Wtedy, kiedy jest nam wstyd

Bogumił Pacak-Gamalski

Uroczy, stary Halifax. Po historycznym Quebec City, chyba najważniejsze miasto-brama w historii rozwoju i powstawania Kanady. To stąd głównie, z wielkiej bazy kanadyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej płyneły główne konwoje żołnierzy i materiału wojennego na pomoc Europie w obu wielkich wojnach. A nie były to konwoje ani małe ani dla Europy i Anglii mało istotne. Nie jedna bitwa i nie jedna kampania strategiczna lub taktyczna nie zakończyłaby się tak, jak się zakończyła gdyby nie te konwoje i tysiące żołnierzy z farm kanadyjskich. Wśród tych żołnierzy byli bez wątpienia chłopcy polskiego pochodznia. Emigracja polska do Kanady to blisko 200 lat czasu. Od biedoty chłopskiej z Galicji Wschodniej, przez uciekinierów przegranych powstań narodowych, masy żołnierskiej po tragicznie wygranej-przegranej ostatniej wojnie, po czasy współczesne: emigrantów z Polski Ludowej i masy solidarnościowej. Poza tą ostatnią, wiekszość przybywała przez Halifax – główny kanadyjski port na Atlantyku. Ktoś kiedyś może poświęci kilka miesięcy żmudnych badań archiwów w słynnym Pier 21 i obliczy ileż tysiecy Polaków tutaj postawiło pierwszy krok na ziemi kanadyjskiej.

Naturalnie, Kanada to kraj emigrantów i Polacy nie byli ani jedynymi ani nawet nie najważniejszymi liczebnie w osadnictwie kanadyjskim. Ale byli grupą znaczącą. Ślady tego do dziś znaleźć można nie tylko w muzeach i archiwach statystycznych ale na codzień: w nazwach osad, miasteczek, gór, a nawet regionach (słynne Kaszuby w Ontario).  Byli też Kanadzie potrzebni. Zaludnienie i zagospodarowanie kraju, który jest kontynentalnym olbrzymem bezwględnie przekraczało możliwości i Wielkiej Brytanii i Francji: kolonialnych rodziców dzisiejszej Kanady.

Dziś, jak każdy wysoko rozwinięty kraj, Kanada, podobnie jak Polska, potrzebuje stałego napływu emigracji z zewnatrz by nadążyć z dalszym rozwojem i normalnym funkcjonowaniem gospodarki. Tego procesu nie zmieni ani 500plus zlotówek ani 500plus dolarowe (nie, w Kanadzie nie ma tak bogatego programu, jak ten polski, bo nie jest krajem najwyraźniej aż tak zamożnym, jak Polska).  Zresztą programy takie często te braki siły roboczej bardziej jeszcze uwypuklają, czego przykładem jest właśnie Polska, gdzie brakuje bardziej niż przed kilku laty rąk do pracy, gdyż całe rzesze młodych Polek i chyba Poaków też, woli spędzać czas w domu niż w nisko płatnej pracy  I w dalszym ciagu (co, zważywszy domniemaną potęge gospodarczą Polski jest szokujące) trwa prawie identyczny rok-roczny exodus tysięcy Polaków do innych krajów, w tym do Kanady, w poszukiwaniu lepszego życia i zarobków. Ale nie o kłopotach demograficznych chciałem tu pisać. Chodzi o podejście do emigracji i emigrantów. Wiążące się z ekonomią bezwględnie. Ale też z podejściem od strony humanitarnej, czysto ludzkiej. Etycznej. Z podaniem ręki tym, którzy tej pomocy potrzebują. Często w tragicznych sytuacjach.

I Kanada nigdy tej ręki Polakom w chwilach ciężkich nie odmówiła.  Za co olbrzymia wiekszość Kanadyjczyków polskiego pochodzenia jest temu kraju wdzięczna i odpłaca mu się wielokroć przez aktywne i produkcyjne uczestnictwo w życiu tego kraju. Nie odmówiła i nie odmawia masie innych narodowości. Nie odmówiła olbrzymiej pomocy dla dotknietych niewyobrażalną tragedią bezwględnej wojny Syryjczykom, Irakczykom, Abisynom, Somalijczykom.  To właśnie zwrot w polityce emigracyjnej na jeszcze bardziej chojną i szybszą w początkach tragedii syryjskiej był jednym z ważniejszych momentów ostatnich wyborów kanadyjskich i zwycięstwa Justina Trudeau w walce o fotel premiera Kanady.

W pierwszym moim dziesięcioleciu życia w Kanadzie poznałem setki, dziarskich jeszcze wówczas, kombatantów polskich, byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wielu z nich zostało na całe życie moimi przyjaciółmi lub bliskimi znajomymi. Olbrzymia wiekszość przybyła do Kanady między 1946 a 1952 rokiem. Głównie statkami transportowymi właśnie do Halifaxu i stąd wyruszyła do Quebec, do Ontario, na prerie i aż nad wybrzeże Pacyfiku. Przybyli z kompanii wartowniczych w Niemczech po klęsce Hitlera, z obożow jenieckich i koncentracyjnych, z rozwiązywanych jednostek polskich w Anglii, Walii i Szkocji, gdzie dla nich nie było ani miejsca ani perspektywy  (Wielka Brytania po 1945, w porównaniu do Kanady, była krajem ubóstwa i powszechnych braków) na przyszłość. Moja fala, solidarnościowa, przybywała już tysiącami nie na pokładach statków a samolotów, więc lądowalismy na ogól najpierw w Montrealu lub Toronto – najbliższych lotniskach z Europy i stamtąd dalej samolotami do końcowego miejsca przeznaczenia.

Ale symbolem emigracji do Kanady, tak jak słynny Pawilon Ceł i Emigracji w Nowym Jorku, był właśnie Pier 21 – Nadbrzeże 21 w Halifaxie. Tutaj z tobołkami, walizkami przechodzili wszystkie emigracyjne formalności emigranci. Dziś z tej oryginalnej funkcji nic de facto nie zostało. Przbijają tu do tegoż Nadbrzeża dalej statki – ale są to komfortowe wielkie pasażery wycieczkowe (cruise ships) pełne zagranicznych turystów.

Otwarte jest jednak muzeum-archiwum emigracji, gdzie nie jest jakąkolwiek rzadkością a raczej codziennością napotkać Kanadyjczyków, którzy przyjeżdżają tu szukać pierwszych śladów swoich dziadów i pradziadów w Kanadzie. Dowiedzieć się po częsci kim są. Bo emigranci-uchodżcy mają tą dziwną podobność wstydliwego przemilczania wobec swoich dzieci i wnuków faktów ze swojej przed-kanadyjskiej historii. Tak, jakby po cichu wstydzili się swoich niezawinionych nieszczęść, lub tego, że stara ojczyzna ich potraktowała po macoszemu. Zwłaszcza ci z niskim wykształceniem. Może przykro im mówić wykształconym dzieciom i wnukom, że nie chodzili do szkoły, lub chodzili ledwie 3-5 lat, że byli biedni lub prześladowani za religie, za orientację seksualną (od szeregu lat to jedna z kategorii, którą Kanada uznaja za podstawowe prawo człowieka i sponsoruje osoby prześladowane za to w swoich krajach), za pochodzenie etniczne (ciągle najczęstsza i najokrutniejsza w skutkach forma prześladowania).

Przed tym Muzeum znależć można kilka wzruszających pomników przypominających losy emigranckie. I wdzięczność Kanadzie ale i wdzieczność Kanady za to, że poświęcili resztę życia temu krajowi, że go tak niewspółmiernie wzbogacili.

Kilka tygodni temu, w związku ze 100-leciem Odzyskania Niepodległości Polski, Polacy z Halifax, we współpracy z Kongresem Polonii Kanadyjskiej okręgu Quebec, z Konsulem Honorowym RP w Atlnatyckiej Kanadzie, odsłonili pamiątkowy kamień i tablicę polskiej emigracji do Kanady. Wartym zaznaczenia jest fakt, że sam głaz/kamień przywieziony został do Halifaxu z Polski – jakby symbolicznie reprezentując tym drogę naszą, polskich Kanadyjczyków (lub kanadyjskich Polaków) od Macierzy do Kanady.

Obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi wziąść w samej uroczystości udziału. Może i dobrze, bo ten kamień i tablica są słusznym ukłonem i potwierdzeniem naszej drogi emigracyjnej. Czym Kanada była dla nas i czym byliśmy i jesteśmy dla niej. A ja miałem takie dziwne uczucie, ktorego bym nie zaznaczyć tam nie potrafił. Uczucie wstydu za Polskę. I nie, nie za Polske mojej młodości – komunistyczną. Nie była  wszak nią z własnej woli. A dlatego, że była i ja się właśnie w Kanadzie znalazłem. Z wolnej bym wówczas za nic nie wyjechał. Te uczucie wstydu miałem za Polskę współczesną. Wolną, niezależną.

Otóż Polacy, kraj emigrancki, jak mało który z europejskich, w okresie jako-takiego dobrobytu (w porównaniu do krajów biednych poza tzw. światem zachodnim) ekonomicznego, kraj wolności demokratycznych i obywatelskich – pozwolili na to by ich własny rząd wyparł się wcześniej przez Polskę podjętych zobowiązań i odmówił przyjęcia nawet najmniejszej ilości uchodźców z Syrii, którzy w panice uciekali ze swojej ojczyzny objętej płomieniami strasznej wojny domowej. Oglądając w telewizji i gazetach zdjęcia martwych dzieci syryjskich wypływające na brzegi Grecji i Włoch – zatrzasneliśmy przed nimi bramy. Nie mając na to jakichkolwiek twardych dowodów (bo niemożliwe takie mieć w tych sytuacjach) ale opierając się na logicznym prawdopodobieństwie można z przerażeniem się domyśleć, że dzięki takiej decyzji Polski nie jedno więcej dziecko zgineło, nie jedna kobieta była zgwałcona, być może nie jeden mężczyzna zamordowany lub ciężko okaleczony.  I te myśli nie dawały i nie dają mi spokoju. I jako Polakowi i jako Kanadyjczykowi. A przede wszystkim, jako człowiekowi.

W ostrej walce politycznej spolaryzowanego i podzielonego do granic wytrzymałości społeczeństwa w Polsce można by wskazującym palcem pokazac na rząd, na prezydenta, na parlament, że to nie Polacy ale władza zachowała się okrutnie (i krótkowzrocznie). Ale można też , w pełnej świadomości tego, co mówimy, powiedzieć, że grzechy łatwo zwalać na innych, na tych przy władzy. Mimo wszystko jednak społeczeństwo, obywatele Polski na to władzy pozwolili. Więc odpowiedzialność za to spada też na całe społeczeństwo. W jakiś sposób, przez fakt, że Polska to też mój kraj, moja ojczyzna – spada ta odpowiedzialność i na mnie. Stąd wstyd za to tym większy. Mogę się wykazać i udowodnić, że przeciw temu protestowałem, że ostrzegałem przed takim wyborem. Ale może za mało, może za słabo? A przecież sam byłem uchodźcą w obozie kiedyś… Tak, jak olbrzymia wiekszość moich krajan w Kanadzie osiadłych, którzy tu się znaleźli, bo przed czymś uciekali, lub biegli ku lepszemu życiu dla siebie i swoich dzieci.

A tej chęci, tej gotowości pomocy nie znaleźlismy wobec tych, którzy po stokroć bardziej tego potrzebowali niż my. I stąd te uczucie wstydu.

A rząd i władza w Polsce? No cóz, tu słów nie znajduję. A te, które się cisną, do druku się nie nadają. Więc może dobrze, że na samej uroczystości być nie mogłem. Ostatecznie to był gest wdzięczności wobec Kanady i pokłon wobec generacji Polaków, którzy tu na przestrzeni dwóch wieków osiadali.

Byłem więc z własnej potrzeby dziś sam. Pamietałem jeszcze tych i znałem ich, którzy tu przybyli w latach nie tylko 30. ale i 20. ubiegłego wieku. Przyjaźniłem się blisko z tymi, którzy zdejmując polski mundur po Kampanii Wrześniowej, zakładali go zaraz ponownie we Francji, pod Tobrukiem, pod Narwikiem, szli przez Monte Cassino, przez Ardeny, by potem, bezdomni, znależć się w Kanadzie. Sam tu z plecakiem tylko przyjechałem. Kanady uczyłem sie przez radio od niezapomnianego Petera Gzowskiego w jego ‘Morningside’ na CBC, praprawnuku polskiego emigranta, Sir Casimira Gzowskiego. Więc im się poszedłem pokłonić. Ale to uczucie wstydu niosłem w sobie. Na koszulce miałem popularny w Polsce napis “KONSTYTUCJA z wyróżnionymi słowami JA i TY. Ja i Ty to MY. Wszyscy Polacy musimy o dobre imię Kraju dbać. I zachowywać się jak ludzie. Zwłaszcza wobec tych, którzy oczekują naszej pomocy a możemy im jej udzielić.

Advertisements

Od Atlantyku do Pacyfiku

Drugi, co do wielkości terytorium kraj na świecie, Kanada, spięty jest niby klamrą, dwoma największymi oceanami świata: Atlantykiem i Pacyfikiem. To okna Kanady na świat i bramy świata do Kanady. Atlantyk oddziela ten piękny Nowy Świat od Starego – Europy – a Pacyfik, otwiera jej okna na Azję.

Tymi ‘oknami i bramami’ Kanady po obu przeciwległych wybrzeżach są Vancouver nad Pacyfikiem i Halifax nad Atlantykiem.  W pięknym, nowoczesnym, wypełnionym wieżowcami ze szkła i metalu Vancouverze, wciśniętym między górami Coastal i cieśniną Georgia, miałem szczęście przeżyć ostatnie ćwierć wieku.  Oglądałem i obserwowałem to miasto zmieniające się w zaskakującym tempie w nowoczesną metropolię pędzącą w jutro i zostawiającą w tyle swą przeszłość i jej ślady. Dzisiejszy Vancouver i jego okoliczne miasta ledwo można rozpoznać od tych, jakimi były w latach 80tych i 90tych ub. stulecia. Po prawdzie ciężko poznać od okresu sprzed 10 lat ledwie. I jakkolwiek nowa, bardzo nowoczesna i oszałamiająco-przytłaczająca architektura, jest imponująca – trochę czasem żal starego, portowo-rybackiego Vancouveru, jego drewnianych domków, uliczek. Trochę z tych staroci gdzieniegdzie zostało, wciśniętych lub wtłoczonych między wielkimi bryłami wielkich wieżowców, ale wyglądają bardziej, jak skanseny niż żywe i tętniące życiem ulice, sąsiedztwa. To miasto zdecydowanie wybrało nowoczesność i jutro niż tradycję i wczoraj. Niewątpliwie ma tu znaczenie olbrzymi napływ nowych mieszkańców z krajów głównie azjatyckich (Indie i Chiny w przeważającej ilości), które nie maja do przeszłości miasta przywiązania. Oraz absurdalnie i sztucznie wytworzony klimat na ‘błyskawicznych milionerów’: właścicieli domów i mieszkań. Podczas, gdy faktycznymi właścicielami są nie ci, którzy podpisali dokument kupna a banki, które udzieliły pożyczek hipotecznych.

Uwagi te w niczym nie ujmują naturalnego piękna tego miasta, które wielokroć określałem, jako Rio de Janeiro północy. Z jego perłą pierwszej piękności: naturalnym Parkiem Stanleya łączącym nowoczesne centrum z Północnym Vancouverem przepięknym wiszącym mostem Lions Gate. Spacer nadbrzeżem tego parku od Akwarium koło Zagubionej Laguny do wyjścia na uliczki Denman i Davie to nie tylko wyczyn sportowo-zdrowotny, ale możliwość cieszenia duszy i oka przepięknymi widokami samego parku, jak i otaczających go fiordu Burard z jednej i Zatoki Angielskiej z drugiej strony.

 

Halifax zachował cały czar i smak starego miasta portowego. Rozbudowuje się zachowując umiar i formę uzupełniającą stare miasto i jego charakter a nie zmieniającą go. Prawie cała linia brzegowa właściwego Halifaxu pozostała poświęcona i utrzymana na usługach oryginalnego charakteru miasta portowego i obronnego i jego przemysłu i celu: porty, stocznie (w tym olbrzymia stocznia Irvinga budująca najnowsze okręty dla kanadyjskiej Marynarki Królewskiej) i główna baza morska Marynarki Wojennej. Z okien domu gdzie mieszkam widzę na wprost okręty wojenne przycumowane do nabrzeża pilnujące mojego spokojnego snu. Co prawda niemieckie u-boty nie węszą już w pobliżu portu, ale … strzeżonego pan Bóg szczerze, ha ha.  Budynków wojskowych jest zresztą w mieście cała masa i chwilami odnosi się wrażenie, że to miasto garnizonowe, co przypomina o tradycji marynarki wojennej w tym mieście, jako głównego bastionu obrony całej wschodniej Kanady. O czym dobitnie świadczą zachowane potężne umocnienia artyleryjskie Cytadeli Halifaxu górującej nad portem i całym miastem. Cały wielki wysiłek wojenny Kanady w I i II wojnach światowych byłby chyba niemożliwy bez Halifaxu i jego portu wojennego i handlowego.

Ze wzgórza cytadeli rozpościera się doskonały widok na centrum miasta i port. Jednym z najokazalszych, potężnych kamiennych budynków jest wyróżniający się gmach urzędu celnego u końca Mola 21 (Pier 21) – stąd wyruszały na zachód Kanady setki tysięcy imigrantów-osadników przybywających głównie z Europy – przede wszystkim z Wielkiej Brytanii i Europy Centralno-Wschodniej – by zasiedlić ten olbrzymi kraj-kontynent i zbudować to, co dziś znamy, jako Kanadę. Ostatnią taką olbrzymią falą była emigracja post-wojenna w latach 1945-52. Tędy przybywały statkami tysiące Polaków – żołnierzy Polskich Sil Zbrojnych.  Potem tą rolę przejęło rozwijające się błyskawicznie lotnictwo cywilne i porty morskie przestały być (w tej części świata) bramami emigracyjnymi.

W samym centrum przeważa zabudowa 5-10 piętrowa. I ta najnowsza i ta sprzed 50, 100 i 250 laty. Prawie nigdzie, w tym i w najnowszych dzielnicach, trudno znaleźć wieżowce wyższe niż 20-piętrowe, a i te niezbyt często. I podoba mi się to, przyznaję. Podobnie, jak tempo życia, które ma charakter dużo spokojniejszy i wolniejszy niż na Zachodnim Wybrzeżu.

Zaś pomiędzy Vancouverem a Halifaxem są nieopisanego piękna połacie kraju, które ostatnio obserwowałem i podziwiałem przez tydzień pokonując tą trasę. Po raz pierwszy od blisko 40 lat od jednego końca do drugiego, w jednej podróży.  Poza Prince Edward Island i North West Territories byłem w każdym regionie, ale nigdy nie przejechałem jednym ciągiem całego kraju. A to przeżycie wyjątkowe. Pewnie coś na kształt podróży Koleją Transsyberyjską.

Spojrzenie wstecz i o ludziach ważnych

Nie wiem, nie pamiętam dokładnie ale musiało chyba to być w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego wieku, gdy zetknąłem się po raz pierwszy z pojęciem ‘literatury emigracyjnej’.  Tej, która nie oznaczała pisarzy doby mickiewiczowskiej i norwidowskiej, a współczesnej. Kiedy się już zaczęło czytać Witkacego i Gombrowicza (ze starych, przedwojennych wydań z półek bibliotecznych rodzinnych lub u przyjaciół) to nagle pytania: no dobrze, Witkacy w łeb sobie strzelił w 39, ale co z tym Gombrowiczem? Pisać przestał? A gdzie ten Miłosz i czy Watt zginął?! Od nitki do kłębka i kopie małej, konspiracyjnej „Kultury paryskiej się znalazły i w bibliotekach uniwersyteckich to i tamto nie tak trudno było wyszukać. No a jak się już znało pytania to można je było po prostu zadać bliskim a starszym. I nie mogli po prostu tematu pomijać. Na nic zresztą czasu nie było.  A już szczególnie na dogłębną refleksję. Bo czas się walił i burzył w tych latach 70, które zakończyły się , oczywiście, 1980tym. Co się stało w tym roku – pamiętamy. Jakże to tam było Adasiu na tej Litwie Twojej? „O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,. A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy o tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy. /…/ Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem, jakieś oczekiwanie tęskne i radośne.” (Ks. 11 „Pana Tadeusza”) Mickiewicz pisał o 1812, moje pokolenie o 1980. Nawet byłem na tą jego, Mickiewicza, Litwę, do Wilna samego, zawiozłem postanowienia statutowe ‘S” i pełny wyrok Sądu Wojewódzkiego zatwierdzający „S”.  Wydrukowane na pierwszych stronach wielkiej (rozmiarem) ‘Trybuny Ludu” – oficjalnego organu KC PZPR! Co nie przeszkadzało, że przemiła konduktorka-Polka błagała mnie bym przed granicą to zniszczył. Przezornie podpowiedziała, że to, co się drukuje w komunistycznej prasie w Polsce – w Rosji grozi więzieniem. Sposobem swoim, dość dobrym, gazetę przewiozłem razem z ulotkami związkowymi i komu trzeba w Wilnie przekazałem.

W wielkim  skrócie czasowym przeskoczę do Londynu rok później, gdzie mnie losy rzuciły. I spotkania i rozmowy z tymi ludźmi z tej ‘tajemnej’ literatury emigracyjnej. I kilka publikacji w zakazanym (w Polsce) „Tygodniu Polskim”, „Gazecie Żołnierza” czy szanownym „Orle Białym”.  Potem, znowu koleją losów, korespondencja długa z Giedroyciem samym, jego przesyłki dla mnie do obozów uchodźców polskich w Italii, z prośbą o rozdawanie Polakom, by trochę nowoczesnego Zachodu zrozumieli zanim w nim się osadzą. Zacny Pan Jerzy, jak zawsze wiedział, co jest ważne, a co jest mniej ważne. Kolejne generacje jakby trochę ten zegar wartości zatraciły. Skutki w Kraju? Są takie, jakie widzimy

Znowu kolejny skok czasowy i ląduję w Kanadzie, gdzieś pod Górami Skalistymi, w mieście, o którym pierwszy raz usłyszałem przeglądając mapy Kanady w Ambasadzie Kanady w Rzymie… . Jest znowu czas akcji a nie refleksji. W Kraju stan wojenny. Wojna jaruzelska. Nie ma czasu na poszukiwania, dywagacje. Trzeba coś robić. Ten pośpiech i ten nakaz nie zawsze na najlepsze wybory kierował. Ale – cóż, jak ‘pan każe, sługa musi’. Wychowano mnie jednak w tym tradycyjnym poczuciu obowiązku wobec. Wręcz nakazie. A będąc ciągle bardzo młody, czyli w wielu sprawach głupi – za nakazem szedłem niemal ślepo. Mimo to własna już jako-taka wiedza i przezorne napomnienia z czasów obozowych otrzymane od Giedroycia (no i chęć publikowania) szybko utwierdziły mnie w przekonaniu, że najważniejszą z robót pro-polskich jest robota ‘w kulturze’. Zwłaszcza tej przez duże K. Centrum było w Toronto wówczas już. Aż dwa bardzo dobre i poważne tygodniki: „Związkowiec” narodowców i bardziej demokratyczny „Głos Polski”. W Winnipeg był zacny „Czas”. W każdym, często publikowałem, na ogół (co młodego pewnie łechtało ale i w pewną zbyt może ślepą uliczkę talentu i ważności wpędzało, ha ha ha) zawsze na pierwszych stronach. Dzięki temu udało się wiele znajomości dobrych zawrzeć. Potem z obozu internowania przyjechał Edek Zyman, kilka lat dobrych starszy i już z pewnymi osiągnieciami literacko-redakcyjnymi. Wkrótce został naczelnym „Głosu” w Toronto. I był bardzo dobry. Ale też, sprytnie wykorzystując znajomość, trochę mnie do swojego tygodnika ‘przywiązał’ a nie jest dobrze młodemu piszącemu zbyt się wiązać z jednym tylko tytułem… Mroczkowski (naczelny „Czasu”) w porozumieniu z dyrekcją prasową proponuje mi objecie tego „Czasu”. Na szczęście odmówiłem. Pismo już przymierało trochę, warunki finansowe – straszne. Czytam wspaniałych poetów ‘kanadyjczyków’: Iwaniuka i Śmieję z Toronto. Zwłaszcza Iwaniuk mnie poraża potęgą swej poezji. Zaprzyjaźnione małżeństwo pisarskie Adama i Ireny Tomaszewskich  sugeruje bym poznał koniecznie Buszę i Czaykowskiego z Vancouveru. Coś słyszałem, pewnie czytałem coś-gdzieś. Ale nie aż tak specjalnie, bym znał ich twórczość.

Kolejny skok. Ląduje w 1994 tutaj, w Vancouverze właśnie. Na stałe, w każdym razie na bardzo długo. Już kilka lat po wojnie jaruzelskiej. I kilka lat po odzyskaniu suwerenności. Bez jednego de facto wystrzału, bez szubienic i zemsty. Z czego bardzo byłem Polsce wdzięczny i dumny z niej za to. Ląduje już nieco mądrzejszy. Już nie trzeba być w okopach, na przyczółkach. Można robic, co samemu uzna się za ważne. Lub, co samemu umie się robić i ma to, we własnej decyzji, sens większy.  Więc zdecydowanie nie w typowej, tradycyjnej organizacji polonijnej. Po prawdzie, wyznać muszę bez skruchy,  Polonia jako taka bokiem mi już wychodziła. Jacyś panowie tu piszący do prasy lokalnej polonijnej odnajdują mnie tu jednak i przekonują, że takie pióro, jak moje – milczeć nie może. Tym razem, już trochę starszy będąc, na taki lep bezmyślny nie dałem się od razu złapać. Mimo to, po namowach, zgodziłem się czasem coś napisać. Ale o jakimkolwiek ‘dziennikarzeniu polonijnym’ mowy być nie może. I tak zostało. Potem ‘przez Mamę’ wstąpiłem do grupy „Pegaza”. I nagle ciekawych ludzi i trochę wariateńków spotkałem. Zwłaszcza świetnego rzeźbiarza a nade wszystko artysty z krwi i kości (również w tych negatywnych wyobrażeniach o artystach) – Ryszarda Wojciechowskiego. Poetów: Dornię, Piotrowską, Zambrzycką, Tylmana i niesfornego ale zdolnego Siedlanowskiego. Innych ciekawych ludzi tam bywających. Mały skok czasu – i powstaje z tego „Strumień’, rocznik twórczości polskiej tu, na Zachodzie Kanady. Kolosalna praca każdego roku, nad każdym wydaniem. Tylko raz do roku (czasami z przeskokiem) a trudno wyobrazić sobie ile zarwanych nocy, wszystkie dni wolne temu poświęcane przez blisko 10 lat. I satysfakcja potem w odwiedzanych archiwach uczelnianych, bibliotekach w Polsce, instytutach, gdzie tenże „Strumień” każdego roku był z radością oczekiwany. Zapis trwały. Nie zagubiony na kartkach gazetowych, blogowych… Z redakcją podejmują współpracę wspaniali ludzie i fachowcy wyjątkowi w swych dziedzinach, profesorowie: Andrzej Wróblewski (były rektor ASP warszawskiej, jeden z ojców współczesnego polskiego dizajnu) z przeuroczą (i bardzo madrą) małżonką, Ireną; Anna Gradowska, historyk sztuki; Maria Jarochowska, antropolog. I – tu drugi, a być może ważniejszy, temat tego artykułu: poeci Bogdan Czaykowski i Andrzej Busza. W końcu życzenie Adama i Ireny Tomaszewskich z Toronto się ziściło. Poznałem ich. Poznałem też w końcu ich poezje. Ośmielę się powiedzieć, że poezję ich poznałem dobrze. U Czaykowskiego było to łatwiejsze. I rodzaj poezji przez niego tworzony i jego osobowość były jakby łatwiejsze, bardziej otwarte. Bliższe norm do jakich (zwłaszcza w emigracyjnej literaturze polskiej) przywykłem, jakie znałem najlepiej. Do Buszy musiałem się przybliżać, jak kot. Powoli i trochę nieufnie. A dla tych, którzy kotów nie znają bliżej, zdradzić muszę, że jeśli już kot z nieufności zrezygnuje – przyjaźń zachowa do końca dni i bardzo zazdrośnie. I tak któregoś dnia pękła moja nieufność wobec poezji Buszy. To klejnot literatury czystej.  Miejsce, gdzie zlepiają się, jak w rękach dobrego murarza, lepiszcza wszelkich minerałów.  Jego wiersze to spowiedź lub opowieść wędrowca, tułacza. Bez jakiegokolwiek sentymentalizmu czy tradycyjnej tęsknocie za miejscem, czasem, chwilą. Opowieść przez kontynenty, kraje, kultury, cywilizacje. Pewnie trochę, jak jego życie. Jest w niej jednak coś więcej, coś ponad erudycję i spotkania z innymi kulturami i wpływami kulturowymi. To nie pocztówki literackie. Busza nie jest w poezji reporterem Kapuścińskim, nie jest też typowym uchodźcą ani bieżeńcem. Jest człowiekiem dziwnych, jakby rewolucyjnych czasów. Czasów nowej Wędrówki Ludów, która trwa prawie od końca II wojny światowej do dziś i nie widać jeszcze jej zmierzchu, finału. Wędrówka nie tylko ludów ale ich kultur, ich tradycji. I zderzanie się tych tradycji z naszymi. Stąd, gdy pisze o czymś lub kimś z jakiś agor greckich, jakiś piazza lub willi rzymskich, z lasków oliwnych w Palestynie, postaci z kart literatury anglofońskiej – pisze o tym, jakby o kimś, kto wczoraj z nim rozmawiał, jak o znajomym bliskim. Czasy przestają być rozdzielone epokami, przenikają się wzajem. Podobnie, jak odczucia, emocje, refleksje. Nad wszystkim dominuje człowiek. Nie Polak (choć możliwe), nie Anglik (dopuszczalne), nie Palestyńczyk (czemu nie) lub Rzymianin z czasów Cesarstwa – człowiek z tego wszystkiego. Zewsząd i ze wszystkich czasów. Ja. Ty. On.

Na ogół zamyślony, nawet jeśli czymś bardzo intensywnie zajęty. Bo jakby świadom tego, że to tylko chwila, też może złudna. Stoicyzm? W pewnym sensie – tak. Ale nie w klasycznym rozumieniu, że nic nie jest stałe – przeciwnie, w tym chaosie miejsc, epok i zajść człowiek i jego epos jest pewnym constant, czymś stałym. Z pasjami i ich odpływaniem, z młodością, wiekiem dojrzałym i odchodzeniem.

Ostatnie spotkanie w Surrey, w bibliotece w Guildford w maju tego roku, zorganizowane przez właśnie grupę „Pegaza”, z Andrzejem Buszą, miało za temat nie jego poezje a jego prace związane z Conradem-Korzeniowskim.  I co interesujące, ten temat też w pewnym stopniu pozwolił nam spojrzeć na Conrada z innej perspektywy. Owszem, polskiej. Ale i światowej. Człowieka jakby reprezentującego nowe, ‘nieumiejscowione’ czasy wymieniających się, stykających kultur i ceny globalizacji. Temat pasjonujący i ważny dla Buszy-conradysty. Wymagałby osobnej jednak relacji opisu, który tu mi się nie mieści. Może jeszcze czas nadejdzie na refleksje i o tym. Udało się jednak i przez zapowiedź pani Krystyny Połubińskiej i mój na temat poezji Buszy właśnie, wstęp coś o Buszy-poecie powiedzieć. A pan Konsul wręczył poecie bardzo stosowny dyplom uznania i podziękowania za jego twórczość. Więc i Andrzej Busza nie mógł się do tych sytuacji nie odwołać i wielką nam przyjemność zrobił kilka wierszy swoich czytając. Na zakończenie mieliśmy też możliwość zakupienia najnowszego tomu poezji zebranych, pięknie wydanego „Atolu” Andrzeja Buszy. Ze wszystkich egzemplarzy przyniesionych przez autora ani jeden się nie ostał. I były to zakupy najciekawsze, jakie Państwo zrobiliście w ostatnich czasach. Zaręczam. Nie czytajcie jednym tchem. Dajcie sobie czas na jego poezje. Wracajcie wielokroć na jeden-dwa wiersze. Jak tenże kot – dajcie sobie czas na zaprzyjaźnienie się z nią. Warto.

(zamieszczone zdjęcia poniżej są autorstwa filmografa Krzysztofa Wołoczki)

 

(zdjęcia poniżej autorstwa Andrzeja Sobieskiego)

VCS Gala Concert in Vancouver’s Playhouse Theater

Bogumił Pacak-Gamalski
/synopsis in English – full article in Polish below/
10-DSC00173
R. Blechacz, Vancouver, May 22, 2018 /photo: B. Pacak-Gamalski/

Vancouver Chopin Society presented on April 22, at the Playhouse Theater, a concert of Rafał Blechacz—one of the best pianists of his generation.  It was not the first time Blechacz performed in Vancouver—the same society gave us the opportunity twice before: in May 12, 2013 and May 02, 2008.  In 2013 (at Chan Centre) it was a special Gala Performance for the Society’s 15 Anniversary, this year it was the 20th Anniversary. Are we to conclude that next time Blechacz will play for us on the West Coast is going to be in May 2023, on the 25th Anniversary? If that’s the case—worth waiting for.

The last wonderful concert of this amazing pianist at the Vancouver Playhouse Theater was nothing short of a musical delight. The boyish, almost diminutive body hides a giant of the keyboard. Yet, his touch, the way he plays, seem to be effortless, ever so gentle and delicate. There is very seldom a dramatic gesture or a theatrical swoop of his fingers dropping down like a bird of prey on the black-white keys of the piano. It is much more like a delicate hovering just above them and almost willing them to produce a sound without a physical touch. But let be assured that when it comes to long and very exhausting passages of Schumann’s Sonata in G-minor – he does do the physical work perfectly. And so in the famous, grandiose theme in Chopin’s Polonaise No 6 in A-flat major!
Vancouver Chopin Society – you couldn’t have found a better gift for yourself and for us, Vancouverites, to celebrate your 20th Anniversary!

Rafał Blechacz took us on a chronological  journey through the end of XVIII to the half of XIX century in music.  Definitely most revolutionary 100 years in music development of Western Civilization. In perfectly scored, full of baroque charm of Mozart’s Rondo in A minor; and a full Sonata No 08 of the same Austrian genius. Followed by no other but arguably the greatest of composers, Ludwig van Beethoven ‘s  Sonata No 28 in A major. Both composers in their sonatas heralded at moments the coming of end of both, the classicist and baroque style of music and gave hints of what was to be known in art as the Sturm und Drang—the protagonist to romanticism.

22 maja, w Playhouse Theater miał miejsce szczególny recital:  Koncert Galowy 20-lecia Vancouver Chopin Society, jednej z czołowych organizacji muzycznych wyjątkowo zasłużonych dla kulturalnego milieu Vancouveru.  Naturalnie ze szczególnym naciskiem na propagowanie muzyki Pana Fryderyka, wszak nie jedynie.  Pięć lat temu, 15-lecie organizacji celebrowano w Chan Centre występem właśnie wschodzącej gwiazdy firmamentu pianistycznego, Rafała Blechacza.  Koncert ówczesny był sukcesem. Więc dziwić się nie można, że postanowiono sukces powtórzyć i zaprosić pianistę ponownie w tym roku. Tym razem już zdecydowanie nie wschodzącą, a w pełni już widoczną gwiazdę muzycznego nieba. Co dało się wyraźnie zauważyć już od pierwszych taktów, które popłynęły  z koncertowego Steinwaya ku widowni.03-DSC00164

W spotkaniu i przyjęciu po-koncertowym znajomi zadawali mi pytania dlaczego taki a nie inny repertuar pianista wybrał, co jest lub może być powodem takich a nie innych wyborów muzycznych na koncertach? Zapewne bywa tych powodów wiele: od dość pragmatycznych (muzycy to wszak też ludzie i wolą grać utwory dobrze przez siebie opanowane), sytuacyjnych i wręcz geograficznych (u gospodarzy miło jest zagrać coś, z czego sami są muzycznie dumnie:  w Budapeszcie Liszta, w Warszawie Chopina lub Szymanowskiego, w Niemczech—tu sporo do wyboru— Bacha lub Beethovena, itd..). Podobne pytanie skierowano do obecnego na koncercie cenionego komentatora muzycznego Vancouveru, Geofreya Newmana, który starał się najlepiej, jak potrafił to wyjaśniać. Mnie w doborze Blechacza na ten koncert uderzyła wyraźna chronologia  utworów i kompozytorów.  Wątpię aby przypadkowa. Mozart, Beethoven, Schumann i Chopin. Jeżeli Bachowska fuga i canon były filarami epoki przeszłej baroku i klasycyzmu, to właśnie Mozart i Beethoven, jedni z najbardziej uznanych geniuszy muzycznych czasów nowożytnych, byli heroldami nowego: romantyzmu. Romantyzmu, którego czołowym przedstawicielem był Schumann, a kwiatem najbardziej chyba z tą epoką związanym, właśnie Chopin.

Mozart był tego ‘przechodzenia’ ze starego w nowe chyba przykładem najlepszym. I stąd być może czysto barokowe Rondo c-moll było ukłonem wobec odchodzącej epoki salonowych kontredansów, menuetów i utworów ściśle sakralnych na rzecz tegoż nadchodzącego ‘nowego’ wyrazu muzyki. Blechacz zagrał rondo z wyjątkowa elegancją i starannością godną sztywnych reguł i zasad rządzących ówczesną muzyka salonową. Rondo Mozarta jest utworem tanecznym wedle ścisłych reguł spisanym i jakkolwiek nie do potańcówki go skomponował—ale tańczyć  go bez przeszkody można.  Raczej niemożliwością by było ‘normalne’ tańczenie szopenowskiego mazurka, gdzie melodia i tempo tańca były tylko luźnym szkicem, który posłużył Chopinowi do roztoczenia wizji muzycznej o skali  wielokrotnie wyższej niż sam taniec spod wiejskiej chaty i małych dworków by świadczyć miał.

Grana po Rondzie Sonata a-moll, K310, była już zgoła innym utworem.  Jakkolwiek  w finale (Presto) łatwo  odnaleźć melodie właśnie ronda o tyle Alegro maestoso i Andante cantabile już dają wyraźnie postrzec proto-romantyczne nastawienie na wyrażanie uczuć ludzkich w ich nagim, emocjonalnym kształcie. Jak choćby uczucia kompozytora spowodowane śmiercią matki w 1778.  W nagłych, nie anonsowanych zmianach tempa i ustalonej tonalności.  Cały ten, wypełniony  omal ciemnym żalem pozorny chaos w sposób wyjątkowo czysty i wierny odtwarzał Blechacz bezbłędnie. Każdy dźwięk był wyraźny, niezagubiony i  nie zagłuszony następnymi.

08-DSC00171I w końcu sam wielki Ludwig van Beethoven.  Sonata A-dur Nr 28, op. 101. Ilekroć jej słucham w wykonaniu innych pianistów, zawsze  jakby inaczej brzmiała.  W tempie pozornie tym samym ale jakby mniej lub bardziej ekspresywnie wyrażanym. Być może to  jej ‘specjalność’. Sam kompozytor nie ukrywał pewnego rozczarowania, wewnętrznego smutku wynikającego z czekających Europę wielkich zmian politycznych, własnego zdrowia (zauważalna już utrata słuchu), starzenia się.  Jest bardzo klasycznie zbudowana, ma echa fug, canonów bachowskich. Ale silnie emocjonalna.  Blechacz, wydało mi się i tu, znalazł złoty środek. Być wierny każdej nucie. Bez pośpiechu i bez ukazywania własnych emocji, bez ulegania chęci zabłyśnięcia w trudnych figurach muzycznych, lub raczej bez chęci przygaszenia blasku muzyki blaskiem własnej techniki pianistycznej. A nie łatwo się tego wyrzec przy częstych i dość długich trylach … .

Część druga  koncertu osiadła od razu silnie w muzyce romantycznej.  Robert Schumann, przez wielu uznawany jeśli nie za ‘naj’,  to jednego z  największych kompozytorów Romantyzmu.  Jego Sonata  Nr 2 op. 22, często zwana ‘Wielką’, komponowana była przez artystę w okresie kilkuletnim,  przy surowej asyście Klary Wieck, późniejszej żony kompozytora, zdolnej i popularnej pianistki niemieckiej. To właśnie Klara była finalnym edytorem pierwszej publikacji sonaty i miała duży wpływ na kształt ostatniej części sonaty: słynnego Presto. Ta pełna, czteroczęściowa sonata nie jest utworem łatwym do grania. Wymaga nie tylko wysokiej dyscypliny pianisty ale i dobrze opanowanej techniki. Zwłaszcza w  pierwszej, określonej, jako ‘rasch wie moglich’ (możliwie najszybciej), by potem powrócić z wyższym jeszcze wymaganiem technicznym w końcowej partii (owe słynne presto) ostatniej części ronda.  Końcowej edycji tegoż presto dokonał nie kto inny, jak Joachim Brahms, uznawany przez Schumanna za geniusza muzycznego.

Było wielka przyjemnością słuchać tą sonatę w wykonaniu Blechacza. wydawało się, że całkowicie zanurzył się w jej charakter i grał tak, jakby muzyka sama nadawała mu swoje brzmienie i treść.  Znowu—zasko0czył mnie  swa wewnętrzną dyscypliną, skupieniem się nad kompozycją,  nie siedział na scenie przed setkami osób, a gdzieś w gabinecie, sam tylko z pianinem. Zapewne nie jest trudno wrażliwemu muzykowi wpaść  w taki ‘trans muzyczny’ przy jakimś temacie, jakimś pasażu, figurze muzycznej—ale trwać w nim przez cały, długi utwór (lub takie wrażenie sprawiać) nie jest rzeczą częstą.

Gdy się pisze takie, jak te, wrażenia z koncertu, siłą rzeczy ma się ochotę wtrącić tu i ówdzie: ‘pamiętam, jak X grał to tak i tak a Y w tym miejscu przyspieszył tempo dla  wrażenia’. Czasem jest to zwykła figura stylistyczna, ozdobnik do tekstu, czasem faktycznie czyjąś grę aż tak się pamięta .  Dzisiaj jest to dużo łatwiej zrobić, bo wystarczy  poszukać w swojej domowej muzycznej dyskografii lub zwyczajnie w Internecie danego pianistę i utwór odnaleźć, przesłuchać ponownie.  Ale bez autentycznie idealnej pamięci i idealnego słuchu—któż spamięta , po latach, jak  X czy Y grał tą czy inną sonatę, fugę czy mazurka? Natomiast pamięta się  łatwiej nastrój koncertu, własne wrażenia z odbioru muzyki, urok … lub nudę. Co owszem, nie wstydźmy się przyznać, się zdarza.  Otóż dla mnie, z całego  koncertu (poza jednym szczególnym wyjątkiem, o czym na końcu wspomnę) ta właśnie sonata Schumanna zostanie jako kwintesencja tego wieczoru.  I, podejrzewam, po latach jeszcze słuchając gdzieś Blechacza,  z przyjemnością wspomnę jak grał Schumanna w Vancouverze, w 2018 roku.

Ostatnią część koncertu Rafał Blechacz poświęcił naturalnie panu Fryderykowi.  Jego czarującym mazurkom i ukoronował finał majestatycznym Polonezem As-dur Op. 53.06-DSC00168

Trudno, by nie wpadać w banały wielokroć przez  (pewnie przeze mnie też czasami …) wielu powtarzane, silić się na opis gry Blechacza w tychże kompozycjach Chopina.  Mało chyba z nas, Polaków, nie słuchało po wielokroć tychże utworów. Nawet ci z nas, którzy sal filharmonicznych nie zwykli odwiedzać.  Chopin jest u nas wszak chlebem powszednim od kołyski prawie.  Ktoś by musiał faktycznie tego biednego ‘polskiego’ Chopina niemiłosiernie maltretować,  byśmy  nie klaskali zachwyceni po każdym mazurku, polonezie.  Zwłaszcza po TYM polonezie, którego przewodni temat muzyczny każde polskie dziecko potrafi chyba zanucić, nawet  nie zdając sobie sprawy, że to właśnie Pan Szopen go skomponował.  A przecież odniosłem wrażenie, że Blechacz i ten utwór grał nieco inaczej. Mniej brawurowo, subtelniej.  Jakby za każdym razem przed pojawieniem się tego słynnego tematu-refrenu—pianissimo do granic ‘ssima’ zbliżał, wyciszał, by następujące nieuchronnie forte bez uderzenia silnego w klawisze wyodrębnić, zwielokrotnić efektem. Może był to wynik ‘przyzwyczajenia’ wszystkimi  muzycznymi interpretacjami do tej ostatniej części koncertu?  Może tak już Blechacz moje ucho wytrenował w partiach poprzednich, że nic innego się nie spodziewałem niż kolejnej precyzji i subtelności muzycznej pianisty? Fakt pozostaje faktem, że bez względu czy użył fortelu akustycznego czy grał z wyjątkowym wyczuciem— efekt końcowy  taki, jaki zamierzył osiągnął: zachwyt słuchającego.

Takoż i zbliżyliśmy się do zapadnięcia kurtyny.  Zwykle jednak, rozpieszczani przez  muzyków, oczekujemy zawsze prawie na bis, na encore.  I teraz mowy nie było by oklaski ucichły zanim młody, szczupły pianista nie zasiądzie  ponownie do fortepianu.  I tu, co zapowiadałem wcześniej. Ów moment czaru muzycznego. Spod palców popłynęło cudeńko muzyczne urzekające wszystkich. Tak byłem się w to wsłuchałem, że za nic potem w stanie nie byłem przypomnieć sobie kogoż ten klejnocik był autorstwa.  Tak przecież znany, lubiany! Aż zły na siebie byłem. Jakby celowo tenże młody pianista tak mnie tą muzyką oczarował, żem o świecie zapomniał.  Na szczęście w sukurs przyszedł sam odchodzący Prezydent Chopin Society, Iko Bylicki, podszeptując: Brahms. Ach!  No właśnie, przez Shumanna już obwołany geniuszem, jeden z ostatnich wielkich niemieckich kompozytorów blisko 200 lat, od XVIII do początków XX wieku. Czasem właśnie geniusz nie po dziełach wielkich, monumentalnych poznać można , a od drobnych kwiatków, od pierścioneczka kunsztownego, a nie od kolii wielkiej. Intermezzo Nr 2, Op. 118. Perełka muzyczna najczystszej barwy.  Widać było, że coś, co wytchnienie i radość sprawia samemu pianiście. A bez wątpienia słuchającym.

Po koncercie miał miejsce uroczy ‘wine and cheese’, możliwość spotkania i wymiany kilku (dla niektórych zwyczajem nie zawsze miłym: kilkuset) słów z pianistą, spotkań i wymiany wrażeń ze znajomymi od dawna nie widzianymi (lub widzianymi po raz pierwszy). Trochę śmietanki ,socjetowej’, typowej na takich spotkaniach. Miło było przedstawicieli Konsulatu Generalnego (zdaje się—nie od nich tą wiadomość dostałem–niezbyt już długo tu pozostającego, ale komuż potrzebna placówka w mieście-bramie z Ameryki Północnej do Azji?) spotkać, którzy Gala Koncert patronatem objęli. Miło było rozmowę dłuższą i mądrą z profesorem Lee Kum-Singiem uciąć.  Zdań kilka zamienić ze znanym komentatorem życia muzycznego Vancouveru Geoffreym Newmanem (dobrze, że niezbyt długiej, bo dwie osoby o silnych przekonaniach o swojej racji nie najlepszymi są partnerami do rozmów, ha ha ha).

11-DSC00178
Zarząd Vancouver Chopin Society /photo: B. P-G/

Bardzo miłym akcentem było spotkanie całego, lub większości, Zarządu Stowarzyszenia Chopina, gdzie w sposób niezwykle miły podziękowano za wieloletnią pracę przewodzenia organizacji  Prezesowi Iko Bylickiemu i przedstawienia nowego Przewodniczącego. Życzyć należy nowemu Zarządowi podobnych sukcesów, jakie do tej pory organizacja odnosiła.

 

Literatura, która przetrwała

Bogumił Pacak-Gamalski

Kanada, której dzisiejsza rzeczywistość nie zawsze przypomina wyidealizowaną Fiedlerowską wizję, wciąż jednak bezustannie fascynuje i magnetyzuje, zostawiając równocześnie swój ślad na ludziach, którym przyszło się z nią zetknąć. Dlatego nawet dziś, kiedy upłynęło ponad dwadzieścia lat od pamiętnego roku 1989, niwelującego bolesny podział literatury polskiej na krajową i emigracyjną, geograficzna kwalifikacja w odniesieniu do polskiej twórczości literackiej w Kanadzie nie powinna budzić zdziwienia. Kanada bowiem była i wciąż jest, obok Wielkiej Brytanii, Niemiec czy USA, krajem osiedlenia dość dużej grupy Polaków, która stworzyła tam prężnie działające i dobrze zorganizowane środowisko literackie (myślę tu na przykład o Polskim Funduszu Wydawniczym czy Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich). Z kolei kanadyjska polityka wieloetniczności służy rozwojowi twórczości w językach innych niż oficjalnie obowiązujące angielski i francuski, a bezkresny Kraj Klonowego Liścia wciąż zachwycając i inspirując, ale często także prowokując do buntu i krytyki, niezmiennie odciska stygmat swojej obecności na dziełach literackich tam powstających. (“Strumień” nr 08, 2012)

Tym fragmentem artykułu dr. Bożeny Szałasty-Rogowskiej chciałbym zacząć kreślenie kilku refleksji nt. poezji Andrzeja Buszy. Artykuł krajowej badaczki literatury polskiej w Kanadzie opisuje okres ‘zjednania się’ literatur polskich : krajowej i emigracyjnej. Rok 1989 był cezurą, który te rozłączenie, trwające od lat 40.tych ubiegłego wieku, niweczył. Blisko półwiecze. Strasznie długi czas, który owocował na emigracji wielkimi dziełami, fascynującymi talentami, które w olbrzymiej większości były klejnotami ukrytymi przed licznymi rzeszami czytelnika krajowego. O ile ta literatura w bardzo wąskim zakresie istniała w krajowym środowisku literackim i badawczym – o tyle jej rzeczywisty udział w literaturze krajowej był w najlepszym wypadku minimalny i bardziej mityczny niż rzeczywisty. Nawet gdy mówimy o takich wielkich, jak Miłosz i Gombrowicz. Obaj istnieli, jako autorzy przedwojenni. Ich autentyczne, największe osiągnięcia literackie przypadały na lata powojenne, emigracyjne. I ogółowi czytelnika krajowego były nieznane. Mówienie inaczej jest fałszowaniem rzeczywistości historycznej. Indywidualne kontakty twórców krajowych przy okazji niezbyt częstych wyjazdów na Zachód, bardzo ograniczone funkcjonowanie przemycanych do Kraju wydawnictw emigracyjnych, wpływu na szeroka opinie czytelnicza nie miały. I znowu: czytelnik cos słyszał, czegoś się domyślał i nie wiele ponad to. Rosła mitologia bez towarzyszącej jej wiedzy.

Stąd tak ważne, nie do przecenienia, było stworzenie warunków funkcjonowania i samej instytucji ‘pisarza- twórcy’ i minimalnego choćby rynku czytelniczego. Tu należy bardzo nisko (dziś zwłaszcza, gdy rynek ten prawie całkowicie zanikł) pochylić głowy wobec poprzednich generacji emigranckich, które to zrobiły. To dzięki nim, ludziom, z którymi dane mi było jeszcze współpracować w latach 80tych ub. wieku i ich poprzednikom,  polska literatura emigracyjna nie umarła, przetrwała. Przetrwała dzięki nim też w Kanadzie. Dzięki tym działaczom, organizatorom, wydawnictwom, pismom. Pisarz, poeta może w pewnych okresach czasu milczeć lub pisać ‘do szuflady’. Ale nie przez pół wieku.  To dzięki nim powstawały świetne wiersze, powieści, dramaty autorów tej klasy, co Czaykowski, Śmieja, Iwaniuk, Busza,  Tomaszewski, Jurkszus-Tomaszewska i inni. Jakąż wielka by było stratą dla literatury polskiej w całości, gdyby ich twórczość do Polski nie wróciła w całej pełni po roku 1989.  A mogło tak się zdarzyć. Że się nie zdarzyło – wymagało to wielkiego wysiłku i zrozumienia roli kultury wśród rzesz emigranckich.  I wysiłku, upartości pewnej, wiary w sens tego, co się robiło tychże twórców, pisarzy.  Wielu wyrzeczeń i poświęceń.

guildford
spotkanie poetów z Czytelnikami w Seattle (od lewej: L. Chudziński, A. Busza, K. Piotrowska i B. Pacak-Gamalski)

Cały ten wstęp daje by uzmysłowić nam, ze ten rok, rok stulecia Niepodległości Polski jest wyjątkową okazją pamiętania i okazania wdzięczności tym twórcom, ich pracy na zagonie kultury narodowej. Mamy wyjątkowe szczęście, że w Vancouverze jest jeden z tych znanych i ważnych twórców literatury polskiej: Andrzej Busza.  I jako działacz Stowarzyszenia “Pod skrzydłami Pegaza” od 20 lat już, z satysfakcją dużą cieszę się, że ta zacna Organizacja tak właśnie zaznaczy ten rok – spotkaniem z Andrzejem Buszą.  I za Mikołajem z Nagłowic oświadczam, że narody postronne niechaj znają, iż Polacy w Kanadzie nie gęsi a swój język mają. By to podkreślić zacnym rodakom wszem ogłaszają: Stow. Artystów i Przyjaciół Sztuk „Pod skrzydłami Pegaza” organizuje kolejne ‘spotkanie z twórcami kultury polskiej’. Gościem, kolejny już raz, będzie wybitny poeta polski i literaturoznawca literatury angielskiej, conradysta, Andrzej Busza.

Profesor Andrzej Busza – “POLSKIE UPIORY I DUCHY JOSEPHA CONRADA KORZENIOWSKIEGO”

6 MAJA 2018, GODZ. 16:0  GUILDFORD RECREATION CENTRE 15105  105 AVENUE, SURREY, BC    WSTĘP WOLNY

(ZA WEJŚCIEM DO BIBLIOTEKI W PRAWO)


Czytając tomik wierszy „Atol” Andrzeja Buszy…

 

atolBusza, który całe prawie życie spędził jako wykładowca i badacz literatury na katedrze uniwersyteckiej nie jest typowym przykładem literaty, pisarza.  Jak w każdym zawodzie, powołaniu w czasach współczesnych, tak i pisarz swojej karierze zobowiązany jest (lub takie zobowiązanie narzuca mu i czytelnik, i wydawca) o dbanie o tą karierę, zabieganie o nią, o usilne i stałe ‘uczestnictwo’ w debacie literackiej.  Słowem o to, co dziś określa się mianem PR – public relations.

Profesor Andrzej Busza, a zapewne i cechy własne charakteru, stał na przeszkodzie poety Andrzeja Buszy w robieniu tegoż ‘pi-aru’.  Być może wychodząc z naiwnego przekonania, że dobra poezja sama świadczyć będzie o sobie, takowoż talent.  Niestety, świat współczesny dawno był zarzucił te staroświeckie mrzonki. I owszem, częstokroć  – podejrzewam – za namową i szturchaniem przyjaciół –literatów pokazywał się tu i ówdzie, jako poeta, zabierał głos. Mówił: jestem tu i mam coś na ten temat do powiedzenia.  A miał i ma ‘na ten temat’ wiele do powiedzenia.  I równie łatwo wracał do zacisza swoich książek, badań literackich, jakby chował do szafy na dłuższe okresy czasu garnitur ‘poety’.  Do tego stopnia, że przez pewne okresy czasu w ogóle nie pisał. Z wielką stratą dla literatury polskiej. Lub rezygnował z pisania po polsku i pisał po angielsku. Zabawne jest to, że te właśnie jego ‘angielskie’ wiersze są wręcz przesiąknięte specyficzną wrażliwością polskiej tradycji poetyckiej. Nie w sposób nachalny, krzyczący: jestem Polakiem, vivat Polska! Nie wyobrażam sobie wręcz sytuacji, w której Busza potrafiłby być nachalny w czymkolwiek. Mimo to, parafrazując popularne porzekadło, można rzecz: Busza wyprowadzał się z literatury polskiej, ale literatura polska nigdy nie wyprowadziła się z Buszy.

Nie będę tłumaczył i polemizował z jego własną, autonomiczna decyzją zaprzestania pisania wierszy po polsku. Kilkakrotnie na ten temat dyskutowaliśmy i dość jasno i racjonalnie i to wyłożył.  W typowy, ‘buszowski’, nad wyraz skromny i pełen szacunku wobec słowa pisanego i czytelnika sposób.  I nigdy mnie do tej decyzji nie przekonał. Ale to jego suwerenne prawo poety, które uszanować należy. Na szczęści dobrzy tłumacze i jego świetna (z tego przymiotnika się nie wycofam, Panie Andrzeju) znajomość polszczyzny zaowocowały dziesiątkami wierszy Buszy, które w tłumaczeniach na polski wydają się nie tylko nie tracić, a być może wręcz zyskiwać. Co dziwić nie może. Jeśli ktoś oczekuje przeprowadzenia dowodu badawczego takiej supozycji – to odsyłam akapit wyżej, do parafrazy przytoczonego porzekadła.

Jeden z najlepszych badaczy poezji Buszy, prof. Janusz Pasterski z Uniwersytetu w Rzeszowie, z którym miałem możliwość dłuższych dyskusji o Buszy, najbardziej zdaniem moim zbliża się do rozwiązania ‘zagadki’ Buszy-poety pisząc : w cieniu poetyckiej dokładności kryje się ostra wizja, dramat intelektu zakorzenionego w nie do końca określonym sensie ciemności i bezradności (tłumaczenie własne,  z eseju J.P.”Other fragrances. The poetry of Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza and Florian Śmieja” „Strumień”, nr 08, s.43).  Nie określa to charakteru jego poezji jako katastroficznej ale nadaje jej wymiar pewnego metafizycznego smutku, pogodzenia się z bezradnością człowieka wobec ‘losów’ życia, świata i kosmosu.

Trudno jest mi pisać o poezji Buszy. Mnie jest trudno. Nie dlatego, że go znam osobiście i bardzo cenię. Łatwiej mi to było z poezją innych autorów, których znałem, choćby niezapomnianego, wspaniałego Bogdana Czaykowskiego. Trudno, bo wiersze Buszy wrastały we mnie bardzo powoli, a przez to głębiej, przebijały się przez kilka warstw intelektualnych, racjonalnych, czysto literackich, by dotrzeć do czystej formy emocjonalnej. Gdy już dotarła – wrosła w nią, jak tkanka żywa, prawie genetyczna, własna. A opisywanie czegoś tak intensywnie emocjonalnego jest bardzo trudno. Kolejna ‘zagadka’ poezji Buszy. Filozoficznej, bogatej w całe pokłady tradycji kulturowych obszarów nie tylko polskich lub angielskich ale i śródziemnomorskich z klasyką i wcześniejszym antykiem – a tak w swym sednie, jadrze po prostu ludzkiej i mądrej. Mądrej nie przez to bogactwo kulturowo-literackie (jakim jest bezwzględnie nasycona) a przez głębokie człowieczeństwo.  Którą pisze nie profesor, akademik i literaturoznawca a człowiek, który przysiadł na moment na wzgórku, gdzieś nad jakimiś polami, rzeczkami, patrzy na nie , jak stroskany gospodarz, uśmiecha się smutno niby, a z pełnym zrozumieniem kolei losów i życia. Widział już , jak rzeczki zamieniały się w potężne fale zalewając okoliczne łąki, widział, jak latem te łąki kwieciły się dywanem ziół i kwiatów i jak – nieuchronnie – bladły, brązowiały i przymierały jesienią. Jak drzewa od mrozu pękały zimą srogą, wiedział, że nie każde stworzenie i nie każdy krzak wiosny doczeka … Pamiętał (siebie może?) chłopaków i dziewki okoliczne ukradkiem się w trawach wysokich całujących.  Wiedział, że jak te stworzenia, rośliny i oni nie wszyscy wiosny doczekają. Czy myślał, tak siedząc na wzniesieniu, o Persefonie, o Eurydyce? Zapewne. Wszak ważne było, nie to że boginką była lub ukochaną ulubieńca bogów. Ważny był ich los. Fatum może. Może ethos. Jak sam pisze w wierszu ‘Wiosna’: program miałem minimalistyczny / lecz całkiem wygodny / … / kiedy / marcową pogodą / wtargnęłaś w moje podwórza / z wiatru śpiewem syrenim / w pochodniach / rozjęzyczonych drzew / … .

Kto szuka spaceru z poezją, nie biegu, kto szuka dostrzeżenia Losu-etosu w chaosie i bezwzględności życia – niechże na spacer weźmie tomik wierszy Andrzeja Buszy. Spacery i tak długie, a zdecydowanie niekończące się,  nie są, być nie mogą. Kiedyś, gdzieś kresu dobiegają. I tak było od początku, pewnie będzie i na końcu.  Niechże i nadlecą nad ścieżkę muzy greckie, niech łacińscy dziejopisi wtrącą echa dziejów Rzymu i Petrarki – jakże podobni będą do tych chłopców i dziewczyn znad łąk przycupniętych u brzegów rzeczek i strumieni …

Z tym większym entuzjazmem i nadzieją spotkania w wami, czytelnikami, zachęcam do przybycia na spotkanie z Andrzejem Buszą w salce przy Bibliotece Miejskiej w Surrey, organizowane przez SAiPS ‘Pod skrzydłami Pegaza’.

 

Echa z Salonu Poezji, Muzyki i Teatru w Toronto

IMG_4228
Jubileuszowe (25-lecie Salonu) wydanie rocznika teatralnego

Teatr bez granic – tak Beata Gołębiowska zatytułowała swój album poświęcony Salonowi Poezji, Muzyki i Teatru w Toronto. I chyba słusznie. Dziś, z perspektywy blisko 100-letniej historii polonijnej sceny teatralnej w Kanadzie, z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że ten Salon jest najwyższym i najtrwalszym tego stulecia osiągnięciem teatralnym. I to zasługa bardzo wielu osób. Bez wątpienia jednak przede wszystkim dwóch: niezrównanej Marii Nowotarskiej i wspomagającej ją dzielnie Agaty Pilitowskiej. Z wydanego w 2016 roku jubileuszowego rocznika teatru torontońskiego publikujemy dwa teksty związane bezpośrednio z Vancouverem: Agaty Pilitowskiej z ostaniej wizyty Salonu w Vancouverze oraz Krystyny Połubińskiej ze swej wizyty w teatrze w Toronto na uroczystościach jubileuszowych.                                           (Redaktor ‘Monitora’)


Dobry wieczór Monsieur Chopin

by Agata Pilitowska

Dnia 20 października w Toronto odbył się uroczysty jubileusz Fundacji im. A. Mickiewicza w Kanadzie, w którego części artystycznej wystąpili artyści Salonu. Następnie udaliśmy się z „Chopinem” do Vancouver. Dla mnie podróż stawała się coraz bardziej uciążliwa, ale w teatrze krakowskim byłam zawsze przyzwyczajona, że obowiązki trzeba wykonywać ‘mimo wszystko’. Tak też nadal staram się żyć.

chopinPowroty do miejsc, w których nasz teatr jest oczekiwany, budzą w nas niezmiennie wielkie emocje. Głównym organizatorem wydarzenia była niestrudzona pani Krystyna Połubińska, która nigdy nie szczędzi swego cennego czasu i z niezwykłą pasją i profesjonalizmem organizuje przedstawienia Salonu w Vancouver. Pani Krystyna od lat prowadzi Stowarzyszenia Artystów i Przyjaciół Sztuk „Pod skrzydłami Pegaza”. Spektakl ‘Dobry wieczór Monsieur Chopin’ odbył się, jak poprzednio ‘Promieniowanie’, w pięknej, profesjonalnej sali teatralnej w Surrey. Dnia 5 listopada na spektakl przybyła zarówno publiczność polska jak i anglojęzyczna. Sala teatralna licząca 400 miejsc była pełna!

Spektakl nasz włączono w uroczystości 11 listopada – rocznice odzyskania niepodległości przez Polskę. Czujemy wielka wdzięczność dla Konsulatu Generalnego w Vancouver, który wsparł tę ważną uroczystość teatralno-patriotyczną.

Następnego dnia odbyło się spotkanie w gościnnym domu Krystyny i Zdzisława Połubińskich. Przybyło na nie wielu naszych przyjaciół i „Pod skrzydłami Pegaza” przeżyliśmy niezapomniane chwile. Podczas spotkania odbyły się występy artystów z Vancouver – Ryszarda Wrzaskały i Witolda Wardziukiewicza. Otrzymałam również tomik poezji od poety i znanego redaktora pisma „Strumień” – Bogumiła Pacak-Gamalskiego, zawierający piękne wiersze jego autorstwa oraz stanowiące bardzo ciekawy zbiór poezji poetów Zachodniego Wybrzeża. W czasie tego spotkania odbyła się promocja książki Beaty Gołębiowskiej „Teatr bez granic”.  Miło nam było wręczyć tę kronikę naszego teatru platynowym sponsorom książki – Halinie i Januszowi Najfeldtom, którzy specjalnie z Edmonton przybyli na nasz vankuverski spektakl.


Królowa Polskiej Sceny Na Emigracji …

by Krystyna Połubińska

Nie wiem dokładnie ile pań tworzyło teatr na emigracji, wiadomo jednak wszem i wobec, ze można byłoby zliczyć tu paręnaście znaczących nazwisk. Żadne jednak, według mnie, nie może równać się Marii Nowotarskiej. Kto bowiem potrafił stworzyć profesjonalny teatr od podstaw i pielęgnować go przez 25 lat, ciągle go rozwijając, zdobywając nowy narybek aktorski, muzyków, śpiewaków, scenografów, grafików, licznych sponsorów, a w końcu zwykłych ludzi czynu, którzy tak jak i ona pokochają teatr i już nie na scenie lecz z boku wspierać będą każdy jej nowy pomysł, aby ożywiać i wzbogacać nasze wspólne życie polonijne. Najcenniejszym osiągnięciem tej wspaniałej aktorki jest to, że przez ćwierć wieku jednała sobie setki przyjaciół, nie tracąc ani jednego z nich.  O wszystkich wyraża się w szczególny sposób, dla każdego z nich ma miłe słowo i ten szczery, ciepły uśmiech, który natychmiast rozbraja i stawia na baczność, nie przed nią, ale przed teatrem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(od lewej) K. Połubińska, M. Nowotarska, A. Pilitowska

Oprócz wystawianych systematycznie kilku nowych sztuk rocznie, Nowotarska odbywa wraz ze swa wielce utalentowaną córką, Agata Pilitowską, rocznie kilkanaście podróży po świecie do tych bliższych i dalej oddalonych ośrodków polonijnych ze spektaklami o Wielkich Polkach Emigrantkach, niosąc ze sobą piękno polskiej mowy, nasze wartości i dumę narodową, przyozdobiona niezwykłym talentem aktorskim, pasja i urokiem osobistym.

W tym roku (2016 – przyp. Redakcji) aktorka ukończyła 80 lat, lecz jej niespożyta energia i ciężka codzienna praca, czyni cuda … Kiedy przebywasz z nią, obserwujesz jej zajęcia, spotkania, nieustanna walkę o teatr, ciągłe utrzymywanie przyjaźni, czas dla gości, którzy nieustannie pukają do jej drzwi z błahymi czy poważnymi problemami. Jej życzliwość sprawia, że drzwi maleńkiego mieszkanka aktorki prawie nigdy się nie zamykają, a ona z zasady już przyjmuje wszystkich w legendarnym fartuszku, aby za chwile zniknąć w zakamarkach swej maciupeńkiej kuchni, z której zawsze wynosi dla swych gości jakieś pyszności i smakołyki. Na wszystko znajduje czas, każdego z uwaga wysłucha i aż dziw bierze, że przy tym wszystkim potrafi realizować ‘milion’ projektów związanych z powstawaniem wybranych i aranżowanych przez siebie sztuk teatralnych. Wir pracy twórczej i potrzeba działania dodaje jej sił i sprawia, że wydaje się ona być młodszą od niejednego nastolatka… 25 września 2016 roku Toronto świętowało 25-lecie Salonu Poezji, Muzyki i Teatru stworzonego przez Marię Nowotarską. Była niekwestionowaną  gwiazdą wieczoru: uśmiechnięta i radosna, godna lecz nie wyniosła, dostojna i skromna zarazem, piękna i mądra – prawdziwa królowa polskiej sceny na emigracji… Otrzymała ,mnóstwo listów od polityków i instytucji teatralnych i kulturalnych z Polski i Kanady, nie kończące się gratulacje od licznych fundacji i organizacji polonijnych… .

Wydaje się jednak, że największym podziękowaniem dla Marii była bliskość i szacunek zespołu, który stworzyła i uznanie spragnionego dobrego teatru widza. Podczas uroczystości Maria posadziła mnie przy swoim stoliku. Czułam się niezwykle zaszczycona mając po lewej swej stronie profesora Kazimierza Brauna (reżysera, pisarza, teatrologa, wieloletniego dyrektora najważniejszych polskich teatrów, a obecnie profesora State University of New York w Buffalo i reżysera czołowych teatrów amerykańskich – Guthrie Theater w Minneapolis, Oddysey Theater w Los Angeles, McCarter Theater w Princetown i innych) a po prawej Beatę Gołębiowską, autorkę książki-albumu o teatrze M. Nowotarskiej pt. „Teatr bez granic”, której promocja była ważna częścią tego szczególnego wydarzenia. Wieczór był długi, lecz rozmowa z sąsiadami sprawiła, że stał się za krótki na dokończenie tematów o teatrze Nowotarskiej. Bo i w końcu jak tu zmaknac 25 lat pracy w czterech krótkich godzinach…  Spędziłam z Marią, jej wspaniałą córką Agatą oraz grupa otaczających je przyjaciół, siedem niezwykłych i zaczarowanych dni! To były długie, ciekawe rozmowy o teatrze, sprawach codziennych, najbliższych podróżach aktorek, planów repertuarowych i wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia… .

Chwile te uzmysłowiły mi jak wielkim żywiołem dla Marii jest teatr. Ona po prostu nie potrafi bez niego żyć i funkcjonować.

 

Kolory świata w oczach malarzy

showimageBlisko miesiąc temu już odbyła się niezwykle ponoć w tym roku bogata wystawa malarska polskich plastyków. Straszliwe zajęcia w tym okresie nie pozwoliły mi tym razem na obejrzenie tej wystawy.  Ale zafascynowany zdjęciami i relacjami znajomych z tej ekspozycji – przynajmniej mini fotoreportaż z niej tu zdam. Gratulując jednocześnie artystom i organizatorom talentu, inspiracji i wysiłku. Jest na pewno doceniany.

Wystawa, już tradycyjnie, organizowana jest w budynku Inlet Theater w Port Moody i trwała od 13 do 22 marca, 2018. Zebrane materiały fotograficzne autorstwa pani Honoraty Kostki, wykorzystałem dzięki serwisowi wiadomości polonijnych “Vancouver: co? gdzie? kiedy?” pani Krystyny Połubińskiej.