Bitwy warszawskie

W ostatnim stuleciu o Warszawę toczyły się dwie wielkie bitwy, których rezultaty oznaczały obronę i wzmocnienie wolności Polski, lub utratę tej wolności.

Pierwsza Bitwa Warszawska miała miejsce między 13-25 sierpnia 1920. Popularne stało się określania jej, jako ‘cudu nad Wisłą’, co jest kompletna bzdurą.  Te określenie ‘cudu’ zaczęło się pojawiać w kilka lat pod tej bitwie w środowiskach katolicko-kościelnych, by odwrócić uwagę od osoby Wodza Naczelnego, Józefa Piłsudskiego. Oczywiście zwycięstwo w tej bitwie było wynikiem tylko i wyłącznie wypracowanej długimi dyskusjami i sporami strategii i celu bitwy i jej bezwzględnemu wykonaniu przez wiele wielkich jednostek bojowych rozrzuconych na przestrzeni setek kilometrów.  Celowi bitwy służyły aż trzy potężne i rozległe w terenie i oddaleniu od siebie fronty Armii Polskiej, szereg zdolnych ale bardzo zróżnicowanych wyszkoleniem (taktyką, strategią) i tradycją wojskową dowódców. Wymagało to nie tylko olbrzymiej dyscypliny tych wszystkich dowódców ale i pełnego oddania sprawie ich podwładnych. Być może była to najtrudniejsza walka, bo tyczyła nie tylko terytorium i suwerenności ale bezpośrednio była walką światów, cywilizacji. Walką o ducha. Starcie cywilizacji turańskiej i łacińskiej, jakby to określił historyk i filozof ( w rzeczy samej był on historiozofem) polski z tamtej epoki, Feliks Koneczny.

Ta bitwa zakończyła się wielkim polskim zwycięstwem. Warszawa nie padła, a Rosjanie musieli się cofnąć na rubieże starej Rzeczypospolitej. Nie jest winą żołnierzy i ich dowódców, że Traktat Ryski tą wojnę kończący, przyniósł Polsce tak mierne korzyści terytorialne. Rosjanie porażeni rozmiarem klęski byli gotowi, zdaje się, nawet uznać granice I Rzeczypospolitej – w każdym razie na terenach ziem witebskich, mścisławskich i połockich, a na pewno całą Mińszczyznę.  Endecja bardzo tego się bała i Grabski (reprezentujący w Rydze Polskę) przyczynił się do znacznych ustępstw na rzecz pokonanej Rosji bolszewickiej. Abstrahując od tych dywagacji historycznych – ta bitwa była przykładem zwycięskim dla Polski w historii bitew warszawskich (było ich naturalnie więcej w tejże historii, ale nie tak brzemiennych w skutkach).

Druga bitwa warszawska, którą chcę wspomnieć, określana jest w zasadzie, jako bitwa obronna Warszawy we Wrześniu 1939 roku przed nadciągającymi armiami niemieckimi. Trwała faktycznie nieprzerwanie od 1 września aż do 28 września, dnia kapitulacji stolicy Polski.

Szanse obronienia stolicy splecione były nierozerwalnie z szansami całej wojny polsko-niemieckiej w 1939 roku. A jaki był wynik tej wojny – wiemy.  Warszawa (która nigdy nie była twierdzą wojskową) i jej wojskowi i cywilni obrońcy, wykazali się wyjątkową odpornością, walecznością.  Ale miażdżąca przewaga militarna sił niemieckich, wzrastające straty wśród ludności cywilnej (głównie skutkiem osobistego rozkazu Hitlera o bombardowaniu Warszawy nalotami dywanowymi) i brak nadziei na jakąkolwiek odsiecz lub pomoc z zewnątrz, zmusiły wojskowe i cywilne władze do podpisania kapitulacji. Tak ta bitwa obronna w 39 jak i epilog całej II wojny światowej, który w Warszawie miał straszny epizod Powstania Warszawskiego, zniszczyły miasto prawie kompletnie.  Zimą 1945 roku miasto wyglądało, jak jeden wielki zbiór gruzu i wypalonych szkieletów budynków.  A Polska nie odzyskała pełnej suwerenności przez kolejne 45 lat.

Przypomniałem te dwie bitwy ze względów symbolicznych, a nie wspominek czysto historycznych.  Powiedziałbym więcej – ze względów cywilizacyjnych, kulturowych.  A Warszawa, stolica kraju, symbolizuje tego kraju losy. Czy zasiada tam I sekretarz partii komunistycznej z nadania satrapy moskiewskiego, czy gubernator Fischer z nadania faszystowskiego Berlina czy też wybrany przez Polaków prezydent.  Oczywiście, Warszawa jest siedzibą dwóch prezydentów: stolicy i państwa. 

Jesienią 2018 roku Warszawa wybrała prezydentem stolicy Rafała Trzaskowskiego. Kilka lat wcześniej, w 2015, prezydentem Polski wybrano Andrzeja Dudę.  Obaj politycy (nie użyję słowa ‘przywódcy’, bo co najmniej do jednego z nich absolutnie ono nie pasuje …, gdyż mimo że wyborach w 2015 wygrał koronę, to zadowolił się czapką nadwornego lokaja) reprezentują też sobą właśnie te wielkie różnice kulturowe, wręcz (tak, nie zawaham się powiedzieć) cywilizacyjne w kategoriach filozoficznych. Podobne tym (choć nie tak krwawym i nie decydowanym przez dywizje wojskowe), jakie charakteryzowały te dwie bitwy warszawskie. Wojna nie tylko o terytorium – wojna o Ducha tego terytorium i ludności na nim zamieszkującej.

I teraz tych dwóch polityków z siedzibami swych prezydentur (państwowej i miejskiej) w tym mieście, staje do bitwy o Polskę. A obaj mają swe siedziby i Urzędy dosłownie na rzut kamieniem z balkonu.  Z wieży Ratusza widać wyraźnie i blisko dach Pałacu Namiestnikowskiego, a z górnych okien Pałacu, prezydent Duda może lornetką bez problemu widzieć prezydenta Trzaskowskiego. Walka zaczęła się natarciem i kontruderzeniem 28 czerwca. Bitwę walną wydano na 12 lipca.

Wielu żołnierzom tej bitwy wydaje się, że chodzi tylko o menażki, o kuchnie polową, o to który dowódca obieca cieplejsze lub wygodniejsze mundury, onuce, o prycze w koszarach. No i o żołd – czy będzie dostawał go 12 razy w roku, czy może 13, a kto wie – może nawet czternaście razy. I w tego typu ‘bitwach’ wyborczych to pytania naturalne i oczekiwania naturalne i zdrowe. W końcu, jaki obywatel krzyknie: domagam się zwiększenia podatków, obniżki pensji i tylko 10 emerytur w roku?! 

Ale to naturalne i zdrowe w normalnych czasach i normalnych warunkach. Nie w 2020 roku w Polsce. Bo ta ‘bitwa warszawska’  zadecyduje czy, podobnie jak ta w 1920, przechylimy się bardziej ku cywilizacji ‘turańsko-bizantyńskiej’  czy ‘ łacińsko-zachodniej’.  Czy będziemy mogli chodzić w laczkach i sandałach, jak będziemy mieć na to ochotę, czy będziemy musieli stukać obcasami na zawołanie. Czy będziemy ze sobą rozmawiać ze śmiechem przy kawiarnianych stolikach na Nowym Świecie czy krzyczeć na siebie na Bazarze Różyckiego. I nie czekać na łaskawe da-albo-nie-da ’13-tkę’  a może i ‘14’ emeryturę – ale po prostu dostaniemy godziwe, zgodne z potrzebami dwanaście normalnych emerytur.  Bo te ‘łaski pańskie’ i ‘ochłapy z pańskiego stołu’ autentycznie na pstrym koniu jeżdżą.  Dziś spadną jeszcze może z tego stołu pańskiego ale  jutro ani okruszka może. Bo z próżnego i Salomon  nie naleje … . Nie chodzi też o elyty i elity. Nie o “Polskę Pańską’ i ‘Polskę Fornalską’. Chodzi o Polskę Wolnych Obywateli opartą na absolutnej wolności każdego indywidualnie lub Polskę Lepszego i Gorszego Sortu, podzieloną.

No i ta zwykła, taka codzienna, nie niedzielna świadomość, że się mieszka w porządnym, lubianym przez sąsiadów kraju. Kraju, gdzie wszyscy nie mają co prawda takich samych pensji i emerytur  (no wiecie, takie same to próbowano już po 1917 w Rosji, po 1945 w Chinach, w latach 70. w Kambodży, ostatnio niejaki Chavez w Wenezueli – na nic dobrego to nikomu nie wyszło) ale mają takie same prawa. Wyżsi i niżsi, grubsi i cieńsi, męscy i żeńscy, o różowej i o czarnej cerze, dziewczyny chodzące z chłopakiem objęci i te chodzące z dziewczyną objęte; jedni idący rano do kościoła na modlitwę, inni do bożnicy, a jeszcze inni na ławkę do parku lub małą czarną do kafejki.  Normalnie. Jak w normalnym kraju i mieście.  Niemożliwe marzenie? Możliwe. W większości krajów tej właśnie europejskiej cywilizacji.  Europejskiej nie geograficznie licząc od Uralu może, ale licząc kulturowo. Gdzie ta kultura będzie mieć granicę? Zależy od losów bitwy 12 lipca 2020. Albo na Bugu, albo na Odrze.

Oczywiście, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ludzkie, normalne. Takie mamy horyzonty myślowe, jakie mamy horyzonty widzenia, postrzegania.  Jedni siadają, prawie bez zastanowienia się, gdzie mają ochotę, bo wolność jest dla nich czymś naturalnym, prawie automatycznym – inni stoją zakłopotani aż im ktoś wskaże, gdzie usiąść mogą.

A w tym temacie już widzimy zmiany w Polsce i poza jej granicami. Andrzej Duda reprezentuje raczej dość wyraźnie tą inną ‘cywilizację turańsko-bizantyjską’, ten inny sposób myślenia, który postrzega granice cywilizacyjną i kulturową na Odrze. To nie może ulegać wątpliwości dla nikogo. Również dla tych głosujących za niego. I czas by się do tego sami sobie przyznali. By przynajmniej wiedzieli dlaczego taki wybór robią. Niech nie oszukują znajomych i rodziny, a tym bardziej siebie samych.

Spójrzmy na te ‘granice’:  Polacy między Bugiem a Odrą w I turze dali Andrzejowi Dudzie najwięcej głosów.  Za mało na pokonanie przeciwnika, ale tą potyczkę wygrał. Dostał 43.5 procent tych głosów. Prezydent Warszawy dostał 30.46 procent, na trzecim miejscu był Szymon Hołownia z blisko 14 procentami.  Lub trochę inaczej: na 16 województw, Trzaskowski wygrał tylko w trzech, a w 13 pan Duda. 

Natomiast, co zrobili Polacy spoza Bugu i Odry? Może być ciekawe, bo właśnie ten ‘inny punkt widzenia’ dający inną perspektywę i inny horyzont.  Na aż 84 państwa, gdzie Polacy głosowali, Andrzej Duda poniósł klęskę w … 76 państwach.  Zremisowali w dwóch. A Trzaskowski uzyskał najwięcej głosów w 75 państwach.  Procentowo przekłada się to na: Rafał Trzaskowski dostał 48.13 procent oddanych głosów, a Andrzej Duda tylko 20.86%. Jeszcze inaczej – Trzaskowski w ani jednym kraju nie spadł poniżej drugiej pozycji (czyli nawet w tych kilku gdzie wygrał Duda, Trzaskowski miał silną drugą pozycje).  Zaś Andrzej Duda spadł poniżej drugiej lokaty aż w 36 krajach, czasami aż do 5 (piątego) miejsca: za Hołownią, Biedroniem i Bosakiem. Szymon Hołownia był na drugim miejscu (za Trzaskowskim) w 32 państwach, a Robert Biedroń w 4 państwach.

I teraz kilka ciekawych spostrzeżeń z tych głosowań zagranicznych. Otóż najwięcej głosów dla Trzaskowskiego a najmniej dla Dudy padło w krajach, gdzie jest najwięcej Polaków, którzy wyjechali ostatnio z Polski, już z tej nowej, suwerennej Polski. Czyli tych, którzy maję najlepszą znajomość tej Polski, najbliższy z nią stały kontakt. I odwiedzając ją lub o niej rozmawiając z rodzina i przyjaciółmi z Kraju-zauważają różnice jakie w ostatnich pięciu latach w Polsce zaszły. Różnicę, która nie wypada dla Polski korzystnie. Bardzo wielu z nich traktuje ten pobyt zagraniczny, jako czasowy a Polskę widzą, jako docelowy punkt powrotu i zamieszkania.  Różnica miedzy nimi a tymi, którzy teraz mieszkają w Polsce polega tylko na widocznym horyzoncie postrzegania, na owym punkcie widzenia. Jak widać z podanych wyżej statystyk wyborczych , ta różnica jest bardzo duża.

Natomiast w kilku krajach licznej bardzo, ale tzw. starej Polonii – padło więcej głosów dla Andrzeja Dudy. Są to środowiska bardziej konserwatywne, przyzwyczajonej przez długie lata do stanowczej obrony tzw. dobrego imienia Polski. Gdzie każdy (czasem nawet zasłużony) krytycyzm Polski postrzegany był, jako próba oczerniania ukochanej ojczyzny. Choćby te popularne w Ameryce Północnej żarty o ‘Polaczkach’. I silne przyzwyczajenie do polskich kościółków i parafii, które historycznie były centrami spotkań nie tylko religijnych ale i politycznych, polskich szkółek dla dzieci prowadzonych na ogół przy tych kościółkach. A Kościół jest, jak wszyscy wiemy, instytucjonalnie bardzo związany i silnie finansowany przez partie Andrzeja Dudy i obecny rząd PiS.  Tak się głównie dzieje w USA i w Kanadzie. Tutaj też jest stosunkowo najwięcej (nawet więcej niż w Polsce, procentowo patrząc) zwolenników Konfederacji i pana Bosaka, który w Kanadzie np. uzyskał więcej głosów nawet od Szymona Hołowni.  Ale Szymon Hołownia, często widziany, jako działacz katolicki, reprezentuje katolicyzm współczesny, bardziej postępowy. A Kościół polski obecnie reprezentuje katolicyzm zbliżony do idei pana Bosaka – skrajnie na prawo, czasem wręcz w kolorze brunatnym (tak określam wczesny, przed hitleryzmem, faszyzm niemiecki Rhoma i jego SA).

Inne, dość zaskakujące ( mimo to zgodne z generalnym opisem podanym wyżej o Kanadzie i USA) to skrajnie różne wyniki w różnych Komisjach Wyborczych/Konsulatach. W Kanadzie wybory miały miejsce w: Montrealu, Ottawie, Toronto, Vancouverze.  Wyjątkowo krótkie okienka czasowe na wysłanie pakietu wyborczego do Konsulatu połączone  z olbrzymimi obszarami, jakie te cztery miejsca obsługiwały – de facto uniemożliwiły tysiącom osób oddania głosu.  Setki, jeśli nie tysiące, osób dostało pakiety w piątek (wybory były w sobotę poza Polską), lub dostały już po terminie wyborów.  Nie ma powodów ani dowodów, że było to efektem celowego opóźniania i dywersji samych Konsulatów RP. Jest natomiast jasne, że było to efektem świadomego przeforsowania takich a nie innych przepisów w sprawie tych wyborów korespondencyjnych (tylko takie mogły się , ze względu na pandemie odbyć w innych krajach), które wyraźnie ograniczały konstytucyjne prawa wyborcze obywateli polskich zamieszkałych poza Polską.

Ale wracając do szczegółowych wyników w Kanadzie:  Rafał Trzaskowski zajął zdecydowanie pierwsze miejsce w wyborach w Vancouverze, w Ottawie, w Montrealu. Andrzej Duda zajął pierwsze miejsce tylko w Toronto.  Ale w tym jedynym Toronto – jego przewaga głosów była miażdżąca i zmieniła tym samym efekt wyborczy na całą Kanadę. Dlaczego?  Trudno w kilku zdaniach dać głęboką analizę. Podam tylko kilka faktów i spostrzeżeń człowieka, który zna środowisko polskie w Kanadzie dość dobrze na przestrzeni blisko 40 lat. Toronto polonijne było i jest  pewnym odbiciem Chicago polonijnego w Stanach (zresztą bliskie sobie geograficznie też).  Bardzo duża ilość Polaków tam, lub w okolicach, się osiedliła, od czasów bardzo dawnych.  To wielkie miasto oferujące emigrantom dużo więcej możliwości niż ośrodki mniejsze.  Nie tak odległe i dobrze przeze mnie pamiętane były czasy gdy idąc od Bloor St. do Roncesvalles Avenue i w dół – wyglądało, jak spacer na chicagowskim Jackowie: polskie napisy, polski język, polskie kościoły. I zdecydowanie nie było to ‘miasteczko akademickie’, pod jakimkolwiek względem … . Patriotyzm był tam zawsze dość silny. Tylko właśnie ten typu ‘hurra’ lub wręcz tzw. kibolski. Patriotyzm refleksyjny, krytyczny – wiązał się już w tej polskiej dzielnicy z poważnym ryzykiem.  No i nie ma w całej Kanadzie, od Atlantyku po Pacyfik, ani jednej polskiej parafii, która by była takim potentatem finansowym, jak parafia św. Kazimierza (na ,polskim Ronceswilu’ właśnie). Skromna kasa pożyczkowa  w formie  credit union w ciągu lat urosła do rozmiarów niezłego banku.  Nie zawsze metodami legalnymi. Pamiętam, jak odwiedziłem niezłych rozmiarów … bank św. Kazimierza w Warszawie, obok Operetki Warszawskiej (teatr ‘Roma’). Dziś już w tej formie nie istnieje. Ta i inne inwestycje torontońskiej parafii stały się centrum poważnego dochodzenia kryminalnego Biura Nadzoru Bankowego prowincji Ontario.  Efektem było zamknięcie (unikając  skrzętnie zbyt dużego nagłośnienia sprawy) tych gałęzi bankowych skromnej kasy pożyczkowo-zapomogowej. Czemu o tym piszę w tym kontekście? Bo wydaje mi się, że gdy się ma rząd dusz (religia) i rząd sakiewki (credit union/bank spółdzielczy z głębokimi kieszeniami), to ma się bardzo silny wpływ na społeczność, w której się funkcjonuje.  Może się mylę, nie jestem z wykształcenia antropologiem ani nawet socjologiem, a zwykłym gryzipiórkiem-publicystą.  Takie (oczywiście na dużo mniejszą skalę) kasy pożyczkowo-oszczędnościowe istniały (istnieją?) prawie przy wszystkich polonijnych parafiach w Kanadzie.  Podobnie, jak szkółki dla dzieci polonusów. Takie będą Rzeczypospolite, jakie będzie ich młodzieży chowanie, panie Kanclerzu Wielki Koronny, Ordynacie Zamoyski? Może się mylę … .

 O tym, czy były systemowe, zaplanowane sposoby supresji  prawa wyborczego Polaków przebywających poza granicami Polski pisze inny mój kolega-bloger, były Koordynator KOD_USA-West, https://dobek.org/2020/duda-a-niewazne-glosy/

Przez fakt, że w wyborach, mimo wszystko, liczy się tylko głos indywidualny, łatwo się zorientować, że wygrana w trzech lub czterech okręgach, gdzie jest niska ilość głosujących, może być łatwo zniwelowana tylko jedną wygraną w jednym okręgu, gdzie uprawnionych do głosowania  jest wielokroć więcej.  Stąd jest ważne by głosujący w tych małych liczebnie ośrodkach, jeśli chcą by ich głos się liczył i miał wpływ, mobilizowali się silniej i liczniej. Ważne tu są silne związki koleżeńskie, socjalne. Stały kontakt lokalny. Zwłaszcza w czasach pandemii, która wszystko to utrudnia.

Cóż, na zakończenie wracam do mojej symboliki stołecznej. Bitew warszawskich. Lub bitew dwóch prezydentów – Miasta i Państwa zamieszkałych w Warszawie. To są autentycznie dwie kardynalnie sobie obce i przeciwne wizje Polski: jedna Trzaskowskiego, druga Dudy (lub dokładniej tego, który Dudą steruje, Jarosława Kaczyńskiego). Teraz już nie ma innych żołnierzy w turnieju (chciałem użyć bardziej adekwatnego porównania (w turnieju są rycerze) ale znowu ręka się zawahała …), tylko ta para. Nie ma już znaczenia umiarkowany czy skrajny prawicowiec, lewicowiec, liberał, czy socjaldemokrata, zielony czy czerwony. To detale tu mniej istotne na finiszu. Istotna jest wizja Polski i jej miejsca w cywilizacjach, kulturach: w którym związku kulturowo-cywilizacyjnym chce być?  Takie sobie postawcie pytanie i szczerze na nie odpowiedzcie.  Wybór (jakikolwiek by nie był) będzie wówczas łatwy i prosty, bo różnice są bardzo wyraźne.

I do. Did you, Mr. Premier?

by Bogumil Pacak-Gamalski

This is the third article on almost identical subject.  First was published on  April 2nd. It summarized uneasy feeling: are we doing right by our seniors? Especially the ones totally helpless, confined to places called Long Term Care Centres.  How, as a society, we do really care about them?  Does what we preach reveals itself in what we do? And if it doesn’t – if our values have no meaning other than making us feel good about ourselves?

On the 16 of April, I published the second article. We were just beginning to understand the horrific scale of the tragedy that was going on behind the closed doors of many Long Term Care institutions. The ‘care’ was fully missing from them, the ‘long term’ was being shorten in a dramatic fashion.

In some provinces the percentage of all Covid-related deaths was in sixties, seventies and even higher percentage among the Long Term residents versus the entire provincial populations of Covid deaths. People were even dying not being infected but simply from lack of basic health. From abandonment.

There is a)moral culpability; b) political guilt and blame; and c) criminal negligence.

First (culpability) is the most important, although not punishable by law. In criminal cases the term ‘culpability’ is not the same as ‘guilt’. But we are not taking about law. We are talking about morals, ethics. An entire society (state) cannot punish itself. We can’t be a judge, a prosecutor, an accused, a defender and a jailer at the same time.  But it is the most important one. It does give credence to political and legal actions.  Moreover – it creates a path to action of all societal and state institutions.

Therefore without a tacit (at the very least) nod from us, from society – the state would not allowed things to disintegrate as much as they did. The state itself is void of morals. It professes them very often in its highest form, like Constitutions or Charts.  To a lesser degree in criminal and civil codes. But the state is not run by this high documents (except in very rare cases and most of the time it would be because of citizens appeal to a Court for remedy against actions the state) – a government and state is run every day by regular acts of parliaments, by decrees of government and (most often) by internal regulations of different ministries and state agencies. In that, the Government and Administration takes a clue from political measurement of the will or sympathies of electorate. Here comes point ‘b’: political guilt and blame.  What the government does in gauging the sympathies of electorate is a risky business. But you can’t govern without taking the risk. Generally speaking the government gets ‘away with a crime’ (in a manner of speaking) most of the time.  It is a game played in every state, democratic and authoritarian alike. In a democracy the government is more timid and careful with it. By judging the society feelings mistakenly – it would be judged severely by next election, which is never very far.  In dictatorships, the government can get away with a lot more – the only risk is a revolution, usually bloody and very dangerous, therefore very seldom taken up by society.

But the ‘guilt’ and ‘blame’ is something that every politician tries to avoid as much as possible. Careers and prospect of losing power is very real.

Last one is ‘c’ – criminal negligence. It happens very seldom in case of Government actions. But it can, by individual minister or high ranking administrator. In this case the price is political and criminal case, almost always supported by the State itself. This way the State (government) acts not as perpetrator but as a defender of morality of society and defender of the High Acts (Constitution, special Charts that are treated the same as the Constitution). But most of the time criminal negligence is a result of either private, individual citizens or private businesses, agencies. In both cases the peace of the state, the agreement between Society and the State is maintained. We, as a society, have manifested to the Government that such actions are not tolerated by us and the State instituted legislation and rules that prevent others from  breaking such rules. Under the duress of punishment, of course. Therefore we all can attest that there is ‘nothing rotten in the state of Denmark’. Or can we?

I think that all points (a, b and c) rise up to crimes (moral, political and criminal). Yes, it is true that we profess the dignity and care to all citizens; more than that – to all that reside even in a short period within our borders. We profess that the care of vulnerable and weak one among us deserve special care and help from the State. The tacit understanding is that the most important among them are the very young and the very old.

Then comes a test. Like a school exam. That test came to us in a form of pandemic of new, unknown and dangerous virus – coronavirus and an illness called Covid-19.

And we all failed miserably. But especially provincial governments. Of all and different political stripes: conservative, liberal and NDP alike.  I am not trying to absolve the federal government from all and any responsibility. But the simple truth is that these facilities and entire management of health system lies strictly at provincial doorsteps. With no exception. And it is guarded by them very jealously from interference of federal power.  After all, it costs enormous amounts of money that they must receive from federal coffers. And money is power in politics. Well, such is our constitutional devolution of power. 

But, specifically about long term care for seniors, our subject.  They too, like hospitals, fall under provincial jurisdiction, regulations and control. The institution itself is rather old. After the 2 world war they become regular part of our society. People lived much longer,  not only men but also women become regular part of workforce, therefore their time at home was very limited. More and more people moved to larger cities and old communal forms of help and looking after each other changed and become harder to come by. But the last 25 years skyrocketed in opening more and more of this institutions. Mainly because of the almost pandemic in itself spread of different types of dementia, with its most dangerous form: the deadly and untreatable Alzheimer disease.  We all become very familiar with them, if not our own mother or father, than someone we know ends up in these long term centres.  Something that a lot of us is not aware of, is the fact that there is growing number of residents there, who are much, much younger than typical seniors. Some in their late 30. or 40ies even.

Such a large number of this centres become a financial burden on provinces. As very intensive and specialized medical care is not really part of their operations, the governments decided to let them be owned and run by private businesses.  Of course, most of funds for the centres do come still from the provinces as the monthly rate usually is much higher than ordinary senior can afford. In most cases they do offer much safer and better setting for our seniors than would be possible, even under very  good conditions, at home.  Looked like we all stuck a good deal. Provinces still safe money than running their own care centres and we (society) had our parents and grandparents in safe place. Of course, over the course of many years we all have heard awful stories of bad care, lack of services, appalling conditions in some of them. That was not the norm, though.  Not uncommon, but not something we expected as a norm.  If we complained loudly and persistently enough – things get better. Maybe not for all, but at least for our close one.

My Mom spent last years of Her life in such a Centre. Can’t even imagine Her and mine horror if she would be in one right now. I dedicate this article to Her memory.

But we always believed that there is (perhaps not very rigorously applied) a strong provincial oversight.

Especially if something bad was going to happened. Like, let say, pandemic or epidemic for example.  How could there be not? Yes, there were signs. Remember, very recently, Baptist college educated nurse Elizabeth Wettlaufer, who murdered eight and seriously injured six (that we know of) senior residents in the long term centres she was employed by? Her murders went on for years. Yet, nor serious investigation was ever (until  the last one when police was called in) conducted. If not for her ‘bad luck’, maybe she would have been working still and continuing her murderous calling?

But back to Covid.  At least very early in February everybody federally and provincially knew, that the new strange coronavirus seem to be particularly deadly among old people. Everybody working in the field of medicine and care. And administration of such.  What type of plans were prepared and issued to the care centres? How many detailed and practical seminars were given to administration and employees of these centres? How many special provincial watchdogs were given orders to regularly oversee each and every one of such centres?  Check documents, staffing level and preparedness of staff? Offer them the same, or similar, PPE for use?  Made sure that regular testing for virus by mobile units were available more or less day and night if needed? Required a full and immediate death certificate on any death in facility to be examined if it could have been due to a coronavirus? Made preparations for supplementing and augmenting existing care workers in such facilities in case of shortages ? Any? Seriously?  O, yes. We locked them. This way no one could have seen … .

Let me make a confession. Being, as millions of others nowadays, at home I watch a lot of TV. Mostly news, as I always was a news addict. Political junkie almost.  So I watch, day after day, week after week daily conferences of Prime Minister and Premiers of all provinces (Yukon and Nunavut – thanks Almighty! – do not hold them on national news). And listen to them. And listen.  We are not doing, as far as the illnesses and deaths are concerned, too bad in Canada with the pandemic. Not so good economically, psychologically but not very bad in strictly medical terms. The governments seem to be doing actually a good job. Starting with the right approach by Prime Minister and by far by most premiers, also.  Generally speaking.  We, Canadians.  Unless we are not weaker, often confused, oldest generation locked in the Care Centres. If we are – we are doing absolutely awful. Tragically awful.

So when I listen to the conferences, every day I’m waiting for the premiers, any premier, to actually admit and say honestly: ‘we have failed our seniors and I, as a Premier of my province, am very sorry for failing to do the job that I was entrusted to do. And I promise you all that as soon as the pandemic will end or would become manageable, I will order a full review of all regulations and laws governing Long Term Care Centres for Senior and undertake serious overhaul of the current system. Because the system has failed you’.  So far – none was issued. Instead, I listen as the premier admonishes me to stay at home, maintain social distancing and to remember that I have to protect not even myself but the most vulnerable in our society: the sick and old ones.  And I do. But you didn’t, Mr. Premier.

Horror of Long Term Seniors Care Centres

by Bogumil Pacak-Gamalski

In my last article I have shared my reflections on the situation of seniors in our society during the coronavirus pandemic. How we, as a society, have to or ought to revise our responses to it; re-examine our ethical compass. More or less, I have challenged us to check if our own beliefs in our own societal, (but also individual) set of ethical and moral values holds the water. Or is it just a lofty goal fare removed from reality. The weakest are often the first ones we shamefully discard from our Decalogue of ‘do’s and don’ts’.

That was at the beginning of the epidemic and just on the edges of a serious crisis, when we heard of the tragedy in North Vancouver’s senior care home. And the full closure of all of them resulting in a practical lockdown.

But that was than. What followed in ensuing weeks, is just a full scale tragedy and collapse of the system. As Doctor Theresa Tam, our Chief Medical Officer, noted – almost half of our reported deaths were linked to care facilities or seniors homes.

In Quebec and Ontario we have learned of appalling, almost concentration camp-like lack of care and, practically speaking, an abandonment of the seniors by the operators of these centres.

There is no reason to hope that in other provinces the situation is very different and drastically better. To the contrary. Just today we learned of many cases and deaths in Nova Scotia seniors care centres.  There is very strong argument to expect the same everywhere in these type of centres. If not worse. Why? Because it didn’t happened in a vacuum. It happened on our collective watch. Under the eyes of provincial regulators and government. As we found out, but should have known much earlier, these controls and ‘eyes’ of public health were most of the time closed. Or wilfully blind by design. Don’t see – don’t know. Therefore: if I don’t know, I can’t do anything about it nor to feel guilty or at fault.

But they should feel guilty. They are at fault. We all are. 40 years ago seniors full care centres were little known and not very numerous.  But with the advance of modern medicine, extended life spans of all of us, that changed.  Some of us (before we die) in an advanced old age loose gradually a lot of physical abilities to be independent or to require only basic care and help from family and friends. Some loose  gradually mental capacity to take care of ourselves. That is even more dangerous.  Advanced age means also that all of our children (if we have any) are not young either, by the time we become very old and in need of help. Majority of advanced age seniors children are … seniors themselves.

And let us not forget the various types of dementia, with Alzheimer being the most dangerous of them, that seem to spread like a wild fire in recent decades. These conditions and ailments require a specialized, non-stop medical and household care. The word ‘medical’ is paramount. Dementia and Alzheimer are medical ailments that require medical treatment. Not just the mundane cooking and laundry and help with personal hygiene.  A progressive disease with no cure. Lethal.  But the length of it often is very long – from mild form to  almost  vegetative state in some cases.  Ugly. Robing the person of almost every shred of personal dignity. Shall I go on? No. A lot of you knows it, because someone close to you is going through it or went through it before dying, when one by one, every organ of your body stops working. Not like in a heart attack. That would be considered almost merciful.  A majority of you, who never encounter it in a family setting – will know it.

Why am I writing about it in painful detail almost? To make you understand, that if not majority, a very sizable number of full care Centres they are there because they have no other choices. Not because it is just more convenient for them. You know – the food that someone else shops for and cooks, the plates and dishes that someone else cleans after you, the laundry, the cleaning of your room, changing of bedding, doing your hair, your nails, your showers and baths  (at the end it is just wet sponge and wipes ), the moving you from bed to wheelchair and back. The list goes on. It is medically necessary. Like a hospital is not a hotel we choose to go to for fun. Like a hospital. That is another term I want you to remember.

 So we have two terms now to pay attention to: 1) the reason  for senior being in a centre like that is of medical nature, not simply an age or convenience;

2) the care, nurse and doctors check offs, adjusting and giving out medicine (pills, shots and the likes), medical treatment in general. At the end it also serves as a palliative care institution.

Again – as in hospitals. The difference is that hospital is an active medical trauma treatment centre, with vast array of diagnostic tools, and possibility of very decisive medical intervention. By nature designed for relatively short  stay.  Full care senior’s centres are designed to be a residence. Usually extending beyond one year, or close to it. Regular hospitals would be absolutely way too expensive to operate under such conditions. Hospitals offer acute treatment, with a goal of a cure for patient. Seniors homes offer light medical treatment (with no practical nor even idealistic goal for curing residents), safer environment and at the end of resident’s stay – palliative care. Unless when there is an unexpected accident that require hospital intervention or specific family’s requests for transfer to a hospital for more active intervention.

But let’s not make any wrong distinctions: both are of medical nature.  One short term and expectation of curing patient (hospital); the other very long term stay (by nature – final) and no expectation of curing patient – just making her/him safer and relatively comfortable.  Neither is an extension of home.   They try to be as much as possible – but they are not.  Governments spent huge amount of money to subsidize most residents stays there. Some can afford to pay it themselves, but it would be a minority as the costs are in thousands of dollars every month.  All provinces decided many years ago that it is more economical to let the centres be in private hands, run as businesses, then in governments hands.  And we let them.  Yes, it would have been more expensive to run them by government.  Just the labour cost by itself – in hospitals professionally trained staff is paid much higher rate, than similar staff in the centres. Of course other costs, too. For example continuing training and education of hospital staff versus very limited training of similar staff in the privately run centres. Hospitals are not run on a business model. And they shouldn’t be.  The Centres – are. The operators/owners are running a business, not a charity.

The results, in an emergency situation of even lesser magnitude than the pandemic, are the way they are. Tragic. Shameful. Incomprehensible.  Existing model is wrong and is not working under stress. Barely under normal circumstances.  We are left powerless, not even knowing what is happening to our parents, aunts, family members and friends, who are locked behind these walls.

This can not be put squarely at the operators feet. It is a fault by design and if not equal, at least a partial blame is on the side of the government.  The regime set-up to control and supervise the centres by province’s Health Authorities failed. Again – be design. By not making it robust and strong enough. By not following own rules, which by themselves are minimalist and weak.

If the provinces can’t guarantee a fast and permanent fixing of the oversight – it should take over the running of the establishments under its own umbrella and ownership. It is an extension of medical care.

If the model of having them in private hands is honestly believed as a more efficient one and better – than an extensive overhaul of the Health Authorities effective control and oversight needs to be undertaken almost immediately. With the public being clearly informed of the process, it’s goal and timetable for conclusion.  Proper staff-resident ratio must be established by the province and remuneration for employees should mirror the importance and the professionalism that is expected of them.  You can’t expect the staff to be paid near minimum wage and do properly the extremely hard work they do. Extremely hard and difficult – of that I know, for I have spent hundreds of hours in such facility. During daytime, at night, mornings, evenings. On purpose, as I wanted to make sure that ‘good’ things are not happening only during typical visiting hours. Helped them wash residents, change them, feed them. I can’t say: I wouldn’t do it for any money. No, I have done it for free. But if I was to work there, I wouldn’t under any circumstance be paid less than minimum twice as much as they were paid.  None of the blame could be placed under their feet.  Of that I’m certain.

The pictures in my mind of the neglected and left to their own inability to do almost anything residents in some of the Homes in Ontario and Quebec (I am also certain that they are like that in every other province) are seared in my brain and heart.  Most of you probably listened or read the recent stories. I will not repeat the details here. Sufficient to say, they are horrific, inhuman pictures.

Something must be done and we (that means you too, dear Reader) must make sure that it will. Call, write to you MP, to your premier, minister of health, minister of social services, senior’s advocate. Please, do.  Our mothers, fathers, aunts, uncles, cousins, grandparents, our friends – deserve better. You deserve better in the future, when you might (which is becoming increasingly common) become a resident in one of them.

Alberta and Saskatchewan – how do they fit in Canada?

In 2016 I went to Calgary for a family visit. It was one of the last visits there, since I moved to the East Coast. And that time, as sensing that not that many more of these visits are ahead of me (but not knowing that as matter of fact), I gave myself permission to a lot more private, solitary time to walk through the city, in many ways city of my youth.  I have lived there, in earlier times, close to 15 years. The city has changed a lot since. Not much for the better – typical spreading with mostly ugly neighborhoods that were taking over grasslands, fields on the outskirts and close by rural communities. But the Downtown was reinvented and re-invigorated nicely. I stuck mostly to the old Calgary – familiar and full of memories. Some were bad – but, as is in life – bad memories fade with time, good ones – remain.

During one of my evening walks on the southern part of Downtown (close to 4th Street SW were I had my very first apartment in Calgary) I noticed very disturbing occurrence. It was a time of some sort of election, I think provincial. As in any other community, there were election signs of candidates, parties. Right on the edge of an old, small park with Calgary’s Cenotaph was a sign of NDP party. Not the most popular in Alberta – but an established and strong political force in the city and province for as long as I remember (much stronger then Liberal Party, traditionally very disliked there). A very young, in their twenties, couple walked by. It was obvious they were not poor or from shadowy element. They were loud, happy. An evening revellers. Suddenly, they stopped, he talked something to her. She stood aside and carefully looked around, than  gave him a nod and the guy just ripped the sign off, broke it into pieces and threw to the park bushes. They walked quickly off. I was a full intersection away. Should I run after him, yell? Pointless. The crime was done. Calling police was too late, as they quickly disappeared into next street. It angered me. And reminded of that nasty element of political intolerance that always existed in Alberta. The right wing feeling of entitlement. To what? I don’t know, nor understand it. But it was present there in the 80ies, when I settled there. To some point as the reaction to Pierre Trudeau’s plans for the abandoned National Energy Plan – an idea hated in the Prairies.  As a side note it is worth noting that just few weeks ago, in National Election 2019, no other but the Conservatives flaunted the idea of Trans Canada Energy Corridor … . Hmmm, funny how ,principal views’ are dependent on political expediency … . What was once (still is) viewed as an assault on provincial jurisdiction, now is being proposed as wise and beneficial to all.

But back to memories of political climate in Alberta. I think it got worst after the passing of political leadership of Peter Lougheed – a staunchly protective premier of Alberta, but even more staunchly Canadian. I think he was the last premier of that province, who truly and unwaveringly believed in the supremacy of Canadian unity over any separatist sentiment of ultra-right Albertans. During our just finished National Election, that spectre of Western alienation and separatism was mentioned as a warning many times.  And was stressed that the Liberal government of Pierre’s son, Justin Trudeau resurrected that feeling in the Prairies. That is a blatant lie. A lie repeated every time there is a Liberal government in Canada. That feeling always existed there and was always used to blackmail Ottawa. I remember very well times, when Alberta’s conservative governments did not shy to form close ties with Quebec separatist governments of non-other than staunchly separatist’s Quebec premier Levesque to plot against Ottawa. When it was convenient to force their hand against Ottawa. All of it came back to me as I listened to stories from this election of Albertans, who were afraid to post any sign on their property for either NDP or Liberal parties. They were actually afraid. Physically and psychologically. And it is disgusting. It never went that far in my memory. It would be probably a challenge to find a time, when both Alberta and Saskatchewan did not elect a single MP not from conservative party. It all changed after forming of Reform Party and destroying the old Progressive Conservative Party of  MacDonald. The new conservative party, formed by Stephen Harper, failed to see beyond the borders of the West, failed to notice ever more urban citizens of this country. But demand respect and special status instead. It’s fine that their base is in the West, especially in the oil-rich West. But Canada neither starts nor stops in Regina and Edmonton. Their inability to get above 32-35% popular vote speaks volume to the problem.   And one more think – when I settled there it was the beginning of the 80ties in the XX century. The end phase of many oil booms that the province had. There was plenty of money still around. Establishment (smart) of Heritage Fund in Edmonton from proceeds of that boom. After that were years of drier income and another booms. That’s forty years of history. What happened to diversification, to support and building of new industries, new sources of wealth? Every time there was a bust – there were promises that Alberta would diversify, would invest in more resilient future. And what? The same questions remain today. Saskatchewan was doing OK with rich farmlands and world leadership in production of potash. But the market for potash collapsed years ago, food markets are strong but increasingly competitive – where is the planning, the modernization of economic base? Is it all Ottawa’s fault, the Trudeaus and Chretiens, the Turners and Martins? Is it always perennial ‘them’, never ‘us’ philosophy?

Now the popular cry and question is being thrown: since Liberals (or NDP or Greens for that matter) don’t have a seat in Alberta and Saskatchewan, who will represent the two western provinces in Ottawa? Perhaps a question that should have been asked by Albertans few weeks ago, before the Election stations were closed, may I ask?

Of course, my impatience with certain element of Western perennial dissatisfaction with Central Canada does not solve the true problem of new Liberal Government with that obvious dilemma. Although there is nothing in our Constitution or law that requires a Cabinet representation of all provinces or regions – a practical and political expediency does suggest that. And a long tradition. Trudeau already stated such desire himself. How he will accomplish it will be not an easy task and some political showmanship will be needed. I have no doubt he will master such.  He (Trudeau) has proved to us that he is not just an idealist living in a dreamland, ha ha ha. To the contrary at times – he could be rather cold and unforgiving politician. I just hope that he will not reward Mr. Sheer and Mr. Kenny with conservative appointment as an advisor to the Cabinet, or – that would be a capitulation and very wrong – as a member of the Cabinet.  There’s many Westerners, who are not staunchly right wing, who can fulfill that role. To the benefit of Canada and the two beautiful Provinces. And not former infamous premier of Alberta, Ms. Allison Redford, who just the other day offered her services in such a role. Last time she served Alberta, didn’t end very well for Albertans. Who knows – maybe a former member of former Progressive Conservative Party, who didn’t join the Harper’s new Conservative Party of Canada? I’m sure there is still quite a few of them around.

There will be a pipeline to BC, I am certain of it. There won’t be one going the Quebec, I am sure of it, too. The first one is needed politically and economically. The oil in Alberta will not stop being produced anytime soon – although I do hope for the sake of us and the sake of Albertans that it will be phase out as soon as it is economically possibly and not a day later. But we cannot continue being just a country of natural resources – specially raw and mined resources. That time is gone. It was gone with the end of XX century. We can’t just rape our own land and pretend that it is OK. It’s not. There was a time and an epoch when it was necessary evil, maybe – to a point – even a blessing. But now it is a curse. More and more expensive to maintain. And I am not touching the ethical side of it. Just economy. The harm it produces alongside the economic benefits becomes more and more visible every passing year. The harm not only to the climate of the country and entire planet – but to Canadian nature, to our environment, where we live. The poisonous by-product of mining, destroyed landscapes, forests, rivers, lakes, underground water – the list just go on and on. At the very end of each of its cycles, the private companies that produce it – pack their belongings and disappear into thin air and we, the taxpayer, are stuck with millions of millions of dollars to clean it up.

Our vast size, non-ending coastlines, huge rivers, still existing huge forests, sparsely populated territory (apart from the narrow strip along our southern border) in XXI century technology should not be a challenge but an opportunity to invest and build new industries, ecologically friendly and in high demand for our and international economies. What we need is a vision equal to that of XIX century of uniting the vast Canadian land from coast to coast. Base on modern scientific and eco-friendly knowledge. That requires courage and leadership – followed by smart and big investment. Not by cheap knock-offs. And modern forms of energy production should be almost unlimited in our country. Be it coastal/tidal waters, rivers, wind, solar – you name it and we have it. Give Canadians the chance to work in smart way instead of cheap way. Well paid with educated workers.

Alberta Rockies – land rich in natural energy and endless possibilities

There was a time, when green, un-ending grasslands of the prairies, it’s hills and long river valleys were roamed by thousands strong wild herds of buffalos. They were wiped out never to come back in its old glory. That was sad. But one way or another (probably not in such brutal and stupid way as it happened) it was inevitable given the migration of people. And that migration would have happened even without French or English colonialism. People do spread all over the globe all the time from time immemorial. The buffalos are gone, replaced by smaller but still important herds of domesticated cows and cattle. Now it is time to start saying goodbye to the oil pumps and the mammoth machinery of oil sands. Times have changed again. As they always do in the history of Earth and humankind. Get on it, Alberta and Saskatchewan. Let the dinosaurs stay in Drumheller and the Badlands.  

Jak Skawińscy głosowali? Prawda i mity.

by B. Pacak-Gamalski

Znacie Skawińskich i dlaczego takie niby ważne, jak oni w głosowali? Otóż Skawińscy to taki szczep słowiański, który z borów nad Notecią, mokradeł wokół Narwi powędrował z różnych przyczyn (na ogół nie radosnych) w daleki świat. Opisał to niegdyś stary dziejopis Henio Sienkiewicz w świetle latarni morskiej, w czasie podróży po USA.

undefined

Jak świat światem wiemy, że to szczep nader patriotyczny, sentymentalny i wierny, jak pies spod rodzimej chałupy. Więc i fama w skłóconej starej ojczyźnie poszła, że Skawińscy murem za wiarą przodków, za patriotyzmem kamiennym, za rycerzami wyklętymi – a więc za prawem i sprawiedliwością (w domyśle: naturalnie bożą). Może dlatego, że Sienkiewicz w świetle latarni i w Ameryce Północnej ich był opisał, więc daleko i szeroko spojrzeć nie umiał. Tak powstał mit polskich czikagów od Północy ku Południu i od Wschodu do Zachodu. A tu nagle rzecz się dziwna stała – latarnie powygasały w większości, technika je zastąpiła urządzeniami widzącymi dalej i głębiej bez względu na porę dnia. Poszerzyły się o te, no jakże im tam – no, o te horyzonty. I Skawińscy – mimo że ród prastary – stali się nowocześni, dzisiejsi.

Trochę to szyki pomieszało możnowładcom ze starego kraju. Bo niby jeszcze kilka lat wcześniej dbali bardzo o frekwencję polonijną w wyborach będąc pewnymi, że prawomyślność (koniecznie ‘prawo’ a nie ‘lewo’ nie daj panie boże) i sprawiedliwość (bożą, naturalnie) Skawińskich zaowocuje ich poparciem. Co też wówczas się stało i nie bez zbiegu szczęśliwego odkopania w archeologicznych badaniach postumentu Anusi – córki bohatera narodowego Andersa. Z niemieckiego co prawda pochodzenia, ale związanego przed wojną wrześniową z obozem narodowym. O tych przodkach niemieckich nie mówiono nic. Po co? Wystarczy, jak się o nich mówiło (bez przerwy na oddech) wobec niejakiego Tuska. Zresztą w wypadku Anusi chodziło tylko o ojca. Matka nie była pochodzenia niemieckiego. Z krwi i kości Ukrainka. I jak na Ukrainkę (dawniej mówiło się: Rusinkę) była i krasawa i zapiewała pięknie. Wiem, co mówię, bo sam słuchałem nie raz i lubiłem – zwłaszcza, gdy śpiewała dumki kresowe memu sercu bliskie – i o wzgórzach wileńskich, i o tramwajach lwowskich. Anusi jednak – pannie wiekowej ale ciągle żwawej – nieco fornalski charakter kolegów i koleżanek z ław senatorskich nie bardzo do gustu przypadł. A już szczególnie bolesne były właśnie dąsy wielu z tych Skawińskich, których miała reprezentować. Generalska córka wolała już grać rolę szanownej i uwielbianej Damy na akademiach polonijnych niż polityka, gdzie jej szarży senatorskiej nie szanowano. Teraz ma iść ponoć w ambasadory. To będzie milsze. Zwłaszcza, że – też ponoć – w Italii słonecznej. Blisko dworu watykańskiego i blisko na grób Taty skąd widok piękny na starożytny klasztor benedyktyński. Mimo to tuzem w rękach polityków była, gdy o głosy polonijne chodziło. Tym razem takiego nie znaleźli. No, niby ten bezpartyjny, czyli z uczuć szczerych a nie kombinacji posadkowych, pan profesor Marek Rudnicki miał być nie do pokonania. Owszem, w USA, gdzie mieszka, wygrał. Ale USA to nie cały (?!) świat. I generalnie – przegrał.

Mniej humorystycznie teraz, praktyczniej. Druga Izba Parlamentu polskiego wypadła z rąk PiSu. Bardzo możliwe, że własnie tym jednym głosem. Głosem Polaków z Zagranicy. Polonii. Tego latarnika Skawińskiego ze słynnej noweli Henryka Sienkiewicza. I to różnicą procentową bardzo wysoką. Wynik PiS był poniżej 25 %. Tak, to prawda, że pisowskie twierdze w Ameryce Północnej udało się utrzymać. I chyba tylko tutaj. Ale nawet na tym kontynencie ten wynik był dużo słabszy niż wynik uzyskany w 2015 roku. W niektórych, zwłaszcza nowych, Okręgach Wyborczych – opozycja demokratyczna nawet w Stanach odniosła sukces. Podobnie, jak zwiększył się procentowo poważnie głos oddany na demokratów przez Polonię kanadyjską.

Senatorem ‘z Zagranicy’ został Kazimierz Ujazdowski z bardzo silną przewagą głosów nad kandydatem PiS. Ujazdowski reprezentuje PO. Jeden z ‘przebudzonych’, jak określam nielicznych byłych pisowców, którzy być może po rozum do głowy poszli. Nie bardzo lubię nagradzać byłych poddanych Najmiłościwiej Panującego Wielkiego Kurdupla – ale, jeśli po ten rozum poszedł i jeśli go znalazł, niechże mu tam bozia da zdrowie. Choć po cichu podejrzewam, że bardziej strawny dla demokratów kandydat Koalicji zdobyłby jeszcze więcej głosów. Trzecim, niezależnym kandydatem, był nie kto inny, jak Cezary Paweł Kasprzak – niesprzedajny i wszędzie widoczny aktywista starego, autentycznego KOD-u. Znienawidzony przez pana Ziobrę ale i też nielubiany w nowym, pro-POwskim KODzie. W wyborach z całego świata polonijnego uzyskał całkiem niezła liczbe ponad 15 procent.

Sparwdzając Protokoły komisji wyborczych z całego świata, skupiłem sie tylko na tych, gdzie przewaga Koalicji demokratycznej lub PiSu była minimum 40%. Tam, gdzie ilość głosów oddanych na jednego z kandydatów była poniżej tej liczby – nie brałem pod uwagę.

Na Komitet Koalicji Obywatelskiej minimum 40% głosów oddali Polacy zamieszkujący w 62 krajach świata. W tym w 26 krajach tych głosów padło powyżej 50% granicy.

Na popieranego przez PiS kandydata Marka Rudnickiego liczba krajów, gdzie padło minimum 40% głosów – aż 6 (sześć). Tak, z całego świata. Liczba krajów, gdzie otrzymał minimum 50% głosów – 5 (pięć). Dokładnie: USA, Kanada, Irak, Kosowo (to ciągle tylko quazi-państwo nie w pełni jeszcze uznane) i Angola.

Ogółem na nowego senatora K. Ujazdowskiego padło łącznie 38.95% głosów; na pana Rudnickiego 24.86%. W 2015 na panią Anders (popieraną przez PiS) padło aż 46.85% głosów. Na panią Borys-Damięcką z PO w 2015 padło 34.35% głosów. Czy zauważacie zmianę? Głosy na PiS spadły wśród Polonii światowej aż o 22%. Na centrowy, zdominowany przez PO, Komitet Koalicji procent wzrósł o 4.5 punktów. Stąd moje wcześniejsze uwagi o przeszłości politycznej senatora Ujazdowskiego – bardzo możliwe, że ten procent po stronie demokratycznej byłby dużo większy, gdyby kandydatem była inna osoba. Polacy z Zagranicy staja się nowocześniejsi, współcześniejsi od rodaków w Kraju. Już tylko sentymentalna łezka, akademia raz lub dwa razy do roku w jakimś Polish Hall nie wystarcza. Ani stare żale na wszystko i wszystkich wokół. Za wszystko. Za przegrane wojny, nieudane powstania, za złe mieszkania i zacofany przemysł, za przegrane własne życie. I za to, że teraz o wszystkim trzeba samodzielnie myśleć i ponosić koszta tego wysiłku mentalnego. A dawniej myśleli inni. Władza i Kościół: Król i Biskup; Car i Biskup; Prezydent (lub Naczelnik Państwa) i Biskup; Pierwszy Sekretarz i Biskup; a teraz jeden niewysoki Szary Poseł i Biskup. Jak widać z tej wyliczanki – jeden element był stale stały. Niezmienny. A w XXI wieku ten element już stracił swoje polityczne znaczenie w większości cywilizowanego świata. Więc podróże jednak kształcą. A cześć Północnej Ameryki (część, bo Polacy meksykańscy jednak wysokim procentem – 56 – poparli Koalicję demokratyczną) też dojrzewa. Dorośleje. Jak to w tej piosence szło? Jeszcze rok, jeszcze dwa, przekonacie się o tym sami, jak to jest, jak to jest z … Polakami? Przeboju legendy polskiej estrady długich lat PRL i wielu jeszcze lat po roku 1990, Jerzego Połomskiego. Bożyszcza kobiet i Amanta Nr 1 Polskiej Estrady – który przez całą zasłużoną i ciekawą, bardzo długa karierę nigdy na tej scenie nie mógł być sobą. Mity, legendy. Tak to z nimi jest – pomagają marzyć, wzdychać i ronić łezkę – nie powinny jednak nigdy przesłaniać rzeczywistości.

Wybory i kandydaci dla Polonii

Postaram się tu zaprezentować Państwu kandydatów Opozycji Demokratycznej (tą nazwą określać będę partie i grupy/koalicje, które ustawiają się po przeciwnej od PiS i jego koalicjantów stronie polskiej sceny politycznej). Dziś zacznę od Jarosława Szostakowskiego z Nowoczesnej w tamach Koalicji Obywatelskiej (https://koalicjaobywatelska.pl/). List skierowany jest do Polek i Polaków w Kanadzie, który pan Szostakowski przesłał na moje ręce.

Jarosław Szostakowski

Szanowni Państwo!

Nazywam się Jarosław Szostakowski i kandyduję do Sejmu z pozycji 5 listy
numer 5 Koalicji Obywatelskiej w okręgu 19 – Warszawa i Zagranica.

Wiem, że wielu z was wciąż żywo interesuje i zawsze będzie interesować
to, co dzieje się w Polsce. Nieważne, jak długo mieszkacie poza
granicami rodzinnego kraju, odczuwacie współodpowiedzialność za jego
losy. Kiedy rządzący popełniają błędy, wstydzicie się za nie prawie tak
samo, jak za własne, a w chwilach sukcesów dzielicie narodową dumę z
tymi, którzy pozostali w kraju. To się nie zmienia nawet wtedy, gdy ktoś
czuje się zakorzeniony w nowym kraju. Mam tego świadomość, bowiem wielu
moich znajomych i przyjaciół mieszka za granicą, a ja mam to szczęście,
by móc czerpać z ich wiedzy oraz perspektywicznego spojrzenia.

Wiem też, że wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, nie jesteście
jednorodną grupą. Macie różne historie, poglądy, motywacje i
doświadczenia. Również różne powody, by wziąć udział w nadchodzących
wyborach parlamentarnych.

Jakiekolwiek by one nie były, zapraszam was do zapoznania się z moim
programem, a także do kontaktu i dialogu. Z chęcią odpowiem na wasze
pytania.

Ja również czuję się współodpowiedzialny za losy Polski. Zapraszam do
odwiedzenia mojego profilu na Facebooku, z którego możecie dowiedzieć
się, poprzez jakie działania to wyrażam. Więcej na mój temat w
załączonej ulotce.

http://facebook.com/jszostakowski http://twitter.com/JSzostakowski


Election in Alberta and few facts

Elections in Alberta are always a bit dramatic (like in Quebec and in Ontario). And always (except the ones in Ontario – they are mostly interested only in themselves, almost as if Canada was part of Ontario’s Confederation, not the other way around) evolve close to the argument ‘us versus them’ – meaning the only and always discriminated against Alberta (or Quebec) contra the rest of Canada, especially the awful and foreign Federal Government, the epitome of Evil, Corruption and Greed (unless it is conservative government, mind you, LOL). And a government of Trudeau (doesn’t matter which one) must be straight from Hell Eternal. From the old times of great dynasties of Getties and Logheeds (although they were the last ones that were willing to stand for Canada as a country, even before self-interest of Alberta) till today. Ralph Klein, first truly populist leader in Canada, provided some relif as a popular drunk and likable media and mayoral personality. But now we are back to a true throwback to good ol’ times: Mr. Jason Kenny, voila (pardon for French)!

As I came to settle in Alberta in the old days of beginning of 1980’s – it was already the beginning of an end to full and numerous oil drills in the foothills between Calgary and Lethbridge and toward Bassano and Medicine Head to the East. The good light oil, mind you. Not the sands. For all practical reasons the coal was just a memory of the past. But money were still plentiful. Smart premiers (the old Progressive Conservative Party) started on a small scale  diversification of the economy, but the pace was way too slow. After all, oil was still treated as God given right and God given present to the folks nested between the prairies and mighty Rocky Mountains. Hardly anyone talked or heard of climate change. Unless we talked about biblical times or the times of dinosaurs (and remembering that Drumheller and Badlands are in Alberta, we talked about dinosaurs often). The grand huge glaciers feeding three oceans were still massive and touching the edges of  Icefield Highway from Lake Louise to Jasper. When I travelled that highway in 2017, the mighty icefields were so far away from the road, I could hardly see their edge. Times have changed. But not the way Albertans think. Which brings me back to the subject of Badlands and dinosaurs …  Yes, it is true – even today you can use a hand pick and kitchen fork to find pieces of dinosaurs bones near Drumheller. Not so much live dinosaurs, though…

Moving forward 20 or 30 years. Alberta built huge oil sands fields in the north. The climate change moved as rapidly as the oil development. No, it was not and is not an engine of the Nature’s phenomena called climate. But it is a major contributor to it. It is particularly dirty and inefficient fossil fuel that requires a lot of …    yes, fuel, to make it usable and energy producing fossil. Being a land locked based province it requires extremely long pipelines to move it or very energy consuming other transport (rail, trucks). It leaves terrible and massive ecological mess of toxins and destroyed habitat in the northern Alberta. Mess that will need to be cleaned at an extremely high cost ones the oil corporations will be gone. And gone they will be. Of that there is no doubt. The huge giants, despite massive (over 3 to 4 billion dollars year by year) subsidies failed to build a single one petrochemical plant in Canada capable of producing a single drop of gasoline or usable oil from the oil sands. Therefore we are forced to sell it as a raw, cheap material. While relying on our usable oil and gasoline from US. Yes, when the oild prices were around 100 dollars a barrel – Alberta reap huge royalties and huge taxes went to federal level. But the Canadian was left with paying higher and higher prices to fill their car tanks. And now again, as the prices grow on world market – so do the prices at the pump. Did Canadians (or Albertans for that matter) receive subsidies for the high prices just as the oil producers did for their operations? Not so much.  This is not an attack on oil industry. Just some simple facts of life and costs faced by ordinary citizens not employed directly by oil companies. Also citizens of Alberta.

But this are just side costs. High but not the most important. The most important by now, by 2019, is the fore mentioned climate change and costs associated with it. And not even the tragic consequences for our children and grandchildren. No, the costs now. Factual and actual. The ones we, as taxpayers and consumers pay already in the billions.

Here is very few, the most famous ones and the ones that touched particularly Alberta itself or just across the provincial border.

This is how Calgary major street, McLeod, looked in 2013. It is not Bow River. It is a busy city street. Result of huge floods in Southern Alberta. Frequent and massive floods are part of massive and rapid climate change. Cost of the flood was conservatively estimated to be over 5 billion dollars. Dollars of Alberta’s and Canada’s taxpayers. How much more you think you paid since then for your car and home insurance? And what serious and energetic climate change plan for Alberta and for Canada is presented to voters by Jason Kenny?

But God’s (or Nature, whatever you prefer – results are the same) plaque do not come as waves of water only. They come as wave of flames, too.

In 2016 entire Canada was horrified and sprung to help Alberta as the huge, colossal flames engulfed it’s northern part. Specially around Fort McMurray. It generated the largest evacuation of entire towns to its capital, Edmonton. The largest in our national history.  The cost was  … ten (10) billion dollars.

view of Fort McMurray fires from satelite

And again – the hidden costs of higher prices for numerous services needed by Canadians for years to come. Mostly the raising insurance premiums, but not only that. What is Jason Kenny going to do to help mitigate the strength and frequency of such disasters related to climate change?

In 2017 and 2018 neighboring British Columbia suffered back to back to worst wild fires in its entire history. Combine the cost of both them will be, conservatively speaking, over another 1 billion dollars.

That’s 16-18 billion from 2013 to 2018 just for four major disasters. Not counting the tens of smaller ones. Directly related to climate change. Recent scientific major study revealed that Canada’s north is warming 2 to 3 degrees faster than the rest of the world. It is catastrophic.

Yes, we do want a healthy and responsible energy industry in Canada. And it is mainly concentrated in Alberta and Saskatchewan. We do want good employment opportunities. I would even say, that yes – we do need to be able to finally build (twin) at least that one pipeline to Burnaby (if for anything, then for easing the more dangerous and more energy consuming other ways of transporting oil sands). And since we are an oil producing nation – it would be nice to be able to sell it at fair market value instead of the scraps from Texas refineries.

But we need to start right away planning and paying for investments in industries and technologies that will replace the fossil fuel development as soon as possible. Not 10 years from now. Now. Ten years from now a quarter of the industry will be gone anyway on its own. They won’t stay just because they love Alberta workers and politicians. No. The only think they like is a dollar. Made on the market or from government (means: yours and mine) pockets.

And that’s the real problem facing Alberta in two days’ time. Not ‘socialist’ or ‘conservative’ ideologies. The truth is that Notley’s NDP is really rather far from socialism. And Kenny’s UCP is closer to bigotry and cheap tribalism than to conservatism.  And now, good night to you all. Time to go to bed.

Od Atlantyku do Pacyfiku

Drugi, co do wielkości terytorium kraj na świecie, Kanada, spięty jest niby klamrą, dwoma największymi oceanami świata: Atlantykiem i Pacyfikiem. To okna Kanady na świat i bramy świata do Kanady. Atlantyk oddziela ten piękny Nowy Świat od Starego – Europy – a Pacyfik, otwiera jej okna na Azję.

Tymi ‘oknami i bramami’ Kanady po obu przeciwległych wybrzeżach są Vancouver nad Pacyfikiem i Halifax nad Atlantykiem.  W pięknym, nowoczesnym, wypełnionym wieżowcami ze szkła i metalu Vancouverze, wciśniętym między górami Coastal i cieśniną Georgia, miałem szczęście przeżyć ostatnie ćwierć wieku.  Oglądałem i obserwowałem to miasto zmieniające się w zaskakującym tempie w nowoczesną metropolię pędzącą w jutro i zostawiającą w tyle swą przeszłość i jej ślady. Dzisiejszy Vancouver i jego okoliczne miasta ledwo można rozpoznać od tych, jakimi były w latach 80tych i 90tych ub. stulecia. Po prawdzie ciężko poznać od okresu sprzed 10 lat ledwie. I jakkolwiek nowa, bardzo nowoczesna i oszałamiająco-przytłaczająca architektura, jest imponująca – trochę czasem żal starego, portowo-rybackiego Vancouveru, jego drewnianych domków, uliczek. Trochę z tych staroci gdzieniegdzie zostało, wciśniętych lub wtłoczonych między wielkimi bryłami wielkich wieżowców, ale wyglądają bardziej, jak skanseny niż żywe i tętniące życiem ulice, sąsiedztwa. To miasto zdecydowanie wybrało nowoczesność i jutro niż tradycję i wczoraj. Niewątpliwie ma tu znaczenie olbrzymi napływ nowych mieszkańców z krajów głównie azjatyckich (Indie i Chiny w przeważającej ilości), które nie maja do przeszłości miasta przywiązania. Oraz absurdalnie i sztucznie wytworzony klimat na ‘błyskawicznych milionerów’: właścicieli domów i mieszkań. Podczas, gdy faktycznymi właścicielami są nie ci, którzy podpisali dokument kupna a banki, które udzieliły pożyczek hipotecznych.

Uwagi te w niczym nie ujmują naturalnego piękna tego miasta, które wielokroć określałem, jako Rio de Janeiro północy. Z jego perłą pierwszej piękności: naturalnym Parkiem Stanleya łączącym nowoczesne centrum z Północnym Vancouverem przepięknym wiszącym mostem Lions Gate. Spacer nadbrzeżem tego parku od Akwarium koło Zagubionej Laguny do wyjścia na uliczki Denman i Davie to nie tylko wyczyn sportowo-zdrowotny, ale możliwość cieszenia duszy i oka przepięknymi widokami samego parku, jak i otaczających go fiordu Burard z jednej i Zatoki Angielskiej z drugiej strony.

 

Halifax zachował cały czar i smak starego miasta portowego. Rozbudowuje się zachowując umiar i formę uzupełniającą stare miasto i jego charakter a nie zmieniającą go. Prawie cała linia brzegowa właściwego Halifaxu pozostała poświęcona i utrzymana na usługach oryginalnego charakteru miasta portowego i obronnego i jego przemysłu i celu: porty, stocznie (w tym olbrzymia stocznia Irvinga budująca najnowsze okręty dla kanadyjskiej Marynarki Królewskiej) i główna baza morska Marynarki Wojennej. Z okien domu gdzie mieszkam widzę na wprost okręty wojenne przycumowane do nabrzeża pilnujące mojego spokojnego snu. Co prawda niemieckie u-boty nie węszą już w pobliżu portu, ale … strzeżonego pan Bóg szczerze, ha ha.  Budynków wojskowych jest zresztą w mieście cała masa i chwilami odnosi się wrażenie, że to miasto garnizonowe, co przypomina o tradycji marynarki wojennej w tym mieście, jako głównego bastionu obrony całej wschodniej Kanady. O czym dobitnie świadczą zachowane potężne umocnienia artyleryjskie Cytadeli Halifaxu górującej nad portem i całym miastem. Cały wielki wysiłek wojenny Kanady w I i II wojnach światowych byłby chyba niemożliwy bez Halifaxu i jego portu wojennego i handlowego.

Ze wzgórza cytadeli rozpościera się doskonały widok na centrum miasta i port. Jednym z najokazalszych, potężnych kamiennych budynków jest wyróżniający się gmach urzędu celnego u końca Mola 21 (Pier 21) – stąd wyruszały na zachód Kanady setki tysięcy imigrantów-osadników przybywających głównie z Europy – przede wszystkim z Wielkiej Brytanii i Europy Centralno-Wschodniej – by zasiedlić ten olbrzymi kraj-kontynent i zbudować to, co dziś znamy, jako Kanadę. Ostatnią taką olbrzymią falą była emigracja post-wojenna w latach 1945-52. Tędy przybywały statkami tysiące Polaków – żołnierzy Polskich Sil Zbrojnych.  Potem tą rolę przejęło rozwijające się błyskawicznie lotnictwo cywilne i porty morskie przestały być (w tej części świata) bramami emigracyjnymi.

W samym centrum przeważa zabudowa 5-10 piętrowa. I ta najnowsza i ta sprzed 50, 100 i 250 laty. Prawie nigdzie, w tym i w najnowszych dzielnicach, trudno znaleźć wieżowce wyższe niż 20-piętrowe, a i te niezbyt często. I podoba mi się to, przyznaję. Podobnie, jak tempo życia, które ma charakter dużo spokojniejszy i wolniejszy niż na Zachodnim Wybrzeżu.

Zaś pomiędzy Vancouverem a Halifaxem są nieopisanego piękna połacie kraju, które ostatnio obserwowałem i podziwiałem przez tydzień pokonując tą trasę. Po raz pierwszy od blisko 40 lat od jednego końca do drugiego, w jednej podróży.  Poza Prince Edward Island i North West Territories byłem w każdym regionie, ale nigdy nie przejechałem jednym ciągiem całego kraju. A to przeżycie wyjątkowe. Pewnie coś na kształt podróży Koleją Transsyberyjską.

Spojrzenie wstecz i o ludziach ważnych

Nie wiem, nie pamiętam dokładnie ale musiało chyba to być w pierwszej połowie lat 70. ubiegłego wieku, gdy zetknąłem się po raz pierwszy z pojęciem ‘literatury emigracyjnej’.  Tej, która nie oznaczała pisarzy doby mickiewiczowskiej i norwidowskiej, a współczesnej. Kiedy się już zaczęło czytać Witkacego i Gombrowicza (ze starych, przedwojennych wydań z półek bibliotecznych rodzinnych lub u przyjaciół) to nagle pytania: no dobrze, Witkacy w łeb sobie strzelił w 39, ale co z tym Gombrowiczem? Pisać przestał? A gdzie ten Miłosz i czy Watt zginął?! Od nitki do kłębka i kopie małej, konspiracyjnej „Kultury paryskiej się znalazły i w bibliotekach uniwersyteckich to i tamto nie tak trudno było wyszukać. No a jak się już znało pytania to można je było po prostu zadać bliskim a starszym. I nie mogli po prostu tematu pomijać. Na nic zresztą czasu nie było.  A już szczególnie na dogłębną refleksję. Bo czas się walił i burzył w tych latach 70, które zakończyły się , oczywiście, 1980tym. Co się stało w tym roku – pamiętamy. Jakże to tam było Adasiu na tej Litwie Twojej? „O roku ów! kto ciebie widział w naszym kraju! Ciebie lud zowie dotąd rokiem urodzaju,. A żołnierz rokiem wojny; dotąd lubią starzy o tobie bajać, dotąd pieśń o tobie marzy. /…/ Ogarnęło Litwinów serca z wiosny słońcem jakieś dziwne przeczucie, jak przed świata końcem, jakieś oczekiwanie tęskne i radośne.” (Ks. 11 „Pana Tadeusza”) Mickiewicz pisał o 1812, moje pokolenie o 1980. Nawet byłem na tą jego, Mickiewicza, Litwę, do Wilna samego, zawiozłem postanowienia statutowe ‘S” i pełny wyrok Sądu Wojewódzkiego zatwierdzający „S”.  Wydrukowane na pierwszych stronach wielkiej (rozmiarem) ‘Trybuny Ludu” – oficjalnego organu KC PZPR! Co nie przeszkadzało, że przemiła konduktorka-Polka błagała mnie bym przed granicą to zniszczył. Przezornie podpowiedziała, że to, co się drukuje w komunistycznej prasie w Polsce – w Rosji grozi więzieniem. Sposobem swoim, dość dobrym, gazetę przewiozłem razem z ulotkami związkowymi i komu trzeba w Wilnie przekazałem.

W wielkim  skrócie czasowym przeskoczę do Londynu rok później, gdzie mnie losy rzuciły. I spotkania i rozmowy z tymi ludźmi z tej ‘tajemnej’ literatury emigracyjnej. I kilka publikacji w zakazanym (w Polsce) „Tygodniu Polskim”, „Gazecie Żołnierza” czy szanownym „Orle Białym”.  Potem, znowu koleją losów, korespondencja długa z Giedroyciem samym, jego przesyłki dla mnie do obozów uchodźców polskich w Italii, z prośbą o rozdawanie Polakom, by trochę nowoczesnego Zachodu zrozumieli zanim w nim się osadzą. Zacny Pan Jerzy, jak zawsze wiedział, co jest ważne, a co jest mniej ważne. Kolejne generacje jakby trochę ten zegar wartości zatraciły. Skutki w Kraju? Są takie, jakie widzimy

Znowu kolejny skok czasowy i ląduję w Kanadzie, gdzieś pod Górami Skalistymi, w mieście, o którym pierwszy raz usłyszałem przeglądając mapy Kanady w Ambasadzie Kanady w Rzymie… . Jest znowu czas akcji a nie refleksji. W Kraju stan wojenny. Wojna jaruzelska. Nie ma czasu na poszukiwania, dywagacje. Trzeba coś robić. Ten pośpiech i ten nakaz nie zawsze na najlepsze wybory kierował. Ale – cóż, jak ‘pan każe, sługa musi’. Wychowano mnie jednak w tym tradycyjnym poczuciu obowiązku wobec. Wręcz nakazie. A będąc ciągle bardzo młody, czyli w wielu sprawach głupi – za nakazem szedłem niemal ślepo. Mimo to własna już jako-taka wiedza i przezorne napomnienia z czasów obozowych otrzymane od Giedroycia (no i chęć publikowania) szybko utwierdziły mnie w przekonaniu, że najważniejszą z robót pro-polskich jest robota ‘w kulturze’. Zwłaszcza tej przez duże K. Centrum było w Toronto wówczas już. Aż dwa bardzo dobre i poważne tygodniki: „Związkowiec” narodowców i bardziej demokratyczny „Głos Polski”. W Winnipeg był zacny „Czas”. W każdym, często publikowałem, na ogół (co młodego pewnie łechtało ale i w pewną zbyt może ślepą uliczkę talentu i ważności wpędzało, ha ha ha) zawsze na pierwszych stronach. Dzięki temu udało się wiele znajomości dobrych zawrzeć. Potem z obozu internowania przyjechał Edek Zyman, kilka lat dobrych starszy i już z pewnymi osiągnieciami literacko-redakcyjnymi. Wkrótce został naczelnym „Głosu” w Toronto. I był bardzo dobry. Ale też, sprytnie wykorzystując znajomość, trochę mnie do swojego tygodnika ‘przywiązał’ a nie jest dobrze młodemu piszącemu zbyt się wiązać z jednym tylko tytułem… Mroczkowski (naczelny „Czasu”) w porozumieniu z dyrekcją prasową proponuje mi objecie tego „Czasu”. Na szczęście odmówiłem. Pismo już przymierało trochę, warunki finansowe – straszne. Czytam wspaniałych poetów ‘kanadyjczyków’: Iwaniuka i Śmieję z Toronto. Zwłaszcza Iwaniuk mnie poraża potęgą swej poezji. Zaprzyjaźnione małżeństwo pisarskie Adama i Ireny Tomaszewskich  sugeruje bym poznał koniecznie Buszę i Czaykowskiego z Vancouveru. Coś słyszałem, pewnie czytałem coś-gdzieś. Ale nie aż tak specjalnie, bym znał ich twórczość.

Kolejny skok. Ląduje w 1994 tutaj, w Vancouverze właśnie. Na stałe, w każdym razie na bardzo długo. Już kilka lat po wojnie jaruzelskiej. I kilka lat po odzyskaniu suwerenności. Bez jednego de facto wystrzału, bez szubienic i zemsty. Z czego bardzo byłem Polsce wdzięczny i dumny z niej za to. Ląduje już nieco mądrzejszy. Już nie trzeba być w okopach, na przyczółkach. Można robic, co samemu uzna się za ważne. Lub, co samemu umie się robić i ma to, we własnej decyzji, sens większy.  Więc zdecydowanie nie w typowej, tradycyjnej organizacji polonijnej. Po prawdzie, wyznać muszę bez skruchy,  Polonia jako taka bokiem mi już wychodziła. Jacyś panowie tu piszący do prasy lokalnej polonijnej odnajdują mnie tu jednak i przekonują, że takie pióro, jak moje – milczeć nie może. Tym razem, już trochę starszy będąc, na taki lep bezmyślny nie dałem się od razu złapać. Mimo to, po namowach, zgodziłem się czasem coś napisać. Ale o jakimkolwiek ‘dziennikarzeniu polonijnym’ mowy być nie może. I tak zostało. Potem ‘przez Mamę’ wstąpiłem do grupy „Pegaza”. I nagle ciekawych ludzi i trochę wariateńków spotkałem. Zwłaszcza świetnego rzeźbiarza a nade wszystko artysty z krwi i kości (również w tych negatywnych wyobrażeniach o artystach) – Ryszarda Wojciechowskiego. Poetów: Dornię, Piotrowską, Zambrzycką, Tylmana i niesfornego ale zdolnego Siedlanowskiego. Innych ciekawych ludzi tam bywających. Mały skok czasu – i powstaje z tego „Strumień’, rocznik twórczości polskiej tu, na Zachodzie Kanady. Kolosalna praca każdego roku, nad każdym wydaniem. Tylko raz do roku (czasami z przeskokiem) a trudno wyobrazić sobie ile zarwanych nocy, wszystkie dni wolne temu poświęcane przez blisko 10 lat. I satysfakcja potem w odwiedzanych archiwach uczelnianych, bibliotekach w Polsce, instytutach, gdzie tenże „Strumień” każdego roku był z radością oczekiwany. Zapis trwały. Nie zagubiony na kartkach gazetowych, blogowych… Z redakcją podejmują współpracę wspaniali ludzie i fachowcy wyjątkowi w swych dziedzinach, profesorowie: Andrzej Wróblewski (były rektor ASP warszawskiej, jeden z ojców współczesnego polskiego dizajnu) z przeuroczą (i bardzo madrą) małżonką, Ireną; Anna Gradowska, historyk sztuki; Maria Jarochowska, antropolog. I – tu drugi, a być może ważniejszy, temat tego artykułu: poeci Bogdan Czaykowski i Andrzej Busza. W końcu życzenie Adama i Ireny Tomaszewskich z Toronto się ziściło. Poznałem ich. Poznałem też w końcu ich poezje. Ośmielę się powiedzieć, że poezję ich poznałem dobrze. U Czaykowskiego było to łatwiejsze. I rodzaj poezji przez niego tworzony i jego osobowość były jakby łatwiejsze, bardziej otwarte. Bliższe norm do jakich (zwłaszcza w emigracyjnej literaturze polskiej) przywykłem, jakie znałem najlepiej. Do Buszy musiałem się przybliżać, jak kot. Powoli i trochę nieufnie. A dla tych, którzy kotów nie znają bliżej, zdradzić muszę, że jeśli już kot z nieufności zrezygnuje – przyjaźń zachowa do końca dni i bardzo zazdrośnie. I tak któregoś dnia pękła moja nieufność wobec poezji Buszy. To klejnot literatury czystej.  Miejsce, gdzie zlepiają się, jak w rękach dobrego murarza, lepiszcza wszelkich minerałów.  Jego wiersze to spowiedź lub opowieść wędrowca, tułacza. Bez jakiegokolwiek sentymentalizmu czy tradycyjnej tęsknocie za miejscem, czasem, chwilą. Opowieść przez kontynenty, kraje, kultury, cywilizacje. Pewnie trochę, jak jego życie. Jest w niej jednak coś więcej, coś ponad erudycję i spotkania z innymi kulturami i wpływami kulturowymi. To nie pocztówki literackie. Busza nie jest w poezji reporterem Kapuścińskim, nie jest też typowym uchodźcą ani bieżeńcem. Jest człowiekiem dziwnych, jakby rewolucyjnych czasów. Czasów nowej Wędrówki Ludów, która trwa prawie od końca II wojny światowej do dziś i nie widać jeszcze jej zmierzchu, finału. Wędrówka nie tylko ludów ale ich kultur, ich tradycji. I zderzanie się tych tradycji z naszymi. Stąd, gdy pisze o czymś lub kimś z jakiś agor greckich, jakiś piazza lub willi rzymskich, z lasków oliwnych w Palestynie, postaci z kart literatury anglofońskiej – pisze o tym, jakby o kimś, kto wczoraj z nim rozmawiał, jak o znajomym bliskim. Czasy przestają być rozdzielone epokami, przenikają się wzajem. Podobnie, jak odczucia, emocje, refleksje. Nad wszystkim dominuje człowiek. Nie Polak (choć możliwe), nie Anglik (dopuszczalne), nie Palestyńczyk (czemu nie) lub Rzymianin z czasów Cesarstwa – człowiek z tego wszystkiego. Zewsząd i ze wszystkich czasów. Ja. Ty. On.

Na ogół zamyślony, nawet jeśli czymś bardzo intensywnie zajęty. Bo jakby świadom tego, że to tylko chwila, też może złudna. Stoicyzm? W pewnym sensie – tak. Ale nie w klasycznym rozumieniu, że nic nie jest stałe – przeciwnie, w tym chaosie miejsc, epok i zajść człowiek i jego epos jest pewnym constant, czymś stałym. Z pasjami i ich odpływaniem, z młodością, wiekiem dojrzałym i odchodzeniem.

Ostatnie spotkanie w Surrey, w bibliotece w Guildford w maju tego roku, zorganizowane przez właśnie grupę „Pegaza”, z Andrzejem Buszą, miało za temat nie jego poezje a jego prace związane z Conradem-Korzeniowskim.  I co interesujące, ten temat też w pewnym stopniu pozwolił nam spojrzeć na Conrada z innej perspektywy. Owszem, polskiej. Ale i światowej. Człowieka jakby reprezentującego nowe, ‘nieumiejscowione’ czasy wymieniających się, stykających kultur i ceny globalizacji. Temat pasjonujący i ważny dla Buszy-conradysty. Wymagałby osobnej jednak relacji opisu, który tu mi się nie mieści. Może jeszcze czas nadejdzie na refleksje i o tym. Udało się jednak i przez zapowiedź pani Krystyny Połubińskiej i mój na temat poezji Buszy właśnie, wstęp coś o Buszy-poecie powiedzieć. A pan Konsul wręczył poecie bardzo stosowny dyplom uznania i podziękowania za jego twórczość. Więc i Andrzej Busza nie mógł się do tych sytuacji nie odwołać i wielką nam przyjemność zrobił kilka wierszy swoich czytając. Na zakończenie mieliśmy też możliwość zakupienia najnowszego tomu poezji zebranych, pięknie wydanego „Atolu” Andrzeja Buszy. Ze wszystkich egzemplarzy przyniesionych przez autora ani jeden się nie ostał. I były to zakupy najciekawsze, jakie Państwo zrobiliście w ostatnich czasach. Zaręczam. Nie czytajcie jednym tchem. Dajcie sobie czas na jego poezje. Wracajcie wielokroć na jeden-dwa wiersze. Jak tenże kot – dajcie sobie czas na zaprzyjaźnienie się z nią. Warto.

(zamieszczone zdjęcia poniżej są autorstwa filmografa Krzysztofa Wołoczki)

 

(zdjęcia poniżej autorstwa Andrzeja Sobieskiego)