Wtedy, kiedy jest nam wstyd

Bogumił Pacak-Gamalski

Uroczy, stary Halifax. Po historycznym Quebec City, chyba najważniejsze miasto-brama w historii rozwoju i powstawania Kanady. To stąd głównie, z wielkiej bazy kanadyjskiej Królewskiej Marynarki Wojennej płyneły główne konwoje żołnierzy i materiału wojennego na pomoc Europie w obu wielkich wojnach. A nie były to konwoje ani małe ani dla Europy i Anglii mało istotne. Nie jedna bitwa i nie jedna kampania strategiczna lub taktyczna nie zakończyłaby się tak, jak się zakończyła gdyby nie te konwoje i tysiące żołnierzy z farm kanadyjskich. Wśród tych żołnierzy byli bez wątpienia chłopcy polskiego pochodznia. Emigracja polska do Kanady to blisko 200 lat czasu. Od biedoty chłopskiej z Galicji Wschodniej, przez uciekinierów przegranych powstań narodowych, masy żołnierskiej po tragicznie wygranej-przegranej ostatniej wojnie, po czasy współczesne: emigrantów z Polski Ludowej i masy solidarnościowej. Poza tą ostatnią, wiekszość przybywała przez Halifax – główny kanadyjski port na Atlantyku. Ktoś kiedyś może poświęci kilka miesięcy żmudnych badań archiwów w słynnym Pier 21 i obliczy ileż tysiecy Polaków tutaj postawiło pierwszy krok na ziemi kanadyjskiej.

Naturalnie, Kanada to kraj emigrantów i Polacy nie byli ani jedynymi ani nawet nie najważniejszymi liczebnie w osadnictwie kanadyjskim. Ale byli grupą znaczącą. Ślady tego do dziś znaleźć można nie tylko w muzeach i archiwach statystycznych ale na codzień: w nazwach osad, miasteczek, gór, a nawet regionach (słynne Kaszuby w Ontario).  Byli też Kanadzie potrzebni. Zaludnienie i zagospodarowanie kraju, który jest kontynentalnym olbrzymem bezwględnie przekraczało możliwości i Wielkiej Brytanii i Francji: kolonialnych rodziców dzisiejszej Kanady.

Dziś, jak każdy wysoko rozwinięty kraj, Kanada, podobnie jak Polska, potrzebuje stałego napływu emigracji z zewnatrz by nadążyć z dalszym rozwojem i normalnym funkcjonowaniem gospodarki. Tego procesu nie zmieni ani 500plus zlotówek ani 500plus dolarowe (nie, w Kanadzie nie ma tak bogatego programu, jak ten polski, bo nie jest krajem najwyraźniej aż tak zamożnym, jak Polska).  Zresztą programy takie często te braki siły roboczej bardziej jeszcze uwypuklają, czego przykładem jest właśnie Polska, gdzie brakuje bardziej niż przed kilku laty rąk do pracy, gdyż całe rzesze młodych Polek i chyba Poaków też, woli spędzać czas w domu niż w nisko płatnej pracy  I w dalszym ciagu (co, zważywszy domniemaną potęge gospodarczą Polski jest szokujące) trwa prawie identyczny rok-roczny exodus tysięcy Polaków do innych krajów, w tym do Kanady, w poszukiwaniu lepszego życia i zarobków. Ale nie o kłopotach demograficznych chciałem tu pisać. Chodzi o podejście do emigracji i emigrantów. Wiążące się z ekonomią bezwględnie. Ale też z podejściem od strony humanitarnej, czysto ludzkiej. Etycznej. Z podaniem ręki tym, którzy tej pomocy potrzebują. Często w tragicznych sytuacjach.

I Kanada nigdy tej ręki Polakom w chwilach ciężkich nie odmówiła.  Za co olbrzymia wiekszość Kanadyjczyków polskiego pochodzenia jest temu kraju wdzięczna i odpłaca mu się wielokroć przez aktywne i produkcyjne uczestnictwo w życiu tego kraju. Nie odmówiła i nie odmawia masie innych narodowości. Nie odmówiła olbrzymiej pomocy dla dotknietych niewyobrażalną tragedią bezwględnej wojny Syryjczykom, Irakczykom, Abisynom, Somalijczykom.  To właśnie zwrot w polityce emigracyjnej na jeszcze bardziej chojną i szybszą w początkach tragedii syryjskiej był jednym z ważniejszych momentów ostatnich wyborów kanadyjskich i zwycięstwa Justina Trudeau w walce o fotel premiera Kanady.

W pierwszym moim dziesięcioleciu życia w Kanadzie poznałem setki, dziarskich jeszcze wówczas, kombatantów polskich, byłych żołnierzy Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie. Wielu z nich zostało na całe życie moimi przyjaciółmi lub bliskimi znajomymi. Olbrzymia wiekszość przybyła do Kanady między 1946 a 1952 rokiem. Głównie statkami transportowymi właśnie do Halifaxu i stąd wyruszyła do Quebec, do Ontario, na prerie i aż nad wybrzeże Pacyfiku. Przybyli z kompanii wartowniczych w Niemczech po klęsce Hitlera, z obożow jenieckich i koncentracyjnych, z rozwiązywanych jednostek polskich w Anglii, Walii i Szkocji, gdzie dla nich nie było ani miejsca ani perspektywy  (Wielka Brytania po 1945, w porównaniu do Kanady, była krajem ubóstwa i powszechnych braków) na przyszłość. Moja fala, solidarnościowa, przybywała już tysiącami nie na pokładach statków a samolotów, więc lądowalismy na ogól najpierw w Montrealu lub Toronto – najbliższych lotniskach z Europy i stamtąd dalej samolotami do końcowego miejsca przeznaczenia.

Ale symbolem emigracji do Kanady, tak jak słynny Pawilon Ceł i Emigracji w Nowym Jorku, był właśnie Pier 21 – Nadbrzeże 21 w Halifaxie. Tutaj z tobołkami, walizkami przechodzili wszystkie emigracyjne formalności emigranci. Dziś z tej oryginalnej funkcji nic de facto nie zostało. Przbijają tu do tegoż Nadbrzeża dalej statki – ale są to komfortowe wielkie pasażery wycieczkowe (cruise ships) pełne zagranicznych turystów.

Otwarte jest jednak muzeum-archiwum emigracji, gdzie nie jest jakąkolwiek rzadkością a raczej codziennością napotkać Kanadyjczyków, którzy przyjeżdżają tu szukać pierwszych śladów swoich dziadów i pradziadów w Kanadzie. Dowiedzieć się po częsci kim są. Bo emigranci-uchodżcy mają tą dziwną podobność wstydliwego przemilczania wobec swoich dzieci i wnuków faktów ze swojej przed-kanadyjskiej historii. Tak, jakby po cichu wstydzili się swoich niezawinionych nieszczęść, lub tego, że stara ojczyzna ich potraktowała po macoszemu. Zwłaszcza ci z niskim wykształceniem. Może przykro im mówić wykształconym dzieciom i wnukom, że nie chodzili do szkoły, lub chodzili ledwie 3-5 lat, że byli biedni lub prześladowani za religie, za orientację seksualną (od szeregu lat to jedna z kategorii, którą Kanada uznaja za podstawowe prawo człowieka i sponsoruje osoby prześladowane za to w swoich krajach), za pochodzenie etniczne (ciągle najczęstsza i najokrutniejsza w skutkach forma prześladowania).

Przed tym Muzeum znależć można kilka wzruszających pomników przypominających losy emigranckie. I wdzięczność Kanadzie ale i wdzieczność Kanady za to, że poświęcili resztę życia temu krajowi, że go tak niewspółmiernie wzbogacili.

Kilka tygodni temu, w związku ze 100-leciem Odzyskania Niepodległości Polski, Polacy z Halifax, we współpracy z Kongresem Polonii Kanadyjskiej okręgu Quebec, z Konsulem Honorowym RP w Atlnatyckiej Kanadzie, odsłonili pamiątkowy kamień i tablicę polskiej emigracji do Kanady. Wartym zaznaczenia jest fakt, że sam głaz/kamień przywieziony został do Halifaxu z Polski – jakby symbolicznie reprezentując tym drogę naszą, polskich Kanadyjczyków (lub kanadyjskich Polaków) od Macierzy do Kanady.

Obowiązki zawodowe nie pozwoliły mi wziąść w samej uroczystości udziału. Może i dobrze, bo ten kamień i tablica są słusznym ukłonem i potwierdzeniem naszej drogi emigracyjnej. Czym Kanada była dla nas i czym byliśmy i jesteśmy dla niej. A ja miałem takie dziwne uczucie, ktorego bym nie zaznaczyć tam nie potrafił. Uczucie wstydu za Polskę. I nie, nie za Polske mojej młodości – komunistyczną. Nie była  wszak nią z własnej woli. A dlatego, że była i ja się właśnie w Kanadzie znalazłem. Z wolnej bym wówczas za nic nie wyjechał. Te uczucie wstydu miałem za Polskę współczesną. Wolną, niezależną.

Otóż Polacy, kraj emigrancki, jak mało który z europejskich, w okresie jako-takiego dobrobytu (w porównaniu do krajów biednych poza tzw. światem zachodnim) ekonomicznego, kraj wolności demokratycznych i obywatelskich – pozwolili na to by ich własny rząd wyparł się wcześniej przez Polskę podjętych zobowiązań i odmówił przyjęcia nawet najmniejszej ilości uchodźców z Syrii, którzy w panice uciekali ze swojej ojczyzny objętej płomieniami strasznej wojny domowej. Oglądając w telewizji i gazetach zdjęcia martwych dzieci syryjskich wypływające na brzegi Grecji i Włoch – zatrzasneliśmy przed nimi bramy. Nie mając na to jakichkolwiek twardych dowodów (bo niemożliwe takie mieć w tych sytuacjach) ale opierając się na logicznym prawdopodobieństwie można z przerażeniem się domyśleć, że dzięki takiej decyzji Polski nie jedno więcej dziecko zgineło, nie jedna kobieta była zgwałcona, być może nie jeden mężczyzna zamordowany lub ciężko okaleczony.  I te myśli nie dawały i nie dają mi spokoju. I jako Polakowi i jako Kanadyjczykowi. A przede wszystkim, jako człowiekowi.

W ostrej walce politycznej spolaryzowanego i podzielonego do granic wytrzymałości społeczeństwa w Polsce można by wskazującym palcem pokazac na rząd, na prezydenta, na parlament, że to nie Polacy ale władza zachowała się okrutnie (i krótkowzrocznie). Ale można też , w pełnej świadomości tego, co mówimy, powiedzieć, że grzechy łatwo zwalać na innych, na tych przy władzy. Mimo wszystko jednak społeczeństwo, obywatele Polski na to władzy pozwolili. Więc odpowiedzialność za to spada też na całe społeczeństwo. W jakiś sposób, przez fakt, że Polska to też mój kraj, moja ojczyzna – spada ta odpowiedzialność i na mnie. Stąd wstyd za to tym większy. Mogę się wykazać i udowodnić, że przeciw temu protestowałem, że ostrzegałem przed takim wyborem. Ale może za mało, może za słabo? A przecież sam byłem uchodźcą w obozie kiedyś… Tak, jak olbrzymia wiekszość moich krajan w Kanadzie osiadłych, którzy tu się znaleźli, bo przed czymś uciekali, lub biegli ku lepszemu życiu dla siebie i swoich dzieci.

A tej chęci, tej gotowości pomocy nie znaleźlismy wobec tych, którzy po stokroć bardziej tego potrzebowali niż my. I stąd te uczucie wstydu.

A rząd i władza w Polsce? No cóz, tu słów nie znajduję. A te, które się cisną, do druku się nie nadają. Więc może dobrze, że na samej uroczystości być nie mogłem. Ostatecznie to był gest wdzięczności wobec Kanady i pokłon wobec generacji Polaków, którzy tu na przestrzeni dwóch wieków osiadali.

Byłem więc z własnej potrzeby dziś sam. Pamietałem jeszcze tych i znałem ich, którzy tu przybyli w latach nie tylko 30. ale i 20. ubiegłego wieku. Przyjaźniłem się blisko z tymi, którzy zdejmując polski mundur po Kampanii Wrześniowej, zakładali go zaraz ponownie we Francji, pod Tobrukiem, pod Narwikiem, szli przez Monte Cassino, przez Ardeny, by potem, bezdomni, znależć się w Kanadzie. Sam tu z plecakiem tylko przyjechałem. Kanady uczyłem sie przez radio od niezapomnianego Petera Gzowskiego w jego ‘Morningside’ na CBC, praprawnuku polskiego emigranta, Sir Casimira Gzowskiego. Więc im się poszedłem pokłonić. Ale to uczucie wstydu niosłem w sobie. Na koszulce miałem popularny w Polsce napis “KONSTYTUCJA z wyróżnionymi słowami JA i TY. Ja i Ty to MY. Wszyscy Polacy musimy o dobre imię Kraju dbać. I zachowywać się jak ludzie. Zwłaszcza wobec tych, którzy oczekują naszej pomocy a możemy im jej udzielić.

Advertisements

Od Atlantyku do Pacyfiku

Drugi, co do wielkości terytorium kraj na świecie, Kanada, spięty jest niby klamrą, dwoma największymi oceanami świata: Atlantykiem i Pacyfikiem. To okna Kanady na świat i bramy świata do Kanady. Atlantyk oddziela ten piękny Nowy Świat od Starego – Europy – a Pacyfik, otwiera jej okna na Azję.

Tymi ‘oknami i bramami’ Kanady po obu przeciwległych wybrzeżach są Vancouver nad Pacyfikiem i Halifax nad Atlantykiem.  W pięknym, nowoczesnym, wypełnionym wieżowcami ze szkła i metalu Vancouverze, wciśniętym między górami Coastal i cieśniną Georgia, miałem szczęście przeżyć ostatnie ćwierć wieku.  Oglądałem i obserwowałem to miasto zmieniające się w zaskakującym tempie w nowoczesną metropolię pędzącą w jutro i zostawiającą w tyle swą przeszłość i jej ślady. Dzisiejszy Vancouver i jego okoliczne miasta ledwo można rozpoznać od tych, jakimi były w latach 80tych i 90tych ub. stulecia. Po prawdzie ciężko poznać od okresu sprzed 10 lat ledwie. I jakkolwiek nowa, bardzo nowoczesna i oszałamiająco-przytłaczająca architektura, jest imponująca – trochę czasem żal starego, portowo-rybackiego Vancouveru, jego drewnianych domków, uliczek. Trochę z tych staroci gdzieniegdzie zostało, wciśniętych lub wtłoczonych między wielkimi bryłami wielkich wieżowców, ale wyglądają bardziej, jak skanseny niż żywe i tętniące życiem ulice, sąsiedztwa. To miasto zdecydowanie wybrało nowoczesność i jutro niż tradycję i wczoraj. Niewątpliwie ma tu znaczenie olbrzymi napływ nowych mieszkańców z krajów głównie azjatyckich (Indie i Chiny w przeważającej ilości), które nie maja do przeszłości miasta przywiązania. Oraz absurdalnie i sztucznie wytworzony klimat na ‘błyskawicznych milionerów’: właścicieli domów i mieszkań. Podczas, gdy faktycznymi właścicielami są nie ci, którzy podpisali dokument kupna a banki, które udzieliły pożyczek hipotecznych.

Uwagi te w niczym nie ujmują naturalnego piękna tego miasta, które wielokroć określałem, jako Rio de Janeiro północy. Z jego perłą pierwszej piękności: naturalnym Parkiem Stanleya łączącym nowoczesne centrum z Północnym Vancouverem przepięknym wiszącym mostem Lions Gate. Spacer nadbrzeżem tego parku od Akwarium koło Zagubionej Laguny do wyjścia na uliczki Denman i Davie to nie tylko wyczyn sportowo-zdrowotny, ale możliwość cieszenia duszy i oka przepięknymi widokami samego parku, jak i otaczających go fiordu Burard z jednej i Zatoki Angielskiej z drugiej strony.

 

Halifax zachował cały czar i smak starego miasta portowego. Rozbudowuje się zachowując umiar i formę uzupełniającą stare miasto i jego charakter a nie zmieniającą go. Prawie cała linia brzegowa właściwego Halifaxu pozostała poświęcona i utrzymana na usługach oryginalnego charakteru miasta portowego i obronnego i jego przemysłu i celu: porty, stocznie (w tym olbrzymia stocznia Irvinga budująca najnowsze okręty dla kanadyjskiej Marynarki Królewskiej) i główna baza morska Marynarki Wojennej. Z okien domu gdzie mieszkam widzę na wprost okręty wojenne przycumowane do nabrzeża pilnujące mojego spokojnego snu. Co prawda niemieckie u-boty nie węszą już w pobliżu portu, ale … strzeżonego pan Bóg szczerze, ha ha.  Budynków wojskowych jest zresztą w mieście cała masa i chwilami odnosi się wrażenie, że to miasto garnizonowe, co przypomina o tradycji marynarki wojennej w tym mieście, jako głównego bastionu obrony całej wschodniej Kanady. O czym dobitnie świadczą zachowane potężne umocnienia artyleryjskie Cytadeli Halifaxu górującej nad portem i całym miastem. Cały wielki wysiłek wojenny Kanady w I i II wojnach światowych byłby chyba niemożliwy bez Halifaxu i jego portu wojennego i handlowego.

Ze wzgórza cytadeli rozpościera się doskonały widok na centrum miasta i port. Jednym z najokazalszych, potężnych kamiennych budynków jest wyróżniający się gmach urzędu celnego u końca Mola 21 (Pier 21) – stąd wyruszały na zachód Kanady setki tysięcy imigrantów-osadników przybywających głównie z Europy – przede wszystkim z Wielkiej Brytanii i Europy Centralno-Wschodniej – by zasiedlić ten olbrzymi kraj-kontynent i zbudować to, co dziś znamy, jako Kanadę. Ostatnią taką olbrzymią falą była emigracja post-wojenna w latach 1945-52. Tędy przybywały statkami tysiące Polaków – żołnierzy Polskich Sil Zbrojnych.  Potem tą rolę przejęło rozwijające się błyskawicznie lotnictwo cywilne i porty morskie przestały być (w tej części świata) bramami emigracyjnymi.

W samym centrum przeważa zabudowa 5-10 piętrowa. I ta najnowsza i ta sprzed 50, 100 i 250 laty. Prawie nigdzie, w tym i w najnowszych dzielnicach, trudno znaleźć wieżowce wyższe niż 20-piętrowe, a i te niezbyt często. I podoba mi się to, przyznaję. Podobnie, jak tempo życia, które ma charakter dużo spokojniejszy i wolniejszy niż na Zachodnim Wybrzeżu.

Zaś pomiędzy Vancouverem a Halifaxem są nieopisanego piękna połacie kraju, które ostatnio obserwowałem i podziwiałem przez tydzień pokonując tą trasę. Po raz pierwszy od blisko 40 lat od jednego końca do drugiego, w jednej podróży.  Poza Prince Edward Island i North West Territories byłem w każdym regionie, ale nigdy nie przejechałem jednym ciągiem całego kraju. A to przeżycie wyjątkowe. Pewnie coś na kształt podróży Koleją Transsyberyjską.

Echa z Salonu Poezji, Muzyki i Teatru w Toronto

IMG_4228
Jubileuszowe (25-lecie Salonu) wydanie rocznika teatralnego

Teatr bez granic – tak Beata Gołębiowska zatytułowała swój album poświęcony Salonowi Poezji, Muzyki i Teatru w Toronto. I chyba słusznie. Dziś, z perspektywy blisko 100-letniej historii polonijnej sceny teatralnej w Kanadzie, z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że ten Salon jest najwyższym i najtrwalszym tego stulecia osiągnięciem teatralnym. I to zasługa bardzo wielu osób. Bez wątpienia jednak przede wszystkim dwóch: niezrównanej Marii Nowotarskiej i wspomagającej ją dzielnie Agaty Pilitowskiej. Z wydanego w 2016 roku jubileuszowego rocznika teatru torontońskiego publikujemy dwa teksty związane bezpośrednio z Vancouverem: Agaty Pilitowskiej z ostaniej wizyty Salonu w Vancouverze oraz Krystyny Połubińskiej ze swej wizyty w teatrze w Toronto na uroczystościach jubileuszowych.                                           (Redaktor ‘Monitora’)


Dobry wieczór Monsieur Chopin

by Agata Pilitowska

Dnia 20 października w Toronto odbył się uroczysty jubileusz Fundacji im. A. Mickiewicza w Kanadzie, w którego części artystycznej wystąpili artyści Salonu. Następnie udaliśmy się z „Chopinem” do Vancouver. Dla mnie podróż stawała się coraz bardziej uciążliwa, ale w teatrze krakowskim byłam zawsze przyzwyczajona, że obowiązki trzeba wykonywać ‘mimo wszystko’. Tak też nadal staram się żyć.

chopinPowroty do miejsc, w których nasz teatr jest oczekiwany, budzą w nas niezmiennie wielkie emocje. Głównym organizatorem wydarzenia była niestrudzona pani Krystyna Połubińska, która nigdy nie szczędzi swego cennego czasu i z niezwykłą pasją i profesjonalizmem organizuje przedstawienia Salonu w Vancouver. Pani Krystyna od lat prowadzi Stowarzyszenia Artystów i Przyjaciół Sztuk „Pod skrzydłami Pegaza”. Spektakl ‘Dobry wieczór Monsieur Chopin’ odbył się, jak poprzednio ‘Promieniowanie’, w pięknej, profesjonalnej sali teatralnej w Surrey. Dnia 5 listopada na spektakl przybyła zarówno publiczność polska jak i anglojęzyczna. Sala teatralna licząca 400 miejsc była pełna!

Spektakl nasz włączono w uroczystości 11 listopada – rocznice odzyskania niepodległości przez Polskę. Czujemy wielka wdzięczność dla Konsulatu Generalnego w Vancouver, który wsparł tę ważną uroczystość teatralno-patriotyczną.

Następnego dnia odbyło się spotkanie w gościnnym domu Krystyny i Zdzisława Połubińskich. Przybyło na nie wielu naszych przyjaciół i „Pod skrzydłami Pegaza” przeżyliśmy niezapomniane chwile. Podczas spotkania odbyły się występy artystów z Vancouver – Ryszarda Wrzaskały i Witolda Wardziukiewicza. Otrzymałam również tomik poezji od poety i znanego redaktora pisma „Strumień” – Bogumiła Pacak-Gamalskiego, zawierający piękne wiersze jego autorstwa oraz stanowiące bardzo ciekawy zbiór poezji poetów Zachodniego Wybrzeża. W czasie tego spotkania odbyła się promocja książki Beaty Gołębiowskiej „Teatr bez granic”.  Miło nam było wręczyć tę kronikę naszego teatru platynowym sponsorom książki – Halinie i Januszowi Najfeldtom, którzy specjalnie z Edmonton przybyli na nasz vankuverski spektakl.


Królowa Polskiej Sceny Na Emigracji …

by Krystyna Połubińska

Nie wiem dokładnie ile pań tworzyło teatr na emigracji, wiadomo jednak wszem i wobec, ze można byłoby zliczyć tu paręnaście znaczących nazwisk. Żadne jednak, według mnie, nie może równać się Marii Nowotarskiej. Kto bowiem potrafił stworzyć profesjonalny teatr od podstaw i pielęgnować go przez 25 lat, ciągle go rozwijając, zdobywając nowy narybek aktorski, muzyków, śpiewaków, scenografów, grafików, licznych sponsorów, a w końcu zwykłych ludzi czynu, którzy tak jak i ona pokochają teatr i już nie na scenie lecz z boku wspierać będą każdy jej nowy pomysł, aby ożywiać i wzbogacać nasze wspólne życie polonijne. Najcenniejszym osiągnięciem tej wspaniałej aktorki jest to, że przez ćwierć wieku jednała sobie setki przyjaciół, nie tracąc ani jednego z nich.  O wszystkich wyraża się w szczególny sposób, dla każdego z nich ma miłe słowo i ten szczery, ciepły uśmiech, który natychmiast rozbraja i stawia na baczność, nie przed nią, ale przed teatrem.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA
(od lewej) K. Połubińska, M. Nowotarska, A. Pilitowska

Oprócz wystawianych systematycznie kilku nowych sztuk rocznie, Nowotarska odbywa wraz ze swa wielce utalentowaną córką, Agata Pilitowską, rocznie kilkanaście podróży po świecie do tych bliższych i dalej oddalonych ośrodków polonijnych ze spektaklami o Wielkich Polkach Emigrantkach, niosąc ze sobą piękno polskiej mowy, nasze wartości i dumę narodową, przyozdobiona niezwykłym talentem aktorskim, pasja i urokiem osobistym.

W tym roku (2016 – przyp. Redakcji) aktorka ukończyła 80 lat, lecz jej niespożyta energia i ciężka codzienna praca, czyni cuda … Kiedy przebywasz z nią, obserwujesz jej zajęcia, spotkania, nieustanna walkę o teatr, ciągłe utrzymywanie przyjaźni, czas dla gości, którzy nieustannie pukają do jej drzwi z błahymi czy poważnymi problemami. Jej życzliwość sprawia, że drzwi maleńkiego mieszkanka aktorki prawie nigdy się nie zamykają, a ona z zasady już przyjmuje wszystkich w legendarnym fartuszku, aby za chwile zniknąć w zakamarkach swej maciupeńkiej kuchni, z której zawsze wynosi dla swych gości jakieś pyszności i smakołyki. Na wszystko znajduje czas, każdego z uwaga wysłucha i aż dziw bierze, że przy tym wszystkim potrafi realizować ‘milion’ projektów związanych z powstawaniem wybranych i aranżowanych przez siebie sztuk teatralnych. Wir pracy twórczej i potrzeba działania dodaje jej sił i sprawia, że wydaje się ona być młodszą od niejednego nastolatka… 25 września 2016 roku Toronto świętowało 25-lecie Salonu Poezji, Muzyki i Teatru stworzonego przez Marię Nowotarską. Była niekwestionowaną  gwiazdą wieczoru: uśmiechnięta i radosna, godna lecz nie wyniosła, dostojna i skromna zarazem, piękna i mądra – prawdziwa królowa polskiej sceny na emigracji… Otrzymała ,mnóstwo listów od polityków i instytucji teatralnych i kulturalnych z Polski i Kanady, nie kończące się gratulacje od licznych fundacji i organizacji polonijnych… .

Wydaje się jednak, że największym podziękowaniem dla Marii była bliskość i szacunek zespołu, który stworzyła i uznanie spragnionego dobrego teatru widza. Podczas uroczystości Maria posadziła mnie przy swoim stoliku. Czułam się niezwykle zaszczycona mając po lewej swej stronie profesora Kazimierza Brauna (reżysera, pisarza, teatrologa, wieloletniego dyrektora najważniejszych polskich teatrów, a obecnie profesora State University of New York w Buffalo i reżysera czołowych teatrów amerykańskich – Guthrie Theater w Minneapolis, Oddysey Theater w Los Angeles, McCarter Theater w Princetown i innych) a po prawej Beatę Gołębiowską, autorkę książki-albumu o teatrze M. Nowotarskiej pt. „Teatr bez granic”, której promocja była ważna częścią tego szczególnego wydarzenia. Wieczór był długi, lecz rozmowa z sąsiadami sprawiła, że stał się za krótki na dokończenie tematów o teatrze Nowotarskiej. Bo i w końcu jak tu zmaknac 25 lat pracy w czterech krótkich godzinach…  Spędziłam z Marią, jej wspaniałą córką Agatą oraz grupa otaczających je przyjaciół, siedem niezwykłych i zaczarowanych dni! To były długie, ciekawe rozmowy o teatrze, sprawach codziennych, najbliższych podróżach aktorek, planów repertuarowych i wspomnienia, wspomnienia, wspomnienia… .

Chwile te uzmysłowiły mi jak wielkim żywiołem dla Marii jest teatr. Ona po prostu nie potrafi bez niego żyć i funkcjonować.

 

MARZEC 68 – A SPÓR O CIĄGŁOŚĆ PAŃSTWOWĄ 

OBGbannerEagle

by Michał Stefański / Montreal

Pamiętam dość nieźle ten marcowy dzień (10 marca 1968 roku), kiedy stałem wraz z dwoma czy trzema setkami studentów przed budynkiem Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego słuchając sprawozdań z pamiętnego wiecu w Warszawie dwa dni wcześniej, a także przemówień kilku starszych wiekiem pracowników uczelni wzywających nas aby nie dać się sprowokować. No, bo – z jednej strony – młodzieńczy idealizm nakazywał bronić tych szczątków wolności akademickich, które w gomułkowskim PRL-u jeszcze istniały – a z drugiej strony – mówiono nam, że to po naszych studenckich plecach wspina się do władzy jedna frakcja rządzącej Polską partii komunistycznej kosztem drugiej. A w końcu też – szeptał niejeden z naszych bardziej bojaźliwych kolegów – czy aż tak bardzo się nam spieszy nadstawiać kark w obronie kilku rozhisteryzowanych synalków dawnych stalinowców w sporej części niepolskiego pochodzenia? Wtedy to właśnie dotarła do mnie i do wielu moich kolegów dziwna i niepokojąca świadomość jakiegoś ciągłego rozdwojenia najnowszej historii mojego kraju. Walka o demokrację w Polsce ukazała swoje drugą – niezbyt piękną – twarz. Jednak wówczas w te marcowe popołudnie w Łodzi nie było czasu nad tym wszystkim się głębiej zastanawiać. Ledwo przebrzmiały oklaski, a z kilku stron wokół nas rozległo się wycie syren milicyjnych. To nadjeżdżało „bijące serce partii” – w postaci oddziałów ZOMO. Przy takiej to muzyce w tamtych dniach marca 1968 roku kończyła się powoli „mała stabilizacja” towarzysza Gomułki. Było to dokładnie pięćdziesiąt lat temu.

Przed ok. tygodniem jeden z ważniejszych ideologów prawicy (a może lepiej rzec „neoprawicy”) sen. Jan Żaryn wyraził w mediach opinię – brzmiącą ni to jak odezwa, ni to jak ekspertyza – iż Polska nie ponosi żadnej odpowiedzialności za medialną nagonkę antysemicką w marcu 1968 r. z jednego prostego powodu. W tamtym odległym roku – zdaniem doktora Żaryna i jego kolegów – żadnej Polski nie było – i kropka. Nasz uczony i senator w jednej osobie, ma oczywiście na myśli fakt ówczesnej zależności PRLu od supermocarstwa ze wschodu. Do tego dochodzi demonstracyjne (choć mało konsekwentne) odmawianie ciągłości państwu polskiemu, nawet w jego półkolonialnej postaci jaką posiadała tamta rzekoma Polska Ludowa. Ten brak logiki odzywa sie co i raz w przeróżnych gestach i postanowieniach władz nowej Polski płynącej już ponoć bezpiecznym narodowym kursem. No, bo czy jest sens degradować gen. Jaruzelskiego, jeżeli pomiędzy jego czasami, a współczesnością ciągłości żadnej nie ma? Powiedzmy sobie – oficera obcej, wrogiej (choćby nawet polskojęzycznej) armii można nawet rozstrzelać – ale odebrać mu stopień wojskowy? Trudno by tu szukać jakiegoś głębszego sensu. Chyba, że owa niewidzialna nić ciągłości między tamtym państwem, a obecnym nie należy tylko do przeszłości, jakby się niektórym wydawało ?

Z oficjalnych, najnowszych (a więc z definicji „prawdziwych”) podręczników do historii dowiadujemy się, że w czasie zajść marcowych nie było dobrej strony. Na górze w rządzącej partii komunistycznej walczyły o władzę frakcja „żydów” z frakcją „chamów”. [Tak nazwał obie walczące grupy w Komitecie Centralnym PZPR znawca tematu Stefan Kisielewski]. Na dole – zarówno wśród partyjnych, jak i bezpartyjnych – ścierały się ze sobą tendencje liberalno-kosmopolityczne z rygorystycznie-narodowymi. Obie były całkiem autentyczne, przy czym ta druga miała niekiedy odcień antysemicki. Pamiętam mojego rodzonego wujka, obojętnego wówczas wobec Żydów oraz nielubiącego „czerwonych”, którego jednak cieszył widok strzyżenia lokalnych „hippisów” na komisariatach MO. Takich polskich patriotów, wyznających zasadę silnej ręki w służbie narodu było wtedy więcej. Aktualnie sen. Żaryn usiłuje z nich wszystkich zrobić bolszewików i mieć tym samym problem zajść marcowych „z głowy”, ale prawda jest bardziej złożona. Dla mnie np. – marzec roku 68 jest momentem przełomowym w powojennej historii kraju naszego dzieciństwa. Zdecydowanie ukazał on kruchość oficjalnej ideologii marksistowskiej nawet wśród członków partii. Ideologiczne zadęcie zwiędło, a spod ziemi wylazło to co zawsze tam było ukryte od lat trzydziestych. Z jednej strony zorientowani tylko na własny naród Polacy-katolicy, z drugiej rozmaici wolnomyśliciele i rodząca się zwolna po Soborze Watykańskim II „kato-lewica”. Z prawej militarnie nastawieni do życia Sarmaci pielęgnujący rodowe srebra i szable po dziadku, a z lewej pepesowcy, rewizjoniści i wszelkiej maści socjały. Na Leninie, Marksie czy Fidelu Castro prawie nikomu już nie zależało. Po marcu już nie było wielkiego sensu dzielić Polaków na pachołków Rosji i uciemiężony lud. Na placu boju zostali prawie wyłącznie narodowcy i liberałowie – zarówno w rządzącej partii, jak i poza nią. Te marcowe podziały zachowują w dużym stopniu ważność aż do dziś.

Wracając do tematu realności OKRESOWO ZNIKAJĄCEGO PAŃSTWA POLSKIEGO w latach 1945 – 1989, proponuję nie oddawać sprawy do Trybunału Konstytucyjnego w obecnym kształcie. Po co Szanownym Sędziom takie rebusy do rozwiązania? I tak za kilka lat następne wcielenie Trybunału zarządzi co innego. Niech o problemie realności niesuwerennej Polski zdecydują np. miłośnicy sportu. Czy ich zdaniem np. w roku 1974 –kiedy na Wembley wygrywali biało czerwoni – puchar świata pojechał do Polski, czy do kolonii sowieckiej? Czy św. Jan Paweł II w roku 1979 jadąc z pielgrzymką do Ojczyzny i wymieniając uścisk dłoni z Gierkiem uznał realności tzw. „władzy ludowej” czy – jednak niekoniecznie? Czy polscy mistrzowie olimpijscy – ze słynnym Kozakiewiczem na czele – są bytem realnym, a może to wszystko to jedynie ułuda i marność nad marnościami? W tych tematach wybiórczość nadaje sie jedynie do propagandy – z nauką i prawdą historyczną ma to niewiele wspólnego.

(od red. Monitora: przedruk tekstu za zgodą autora z łam stron www Klubu ‘Obywateli bez Granic’)

Członkowie lokalnych grup kodowskich w Kanadzie coraz częściej informują publicznie o swojej działalności, otwierają drzwi dla nowych członków, sympatyków.  Tradycyjnie już w KODzie, którego początki sięgają właśnie grupy obywatelskiej, która spotkała się pierwszy raz właśnie wirtualnie na stronie Facebooka, tak i w Montrealu podstawą kontaktów, dyskusji jest strona Facebooka.  Ale nie musi to oznaczać zamknięcia przed innymi formami kontaktów, spotkań. Stąd decyzja ‘wyjścia’ na zewnątrz i prostej informacji jak i z kim można nawiązać kontakt dla chętnych, lub nawet tylko ciekawskich. Ogłoszenie montrealskiego KODu poniżej.obraz1

Jedna Polska/Jedna Polonia – dość podziałów

KOD_Canada, oddział w Toronto, zorganizował w sobotę 24 września Protest pod budynkiem Konsulatu Generalnego RP w Toronto. W proteście udział wzięła niezależna grupa KOD-Ottawa. Hasło “Jedna Polska – Dość Podziałów’ było tematem masowych protestów Polsce, z kulminacjnym w Warszawie, organizowanym tego samego dnia przez Komitet Obrony Demokracji. Niespotykanie szybki sposób procedowania projektu nowej, drakońskiej Ustawy Anty-Aborcyjnej przez Sejm polski, niejako ‘z rozbiegu’ połączył ten Protest z elementami solidarności z Polkami i silnego sprzeciwu Wolnych Obywateli wobec tego projektu ustawodawczego.

Jednocześnie miała miejsce akcja ‘wirtualnego protestu’ na indywidualnych stronach Facebook’a, gdzie członkowie KOD_Canada publikowali ich wersje plakatu protestującego podział Polski i Polonii. Poniżej tenże plakat.

24wrzesnia

a oddział KOD_Canada w Montrealu tez akcentował swój udział:24wrzesni.jpg