. Wielka śpiewaczka kanadyjska, kontralcistka Portia White, po ukończeniu Uniwersytetu Dalhousie w Halifaksie, została nauczycielką w Africville w 1930.

Mimo przytłaczającego otoczenia, bardzo negatywnej opinii o osiedlu – Africville było bardzo zadbanym i kolorowym centrum życia murzyńskiego w Nowej Szkocji do lat 60. ubiegłego wieku. Ale ciągle aktywna niechęć do tej społeczności, wyrosła z czystego rasizmu i starej dyskryminacji, nie popuściła. Skutkiem knowań polityków miejskich i prowincjonalnych, wspartych finansowo przez starą kastę białych patrycjuszy haligońskich (określenie mieszkańców Halifaksu), na przełomie lat 40. i 50. XX w. odżyła koncepcja likwidacji Africville i wysiedlenia jej mieszkańców. W 1962 miasto ogłosiło plan budowy wielopasmowej arterii komunikacyjnej, która miała łączyć miasto Bedford i Sackville z Halifaksem. Losy Africville zostały przesądzone. Do końca tej dekady mieszkańców eksmitowano płacąc im minimalne odszkodowania za ‘niskowartościowy grunt’ i obiecując mieszkania i domy o dużo lepszym gatunku w Halifaksie.  W końcowej fazie eksmisji właściciele domków mieli ledwie parę godzin na spakowanie się i opuszczenie budynków. W mieście nie czekały na nich żadne dobre mieszkania, a nędzne odszkodowania na ogół nie starczały nawet na zapłacenie pierwszej raty na zakup innego domu. Po kilku latach z Africville, poza ugorem, nie zostało śladu, łącznie ze znanym kościołem Baptystów. Tylko wyrównany buldożerami ugór.

Nota bene – arterii ani nawet dwupasmowej szosy nie wybudowano do dziś. I nie planuje się. Lata 80. i 90. poprzedniego wieku zmieniły polityczny i socjalny charakter kraju. Dyskryminacja rasowa, etniczna odeszła do przeszłości a jej zewnętrzne charakterystyki zostały odrzucone i potępione. Nadszedł czas przeprosin, reparacji finansowych, rządowych komisji królewskich do zbadania przykrej przeszłości.   Czas uczciwego spojrzenia w lustro i przeciwstawieniu prawdy historycznej – legendom i mitom.  Kanada ten czas zużytkowała bardzo owocnie i dobrze. Nikt przeszłości nie wymaże. Ale wszyscy mają teraz jawny dostęp do faktów – nie tylko tych pięknych ale i brzydkich, niegodnych.  Są naturalnie tu i tam ciemne kąty społeczeństwa, gdzie rasizm i nienawiść do innych są kultywowane, są grupy którym się marzy powrót do ‘białej wyższości i czystości rasowej’. Do bycia ‘pełnym człowiekiem’, wyższym od ‘podludzi’ o innym kolorze skóry. To jednak już przypadki odosobnione patologii społecznej – a nie norma. Kraj, który jest autentyczną mieszaniną współżyjących grup etnicznych z całej kuli ziemskiej – jest krajem niemożliwym do wywyższania kogokolwiek i poniżania kogokolwiek.  Są naturalnie ciągle (jak wszędzie, niestety) duże bariery dostępu do społecznych awansów, możliwości. Opierają się jednak ściśle na klasowości ekonomicznej, nie etnicznej. Zadziwia mnie często, gdy w pewnych grupach emigrantów polskich w Kanadzie, jakże łatwo ulega się pokusie ideologii haseł rasistowskich, lub ściślej mówiąc, po prostu nie lubienia kolorowej ludności kanadyjskiej. I poczucia – nie wiadomo skąd wziętej – wyższości.  Szkoda, że nie spędzą trochę czasu na studiowaniu historii ich nowego kraju i nie przeczytają jak mieli się polscy osadnicy z końca XVIII i całego XIX wieku w Kanadzie. Zwłaszcza na zachodzie Kanady.  Tam Murzynów było bardzo mało. To emigranci z Centralnej i Wschodniej Europy byli takimi ‘białymi murzynami’.  W morzu anglosaskich urzędników państwowych i miejskich, oficerów policji, polityków, sędziów, nauczycieli w szkołach. W morzu ‘wyższej etnicznie klasy’.  Nie trzeba być ‘lepszym’ – wystarczy być dobrym.

Ostanie dwadzieścia lat przyniosło odrodzenie się historycznej pamięci, a nawet pewnej czci wobec historycznych wartości Africville w Nowej Szkocji.

Jeden z mieszkańców Africville powrócił do swojego miejsca w 1970 roku z namiotem i rozpoczął protest okupacyjny, który trwał  … 50 lat. Zakończył go dopiero w listopadzie 2019.

W 1996 Kanada ogłosiła Africville Miejscem Narodowej Historii. W 2010 Burmistrz miasta przeprosił za zniszczenie wioski i obiecał odbudować w historycznym miejscu replikę kościoła Baptystów. Dziś mieści on muzeum Africville i odbywają się tam doniosłe w liturgicznym kalendarzu msze. Zbudowano tam dwa parki, które służą wszystkim do spacerów i refleksji.

W styczniu tego roku wybrałem się tam na dłuższy spacer i ja. Dzień powszedni, zima – więc zbyt wielu spacerowiczów nie było. Czasem ktoś z psem.  Ta cisza nastrajała i wyobrażałem sobie te kolorowe domki wokół, biegające ze śmiechem dzieci, nawoływania rodziców, podszedłem do brzegów zalewu i wyobrażałem sobie procesje wiernych do chrztu w jego zimnych wodach… . Non omnis moriam – pozostali w pamięci.

Kilka dni wcześniej umówiłem się na spotkanie w Centrum Kultury Murzyńskiej Nowej Szkocji w Dartmouth. Za Ciceronów tego ośrodka służyli mi bardzo uprzejmie Russell Grosse, dyrektor naczelny Centrum i Rielle Williams, menadżerka programów i kuratorka.

Propagatorem idei takiego Centrum-Muzeum był w 1972 dr. William Oliver. To głównie za jego sprawą rozpoczęto budowę ośrodka, którą zakończono w 1983. Świetnie zorganizowana skarbnica wiedzy o osadnictwie murzyńskim w całej starej Nowej Szkocji (łącznie z zachowanymi śladami akadyjskimi przed inwazją brytyjską), czyli obszaru dzisiejszej prowincji i sąsiedniego Nowego Brunszwiku. Zgromadzono tu szereg materiałów z kolekcji prywatnych i publicznych i posegregowano w działy tematyczne, zabezpieczono przed fragmentaryzacją i zagubieniem.

Pani Williams opowiedziała mi szczegóły o kolekcjach i zaserwowała projekcję bardzo dobrze przygotowanego materiału filmowego z historii Murzynów tego obszaru. Zapoznałem się nie tylko z suchymi faktami tej grupy kulturowej ale jej niezwykłą specyfiką, powiązaniami i osiągnięciami prawie w każdej dziedzinie życia – mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności. Jest to społeczność bardzo nietypowa i zróżnicowana. Przecież nie reprezentują jednej grupy etnicznej, jak np. Szkoci, Anglicy lub Polacy. Nawet kontynentalnie nie są identyczni: nie zapominajmy, że do XX wieku prawie wszyscy osadnicy murzyńscy w Kanadzie przybyli tu nie z Afryki a ze Stanów lub Zachodnich Indii. Czasem w drugim lub trzecim pokoleniu już tam urodzonych. Dopiero wiek XX otworzył drzwi dla oryginalnej emigracji z Afryki. Ale i Afryka to przecież olbrzymi kontynent z wieloma grupami etnicznymi, rożnymi historiami i tradycjami. To właśnie przeciwności losu, niechęć lub wręcz nienawiść zewnętrznego otoczenia zmusiły ich do tworzenia kulturowej wspólnoty. Zmusiły do znalezienia istniejącego głęboko w podświadomości wspólnego centrum jednoty kulturowo-cywilizacyjnej. Kolebki człowieka i pierwszych wspólnot cywilizacyjnych.

Po powrocie z tej wizyty do domu sięgnąłem ręka na półkę i wyszukałem znaną współczesna powieść Lawrenca Hilla “The Book Of Negroes” (Księga Negrów). Ponownie przeczytałem kilka rozdziałów i zobaczyłem to nieco szerzej, nieco głębiej. Historia bieżeńców. Jakże wspólna nam wszystkim. I pokoleniowo, i cywilizacyjnie i jednostkowo. Mnie też. Też kiedyś nim byłem, niezupełnie z nieprzymuszonej woli. Byłem nawet bieżeńcem we własnym społeczeństwie: i w Polsce i w Kanadzie. Bo byłem wszak ‘inny’.

Może dlatego wszelkie dyskryminacje mnie mierżą, odrzucają. Może dlatego z tymi, którzy to przeszli – bez względu na ich pochodzenie, etniczność czy kolor skóry, łączy mnie jakaś nić serdeczna. Może. I podskórna, prawie genetyczna, łączność cywilizacyjna dużo głębsza niż łączność lokalna, etniczna. Europa, jako całość kulturowa (współczesna, nowożytna i antyczna) jest mi ważniejsza niż lokalność polska, niemiecka czy francuska. Tak, jak dla nich tą całością kulturową jest Afryka. Dumna.

Historia murzyńska Kanady

cz. 1 / part 1 (English summary at the end)

by: Bogumil Pacak-Gamalski

ewolucja społeczeństw/evolution of society; by B. Pacak-Gamalski

Największe imperia starożytnego i archaicznego świata przetrwały setki, czasem tysiące lat, głównie dzięki temu, że nie opierały się na etnicznej (lub, jak wielu by dziś powiedziało –  narodowościowej) asymilacji podbitych ludów.  Wielokulturowość nie jest więc, jak błędnie zakłada się dziś, wymysłem XX wieku. Były –naturalnie – odosobnione  wypadki siłowej próby pełnej asymilacji – na ogół kończyły się albo na biologicznej zagładzie tych podbitych ludów (co dziś określa się mianem ludobójstwa w prawie międzynarodowym), ewentualną pełną asymilacja i utratą związków z własnym językiem i tożsamością etniczno-kulturową albo stosunkowo szybkim upadkiem takiego imperium.

Z tak rozumianą ‘wielokulturowością’ w kontekście historycznym nierozłącznie wiąże się kwestia tzw. rasowości, czyli koloru skóry. O asymilację pełną i powolny zanik wszelkich tradycji kulturowych łatwo przy integracji ludzi do siebie fizycznie podobnych, niemal identycznych.  Kwestie religijne są tu mniej istotne, bo można nie tylko tolerować wieloreligijność (politeizm), może być ona de facto polityką władcy/państwa, jak miało to przykład w większości imperiów i terytorialnych podbojów świata antycznego (kultura hellenistyczna, staro-rzymska i wcześniejsze lub im czasowo zbliżone kultury basenu rzek Eufratu i Tygrysu). Religijność można też zmienić zdecydowaną i bezkompromisową akcją karno-policyjną poprzez fizyczną likwidację kapłanów, spalenie świątyń i miejsc kultu i zakaz świętowania takiej religii – tu przykładem najlepszym jest chrystianizacja Europy Środkowej, Północnej i Wschodniej. Konsekwencją będzie po latach albo owa pełna asymilacja albo pełna fizyczna (ludobójstwo) likwidacja ludów podbitych (przykładem znowu posłużyć może historia ludów bałtyckich: Prusów, Galindów, Sambów i in.). Wszystkie te procesy możliwe są jednak jedynie wśród ludów identycznych lub bardzo podobnych fizycznie.  Po jakimś czasie proces asymilacji uniemożliwia odróżnienie oryginalnych ‘swoich’ od ‘innych’.  A potomkowie ‘innych’ tracą sami świadomość ich ‘innego’ pochodzenia, obce są im też i nieznane tradycje, religie i odrębne języki ich przodków. Co stało się generalnie wśród ludów celtyckich, germańskich i słowiańskich.  Słowem – jakkolwiek okrutne to zjawisko – taka asymilacja jest możliwa i jest doświadczeniem większości grup dziś nazywających się Polakami, Francuzami, Włochami czy Niemcami.  I większością innych narodów świata, które u zarania były luźnymi, często zwalczającymi się plemionami,  na ogół zbliżonymi jakąś prastarą jednotą i pra-kulturą. Ale też i zlepkiem grup etnicznie sobie kompletnie obcych już od pra-dziejów.

Ale jak taką asymilację, taką ‘nową jednotę’ stworzyć przy kompletnie odmiennych i jaskrawych różnicach zewnętrznych? To pytanie daje początek koncepcji rasizmu. I choć historia starożytna rasizmu nie znała, a z geograficznych przyczyn (pierwsze imperia powstawały na skrzyżowaniach ras żółtych, białych i czarnych) różne kolory mieszkańców i sąsiadów ówczesnych państw i imperiów były stanem naturalnym – późne czasy nowożytne i współczesność stworzyły rasizm, jako jedną z najpotężniejszych motywacji w formacji państwowości, rozwoju (grabieży) ekonomicznym na szczeblu państwowym i jednostkowym.

Stąd, dla jasności wywodu i ze względów leksykalnych używać będę typowego i dla historii i dla lokalizacji określenia ‘rasy ludzkiej’ i pochodnego od tego słowa pojęcia ‘rasizm’ – mimo, iż są biologicznie i filozoficznie błędne – de facto istnieje tylko jedna rasa w naszym gatunku, a kolor skóry (odcień raczej) jest drobiazgiem genetycznie nieistotnym.

Kończąc ten wstęp warto oddać się kilku refleksjom.  Nie ma bodaj kraju na świecie, ani współcześnie ani w przeszłości, który nie ma ciemnych plam, gdy chodzi o prześladowania mniejszości rasowych, religijnych, społecznych. Czy będzie to głęboko zakorzeniony antysemityzm narodów cywilizacji europejskiej i jej przedłużeń w Amerykach (tam zwłaszcza, gdzie biali koloniści stanowili i stanowią większość) i Australii i Nowej Zelandii; dyskryminacja wobec tzw. rasy żółtej (głównie Chińczyków, Japończyków i Hindusów) i kolosalna dyskryminacja wobec ludności autochtonicznej, nazwanej z czystej arogancji i ignorancji ‘indianami’. Do tego włączyć należy cała masę uprzedzeń i prześladowań w historii wszystkich państw i narodów wobec lokalnych, specyficznych mniejszości: religijnych, etnicznych, seksualnych. Nie brakło tego bez jakiejkolwiek wątpliwości w historii Polski – starej i bardzo współczesnej. Nawet okres świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów (właściwiej by było określić tamtą Rzeczpospolitą – Rzeczpospolitą Obojga Państw, bo narodów było w niej zdecydowanie więcej niż dwa, zwłaszcza na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, które etnicznie zdecydowanie nie było litewskie) mimo stosunkowo dużej tolerancji i uprawnień wobec różnych grup – był okresem licznych dyskryminacji, a nawet prześladowań wobec ‘innych’.  II Rzeczypospolita (1918-39) była tyglem niesprawiedliwości etnicznych, religijnych. Okres straszliwej wojny totalnej to przykład szlachetnych i heroicznych ofiar etnicznych Polaków i instytucji Podziemnego Państwa dla ratowania żydowskich współobywateli. Niestety to też przykład, gdy stare potwory antysemityzmu wykorzystały hitlerowski aparat przemocy w aktach najgorszego okrucieństwa i barbarzyństwa (często związanego z chęcią ordynarnej kradzieży i grabieży mienia żydowskiego) wobec żydowskich sąsiadów.

Ze względów oddalenia geograficznego i – nolens  volens – politycznej niemożliwości (zabory) ominęły Polskę fale rasizmu wobec Afrykańczyków i sam tragiczny okres niewolnictwa murzyńskiego. Nie ominęło jednak generalne, eurocentryczne, poczucie wyższości cywilizacyjnej, kulturowej, rasy ‘Białych’ wobec rasy ‘Czarnych’.

Dziś, w XXI wieku, Kanadę uznaje się generalnie, jako jedno z najsprawiedliwszych państw świata, jako przykład sukcesu wielokulturowości, wielorasowości. Jako przykład dla przyszłości państw i ludzi. I to chyba słuszna (nawet jeśli trochę przesadzona i oparta na prostych mitach) ocena. Choćby dlatego, że pojęcie „Kanadyjczyk” nie zakłada z góry pewnej etniczności.  W każdym razie od końca XX wieku Kanadyjczyk to już nie synonim Anglosasa/Szkota lub Francuza. A od początków XXI nie jest to już nawet synonim potomka Europejczyków. To po prostu obywatel Kanady.

Ale by kraj ten stał się jednocześnie krajem autentycznej równości, zgody społecznej i wysoko zakorzenionej tolerancji wobec wszelkich mniejszości (a takim dziś jest uważam) musiał przejść przez trudny kurs własnej historii. Własnych uprzedzeń, niesprawiedliwości. I zbrodni. To kurs trudny. Wiele narodów się go podjęło. I nie wszystkie zdały egzamin. Polska usiłowała po 1999 ten kurs zacząć. Niestety, nie tylko egzaminu nie było, kurs definitywnie zamknięto po 2015. Z tym większą stratą dla Polski, z rosnącym zapóźnieniem kulturowym, cywilizacyjnym. I z ceną, jaką bez wątpienia trzeba będzie w przyszłości zapłacić.  

Pisałem już kilkakrotnie na tym blogu i w innych wydawnictwach o prześladowaniach i rasizmie Kanady wobec jej ludów autochtonicznych, tzw. Pierwszych Narodów (First Nations).

Dzisiaj o rasizmie i dyskryminacji rasowej wobec kanadyjskiej ludności czarnej, murzyńskiej. Wiąże się to w Kanadzie z lutym, Miesiącem Historii Murzynów ustanowionym przez Parlament w 2008 i powiązanym z tym Miesiącem Afrykańskiej Historii w Nowej Szkocji.

Chronologicznie temat ujmując można powiedzieć, że historyczne centra osadnictwa murzyńskiego w Kanadzie to Nowa Szkocja i Górna Kanada (dzisiejsze Ontario). Mówimy głównie o okresie XVIII i XIX wieku. W dużo mniejszej części Dolna Kanada – Nowa Francja, dzisiejszy Quebec. Pozostałe skolonizowane tereny były miejscem bardzo nielicznego i sporadycznego osadnictwa uciekinierów-niewolników ze Stanów Zjednoczonych (Victoria i Esquimalt na Wyspie Vancouver i jeszcze mniej liczne grupy w Albercie (m.in. w Edmonton). Niewątpliwie nieliczni Murzyni pojawili się już w samych początkach w Nowej Francji i w Acadii (dzisiejsza Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik), tak jak tłumacz kilku wypraw francuskich, Mario da Costa. Byli to zarówno wolni, dobrze płatni urzędnicy francuskiego monarchy, jak i niewolnicy na służbie europejskich kolonizatorów. Ale o autentycznych ‘falach emigracyjnych’, które miały wpływ na kształtowanie si Kanady i jej społeczeństwa można mówić dopiero od roku 1775 – wojny amerykańsko-brytyjskiej o niepodległość i osadnictwie tzw. lojalistów (zwolenników monarchy brytyjskiego) i niewolników z Ameryki, którym obiecano lepsze życie w Nowej Szkocji, pod panowaniem brytyjskim. Tą historię i reportaż fotograficzny zamieszczę w cz. 2, w kolejnym poście tutaj.

Short summary in English:

The most powerful imperia of the ancient world lasted hundred, if not thousands of years, because they did not try to forcefully assimilate ethnically conquered people. One would say that their concept of good governance and stability laid solidly in the form of (as we would say today) multiculturalism. There were those, who tried quickly assimilate the smaller (or weaker) groups, but it would mean always either total annihilation of such group by genocide; military displacement/banishment beyond borders of the empire state or partial genocide (cultural genocide) by killing the political and religious establishment and destroying material witnesses of former, conquered territories. The assimilating version usually proved short-lived and the new empire did not last for very long. There are, of course, exemptions to this scenario – but, as often in life – exemptions are just that – exemptions, not a rule.

The second form (cultural genocide) is the most common and lies at the foundation of most modern states, specially in the Old Continent. There is no factual anthropological reasons for existence of Poles, Germans or French and English (British) nations – they all are modern concepts and result of cultural destruction of former and separate entities. What was left from the original Slavs, Galls, Celtic or Germanic people after forceful christianization become a building stone of today’s nation. It wasn’t by any means a natural process or some form of evolution. It was a skilful political and military process.

That process is possible only if you are faced with different culturally but similar physically population. And by large extent the entire population of Europe in the entire Middle Ages looked very similar – white (or whitish, if you will). So after merely few generations you can create a new ‘ethnic’ construct: a people, who pray to the same god/s, speak the same (with regional variants) language. Beginning of a nation. In processes like that it is hard to developed racist attitudes, or hatred based on race. Hence the first objects of persecution in Christian Europe was two-fold: Jews, as recognizable minority and always living communally (in groups, not as individuals) and remnants of non-Christian Europe: tribes and people belonging to a group called Balts, in the north-east corner of Europe. As religion was, from archaic times, the fundament of laws and behaviour – they couldn’t be tolerated or fully accepted. Unless they agree to condemn and leave their old religion. Hence some old Baltic tribes were fully annihilated by German Order of Knights of Holy Mary, with the support of Polish Prince of Masovia. The Jews in Europe, from the times they moved to Iberia (today’s Spain), were not really of such threat, as they never own or rule over any territory. Their annihilation was not necessary – nonetheless, they were very much an affront to Christian faith for not accepting Jesus as the Messiah. And so antisemitism was born. And survived to this day. Reaching it’s monstrous apogeum during Holocaust.

Racism, in a form we understand today, had no place in the ancient empires, neither. All of them were based on territories more or less straddling lands between the valleys of Tigris and Euphrates, Asia Minor, southern tips of Europe and Northern Africa – a land of all three races. In imperial courts of Babylon, Persepolis or in Egypt you could daily see black, white and brown faces. It was normal, common. After the collapse of ancient order, specially in the Western Holy Roman Empire, Europe cut itself off common borders and neighbourhoods with Asia and Black Africa for all practical purposes. It wasn’t really until the end of Middle Ages and beginning of European colonial expansion into Africa and Asia that it begun. Specially toward the black Africans, who were by large technologically at a huge disadvantage and mostly pagans. The fact that slavery among Blacks was more popular than slavery among whites (there was such a thing in Europe but it related mostly to captured during warfare combatants and by the time of Renaissance – almost non-existent and, lets be honest, servitude of own peasants was enough to substitute the need for slaves) helped to sharpen the appetite for cheap labour among white masters. To build the case for buying humans as a property in Africa, Europeans begun to dehumanize Black Africans a bit, make it almost a subspecies, a subhuman. That’s how a true racism was born. That’s how it all begins. Bit by bit, word by word, joke by joke. By the end of XVII century slavery was fully accepted, flourished and in high demand. In continental Europe there wasn’t even really a high demand for cheap labour. Even after industrialization. There was plenty of cheap labour from countless underprivileged class. One could argue that it would have been more expensive actually to fill the factories and fields with actual slaves than with destitute free working class. But in the new colonies, especially one sparsely populated – the need was great. Hence – North America and West Indies. Slave owners paradise.

The first documented Black person, in what is known as Canada today, was Mathieu Da Costa, official and well paid translator for French rulers in their colonial expedition to New France (today’s Quebec) at the onset of XVII century. Certainly there were others, at that time probably free people. But that is only of historical concern. The actual Black immigration and settlement didn’t start here until XVIII century, while gaining strength in the following one. It contained both free people and slaves. Originally the main centres of Black settlements were in Nova Scotia and Upper Canada. Some in Lower Canada. Instances in Vancouver Island or Alberta were not until decades later and not very large as to make a social difference.

But that pivotal settlement of Black people on Atlantic shores and in Lower Canada is a very important part of Canadian history. And the history of racism and oppressive attitude by both, government and society at large, in Canada.

Canada today and Canadians are not the same as Canada 100 or even 50 years ago. We know ourselves as people living in a country that is the envy of the world, as far as being tolerant and equal in treatment of all Canadians. But it wasn’t always the same. In order to be the way we are now – it was necessarily to deal with the difficult history, difficult past. Every nation inspiring to be better, to grow – must take that hard lesson, swallow that bitter pill. To own our own mistakes and, yes, crimes even. As in treatment of many minorities – and none worse than that of Aboriginal People and Black people in Canada. I think that, to a large extent, we – Canadians – have done it in the past 20-30 years. Specially since the dawn of XXI century. The road is not finished , yet. But we are well on the way.

In the next , second part, I will write here more about the history of Black Canadians. Specially the one in Nova Scotia.