Historia Murzynów Kanadzie

cz.2

Lojaliści murzyńscy przybywają do Halifaksu po Rewolucji Amerykańskiej

W stuleciu między połową XVI i XVII wieku w Nowej Francji (Qubec i okolice) zamieszkiwało około 1000 Murzynów. Byli to głównie niewolnicy sprowadzeni z Nowej Anglii (północno-wschodnie wybrzeże dzisiejszego USA) i Zachodnich Indii. Pierwszym sprzedanym w Quebec niewolnikiem sprowadzonym bezpośrednio z Afryki był Olivier Le Juene, w 1629. Przypadki takie były bardzo odosobnione, a olbrzymia większość Murzynów znalazła się w Nowej Francji i Akadii (później – po zdobyciu Akadii przez Brytyjczyków –  Nowej Szkocji) z terenów amerykańskich i z Karaibów, tzw. Zachodnich Indii. Niewolnictwo, mimo że legalne i we francuskiej i angielskiej Kanadzie, nie było ani masowe ani popularne. Częste były wypadki legalnego zrzekania się prawa własności i legalnego uwalnianie niewolników. Zwłaszcza w przypadku nowego, urodzonego już na tych terenach pokolenia. To była tzw. pierwsza fala osadnictwa murzyńskiego na tych terenach. W 1759 roku w Nowej Francji zarejestrowanych była już pokaźna liczba 3600 niewolników, z których tylko 1030 sprowadzonych bezpośrednio z Afryki. Olbrzymia większość z nich skupiona była w Montrealu i okolicach.

Wschodnie tereny dzisiejszej Kanady skolonizowane były w pierwszym okresie przez Francję pod dwoma niezależnymi jednostkami administracyjnymi: na południe i północ od zatoki i rzeki św Wawrzyńca była Nowa Francja, zaś część atlantycka tworzyła Akadię (dzisiaj Nowa Szkocja, Nowy Brunszwik i Wyspa Księcia Edwarda). Po przegranej przez Francje wieloletniej kampanii wojennej w wojnie z Anglią w Europie i Ameryce Północnej, Francja podpisała układ pokojowy w Utrechcie zrzekając się suwerenności Akadii na rzecz Wielkiej Brytanii w 1713. Ale zatargi terytorialne z Francja trwały jeszcze do drugiej połowi XVIII wieku. Efektem tego była m.in. straszna deportacja ponad 10 000 Akadyjczyków przez kolonistów brytyjskich i w konsekwencji poważne wyludnienie Nowej Szkocji. Stwarzwało to potrzebę i możliwość nowego osadnictwa, niezbędnego do rozwoju ekonomicznego kolonii.  Tak otworzyła się doga ku kolejnym falom osadnictwa murzyńskiego.

W ostatniej dekadzie XVIII wieku sprowadzono do Nowej Szkocji ok 800 Maronów z Jamajki. W kolejnych latach ta liczba wzrosła. Byli to wolni potomkowie niewolników w Karaibach, którzy na Jamajce stwarzali poważne kłopoty administracji brytyjskiej (a wcześniej hiszpańskiej) organizując regularne rebelie i de facto tworząc niezależne mini-państwo w terenach oddalonych od centrów portowo-politycznych. Czarnym Jamajczykom obiecano nadania ziemskie w Nowej Szkocji i pełna swobodę ekonomiczna i kulturową. Oczywiście rzeczywistość nie była tak różowa. Ziemię dostawali na ugorach, gorszą niż biali i mniej. Nowa Szkocja z ostrym klimatem i słabo rozwinięta ekonomicznie dla wielu okazała się piekłem zamiast rajem.  Maroni, nie będąc niewolnikami, bardzo się przeciw temu buntowali i protestowali.  Efektem tego była jedyna w tamtych czasach droga osadnictwa murzyńskiego … w odwrotna stronę. Z Halifaksu wypłynął  statek z czarnymi osadnikami do … Afryki. Do właśnie powstałego Sierra Leone i Freeportu. Łącznie tą drogą emigrowało do Afryki miedzy 1792 a 1800 rokiem blisko 1700 Maronów.  Ale olbrzymia część z tych, którzy przypłynęli z Karaibów do Nowej Szkocji zdecydowała, mimo trudnych warunków, tu pozostać.

Kolejną dużą falą osadnictwa murzyńskiego były wojny o niepodległość Stanów w 1812 i wojna secesyjna 1860-65.

Wojna o niepodległość USA podzieliła białych osadników na dwa obozy: tzw. Lojalistów, wiernych koronie brytyjskiej i republikanów dążących do ustanowienia wolnych stanów-republik. Z wielu względów tereny północne (szczególnie obszary które stworzyły późniejszą konfederację Kanady) kontynentu były zdecydowanie po stronie Lojalistów.  Ci zaś mogli liczyć nie tylko na własne siły, ale przede wszystkim na regularną armię brytyjską. Strona republikańska mogła liczyć jedynie na zaciąg do wojska i rezerwy lokalne, z kolonii. Naturalne stało się więc zabieganie o oddziały pomocnicze i zaciąg wśród niewolniczej ludności murzyńskiej. O wiele liczniejszej na południe od Nowej Szkocji i Wielkich Jezior. Lojaliści i władze administracji królewskiej wykorzystały ten moment obiecując wolność dla tych niewolników, którzy przejdą na stronę brytyjską. Faktem nie do przecenienia były też dużo silniejsze sympatie abolicyjne w północnych koloniach i prowincjach niż w południowych.

Efektem tych dwóch fal w drugiej połowie XIX wieku na terenach atlantyckich i w Górnej Kanadzie znalazło osiedlenie ponad 40 000 Murzynów. Była to, jak na ówczesne czasy, liczba poważna.

Od samego zarania była to mieszanina ludzi wolnych i niewolników. Ale z każdym rokiem liczba osób wolnych rosła bardzo szybko. Prawa lokalne, jak i tendencje z Europy sprzyjały emancypacji ludności murzyńskiej.  Bynajmniej, nie przedkładało się to na jakiekolwiek stosunki równouprawnienia w praktyce lokalnej.

Murzyni – mimo, że byli często podstawową siła roboczą przy budowie i rozbudowie miast, portów i dróg – traktowani byli, jako obywatele drugiej bądź trzeciej klasy. Mieszkali głownie na obrzeżach większych ośrodków miejskich lub poza ich granicami bez dostępu do najbardziej nawet prymitywnych usług miejskich. Po zbudowaniu linii kolejowych liczyć mogli jedynie na typowe prace porterów w tych pociągach – bez wyjątku te najniższe pozycje ofertowały im i tak zarobki jeszcze niższe od tych oferowanych białej biedocie. Nawet gdyby chcieli, nie byłoby ich stać na wynajęcie mieszkań lub ziemi na domki w miastach, zwłaszcza w Halifaksie. To odosobnienie wiązało się z brakiem wszelkiego, nawet najbardziej podstawowego, szkolnictwa dla ich dzieci. Brakło też miejsca i możliwości praktyk religijnych, kościołów. Murzyni i ich potomkowie z Południowych Stanów byli głównie baptystami – Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik zaś to albo kościoły anglikańskie lub protestacyjne z protestanckiej emigracji z Europy lub katolickie z ludności francuskiej po-akadyjskiej. Wszystko to stwarzało atmosferę jeszcze większego wyobcowania, ‘inności’ spotęgowanej odmiennym wyglądem (kolor skóry) i odmą niewolnictwa, która dla prostej ludności białej wiązała się z pewnym podczłowieczeństwem, niższą kategorią człowieka.

Ta atmosfera i wyraźna dyskryminacja przetrwała do czasów współczesnych. Dopiero ostatnie trzy, cztery dziesięciolecia zaczęły robić w tym poważny wyłom i stopniowo niwelować te podziały. Co generalnie wiązało się z nastrojami i prądami po II wojnie światowej w całej cywilizacji zachodniej i na całym świecie, które wysunęły pojęcia praw obywatelskich i praw człowieka , jako zagadnienia pierwszorzędne w organizacji społeczeństw i państw.

Ale stare przyzwyczajenie i złe nawyki nie łatwo zmienić aktem urzędowym. To wymaga lat edukacji i zmian sposobu myślenia. Zmian generacyjnych. Ciągle jest to  (dyskryminacja) widoczne w sposobie załatwianie spraw i widzenia świata w podstawowych służbach państwowych: nie ulega najmniejszej kwestii, że do dziś pewne obrzydliwe nawyki sił policyjnych opanowane są zmorą dyskryminacji i nierównego traktowania obywatela białego a Murzyna lub autochtona. Dowodem tego są więzienia i wyroki sądowe, gdzie ta ludność jest obiektem wyższych kar i karceracji niż jakiekolwiek statystyki zaludnienia by na to mogły znaleźć uzasadnienie.

Bardzo dobitnym przykładem przeszkód napotykanych przez Murzynów w Nowej Szkocji jest historia osiedla/kolonii Africville.

Brytyjski port Halifaks założono w 1749. Zbudowano go u wezgłowia Zalewu Bedfordzkiego. Przy budowie miasta bardzo poważny udział mieli niewolnicy murzyńscy i wedle źródeł ich miejscem pobytu były południowe brzegi tego zalewu, tuż poza rogatkami miasta. W 1761 w tejże okolicy nadano duże parcele białym handlarzom niewolników.  W 1836 zbudowano drogę łącząca te tereny z miastem.  Wiadomo, że w tym samym czasie mieszkały już tam rodziny wyzwolonych Murzynów, Maronów z Jamajki i uciekinierów z czasów wojny 1812. Wkrótce tą okolice nazwano Wioską Afrykańską – Africville. Nowego życia dla tej kolonii dodało osiedlenie się tam dwóch braci pastorów Browny – duchownych Zjednoczonego Kościoła Baptystów. Zbudowali tu kościół, który stał się centrum życia religijnego, socjalnego i edukacyjnego tej społeczności. Znane były i bardzo świętowane obrzędy chrztu, gdy dorośli wchodzili w białej odzieży w wody zalewu i tam, jak w biblijnym Jordanie, odbywał się chrzest. Zbierało to tłumy, w tym białych, obserwatorów tej uroczystości.

W krótkim czasie Africville została domem dla 80 murzyńskich rodzin. Domki bardzo małe ale kolorowe, z zadbanymi obejściami, poletka warzywne i kwietne ogrody. Dla wielu białych taka bliskość dobrze zorganizowanej społeczności była solą w oku.  Właściciele tych murzyńskich posesji musieli płacić podatki od nieruchomości ale w zamian miasto odmawiało im jakichkolwiek usług miejskich. Nie budowano dróg do Africville, nie założono tam elektryczności, sieci kanalizacyjnej, wodnej. W samej kolonii ani w pobliżu nie założono żadnej szkoły, do której mogłyby uczęszczać dzieci. Wkrótce wioskę przecięto,  budując poprzez nią linię kolejową i w związku z tym zburzono niektóre domki eksmitując ich mieszkańców. W pobliżu wykopano olbrzymie otwarte doły dla składowania miejskich odchodów kanalizacyjno-kloacznych. Szykany rosły z roku na rok. Ale rosła też zwartość i świadomość jej mieszkańców. W 1883, po licznych petycjach udało im się w końcu otworzyć w Africville szkołę publiczną.

Tymczasem rosło znaczenie ekonomiczne tego wąskiego pasma wybrzeża i plany industrializacji tych okolic. Z biegiem lat w okolicy graniczącej z Africville budowano ośrodki , których nie chciano w jakiejkolwiek innej dzielnicy Halifaksu. Więzienie, szpital dla umysłowo chorych, szpital zakaźny, kolejne wysypiska śmieci i odpadów, dalszą rozbudowę kolei towarowej. Było jasne, że niezależna, spójna duża osada czarnoskórych była bardzo niemile widziana przez niektóre środowiska, zwłaszcza te, które trzymały władzę w swoim ręku. We wczesnych latach 50. XX wieku Africville była zewsząd otoczona brzydotą taniego przemysłu, wysypisk śmieci i najmniej pożądanych elementów społecznych. Panowała ogólna opinia, że to zapadła, brudna dziura pełna typów spod ciemnej gwiazdy.

Jakby na przekór tej opinii, Africville było centrum dumy murzyńskich mieszkańców całej Nowej Szkocji, a nawet daleko poza jej granicami. Odwiedzający Halifax światowej sławy bokser wagi ciężkiej, Joe Louis, pytał się, gdzie jest słynne Africville i poprosił o zawiezienie go tam. W Africkville mieszkali rodzice żony światowej sławy pianisty Duka Ellingtona, który ich tam odwiedzał podczas wizyty w Nowej Szkocji. Wielka śpiewaczka kanadyjska, kontralcistka Portia White, po ukończeniu Uniwersytetu Dalhousie w Halifaksie, została nauczycielką w Africville w 1930.

Mimo przytłaczającego otoczenia, bardzo negatywnej opinii o osiedlu – Africville było bardzo zadbanym i kolorowym centrum życia murzyńskiego w Nowej Szkocji do lat 60. ubiegłego wieku. Ale ciągle aktywna niechęć do tej społeczności, wyrosła z czystego rasizmu i starej dyskryminacji, nie popuściła. Skutkiem knowań polityków miejskich i prowincjonalnych, wspartych finansowo przez starą kastę białych patrycjuszy haligońskich (określenie mieszkańców Halifaksu), na przełomie lat 40. i 50. XX w. odżyła koncepcja likwidacji Africville i wysiedlenia jej mieszkańców. W 1962 miasto ogłosiło plan budowy wielopasmowej arterii komunikacyjnej, która miała łączyć miasto Bedford i Sackville z Halifaksem. Losy Africville zostały przesądzone. Do końca tej dekady mieszkańców eksmitowano płacąc im minimalne odszkodowania za ‘niskowartościowy grunt’ i obiecując mieszkania i domy o dużo lepszym gatunku w Halifaksie.  W końcowej fazie eksmisji właściciele domków mieli ledwie parę godzin na spakowanie się i opuszczenie budynków. W mieście nie czekały na nich żadne dobre mieszkania, a nędzne odszkodowania na ogół nie starczały nawet na zapłacenie pierwszej raty na zakup innego domu. Po kilku latach z Africville, poza ugorem, nie zostało śladu, łącznie ze znanym kościołem Baptystów. Tylko wyrównany buldożerami ugór.

Nota bene – arterii ani nawet dwupasmowej szosy nie wybudowano do dziś. I nie planuje się. Lata 80. i 90. poprzedniego wieku zmieniły polityczny i socjalny charakter kraju. Dyskryminacja rasowa, etniczna odeszła do przeszłości a jej zewnętrzne charakterystyki zostały odrzucone i potępione. Nadszedł czas przeprosin, reparacji finansowych, rządowych komisji królewskich do zbadania przykrej przeszłości.   Czas uczciwego spojrzenia w lustro i przeciwstawieniu prawdy historycznej – legendom i mitom.  Kanada ten czas zużytkowała bardzo owocnie i dobrze. Nikt przeszłości nie wymaże. Ale wszyscy mają teraz jawny dostęp do faktów – nie tylko tych pięknych ale i brzydkich, niegodnych.  Są naturalnie tu i tam ciemne kąty społeczeństwa, gdzie rasizm i nienawiść do innych są kultywowane, są grupy którym się marzy powrót do ‘białej wyższości i czystości rasowej’. Do bycia ‘pełnym człowiekiem’, wyższym od ‘podludzi’ o innym kolorze skóry. To jednak już przypadki odosobnione patologii społecznej – a nie norma. Kraj, który jest autentyczną mieszaniną współżyjących grup etnicznych z całej kuli ziemskiej – jest krajem niemożliwym do wywyższania kogokolwiek i poniżania kogokolwiek.  Są naturalnie ciągle (jak wszędzie, niestety) duże bariery dostępu do społecznych awansów, możliwości. Opierają się jednak ściśle na klasowości ekonomicznej, nie etnicznej. Zadziwia mnie często, gdy w pewnych grupach emigrantów polskich w Kanadzie, jakże łatwo ulega się pokusie ideologii haseł rasistowskich, lub ściślej mówiąc, po prostu nie lubienia kolorowej ludności kanadyjskiej. I poczucia – nie wiadomo skąd wziętej – wyższości.  Szkoda, że nie spędzą trochę czasu na studiowaniu historii ich nowego kraju i nie przeczytają jak mieli się polscy osadnicy z końca XVIII i całego XIX wieku w Kanadzie. Zwłaszcza na zachodzie Kanady.  Tam Murzynów było bardzo mało. To emigranci z Centralnej i Wschodniej Europy byli takimi ‘białymi murzynami’.  W morzu anglosaskich urzędników państwowych i miejskich, oficerów policji, polityków, sędziów, nauczycieli w szkołach. W morzu ‘wyższej etnicznie klasy’.  Nie trzeba być ‘lepszym’ – wystarczy być dobrym.

Ostanie dwadzieścia lat przyniosło odrodzenie się historycznej pamięci, a nawet pewnej czci wobec historycznych wartości Africville w Nowej Szkocji.

Jeden z mieszkańców Africville powrócił do swojego miejsca w 1970 roku z namiotem i rozpoczął protest okupacyjny, który trwał  … 50 lat. Zakończył go dopiero w listopadzie 2019.

W 1996 Kanada ogłosiła Africville Miejscem Narodowej Historii. W 2010 Burmistrz miasta przeprosił za zniszczenie wioski i obiecał odbudować w historycznym miejscu replikę kościoła Baptystów. Dziś mieści on muzeum Africville i odbywają się tam doniosłe w liturgicznym kalendarzu msze. Zbudowano tam dwa parki, które służą wszystkim do spacerów i refleksji.

W styczniu tego roku wybrałem się tam na dłuższy spacer i ja. Dzień powszedni, zima – więc zbyt wielu spacerowiczów nie było. Czasem ktoś z psem.  Ta cisza nastrajała i wyobrażałem sobie te kolorowe domki wokół, biegające ze śmiechem dzieci, nawoływania rodziców, podszedłem do brzegów zalewu i wyobrażałem sobie procesje wiernych do chrztu w jego zimnych wodach… . Non omnis moriam – pozostali w pamięci.

Kilka dni wcześniej umówiłem się na spotkanie w Centrum Kultury Murzyńskiej Nowej Szkocji w Dartmouth. Za Ciceronów tego ośrodka służyli mi bardzo uprzejmie Russell Grosse, dyrektor naczelny Centrum i Rielle Williams, menadżerka programów i kuratorka.

Propagatorem idei takiego Centrum-Muzeum był w 1972 dr. William Oliver. To głównie za jego sprawą rozpoczęto budowę ośrodka, którą zakończono w 1983. Świetnie zorganizowana skarbnica wiedzy o osadnictwie murzyńskim w całej starej Nowej Szkocji (łącznie z zachowanymi śladami akadyjskimi przed inwazją brytyjską), czyli obszaru dzisiejszej prowincji i sąsiedniego Nowego Brunszwiku. Zgromadzono tu szereg materiałów z kolekcji prywatnych i publicznych i posegregowano w działy tematyczne, zabezpieczono przed fragmentaryzacją i zagubieniem.

Pani Williams opowiedziała mi szczegóły o kolekcjach i zaserwowała projekcję bardzo dobrze przygotowanego materiału filmowego z historii Murzynów tego obszaru. Zapoznałem się nie tylko z suchymi faktami tej grupy kulturowej ale jej niezwykłą specyfiką, powiązaniami i osiągnięciami prawie w każdej dziedzinie życia – mimo wyjątkowo niesprzyjających okoliczności. Jest to społeczność bardzo nietypowa i zróżnicowana. Przecież nie reprezentują jednej grupy etnicznej, jak np. Szkoci, Anglicy lub Polacy. Nawet kontynentalnie nie są identyczni: nie zapominajmy, że do XX wieku prawie wszyscy osadnicy murzyńscy w Kanadzie przybyli tu nie z Afryki a ze Stanów lub Zachodnich Indii. Czasem w drugim lub trzecim pokoleniu już tam urodzonych. Dopiero wiek XX otworzył drzwi dla oryginalnej emigracji z Afryki. Ale i Afryka to przecież olbrzymi kontynent z wieloma grupami etnicznymi, rożnymi historiami i tradycjami. To właśnie przeciwności losu, niechęć lub wręcz nienawiść zewnętrznego otoczenia zmusiły ich do tworzenia kulturowej wspólnoty. Zmusiły do znalezienia istniejącego głęboko w podświadomości wspólnego centrum jednoty kulturowo-cywilizacyjnej. Kolebki człowieka i pierwszych wspólnot cywilizacyjnych.

Po powrocie z tej wizyty do domu sięgnąłem ręka na półkę i wyszukałem znaną współczesna powieść Lawrenca Hilla “The Book Of Negroes” (Księga Negrów). Ponownie przeczytałem kilka rozdziałów i zobaczyłem to nieco szerzej, nieco głębiej. Historia bieżeńców. Jakże wspólna nam wszystkim. I pokoleniowo, i cywilizacyjnie i jednostkowo. Mnie też. Też kiedyś nim byłem, niezupełnie z nieprzymuszonej woli. Byłem nawet bieżeńcem we własnym społeczeństwie: i w Polsce i w Kanadzie. Bo byłem wszak ‘inny’.

Może dlatego wszelkie dyskryminacje mnie mierżą, odrzucają. Może dlatego z tymi, którzy to przeszli – bez względu na ich pochodzenie, etniczność czy kolor skóry, łączy mnie jakaś nić serdeczna. Może. I podskórna, prawie genetyczna, łączność cywilizacyjna dużo głębsza niż łączność lokalna, etniczna. Europa, jako całość kulturowa (współczesna, nowożytna i antyczna) jest mi ważniejsza niż lokalność polska, niemiecka czy francuska. Tak, jak dla nich tą całością kulturową jest Afryka. Dumna.

Historia murzyńska Kanady

cz. 1 / part 1 (English summary at the end)

by: Bogumil Pacak-Gamalski

ewolucja społeczeństw/evolution of society; by B. Pacak-Gamalski

Największe imperia starożytnego i archaicznego świata przetrwały setki, czasem tysiące lat, głównie dzięki temu, że nie opierały się na etnicznej (lub, jak wielu by dziś powiedziało –  narodowościowej) asymilacji podbitych ludów.  Wielokulturowość nie jest więc, jak błędnie zakłada się dziś, wymysłem XX wieku. Były –naturalnie – odosobnione  wypadki siłowej próby pełnej asymilacji – na ogół kończyły się albo na biologicznej zagładzie tych podbitych ludów (co dziś określa się mianem ludobójstwa w prawie międzynarodowym), ewentualną pełną asymilacja i utratą związków z własnym językiem i tożsamością etniczno-kulturową albo stosunkowo szybkim upadkiem takiego imperium.

Z tak rozumianą ‘wielokulturowością’ w kontekście historycznym nierozłącznie wiąże się kwestia tzw. rasowości, czyli koloru skóry. O asymilację pełną i powolny zanik wszelkich tradycji kulturowych łatwo przy integracji ludzi do siebie fizycznie podobnych, niemal identycznych.  Kwestie religijne są tu mniej istotne, bo można nie tylko tolerować wieloreligijność (politeizm), może być ona de facto polityką władcy/państwa, jak miało to przykład w większości imperiów i terytorialnych podbojów świata antycznego (kultura hellenistyczna, staro-rzymska i wcześniejsze lub im czasowo zbliżone kultury basenu rzek Eufratu i Tygrysu). Religijność można też zmienić zdecydowaną i bezkompromisową akcją karno-policyjną poprzez fizyczną likwidację kapłanów, spalenie świątyń i miejsc kultu i zakaz świętowania takiej religii – tu przykładem najlepszym jest chrystianizacja Europy Środkowej, Północnej i Wschodniej. Konsekwencją będzie po latach albo owa pełna asymilacja albo pełna fizyczna (ludobójstwo) likwidacja ludów podbitych (przykładem znowu posłużyć może historia ludów bałtyckich: Prusów, Galindów, Sambów i in.). Wszystkie te procesy możliwe są jednak jedynie wśród ludów identycznych lub bardzo podobnych fizycznie.  Po jakimś czasie proces asymilacji uniemożliwia odróżnienie oryginalnych ‘swoich’ od ‘innych’.  A potomkowie ‘innych’ tracą sami świadomość ich ‘innego’ pochodzenia, obce są im też i nieznane tradycje, religie i odrębne języki ich przodków. Co stało się generalnie wśród ludów celtyckich, germańskich i słowiańskich.  Słowem – jakkolwiek okrutne to zjawisko – taka asymilacja jest możliwa i jest doświadczeniem większości grup dziś nazywających się Polakami, Francuzami, Włochami czy Niemcami.  I większością innych narodów świata, które u zarania były luźnymi, często zwalczającymi się plemionami,  na ogół zbliżonymi jakąś prastarą jednotą i pra-kulturą. Ale też i zlepkiem grup etnicznie sobie kompletnie obcych już od pra-dziejów.

Ale jak taką asymilację, taką ‘nową jednotę’ stworzyć przy kompletnie odmiennych i jaskrawych różnicach zewnętrznych? To pytanie daje początek koncepcji rasizmu. I choć historia starożytna rasizmu nie znała, a z geograficznych przyczyn (pierwsze imperia powstawały na skrzyżowaniach ras żółtych, białych i czarnych) różne kolory mieszkańców i sąsiadów ówczesnych państw i imperiów były stanem naturalnym – późne czasy nowożytne i współczesność stworzyły rasizm, jako jedną z najpotężniejszych motywacji w formacji państwowości, rozwoju (grabieży) ekonomicznym na szczeblu państwowym i jednostkowym.

Stąd, dla jasności wywodu i ze względów leksykalnych używać będę typowego i dla historii i dla lokalizacji określenia ‘rasy ludzkiej’ i pochodnego od tego słowa pojęcia ‘rasizm’ – mimo, iż są biologicznie i filozoficznie błędne – de facto istnieje tylko jedna rasa w naszym gatunku, a kolor skóry (odcień raczej) jest drobiazgiem genetycznie nieistotnym.

Kończąc ten wstęp warto oddać się kilku refleksjom.  Nie ma bodaj kraju na świecie, ani współcześnie ani w przeszłości, który nie ma ciemnych plam, gdy chodzi o prześladowania mniejszości rasowych, religijnych, społecznych. Czy będzie to głęboko zakorzeniony antysemityzm narodów cywilizacji europejskiej i jej przedłużeń w Amerykach (tam zwłaszcza, gdzie biali koloniści stanowili i stanowią większość) i Australii i Nowej Zelandii; dyskryminacja wobec tzw. rasy żółtej (głównie Chińczyków, Japończyków i Hindusów) i kolosalna dyskryminacja wobec ludności autochtonicznej, nazwanej z czystej arogancji i ignorancji ‘indianami’. Do tego włączyć należy cała masę uprzedzeń i prześladowań w historii wszystkich państw i narodów wobec lokalnych, specyficznych mniejszości: religijnych, etnicznych, seksualnych. Nie brakło tego bez jakiejkolwiek wątpliwości w historii Polski – starej i bardzo współczesnej. Nawet okres świetności Rzeczypospolitej Obojga Narodów (właściwiej by było określić tamtą Rzeczpospolitą – Rzeczpospolitą Obojga Państw, bo narodów było w niej zdecydowanie więcej niż dwa, zwłaszcza na terenie Wielkiego Księstwa Litewskiego, które etnicznie zdecydowanie nie było litewskie) mimo stosunkowo dużej tolerancji i uprawnień wobec różnych grup – był okresem licznych dyskryminacji, a nawet prześladowań wobec ‘innych’.  II Rzeczypospolita (1918-39) była tyglem niesprawiedliwości etnicznych, religijnych. Okres straszliwej wojny totalnej to przykład szlachetnych i heroicznych ofiar etnicznych Polaków i instytucji Podziemnego Państwa dla ratowania żydowskich współobywateli. Niestety to też przykład, gdy stare potwory antysemityzmu wykorzystały hitlerowski aparat przemocy w aktach najgorszego okrucieństwa i barbarzyństwa (często związanego z chęcią ordynarnej kradzieży i grabieży mienia żydowskiego) wobec żydowskich sąsiadów.

Ze względów oddalenia geograficznego i – nolens  volens – politycznej niemożliwości (zabory) ominęły Polskę fale rasizmu wobec Afrykańczyków i sam tragiczny okres niewolnictwa murzyńskiego. Nie ominęło jednak generalne, eurocentryczne, poczucie wyższości cywilizacyjnej, kulturowej, rasy ‘Białych’ wobec rasy ‘Czarnych’.

Dziś, w XXI wieku, Kanadę uznaje się generalnie, jako jedno z najsprawiedliwszych państw świata, jako przykład sukcesu wielokulturowości, wielorasowości. Jako przykład dla przyszłości państw i ludzi. I to chyba słuszna (nawet jeśli trochę przesadzona i oparta na prostych mitach) ocena. Choćby dlatego, że pojęcie „Kanadyjczyk” nie zakłada z góry pewnej etniczności.  W każdym razie od końca XX wieku Kanadyjczyk to już nie synonim Anglosasa/Szkota lub Francuza. A od początków XXI nie jest to już nawet synonim potomka Europejczyków. To po prostu obywatel Kanady.

Ale by kraj ten stał się jednocześnie krajem autentycznej równości, zgody społecznej i wysoko zakorzenionej tolerancji wobec wszelkich mniejszości (a takim dziś jest uważam) musiał przejść przez trudny kurs własnej historii. Własnych uprzedzeń, niesprawiedliwości. I zbrodni. To kurs trudny. Wiele narodów się go podjęło. I nie wszystkie zdały egzamin. Polska usiłowała po 1999 ten kurs zacząć. Niestety, nie tylko egzaminu nie było, kurs definitywnie zamknięto po 2015. Z tym większą stratą dla Polski, z rosnącym zapóźnieniem kulturowym, cywilizacyjnym. I z ceną, jaką bez wątpienia trzeba będzie w przyszłości zapłacić.  

Pisałem już kilkakrotnie na tym blogu i w innych wydawnictwach o prześladowaniach i rasizmie Kanady wobec jej ludów autochtonicznych, tzw. Pierwszych Narodów (First Nations).

Dzisiaj o rasizmie i dyskryminacji rasowej wobec kanadyjskiej ludności czarnej, murzyńskiej. Wiąże się to w Kanadzie z lutym, Miesiącem Historii Murzynów ustanowionym przez Parlament w 2008 i powiązanym z tym Miesiącem Afrykańskiej Historii w Nowej Szkocji.

Chronologicznie temat ujmując można powiedzieć, że historyczne centra osadnictwa murzyńskiego w Kanadzie to Nowa Szkocja i Górna Kanada (dzisiejsze Ontario). Mówimy głównie o okresie XVIII i XIX wieku. W dużo mniejszej części Dolna Kanada – Nowa Francja, dzisiejszy Quebec. Pozostałe skolonizowane tereny były miejscem bardzo nielicznego i sporadycznego osadnictwa uciekinierów-niewolników ze Stanów Zjednoczonych (Victoria i Esquimalt na Wyspie Vancouver i jeszcze mniej liczne grupy w Albercie (m.in. w Edmonton). Niewątpliwie nieliczni Murzyni pojawili się już w samych początkach w Nowej Francji i w Acadii (dzisiejsza Nowa Szkocja i Nowy Brunszwik), tak jak tłumacz kilku wypraw francuskich, Mario da Costa. Byli to zarówno wolni, dobrze płatni urzędnicy francuskiego monarchy, jak i niewolnicy na służbie europejskich kolonizatorów. Ale o autentycznych ‘falach emigracyjnych’, które miały wpływ na kształtowanie si Kanady i jej społeczeństwa można mówić dopiero od roku 1775 – wojny amerykańsko-brytyjskiej o niepodległość i osadnictwie tzw. lojalistów (zwolenników monarchy brytyjskiego) i niewolników z Ameryki, którym obiecano lepsze życie w Nowej Szkocji, pod panowaniem brytyjskim. Tą historię i reportaż fotograficzny zamieszczę w cz. 2, w kolejnym poście tutaj.

Short summary in English:

The most powerful imperia of the ancient world lasted hundred, if not thousands of years, because they did not try to forcefully assimilate ethnically conquered people. One would say that their concept of good governance and stability laid solidly in the form of (as we would say today) multiculturalism. There were those, who tried quickly assimilate the smaller (or weaker) groups, but it would mean always either total annihilation of such group by genocide; military displacement/banishment beyond borders of the empire state or partial genocide (cultural genocide) by killing the political and religious establishment and destroying material witnesses of former, conquered territories. The assimilating version usually proved short-lived and the new empire did not last for very long. There are, of course, exemptions to this scenario – but, as often in life – exemptions are just that – exemptions, not a rule.

The second form (cultural genocide) is the most common and lies at the foundation of most modern states, specially in the Old Continent. There is no factual anthropological reasons for existence of Poles, Germans or French and English (British) nations – they all are modern concepts and result of cultural destruction of former and separate entities. What was left from the original Slavs, Galls, Celtic or Germanic people after forceful christianization become a building stone of today’s nation. It wasn’t by any means a natural process or some form of evolution. It was a skilful political and military process.

That process is possible only if you are faced with different culturally but similar physically population. And by large extent the entire population of Europe in the entire Middle Ages looked very similar – white (or whitish, if you will). So after merely few generations you can create a new ‘ethnic’ construct: a people, who pray to the same god/s, speak the same (with regional variants) language. Beginning of a nation. In processes like that it is hard to developed racist attitudes, or hatred based on race. Hence the first objects of persecution in Christian Europe was two-fold: Jews, as recognizable minority and always living communally (in groups, not as individuals) and remnants of non-Christian Europe: tribes and people belonging to a group called Balts, in the north-east corner of Europe. As religion was, from archaic times, the fundament of laws and behaviour – they couldn’t be tolerated or fully accepted. Unless they agree to condemn and leave their old religion. Hence some old Baltic tribes were fully annihilated by German Order of Knights of Holy Mary, with the support of Polish Prince of Masovia. The Jews in Europe, from the times they moved to Iberia (today’s Spain), were not really of such threat, as they never own or rule over any territory. Their annihilation was not necessary – nonetheless, they were very much an affront to Christian faith for not accepting Jesus as the Messiah. And so antisemitism was born. And survived to this day. Reaching it’s monstrous apogeum during Holocaust.

Racism, in a form we understand today, had no place in the ancient empires, neither. All of them were based on territories more or less straddling lands between the valleys of Tigris and Euphrates, Asia Minor, southern tips of Europe and Northern Africa – a land of all three races. In imperial courts of Babylon, Persepolis or in Egypt you could daily see black, white and brown faces. It was normal, common. After the collapse of ancient order, specially in the Western Holy Roman Empire, Europe cut itself off common borders and neighbourhoods with Asia and Black Africa for all practical purposes. It wasn’t really until the end of Middle Ages and beginning of European colonial expansion into Africa and Asia that it begun. Specially toward the black Africans, who were by large technologically at a huge disadvantage and mostly pagans. The fact that slavery among Blacks was more popular than slavery among whites (there was such a thing in Europe but it related mostly to captured during warfare combatants and by the time of Renaissance – almost non-existent and, lets be honest, servitude of own peasants was enough to substitute the need for slaves) helped to sharpen the appetite for cheap labour among white masters. To build the case for buying humans as a property in Africa, Europeans begun to dehumanize Black Africans a bit, make it almost a subspecies, a subhuman. That’s how a true racism was born. That’s how it all begins. Bit by bit, word by word, joke by joke. By the end of XVII century slavery was fully accepted, flourished and in high demand. In continental Europe there wasn’t even really a high demand for cheap labour. Even after industrialization. There was plenty of cheap labour from countless underprivileged class. One could argue that it would have been more expensive actually to fill the factories and fields with actual slaves than with destitute free working class. But in the new colonies, especially one sparsely populated – the need was great. Hence – North America and West Indies. Slave owners paradise.

The first documented Black person, in what is known as Canada today, was Mathieu Da Costa, official and well paid translator for French rulers in their colonial expedition to New France (today’s Quebec) at the onset of XVII century. Certainly there were others, at that time probably free people. But that is only of historical concern. The actual Black immigration and settlement didn’t start here until XVIII century, while gaining strength in the following one. It contained both free people and slaves. Originally the main centres of Black settlements were in Nova Scotia and Upper Canada. Some in Lower Canada. Instances in Vancouver Island or Alberta were not until decades later and not very large as to make a social difference.

But that pivotal settlement of Black people on Atlantic shores and in Lower Canada is a very important part of Canadian history. And the history of racism and oppressive attitude by both, government and society at large, in Canada.

Canada today and Canadians are not the same as Canada 100 or even 50 years ago. We know ourselves as people living in a country that is the envy of the world, as far as being tolerant and equal in treatment of all Canadians. But it wasn’t always the same. In order to be the way we are now – it was necessarily to deal with the difficult history, difficult past. Every nation inspiring to be better, to grow – must take that hard lesson, swallow that bitter pill. To own our own mistakes and, yes, crimes even. As in treatment of many minorities – and none worse than that of Aboriginal People and Black people in Canada. I think that, to a large extent, we – Canadians – have done it in the past 20-30 years. Specially since the dawn of XXI century. The road is not finished , yet. But we are well on the way.

In the next , second part, I will write here more about the history of Black Canadians. Specially the one in Nova Scotia.

Jak Skawińscy głosowali? Prawda i mity.

by B. Pacak-Gamalski

Znacie Skawińskich i dlaczego takie niby ważne, jak oni w głosowali? Otóż Skawińscy to taki szczep słowiański, który z borów nad Notecią, mokradeł wokół Narwi powędrował z różnych przyczyn (na ogół nie radosnych) w daleki świat. Opisał to niegdyś stary dziejopis Henio Sienkiewicz w świetle latarni morskiej, w czasie podróży po USA.

undefined

Jak świat światem wiemy, że to szczep nader patriotyczny, sentymentalny i wierny, jak pies spod rodzimej chałupy. Więc i fama w skłóconej starej ojczyźnie poszła, że Skawińscy murem za wiarą przodków, za patriotyzmem kamiennym, za rycerzami wyklętymi – a więc za prawem i sprawiedliwością (w domyśle: naturalnie bożą). Może dlatego, że Sienkiewicz w świetle latarni i w Ameryce Północnej ich był opisał, więc daleko i szeroko spojrzeć nie umiał. Tak powstał mit polskich czikagów od Północy ku Południu i od Wschodu do Zachodu. A tu nagle rzecz się dziwna stała – latarnie powygasały w większości, technika je zastąpiła urządzeniami widzącymi dalej i głębiej bez względu na porę dnia. Poszerzyły się o te, no jakże im tam – no, o te horyzonty. I Skawińscy – mimo że ród prastary – stali się nowocześni, dzisiejsi.

Trochę to szyki pomieszało możnowładcom ze starego kraju. Bo niby jeszcze kilka lat wcześniej dbali bardzo o frekwencję polonijną w wyborach będąc pewnymi, że prawomyślność (koniecznie ‘prawo’ a nie ‘lewo’ nie daj panie boże) i sprawiedliwość (bożą, naturalnie) Skawińskich zaowocuje ich poparciem. Co też wówczas się stało i nie bez zbiegu szczęśliwego odkopania w archeologicznych badaniach postumentu Anusi – córki bohatera narodowego Andersa. Z niemieckiego co prawda pochodzenia, ale związanego przed wojną wrześniową z obozem narodowym. O tych przodkach niemieckich nie mówiono nic. Po co? Wystarczy, jak się o nich mówiło (bez przerwy na oddech) wobec niejakiego Tuska. Zresztą w wypadku Anusi chodziło tylko o ojca. Matka nie była pochodzenia niemieckiego. Z krwi i kości Ukrainka. I jak na Ukrainkę (dawniej mówiło się: Rusinkę) była i krasawa i zapiewała pięknie. Wiem, co mówię, bo sam słuchałem nie raz i lubiłem – zwłaszcza, gdy śpiewała dumki kresowe memu sercu bliskie – i o wzgórzach wileńskich, i o tramwajach lwowskich. Anusi jednak – pannie wiekowej ale ciągle żwawej – nieco fornalski charakter kolegów i koleżanek z ław senatorskich nie bardzo do gustu przypadł. A już szczególnie bolesne były właśnie dąsy wielu z tych Skawińskich, których miała reprezentować. Generalska córka wolała już grać rolę szanownej i uwielbianej Damy na akademiach polonijnych niż polityka, gdzie jej szarży senatorskiej nie szanowano. Teraz ma iść ponoć w ambasadory. To będzie milsze. Zwłaszcza, że – też ponoć – w Italii słonecznej. Blisko dworu watykańskiego i blisko na grób Taty skąd widok piękny na starożytny klasztor benedyktyński. Mimo to tuzem w rękach polityków była, gdy o głosy polonijne chodziło. Tym razem takiego nie znaleźli. No, niby ten bezpartyjny, czyli z uczuć szczerych a nie kombinacji posadkowych, pan profesor Marek Rudnicki miał być nie do pokonania. Owszem, w USA, gdzie mieszka, wygrał. Ale USA to nie cały (?!) świat. I generalnie – przegrał.

Mniej humorystycznie teraz, praktyczniej. Druga Izba Parlamentu polskiego wypadła z rąk PiSu. Bardzo możliwe, że własnie tym jednym głosem. Głosem Polaków z Zagranicy. Polonii. Tego latarnika Skawińskiego ze słynnej noweli Henryka Sienkiewicza. I to różnicą procentową bardzo wysoką. Wynik PiS był poniżej 25 %. Tak, to prawda, że pisowskie twierdze w Ameryce Północnej udało się utrzymać. I chyba tylko tutaj. Ale nawet na tym kontynencie ten wynik był dużo słabszy niż wynik uzyskany w 2015 roku. W niektórych, zwłaszcza nowych, Okręgach Wyborczych – opozycja demokratyczna nawet w Stanach odniosła sukces. Podobnie, jak zwiększył się procentowo poważnie głos oddany na demokratów przez Polonię kanadyjską.

Senatorem ‘z Zagranicy’ został Kazimierz Ujazdowski z bardzo silną przewagą głosów nad kandydatem PiS. Ujazdowski reprezentuje PO. Jeden z ‘przebudzonych’, jak określam nielicznych byłych pisowców, którzy być może po rozum do głowy poszli. Nie bardzo lubię nagradzać byłych poddanych Najmiłościwiej Panującego Wielkiego Kurdupla – ale, jeśli po ten rozum poszedł i jeśli go znalazł, niechże mu tam bozia da zdrowie. Choć po cichu podejrzewam, że bardziej strawny dla demokratów kandydat Koalicji zdobyłby jeszcze więcej głosów. Trzecim, niezależnym kandydatem, był nie kto inny, jak Cezary Paweł Kasprzak – niesprzedajny i wszędzie widoczny aktywista starego, autentycznego KOD-u. Znienawidzony przez pana Ziobrę ale i też nielubiany w nowym, pro-POwskim KODzie. W wyborach z całego świata polonijnego uzyskał całkiem niezła liczbe ponad 15 procent.

Sparwdzając Protokoły komisji wyborczych z całego świata, skupiłem sie tylko na tych, gdzie przewaga Koalicji demokratycznej lub PiSu była minimum 40%. Tam, gdzie ilość głosów oddanych na jednego z kandydatów była poniżej tej liczby – nie brałem pod uwagę.

Na Komitet Koalicji Obywatelskiej minimum 40% głosów oddali Polacy zamieszkujący w 62 krajach świata. W tym w 26 krajach tych głosów padło powyżej 50% granicy.

Na popieranego przez PiS kandydata Marka Rudnickiego liczba krajów, gdzie padło minimum 40% głosów – aż 6 (sześć). Tak, z całego świata. Liczba krajów, gdzie otrzymał minimum 50% głosów – 5 (pięć). Dokładnie: USA, Kanada, Irak, Kosowo (to ciągle tylko quazi-państwo nie w pełni jeszcze uznane) i Angola.

Ogółem na nowego senatora K. Ujazdowskiego padło łącznie 38.95% głosów; na pana Rudnickiego 24.86%. W 2015 na panią Anders (popieraną przez PiS) padło aż 46.85% głosów. Na panią Borys-Damięcką z PO w 2015 padło 34.35% głosów. Czy zauważacie zmianę? Głosy na PiS spadły wśród Polonii światowej aż o 22%. Na centrowy, zdominowany przez PO, Komitet Koalicji procent wzrósł o 4.5 punktów. Stąd moje wcześniejsze uwagi o przeszłości politycznej senatora Ujazdowskiego – bardzo możliwe, że ten procent po stronie demokratycznej byłby dużo większy, gdyby kandydatem była inna osoba. Polacy z Zagranicy staja się nowocześniejsi, współcześniejsi od rodaków w Kraju. Już tylko sentymentalna łezka, akademia raz lub dwa razy do roku w jakimś Polish Hall nie wystarcza. Ani stare żale na wszystko i wszystkich wokół. Za wszystko. Za przegrane wojny, nieudane powstania, za złe mieszkania i zacofany przemysł, za przegrane własne życie. I za to, że teraz o wszystkim trzeba samodzielnie myśleć i ponosić koszta tego wysiłku mentalnego. A dawniej myśleli inni. Władza i Kościół: Król i Biskup; Car i Biskup; Prezydent (lub Naczelnik Państwa) i Biskup; Pierwszy Sekretarz i Biskup; a teraz jeden niewysoki Szary Poseł i Biskup. Jak widać z tej wyliczanki – jeden element był stale stały. Niezmienny. A w XXI wieku ten element już stracił swoje polityczne znaczenie w większości cywilizowanego świata. Więc podróże jednak kształcą. A cześć Północnej Ameryki (część, bo Polacy meksykańscy jednak wysokim procentem – 56 – poparli Koalicję demokratyczną) też dojrzewa. Dorośleje. Jak to w tej piosence szło? Jeszcze rok, jeszcze dwa, przekonacie się o tym sami, jak to jest, jak to jest z … Polakami? Przeboju legendy polskiej estrady długich lat PRL i wielu jeszcze lat po roku 1990, Jerzego Połomskiego. Bożyszcza kobiet i Amanta Nr 1 Polskiej Estrady – który przez całą zasłużoną i ciekawą, bardzo długa karierę nigdy na tej scenie nie mógł być sobą. Mity, legendy. Tak to z nimi jest – pomagają marzyć, wzdychać i ronić łezkę – nie powinny jednak nigdy przesłaniać rzeczywistości.

Halifax ‘last stand” in climate change action

by Bogumil Pacak-Gamalski

mature woman waiting to be arrested – last one from the entire group

In a previous post I have shown you a series of snapshots of the youthful climate action protest that spread through the entire country and indeed – the entire world. Millions of young people, supported by many allies from adult community, followers of symbolic leadership of young girl, a child almost, from Sweden – Great Thunberg.

By European Parliament from EU – Greta Thunberg at the Parliament, CC BY 2.0, https://commons.wikimedia.org/w/index.php?curid=81699733

That was the large crowd of determined but polite protesters. Today’s protest showed the fringe, more angry and demanding groups. People, usually from poorer segments, who because of their economic status are much more vulnerable to negative impact of the rapid climate change. Who, in other words, have really nothing to loose since they have very little to begin with.

Across Canada (Vancouver, Toronto, Montreal, Halifax – to name few large cities) they decided to block for few hours important urban bridges. Yes, they knew it would inconvenience many , who used these bridges to go to work, shop. And that was the point. Yes – to inconvenience people. To let them know that things are not normal. That we have passed the point of no return. That something needs to be done or the price will grow and grow to truly catastrophic size. There were many groups representing anarchists, communist (or claiming to be communist – I talked to some and really have big doubts of their knowledge of communist system – and I do, very personal). But that’s good, that’s important. We need ‘crazies’ like them, who make us sometime a bit uncomfortable. In democracy there is no greater danger than complacency. When we start looking more for the benefits just for ourselves, not willing to pay a fair share for the benefit of the entire society – bad things do happen. Just look to US, Poland and other populist regimes.

Pretending to be a bit stupid and uninformed onlooker, I asked a young and polite policewoman why the small group of sitting protesters are being detained and arrested since the bridge is closed anyway, they are not causing any visible harm to others or to the infrastructure (the bridge or the road leading to it) and seem to be exercising their democratic right to protest. She answered very nicely that they are being removed from a private property. Again, pretending to be shocked, I asked with bewilderment: but it is city, therefore public, road and so is the bridge, isn’t it? She politely answered – no, the Bridge Authority is a private company and the protesters have extended their time granted for the protest and have to be removed from the private property. I continued in my ignorance the query: O! I didn’t know that. Am I trespassing now myself on private property?! she replied with smile: no sir, you are not. So I pressed again: Officer, can you tell me if the Bridge Authority paid the City (citizens od the city) for the construction of the bridge and the road? She answered perplexed a bit and I think that she finally get my ‘acting’: I do not know that , sir. All we are doing is just following the law. You have to talk to the company or to the City Hall. I smiled and thank her for her assistance. There was no point of making her feel more uncomfortable. She truly was just doing her job.

But can we all, down, deep in our soul, always use that defence: I am just doing my job? Maybe half an hour later I went to a store near by. Waiting in line to the cashier, I overheard few women conversing about the protest. They exchanged their opinion and at the end the older one summarize it: ‘but they can’t do anything, they can’t change anything, just a waste of time and inconvenience for the rest of us. What can we do?’ I turned to them, apologizing for butting-in, and said: I’m not sure that they can’t do anything. After all, you nice ladies just talked about it. Sometimes talking about something makes us realizing that there is something to think and talk about. They look at me for a second and answered with nice smile: Hmmm, I think you are right sir. Thank you..

Below is just a viewpoint of the protest on the Dartmouth side of the bridge.

Climate Action Protest in Halifax

by Bogumil Pacak-Gamalski

Today all over Canada was day of mass protests for stronger and decisive actions to prevent further damage to Earth’s climate. The main even was held in Montreal, attended by Justin Trudeau, Canadian PM and Elizabeth May from Green Party. The special guest was famous young girl from Sweden – Greta Thunberg, who does not hesitate to chastise powerful world leaders every time she gets a chance. Trudeau met with Greta before the march and commented that “She is the voice of a generation of young people who are calling on their leaders to do more and to do better, and I’m listening”. Jugmeet Singh form NDP joined the protest in Victoria, BC. As expected, yet totally inexcusable, Andrew Scheer decided to fully ignore the marches and protest of millions of Canadians today. Considering his record and his ‘environmental’ policies – perhaps for the best … . Still sad, though, that he refuses to face the most existential threat to our planet. And at the same time has the desire to be our Prime Minister ?!

Below is a photo galleries I took from the protest in Halifax. Tens of thousands of people gathered in Victoria Park here (as luck would want – the park is located just across the street from the broken huge construction crane during this month hurricane Dorian assault on the city). Later they marched to Nova Scotia Power to perform a ‘die-in’ in front of the center of Nova Scotia’s energy. From there to Government Building, to impress on our politicians to do their job and listen to the science, not to the lobbyists.

Wybory i kandydaci dla Polonii

Postaram się tu zaprezentować Państwu kandydatów Opozycji Demokratycznej (tą nazwą określać będę partie i grupy/koalicje, które ustawiają się po przeciwnej od PiS i jego koalicjantów stronie polskiej sceny politycznej). Dziś zacznę od Jarosława Szostakowskiego z Nowoczesnej w tamach Koalicji Obywatelskiej (https://koalicjaobywatelska.pl/). List skierowany jest do Polek i Polaków w Kanadzie, który pan Szostakowski przesłał na moje ręce.

Jarosław Szostakowski

Szanowni Państwo!

Nazywam się Jarosław Szostakowski i kandyduję do Sejmu z pozycji 5 listy
numer 5 Koalicji Obywatelskiej w okręgu 19 – Warszawa i Zagranica.

Wiem, że wielu z was wciąż żywo interesuje i zawsze będzie interesować
to, co dzieje się w Polsce. Nieważne, jak długo mieszkacie poza
granicami rodzinnego kraju, odczuwacie współodpowiedzialność za jego
losy. Kiedy rządzący popełniają błędy, wstydzicie się za nie prawie tak
samo, jak za własne, a w chwilach sukcesów dzielicie narodową dumę z
tymi, którzy pozostali w kraju. To się nie zmienia nawet wtedy, gdy ktoś
czuje się zakorzeniony w nowym kraju. Mam tego świadomość, bowiem wielu
moich znajomych i przyjaciół mieszka za granicą, a ja mam to szczęście,
by móc czerpać z ich wiedzy oraz perspektywicznego spojrzenia.

Wiem też, że wbrew temu, co twierdzą niektórzy politycy, nie jesteście
jednorodną grupą. Macie różne historie, poglądy, motywacje i
doświadczenia. Również różne powody, by wziąć udział w nadchodzących
wyborach parlamentarnych.

Jakiekolwiek by one nie były, zapraszam was do zapoznania się z moim
programem, a także do kontaktu i dialogu. Z chęcią odpowiem na wasze
pytania.

Ja również czuję się współodpowiedzialny za losy Polski. Zapraszam do
odwiedzenia mojego profilu na Facebooku, z którego możecie dowiedzieć
się, poprzez jakie działania to wyrażam. Więcej na mój temat w
załączonej ulotce.

http://facebook.com/jszostakowski http://twitter.com/JSzostakowski


‘Shame and Prejudice’ in Halixax Art Gallery

by Bogumil Pacak-Gamalski 
(Polish text followed by English version)

Ojcowie Konfederacji witani przez Miss Chief Eagle Testicle

Dwie wizje. Lub zderzenie dwóch rzeczywistości. Taki dodatkowy tytuł można nadać wystawie malarskiej  Shame and Prejudice  w Art Gallery of Nova Scotia w Halifaxie.

Zacznijmy od prostego skojarzenia dwóch tytułów: „Pride and Prejudice” i „Shame and Prejudice”. Dla wielu naturalnie tytuł pierwszy kojarzyć się będzie z literackim arcydziełem Jane Austen. Kto nie czytał, ten na pewno zetknął się z echami tej powieści. Lub powinien.  Prejudice jest stałym elementem obu tytułów. Oznacza zakorzeniony w tradycji osąd, znajomości i rozumienia świata wynikające z własnego doświadczenia środowiskowego. Oceny podjętej bez wysiłku obiektywnego zbadania faktów, okoliczności. Słowem opartej na micie, na wierze, legendzie, ogólnie panującej (nie)wiedzy. Lub wiedzy ‘narzuconej’ z góry, na zasadzie ‘bo tak jest i basta’.  Jak łatwo duma i uprzedzenia takiej wiedzy ulegają – łatwo się domyśleć. Ulegamy jej wszyscy. Ale czasem warto taką ‘wiedzę’ kontestować. Zastanowić się nad (użyję modnego dziś w Polsce słowa, ha ha) wartością dowodzenia prejudycjalnego. W prawie taka koncepcja jest ważna – w ocenie historii potrafi być zgubna.

Kent Monkman, potomek narodów autochtońskich zmienił ten pierwszy człon (Pride/duma) naWstyd/hańbę (Prejudice). Wstyd 150 ponad lat kolejnych pokoleń, które wiedziały, że są gorsze. Bo przecież gdyby nie byli, nie byliby tymi, którymi są, prawda? Pijakami z kiepskim, niskim wykształceniem, biedakami, prostytutkami w tanich barach, bez ładnych domów z białym płotkiem. Z mama i tatą, którzy nie potrafili być dobrymi rodzicami zmuszając tym Państwo i Kościół do wzięcia ich pod swoje opiekuńcze skrzydła wychowawcze. A i to niewiele pomogło. Mimo surowych kar, w olbrzymiej większości nie udało się ich wychować i wyuczyć na dobrych i mądrych. Kończyli, jak ich rodzice lub jeszcze gorzej, na śmietnikach i marginesach miejskich. Inaczej być widać nie mogło. Byli po prostu głupimi ‘indianami’. Wszyscy to wiedzieli, wszyscy tak mówili. Zresztą to była wiedza ogólnie dostępna, powszechna. Nie zdobyta a nabyta z ogólnie akceptowanych mitów i opowieści. Prejudycyjna, prejustice.

Tak, jak u Henryka Sienkiewicza w rozczytywanych przez pokolenia opowieściach, trylogiach ‘ku pokrzepieniu serc’. Opartych na takiej właśnie powierzchownej lub jednostronnej wiedzy historycznej, bez wysiłku obiektywnej refleksji, oceny. Pani Austen bardziej jeszcze powierzchowniej do tematu podeszła. Ale – z ukłonem wobec jej talentu obserwacyjnego – samym tematem relacji dumy i wstydu środowiskowego się zajęła.

Monkman, świetny malarz, stworzył cykl pastiszów malarskich znanych powszechnie dzieł i faktów historycznych ostatnich 150, a nawet 300 lat kraju zwanego dziś Kanadą. Namalował historię nie inną ale widzianą innymi oczami, z innej perspektywy. Wstrząsającą. Byłem od pierwszej instalacji nią porwany, zasmucony nawet wtedy, gdy zmuszała do ironicznego uśmiechu. Bo ten uśmiech musiał wypływać z głębokiego smutku. Tak,myśmy im zgotowali ten los. Nasza wielka, wspaniała cywilizacja techniczna, literacka, muzyczna, ekonomiczna, militarna, religijna. Nasza filozofia i etyka, przywiązanie do właściwego wyboru miedzy Dobrem a Złem.

Specyficznego efektu dodaje wtrącenie w malarską narrację Monka elementu erotyczno-seksualnego  jego alter ego: Monka-błazna, Monka-magika opodwójnej lub płynnej płciowości (gender-bender). Nazywa tą osobowość Miss Chief. Znowu świetna gra słów. MissChief to oczywiście feministyczny odpowiednik Mister Chief. Ale czy przypadkiem nie jest to po prostu … mischief? Psotnik, błazen. Ktoś, kto ukrywa by pokazać. Kłamie by powiedzieć prawdę.

Two visions of the same. Or a clash of two reality. This additional title can be given to the painting exhibition of Shame and Prejudice in the Art Gallery of Nova Scotia in Halifax. Let’s start with a simple association of two titles:”Pride and Prejudice” and “Shame and Prejudice”. For many the first title would associate with a literary masterpiece of Jane Austen. Who did not read it, would  surely came across echoes of this novel. Or it should have. Prejudice is a regular part of both titles. Rooted in tradition, it means judgment, knowledge and understanding of the world resulting from once own experience. The evaluation undertaken without effort to the objective examination of the facts, the circumstances. The word based on the myth, faith, legend, generally prevailing. Or ‘given ‘ from generally accepted popular knowledge, on the basis of ‘it  is this and that and that’s it ‘.  How easy it is to be proud and prejudice of such knowledge is equally easy to guess. We get it all. But it is sometimes useful to contest such ‘knowledge’.  To reflect on the value of the common wisdom.  Kent Monkman – a descendant of the indigenous Nations, changed the first part (Pride) to shame/disgrace (Prejudice). The shame of more than 150 years of successive generations, who knew that they are worse. Because if they weren’t, they wouldn’t  be the ones which they are, right? A drunkards with lousy, low education, poor, prostitutes in cheap bars, without the nice houses with white picket fence. With mom and dad, who does not know how to be good parents thus forcing the State and the Church to take them under their caring wing and help. Despite severe penalties, in the vast majority of them, the ‘raising’and the ‘teaching’ of how to be good and wise – failed. Finishing second, as their parents or even worse, on the disposable end and margins of society. It must have been like that, otherwise it could not have been seen like that, right? They were just silly ‘indians ‘. Everyone knew it all, seen it, heard it…

Moreover, it was the knowledge generally available, universal. Earned and acquired from the generally accepted myths and stories.  Writers of historical novels often use such basis of their stories. To uplift ones nation greatness, ones social or religious class superiority. To make us ‘feel better’.  In Poland, during the partition of Polish state, Nobel-winner writer, Henryk Sienkiewicz, used it to arouse the feelings of noble and immanently good acts of Polish nation.  Based on superficial or one-sided historical knowledge, effortlessly void of objective reflection, evaluation. Mrs. Austen did not fare better in serious evaluation of the title subject in evaluating society. But, at least, she attempted to deal with the subject of the relationship of pride and shame in a social class-based environment.

Monkman – a great painter, created a series of pastiche paintings of commonly known works and historical facts past 150, and even 300 years of a country called Canada today. He painted the story of not another history but same one seen with different eyes, from a different perspective. Shocking. I was kidnapped by it from the first segment, was sad even when forced to ironic smile. Because the smile had to emerge from a deep sadness.

Yes, we have prepared for them the fate, the tragic ethos. Our great, superior technical civilization, our high culture in art, in economy, in military, religion. Our philosophy and ethics, our attachment to the choice between Good and Evil. /…/

The painter achieves a very specific effect, not too discreetly, by inclusion in his narration element of erotic/sexual alter ego: Monkman-jester, Monkman-the magic of double or fluid sexuality (‘gender-bending time traveller’ in his own words)). The personality is called Miss Chief. Again great game of words. Miss Chief is of course the feminist equivalent of Mister Chief. But, if by chance, is it not simply a … mischief? Trickster. One, who conceals to reveal; lies to tell the truth.