Gdy polityka musi zejść na drugi plan

Złym jest podpowiadaczem szok, wydarzenie ciągle nie zakończone. Nie daje to czasu ani na poznanie wszystkich okoliczności tego wydarzenia ani na ferowanie prędkich wyroków. I ferować ich tu nie będę. Od wyroków są sądy, dochodzenia policyjno-prokuratorskie i dziennikarskie.

Ale są wydarzenia, są sytuacje nieprzewidziane, które zaraz po zaistnieniu nie pozwalają milczeć. Zmuszają do pewnej odpowiedzi, pewnego stanowiska, które wymaga mimo wszystko refleksji etycznej.  Tylko wydarzenia losowe, naturalne, wypadki nie planowane wymykają się takiej refleksji.

Atak i zamach na życie Prezydenta Gdańska dziś nie jest wydarzeniem losowym. Nie jest aktem natury czy wypadku. Szczegóły przygotowania zamachu, bezpośrednie czynności do tego prowadzące i podjęte przez zamachowca, który jest znanym policji kryminalistą i człowiekiem zdaje się niezbyt zrównoważonym, mało mnie w tym momencie interesują. To kryminalistyka i kroniki sądowo-policyjne, których czytelnikiem ani badaczem nie jestem.

Tak, jak mało jestem zainteresowany i nie ma dla mnie większego znaczenia badanie szczegółów i detali życia niejakiego Eligiusza Niewiadomskiego, malarza, posła jednej kadencji i działacza ruchu narodowego w początkach Drugiej Rzeczypospolitej.

Interesuje mnie i niepokoi, więcej – zatrważa, sytuacja, która doprowadza osobników takich, jak Niewiadomski i Stefan W. do porwania się na życie osób publicznych prywatnie z nimi nie mających nic wspólnego. Ale reprezentujących pewien symbol systemu lub, których obwiniają o ich klęskę personalną. Tak, jak osobnicy w USA, którzy strzelali do Żydów zgromadzonych w bożnicy, do gejów cieszących się młodością w popularnym klubie. Ofiary tych mordów były też tylko symbolami – w ich mniemaniu – ich niepowodzeń.

J. Piłsudski i G. Narutowicz

Gabriel Narutowicz, ku zdumieniu obozu prawicy polskiej, wygrał pierwsze wybory prezydenckie w Rzeczypospolitej Polskiej w grudniu 1922. Fala nienawiści, jaka wylała się na niego z prasy, wystąpień publicznych działaczy narodowców i faszystów polskich była niesamowita. Od absurdalnych po katastroficzne. W przeciągu kilku dni Narutowicz, potomek starego rodu szlacheckiego z Litwy, stał się Żydem i symbolem spisku żydowskiego. Popularny prawicowy publicysta, ksiądz i poseł Kazimierz  Lutosławski pisał na łamach „Gazety Porannej” 11 grudnia: ‘Co się stało? Jak śmieli żydzi narzucić Polsce swojego prezydenta!’ a kończył tekst wezwaniem do bezpardonowej walki z ‘żydowskim zamachem stanu’ i ratowaniem Polski.

P. Adamowicz

Dziś, zaraz po zamachu na prezydenta Adamowicza z Gdańska, instagramy członków rządu i prezydenta RP zapełniły się oburzeniem i potępieniem zamachowca i prośbami o modlitwy za zdrowie prezydenta Gdańska. Zakładam, że szczerymi. Ale, panie i panowie decydenci: czyż nikt z was winy moralnej nie ponosi za to, ze jakiś opętaniec targnął się na życie polityka związanego od lat z waszym głównym przeciwnikiem politycznym (Adamowicz jest członkiem PO i wygrał ostatnie wybory w Gdańsku)?; że stało się to na znienawidzonej i opluwanej przez was scenie finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy? że znanych polityków PO (a takim jest Adamowicz) oskarżaliście bez pardonu i wulgarnie o kradzieże, malwersacje, o anty-polskość? że od lat hołubicie (wbrew fałszywym  formalnym oświadczeniom) atmosferze niechęci wobec mniejszości narodowych, podgrzewacie emocje nacjonalistyczne i anty-emigranckie, uśmiechacie i porozumiewawczo mrugacie do upiorów polskiego piekła szowinistyczno-antysemickiego? Czyż premier nie mianował wice ministrem rządu polskiego kilka tygodni temu czołowego działacza polskiego ruchu narodowego faszyzmu?!

Otóż taka atmosfera potrafi obudzić upiory autentyczne, nie wyśnione –żywe. Czy ciągle jeszcze uważacie, że potraficie nad tym zapanować, trzymać to w kontroli?

Nikt nie może was legalnie oskarżyć w sądzie o współudział w zamachu, żaden sąd nie skaże was za współodpowiedzialność karną.  O to możecie być spokojni – nawet opluwani przez was sędziowie na to nie pozwolą.

Ale czy możecie spać spokojnie?  Czy rzeczywiście o takiej ‘dobrej zmianie’ myśleliście? Większość z was, chyba w to wierzę, podjęła się działalności politycznej ze szczerej  wiary, że coś dobrego dla kraju chcecie zrobić. I że wasz świat wartości i przyzwyczajeń powoli odchodzi w cienie historii a współczesność odwraca się do was plecami. Podjęliście próbę walki o przedłużenie trwania czasów przeszłych. Nikt wam tego prawa, choć wydaje się w najlepszym wypadku staroświecką donkiszoterią, odmówić nie może. Więc tą bezpardonową walkę polityczną podjęliście i ją, cios za ciosem, systematycznie prowadzicie. Ale kiedyś przychodzi moment, gdy polityka musi ustąpić miejsca wartościom wyższym. Gdy dobro kraju musi stać najważniejsze – nawet jeśli odchodzi od waszych ideologii i filozofii. Walka polityczna nie może być celem samym w sobie, służącym jedynie utrzymaniu władzy.

Jeśli nie był dla was ten moment kilka dni po wstrząsającej śmierci, na Placu Defilad, Piotra Szczęsnego – Szarego Obywatela, niechże nastąpi teraz.  Nie zawierajcie sojuszy Fausta. One się zawsze źle kończą po początkowych sukcesach.

Advertisements

Spacer z patykiem

Halifax, 2018-12-31

 Nikt z nas prawie – poza tymi, którzy od kolebki prawie, wyjątkowo przykładne i zaplanowane życie prowadzą – nie wie, gdzie powiodą nas gościńce życia, w którą stronę zaprowadzi ścieżka upływających lat. Wyjeżdżając z Polski ‘na chwilę’ w 1981, przypuszczać nawet nie mogłem, że po roku będę lądował na ośnieżonym lotnisku w Montrealu, a następnego dnia wieczorem wyjdę na spacer mroźnymi i opustoszałymi ulicami ‘downtown’ w Calgary. W 1980 nawet nie wiedziałem chyba, że takie miasto jest w Kanadzie! Tak mało o tym kraju wiedziałem. Trochę utartych, na ogół sympatycznych stereotypów; Montreal, Halifax i Toronto, gdzieś na obrzeżach nieco Ottawa i Vancouver; Szara Sowa; coś mgielnego (bardziej chyba z Curwooda i Londona niż z kanadyjskich źródeł) i romantycznego z Północy; powinowactwa z Monte Casino, i Pierre Trudeau. Ot, i wszystko. A dziś to mój serdeczny kraj. Dom, w którym spędziłem większość nie tak krótkiego życia. Od jednego oceanu, po brzegi drugiego, w międzyczasie kilkanaście lat na prerii. Łaziłem tu na najwyższe szczyty, błądziłem po puszczach spływających grzbietami obu stron Gór Skalistych ku dolinom Alberty, Kolumbii Brytyjskiej i Jukonu. Teraz nieco po kamienistych brzegach i gęstych laskach atlantyckich. Ile jeszcze mi tego łażenia i grzebania kijkiem w poszyciu leśnym zostało nie mam pojęcia. Ale póki co, dalej tak sobie będę pośród tych strumyków (już pewnie bez wdrapywania się na zbyt wysokie szczyty) szurał trampkami. Jak i po uliczkach miast tutejszych. Nie wiedziałem, że aż tak daleko od Polski żyć przyjdzie. Nie tylko odległością fizyczną ale i kulturową, mentalną. Bardzo się drogi nasze rozeszły. Ani bym chyba mógł i raczej na pewno nie chciał tymi samymi teraz znów chodzić zacząć. Zbyt dorosłem chyba, dojrzałem. Co było dobre dla dziecka i chłopca – dorosłemu już nie uchodzi myśleć infantylnie. Świat jest taki ciekawy, ludzie tak piękni, kolorowi, różnorodni. Pewna parafialność sielanki polskiego krajobrazu kulturowego cieszy i sentymentem ciepłym ogrzewa w niedzielne popołudnie. W poniedziałek uwiera i przeszkadza.

Zmiany – mam nadzieję, że nie stałe i nie długotrwałe – które w Kraju zaszły po 2015 zaszokowały mnie. I nie były to zmiany czysto polityczne, jakieś dekrety czy ustawy rządowe. Tak, jak zmiany w Ameryce (USA) po wyborach Trumpa. Ale Ameryka tak mnie nie zdumiała. To kraj tak dziwny i tak rozdarty na szereg historycznych sprzeczności, że co zadziwia, to raczej fakt, że mimo wszystko do dziś jako jedność przetrwali. Polska  i Polacy wydali mi się dużo bardziej europejscy. A ostatnie trzy lata mnie w tym zachwiały. Oczywiście mam na myśli Europę kulturową nie geograficzną. Europę Renesansu włoskiego, Oświecenia francuskiego, Romantyzmu niemieckiego i polskiego, pozytywizmu polskiego, trochę Grecji helleńskiej, smutku skandynawskiego, spokoju Czechów, irytującej a mimo to sympatycznej flegmy i arogancji ignoranckiej Brytyjczyków.  A tak strasznie dużo przetrwało w nas tego, od czego zawsze się głośno odżegnywaliśmy: mistyki niewolniczej rosyjskiej. Niby przez wieki nieśliśmy zachodnio-europejską cywilizację na Wschód, niby inteligencja rosyjska patrzyła na nas prawie tak zakochana, jak polska we francuskiej – a przez te kilka ostatnich wieków sporo tej duszy rosyjskiej, jakże smutnej i odwróconej tyłem do świata, wciekło i do naszej duszy. Bo czymże jest lęk przed innymi, jeśli nie lękiem niewolnika przed wolnością? O tak, można krwawe protesty robić, ginąć na barykadach – ale żyć wolnym?! To już dużo trudniej niż moment flagi, transparentu i okrzyku.

Więc ta kolorowość, ta różnorodność tradycji i przywiązań w tym moim nowym Domu bardziej mi odpowiada. Naturalnie, że nie bez zgrzytów. To oczywiste. Dlaczego sąsiad sadzi na rabatach tulipany, których nie znoszę a krzywi się patrząc na moje ulubione mieczyki kwitnące w moich rabatach? Czasem nawet chęć atawistyczna nachodzi, by w nocy mu nożyczkami te tulipany wstrętne obciąć! Tyle, że jak nudno by ta moja ulica wyglądała, gdybyż wszędzie tylko mieczyki rosły w ogrodach! Więc nie tylko mu tych tulipanów nie zadepczę, a przeciwnie – jak wyjeżdża na urlop będę mu te kwieciska podlewał, by nie uschły. Ostatecznie wolę obejrzeć się za przystojnym chłopakiem, czemuż jednak miałbym z przyjemnością nie popatrzeć za zgrabną, ładną dziewczyną?! I nie tylko tym zgrabnym i ładnym fizycznie – ileż piękna autentycznego jest w tych, którzy noszą je wewnątrz, a przez to, że ich piękno prawdziwe – widać je, gdy sobie pozwolimy na moment obserwacji, gdy świeci i na zewnątrz osoby. O takim niby pięknie pisał jeden z naszych największych, gdy naród polski do lawy porównywał, która świetliste dyjamenty miała skrywać. Co daj boże, daj boże, Cyprianie Kamilu. Tylko życie takie krótkie … Nie wszyscy mamy wystarczająco dużo cierpliwości, by czekać. I czekać.

Ostatnie promienie słońca (dzień dziś słoneczny nad Atlantykiem) tego roku. Jutro już kolejny nowego. Niech nie wygląda, że tylko żale i smutki na gniazdo dzieciństwa i młodości wylewam. Nie zamieniłbym jednego dnia tamtych dni i tamtej epoki na inny. To mi dało solidny fundament. Wszystko, co potem zbudowałem z siebie, oparte na tym fundamencie. Ale zbudowałem zupełnie inaczej, niżbym pewnie to robił w Kraju zostając.  Nie ze swoich zdolności wyuczonych, nabytych. Z wielości fantastycznego budulca i materiału, jakiego w tym nowym kraju miałem pod dostatkiem.

I, miałem szczęście nieocenione,  napotykałem na tych moich wędrówkach z patykiem w ręku co raz nowe dyjamenty przepięknej barwy i polskie i z dziesiątków innych krajów, kolorów i odcieni skóry, akcentów. Tegoż wszystkim, bliskim i dalekim, życzę na nowy 2019 rok. Spacerów z patykiem w dłoni i grzebania w poszyciu lasków, dżungli, rzeczek i mórz, a nawet miejskich chodników – kto wie, co pod kamieniem leży i czeka na znalazcę! A nuż dyjament urody najczystszej…

Sto lat Niepodległości – czas wstać z łożka

by Bogumił Pacak-Gamalski

Przebudzenia bywają różne. Te powolne, z rozleniwionym witaniem się z nowym dniem, z przeciąganiem ramion;  te nagłe z zaskoczeniem, pytaniem wylęknionym: gdzie jestem? co to jest, co widzę wokół?

Niektóre trwają latami, jak śpiączka. Sen Polaka trwał bardzo długo. Nie pomogło i Przedwiośnie pana Stefana zacnego. Może cały wiek od 1918 do dziś. Jeśli nie sen, to byt w pół-majaku, częściowej tylko świadomości. Nasza świadoma, a więc aktywna przygoda z demokracją trwała może siedem, może góra dziesięć lat w ostatnim 200-leciu. Jakieś pięć lat z całego 20-lecia Międzywojennego i może góra drugie tyle po odzyskaniu suwerenności efektem Okrągłego Stołu i Magdalenki. Nie wiele na 200 lat z okładem. Głębiej iść nie ma sensu, bo o początkach współczesnej demokracji można dopiero mówić od XIX wieku.

Ale jest możliwym, że źródeł tego snu, tej maligny narodowej, szukać można pod Maciejowicami, w niespełnionej zapowiedzi Manifestu Połanieckiego Kościuszki. Tej zapowiedzi włączenia we współwładanie i współodpowiedzialność za Rzeczpospolitą najliczniejszej klasy społecznej – chłopstwa.

Osobny i długi bardzo temat. Warty jednak refleksji. Jego konsekwencje są dla mnie jasno widoczne i dziś, gdy patrzymy na polityczne i ideologiczne sympatie dużej części społeczeństwa polskiego. W tym też na ich wyraźny regionalizm, specyfikę geograficzną. Ostatecznie olbrzymia część mieszkańców polskich miast to nie potomkowie szlachty i tradycyjnej inteligencji polskiej oraz byłej klasy robotniczej (ta nigdy nie była liczna w Polsce, kraju rolniczym) ale potomkowie klasy chłopskiej, zwłaszcza tej najbiedniejszej. Szczególnie po 1945, kiedy nagle całe dzielnice, ulice, opustoszały i mogły przyjąć rzesze napływowej ludności okolicznej. Zwłaszcza w miastach, które do 1939 miały dużą liczbę ludności polskiej pochodzenia żydowskiego … .  Znowu – osobny i długi temat. Już rozpoczęty wiele lat temu w III Rzeczypospolitej ale ponownie przerwany od jesieni 2015 roku. Ale przerwanie rozmowy nie powoduje jej wyczerpania. Prędzej czy później trzeba będzie szczerze do niego powrócić. Znowu stracone x lat na rozmowę, którą i tak trzeba będzie przeprowadzić… .

Na razie jednak to, co w chwili obecnej wydaje mi się konstatacją najistotniejszą, refleksją najbardziej mnie poruszającą, najbardziej bolesną i zaskakującą – ów obywatelski sen niemocy politycznej. Z jednej strony państwo zachłannych i świadomych swych czynów polityków – z drugiej społeczeństwo lunatyków. Lunatyk to, jak wiemy, nie jest osoba zła lub niemoralna. Po prostu osoba w pewnego rodzaju transie, półświadomości.

Z jednej strony mary-czary sięgające doby romantycznej („Polska Chrystusem narodów’), ufortyfikowanej dobą literatury ‘ku pokrzepieniu serc’ i legendą heroicznych powstań (wszystkich przegranych, niestety), z drugiej obce, zimne i niebezpieczne mieszkania i ulice rzeczywistości. Rzeczywistości nie ze snu, a z przebudzonej realności. Więc łatwo się w takim sennym spacerze stuknąć kolanem o ostry kant stołu, potknąć o nieprzyjazne krzesło, czy zwyczajnie być potrąconym na ulicy przez przejeżdżający obojętnie samochód.

Czasem, miast krytykowania lunatyków, chciałoby się wykazać szczere zdumienie i zachwyt: jak wy to robicie, że jeszcze … no, istniejecie?!

Ano trwacie, bo bardzo na waszym trwaniu zależy klasom politycznym. Wszystkim. Od lewa po prawo. I tam na prawo od prawa, gdzie poczciwy i porządny człowiek nie zagląda. Jako jednak, że poczciwość i porządność nie jest cechą typową dla polityków – znaleźli się i tacy, którzy tam nie tylko zaglądają ale wręcz na stałe przebywają. Dla tych polityków wasz półsenny żywot jest jedyną szansą na przetrwanie.

Więc będą go ścisłe kontrolować, dozować dokładne dawki medycyny uniemożliwiającej pełne przebudzenie: raz dziennie pigułka ‘sprawiedliwości dziejowej’, dwa razy dziennie witamina religijności dewocyjnej; co tydzień jeden zastrzyk stężonego patriotyzmu rocznicowego przegranych powstań i wojen („ach, Boże mój, jak ci polscy ułani się  biją!”)  w pośladek, domięśniowo  i drugi dożylnie, w lewe ramię – ta strona od serca – z dużą dawką mityczno-mocarstwową ( od morza do morza, trójmorza, widelec dla Francji, husaria dla Wiedeńczyków, piloci dla Brytyjczyków, Jagiełło pod Grunwaldem, Żółkiewski pod Moskwą a Koniecpolski pod Kircholmem, itd. et ceatera do znudzenia, jak owsianka dla dzieci). W konieczności można sięgnąć po silne środki psychotropowe: kibole z flagami, bejsbolami i pochodniami, tudzież żołnierze wyklęci.
Dobre na jakiś scenariusz dla Ionesco, Becketa lub Witkacego. Fatalne na dłuższą metę dla normalnego funkcjonowania państwa.

DSC00218Jeden z nas-obywateli, po przebudzeniu, będąc świadomym, co czyni, nie chciał się z tą ‘terapią spiączkową’ władz politycznych pogodzić, nie chciał dobrowolnie poddać się tym ‘witaminom’, ‘zastrzykom’. Wolał z życiem się pożegnac swiadomie niż wrócic do kondycji lunatyka. Nie, nikogo nie namawiam do powtórzenia jego skrajnie dramatycznego i nieludzkiego kroku. Ale pamiętajcie Piotra Szęsnego, Szarego Obywatela. Niech nie tylko władzę ta pamieć boli, niech boli nas wszystkich, bo to – nasz indywidualny i zbiorowy ból – było celem jego aktu.

Jak to się stało? Morze atramentu na opisy i scenariusze wylano. Fatalna kampania wyborcza PO, gorsza jeszcze PSL i SD; niegodne prawdziwego lidera zachowania Kaczyńskiego, który skrył się za plecami Dudy i Szydło itd.  et nausea. Naturalnie autentyczne i nie rozwiązane do 2015 (dalej nie rozwiązane w większości, poza skutecznym i popularnym chwytem rozdawnictwa 500 złotych na rodziny wielodzietne) problemy tzw. zapomnianej warstwy społecznej tych, którym przejście z państwa opiekuńczego sowieckiego socjalizmu do samodzielności ekonomicznej kapitalistycznej demokracji nie udało się. To są suche fakty polityczno-ekonomiczne. Zasadniczą przyczyną była jednak kompletna obojętność większości wobec samego faktu wyborów. W ten sposób mniejszość wyborcza wybrała i większość i mniejszość parlamentarną. Czyli większość społeczeństwa pozostała bez głosu i reprezentantów politycznych. I tu można by zakończyć wywód mówiąc po prostu – macie to, na co zasłużyliście i co (nie głosując) chcieliście z lenistwa umysłowego i bardzo niskiej świadomości politycznej.

To naturalnie szalenie uproszczony opis tego, co miało miejsce latem i jesienią 2015 w Polsce. Tylko, że w uproszczonej formie zupełnie adekwatny i prawdziwy. Wielkim wodzem i strategiem określa się dowódców, którzy wygrywają batalie mimo olbrzymiej przewagi wojsk przeciwnika. W warunkach wyrównanych mocy lub wręcz małej przewagi – zwycięstwo w batalii jest zasługą nie zwycięskiego wodza ale efektem nieudolności wodza przegranego. A wodzem prawdziwie przegranym w wyborach 2015 roku był (nie)wyborca polski. Obywatel, który do obywatelskości nie dorósł.

Przeważyła mentalność poddanego i małorolnego chłopa, któremu obiecano nowe morgi od kolejny raz parcelowanego majątku dziedzica.

Nabrzmiała od pustego powietrza (złośliwy mógłby powiedzieć, że to nie powietrze a inny rodzaj gazu, nie z płuc a dolnej części ciała się wydobywający) bańka polskiej polityki i wewnętrznej i zagranicznej pęknie lada moment. Historia ma to do siebie, że prędzej czy później wystawia weksle za popełnione świadomie długi ekonomiczne i polityczne. Na ogół prędzej niż się dłużnicy spodziewają. A długi Polski są olbrzymie i rosną. Weksle historyczne spłacane być muszą. Nie przez władze a przez społeczeństwo. Jak kiedyś pewien niezbyt moralny za to całkowicie w tym stwierdzeniu słuszny, polityk kąśliwie zauważył: władza się zawsze wyżywi. Poza sytuacjami skrajnymi, rewolucyjnymi, gdy władza nie pada ale zawisa na udekorowanych szubienicami deptakach miast i wiejskich rogatek. Nie sądzę by ta perspektywa nas jednak czekała. Mam nadzieję. Do pewnego stopnia można się pogodzić już dziś z faktem, że kolejne szeregi politycznych zauszników włodarzy kraju zdążyły się już zabezpieczyć skradzionymi (poprzez masową dziś w Polsce, jak nigdy chyba przedtem, korupcję obozu rządzącego) milionami posad, synekur i nadań. Tych pieniędzy raczej już społeczeństwo nigdy nie zobaczy. Ani Skarb państwa. Trudno, za głupotę i życie w pół-śnie się płaci.

Pytanie jest: ale co dalej? Dać władze nowym szeregom głodnych-dumnych-chmurnych, którzy za cenę burzenia pomników poprzedniej władzy i kolejnych zmian nazw ulic i skwerów dalej będą grzęznąc w tym samym błocie pozbawionym wizji nowoczesnej Polski? Polski prawdziwie europejskiej? Państwa obywateli a nie tylko pracowników, petentów, którzy nocą marzą, że są wolni a za dni chodzą ulicami w lunatycznym majaku? Tego, z doświadczenia, można się raczej spodziewać po elicie poprzedniej skupionej w szeregach dzisiejszej opozycji parlamentarnej. Nigdzie prawie wśród nich nie widać wizjonera, kogoś, kto zrozumiał czego kraj i społeczeństwo potrzebuje. Kto pojął, że winę za okrutne przekoślawienia i demoralizację Polski dokonana przez PiS – ponoszą wszystkie czołowe partie III Rzeczypospolitej, a zwłaszcza partie centro prawicowe (PO i PSL). I że od tego naprawę zacząć winny. Do tej pory takiego programu naprawy nie widziałem. Zbudowanie ad hoc, pod naporem żądań grup niezależnego ale zorganizowanego społeczeństwa demokratycznego, mini koalicji przed wyborami samorządowymi nie jest nawet krokiem w tym kierunku. Raczej zwróceniem jedynie głowy w tą stronę. Same wyniki tych wyborów powinny być zimnym prysznicem a nie okazja do wiwatów. Osiągnięto pata politycznego. Kilka spektakularnych zwycięstw opozycji (np. Warszawa) nie zmienia faktu, że po trzech latach straszliwych i czysto dyktatorskich rządów … PiS nie został zmieciony masowym gniewem obywatelskim pod dywan politycznej porażki.  A nie został. Wybory, dużo popularniejsze nawet niż ostatnie parlamentarne dały w najlepszym wypadku pata. To nie jest zwycięstwo a jedynie utrzymanie frontów i ustalonych pozycji. Coś na zasadzie frontu zachodniego w I wojnie światowej. Nieruchomego i bezustannie krwawiącego.

Te opisywane na początku tekstu ‘terapie’ pisowskie zadziałały wobec bardzo sporej grupy pół-obywateli. Jedni są otumanieni, inni po prostu chciwi, reszta lubi, jak się sąsiadom dokopuje i ich napastuje (zwłaszcza jak bardziej zamożnym, wykształconym lub po prostu inaczej myślącym, tym cholernym elytom!, których nikt w Polsce nie lubi. Co w samo w sobie jest jakimś idiotycznym zaczadzeniem, bo któż, jak nie elity każdy naród i państwo budowały, wzmacniały?!). Pewna grupa (pewnie spora) po prostu nie lubi się ‘wychylać’. Niby jest za demokracją, za praworządnością ale … nie mymi rączkami , co ja sam mogę, nec Hercules contra plures … . A może jednak ta Unia w końcu im się do skóry dobierze i porządek wprowadzi, może Tusk jednak wróci na białym koniu … I na tym koniec. A Unia, bez aktywnego poparcia większości Polaków – Polski nie uratuje od ruiny moralnej i konstytucyjnej. Ani rycerz na białym koniu.

Jedynym, wyraźnym i poważnym zwycięstwem, osiągnięciem polityki pisowskiej jest autentyczna aktywizacja i organizacja świadomych środowisk demokratycznych i ich bardzo wyraźny wzrost: od KODu poczynając na małych grupach lokalnych kończąc. To liczby poważne. Niestety, jak w każdym – nawet zdrowym – społeczeństwie: aktywiści i ludzie zaangażowani w pracy obywatelsko-politycznej nie stworzą większości wyborczej. Te grupy dokonywały niebywałych rzeczy  protestując i stawiając opór wobec pisowskiej inwazji populistyczno-ultrakatolicko-nacjonalistycznej. Teraz czas by równą aktywność i poświęcenie skierowały na swoich współobywateli. Robić wszystko by ich z tego marszu lunatyków obudzić. By zrozumieli, że są obywatelami a nie poddanymi. Że to nie niezależny sędzia jest łobuzem a polityk, który tak tego sędziego nazwał; smoleńskie czary i smoleńskie msze są dobre dla sekty a nie dla społeczeństwa; że prezydent nas autentycznie reprezentuje poza granicami, każdego z nas i nie powinien swym zachowanie każdorazowo zmuszać nas do rumieńców wstydu; że premier (jako polityk mimo wszystko…) może się pomylić lub czasem nawet świadomie skłamać ale nie powinien mówić prawdy tylko wtedy, gdy się pomyli; że policja nie jest po to, by chronić faszystów od obywateli a odwrotnie; że minister sprawiedliwości jest od stania na straży niezawisłości sędziów, szacunku wobec nich a nie od chuligańskich na nich ataków;  że środowiska prawicowe maja prawo mieć swoje stacje telewizyjne ale nie maja prawa zawłaszczać w tym celu telewizji publicznej; że stawianie pompatycznych i idiotycznych pomników jest propaganda  państw komunistycznych i dyktatorskich a nie demokratycznych. A przede wszystkim, że godność i szacunek, że wolność nie jest na sprzedaż. Ani za 500 ani 5000,000.00 złotych.

Czy przebudzenie Polaka-obywatela jest możliwe? Tak. Czy się przebudzi? Nie wiem.

 

 

VCS Gala Concert in Vancouver’s Playhouse Theater

Bogumił Pacak-Gamalski
/synopsis in English – full article in Polish below/

10-DSC00173
R. Blechacz, Vancouver, May 22, 2018 /photo: B. Pacak-Gamalski/

Vancouver Chopin Society presented on April 22, at the Playhouse Theater, a concert of Rafał Blechacz—one of the best pianists of his generation.  It was not the first time Blechacz performed in Vancouver—the same society gave us the opportunity twice before: in May 12, 2013 and May 02, 2008.  In 2013 (at Chan Centre) it was a special Gala Performance for the Society’s 15 Anniversary, this year it was the 20th Anniversary. Are we to conclude that next time Blechacz will play for us on the West Coast is going to be in May 2023, on the 25th Anniversary? If that’s the case—worth waiting for.

The last wonderful concert of this amazing pianist at the Vancouver Playhouse Theater was nothing short of a musical delight. The boyish, almost diminutive body hides a giant of the keyboard. Yet, his touch, the way he plays, seem to be effortless, ever so gentle and delicate. There is very seldom a dramatic gesture or a theatrical swoop of his fingers dropping down like a bird of prey on the black-white keys of the piano. It is much more like a delicate hovering just above them and almost willing them to produce a sound without a physical touch. But let be assured that when it comes to long and very exhausting passages of Schumann’s Sonata in G-minor – he does do the physical work perfectly. And so in the famous, grandiose theme in Chopin’s Polonaise No 6 in A-flat major!
Vancouver Chopin Society – you couldn’t have found a better gift for yourself and for us, Vancouverites, to celebrate your 20th Anniversary!

Rafał Blechacz took us on a chronological  journey through the end of XVIII to the half of XIX century in music.  Definitely most revolutionary 100 years in music development of Western Civilization. In perfectly scored, full of baroque charm of Mozart’s Rondo in A minor; and a full Sonata No 08 of the same Austrian genius. Followed by no other but arguably the greatest of composers, Ludwig van Beethoven ‘s  Sonata No 28 in A major. Both composers in their sonatas heralded at moments the coming of end of both, the classicist and baroque style of music and gave hints of what was to be known in art as the Sturm und Drang—the protagonist to romanticism.

22 maja, w Playhouse Theater miał miejsce szczególny recital:  Koncert Galowy 20-lecia Vancouver Chopin Society, jednej z czołowych organizacji muzycznych wyjątkowo zasłużonych dla kulturalnego milieu Vancouveru.  Naturalnie ze szczególnym naciskiem na propagowanie muzyki Pana Fryderyka, wszak nie jedynie.  Pięć lat temu, 15-lecie organizacji celebrowano w Chan Centre występem właśnie wschodzącej gwiazdy firmamentu pianistycznego, Rafała Blechacza.  Koncert ówczesny był sukcesem. Więc dziwić się nie można, że postanowiono sukces powtórzyć i zaprosić pianistę ponownie w tym roku. Tym razem już zdecydowanie nie wschodzącą, a w pełni już widoczną gwiazdę muzycznego nieba. Co dało się wyraźnie zauważyć już od pierwszych taktów, które popłynęły  z koncertowego Steinwaya ku widowni.03-DSC00164

W spotkaniu i przyjęciu po-koncertowym znajomi zadawali mi pytania dlaczego taki a nie inny repertuar pianista wybrał, co jest lub może być powodem takich a nie innych wyborów muzycznych na koncertach? Zapewne bywa tych powodów wiele: od dość pragmatycznych (muzycy to wszak też ludzie i wolą grać utwory dobrze przez siebie opanowane), sytuacyjnych i wręcz geograficznych (u gospodarzy miło jest zagrać coś, z czego sami są muzycznie dumnie:  w Budapeszcie Liszta, w Warszawie Chopina lub Szymanowskiego, w Niemczech—tu sporo do wyboru— Bacha lub Beethovena, itd..). Podobne pytanie skierowano do obecnego na koncercie cenionego komentatora muzycznego Vancouveru, Geofreya Newmana, który starał się najlepiej, jak potrafił to wyjaśniać. Mnie w doborze Blechacza na ten koncert uderzyła wyraźna chronologia  utworów i kompozytorów.  Wątpię aby przypadkowa. Mozart, Beethoven, Schumann i Chopin. Jeżeli Bachowska fuga i canon były filarami epoki przeszłej baroku i klasycyzmu, to właśnie Mozart i Beethoven, jedni z najbardziej uznanych geniuszy muzycznych czasów nowożytnych, byli heroldami nowego: romantyzmu. Romantyzmu, którego czołowym przedstawicielem był Schumann, a kwiatem najbardziej chyba z tą epoką związanym, właśnie Chopin.

Mozart był tego ‘przechodzenia’ ze starego w nowe chyba przykładem najlepszym. I stąd być może czysto barokowe Rondo c-moll było ukłonem wobec odchodzącej epoki salonowych kontredansów, menuetów i utworów ściśle sakralnych na rzecz tegoż nadchodzącego ‘nowego’ wyrazu muzyki. Blechacz zagrał rondo z wyjątkowa elegancją i starannością godną sztywnych reguł i zasad rządzących ówczesną muzyka salonową. Rondo Mozarta jest utworem tanecznym wedle ścisłych reguł spisanym i jakkolwiek nie do potańcówki go skomponował—ale tańczyć  go bez przeszkody można.  Raczej niemożliwością by było ‘normalne’ tańczenie szopenowskiego mazurka, gdzie melodia i tempo tańca były tylko luźnym szkicem, który posłużył Chopinowi do roztoczenia wizji muzycznej o skali  wielokrotnie wyższej niż sam taniec spod wiejskiej chaty i małych dworków by świadczyć miał.

Grana po Rondzie Sonata a-moll, K310, była już zgoła innym utworem.  Jakkolwiek  w finale (Presto) łatwo  odnaleźć melodie właśnie ronda o tyle Alegro maestoso i Andante cantabile już dają wyraźnie postrzec proto-romantyczne nastawienie na wyrażanie uczuć ludzkich w ich nagim, emocjonalnym kształcie. Jak choćby uczucia kompozytora spowodowane śmiercią matki w 1778.  W nagłych, nie anonsowanych zmianach tempa i ustalonej tonalności.  Cały ten, wypełniony  omal ciemnym żalem pozorny chaos w sposób wyjątkowo czysty i wierny odtwarzał Blechacz bezbłędnie. Każdy dźwięk był wyraźny, niezagubiony i  nie zagłuszony następnymi.

08-DSC00171I w końcu sam wielki Ludwig van Beethoven.  Sonata A-dur Nr 28, op. 101. Ilekroć jej słucham w wykonaniu innych pianistów, zawsze  jakby inaczej brzmiała.  W tempie pozornie tym samym ale jakby mniej lub bardziej ekspresywnie wyrażanym. Być może to  jej ‘specjalność’. Sam kompozytor nie ukrywał pewnego rozczarowania, wewnętrznego smutku wynikającego z czekających Europę wielkich zmian politycznych, własnego zdrowia (zauważalna już utrata słuchu), starzenia się.  Jest bardzo klasycznie zbudowana, ma echa fug, canonów bachowskich. Ale silnie emocjonalna.  Blechacz, wydało mi się i tu, znalazł złoty środek. Być wierny każdej nucie. Bez pośpiechu i bez ukazywania własnych emocji, bez ulegania chęci zabłyśnięcia w trudnych figurach muzycznych, lub raczej bez chęci przygaszenia blasku muzyki blaskiem własnej techniki pianistycznej. A nie łatwo się tego wyrzec przy częstych i dość długich trylach … .

Część druga  koncertu osiadła od razu silnie w muzyce romantycznej.  Robert Schumann, przez wielu uznawany jeśli nie za ‘naj’,  to jednego z  największych kompozytorów Romantyzmu.  Jego Sonata  Nr 2 op. 22, często zwana ‘Wielką’, komponowana była przez artystę w okresie kilkuletnim,  przy surowej asyście Klary Wieck, późniejszej żony kompozytora, zdolnej i popularnej pianistki niemieckiej. To właśnie Klara była finalnym edytorem pierwszej publikacji sonaty i miała duży wpływ na kształt ostatniej części sonaty: słynnego Presto. Ta pełna, czteroczęściowa sonata nie jest utworem łatwym do grania. Wymaga nie tylko wysokiej dyscypliny pianisty ale i dobrze opanowanej techniki. Zwłaszcza w  pierwszej, określonej, jako ‘rasch wie moglich’ (możliwie najszybciej), by potem powrócić z wyższym jeszcze wymaganiem technicznym w końcowej partii (owe słynne presto) ostatniej części ronda.  Końcowej edycji tegoż presto dokonał nie kto inny, jak Joachim Brahms, uznawany przez Schumanna za geniusza muzycznego.

Było wielka przyjemnością słuchać tą sonatę w wykonaniu Blechacza. wydawało się, że całkowicie zanurzył się w jej charakter i grał tak, jakby muzyka sama nadawała mu swoje brzmienie i treść.  Znowu—zasko0czył mnie  swa wewnętrzną dyscypliną, skupieniem się nad kompozycją,  nie siedział na scenie przed setkami osób, a gdzieś w gabinecie, sam tylko z pianinem. Zapewne nie jest trudno wrażliwemu muzykowi wpaść  w taki ‘trans muzyczny’ przy jakimś temacie, jakimś pasażu, figurze muzycznej—ale trwać w nim przez cały, długi utwór (lub takie wrażenie sprawiać) nie jest rzeczą częstą.

Gdy się pisze takie, jak te, wrażenia z koncertu, siłą rzeczy ma się ochotę wtrącić tu i ówdzie: ‘pamiętam, jak X grał to tak i tak a Y w tym miejscu przyspieszył tempo dla  wrażenia’. Czasem jest to zwykła figura stylistyczna, ozdobnik do tekstu, czasem faktycznie czyjąś grę aż tak się pamięta .  Dzisiaj jest to dużo łatwiej zrobić, bo wystarczy  poszukać w swojej domowej muzycznej dyskografii lub zwyczajnie w Internecie danego pianistę i utwór odnaleźć, przesłuchać ponownie.  Ale bez autentycznie idealnej pamięci i idealnego słuchu—któż spamięta , po latach, jak  X czy Y grał tą czy inną sonatę, fugę czy mazurka? Natomiast pamięta się  łatwiej nastrój koncertu, własne wrażenia z odbioru muzyki, urok … lub nudę. Co owszem, nie wstydźmy się przyznać, się zdarza.  Otóż dla mnie, z całego  koncertu (poza jednym szczególnym wyjątkiem, o czym na końcu wspomnę) ta właśnie sonata Schumanna zostanie jako kwintesencja tego wieczoru.  I, podejrzewam, po latach jeszcze słuchając gdzieś Blechacza,  z przyjemnością wspomnę jak grał Schumanna w Vancouverze, w 2018 roku.

Ostatnią część koncertu Rafał Blechacz poświęcił naturalnie panu Fryderykowi.  Jego czarującym mazurkom i ukoronował finał majestatycznym Polonezem As-dur Op. 53.06-DSC00168

Trudno, by nie wpadać w banały wielokroć przez  (pewnie przeze mnie też czasami …) wielu powtarzane, silić się na opis gry Blechacza w tychże kompozycjach Chopina.  Mało chyba z nas, Polaków, nie słuchało po wielokroć tychże utworów. Nawet ci z nas, którzy sal filharmonicznych nie zwykli odwiedzać.  Chopin jest u nas wszak chlebem powszednim od kołyski prawie.  Ktoś by musiał faktycznie tego biednego ‘polskiego’ Chopina niemiłosiernie maltretować,  byśmy  nie klaskali zachwyceni po każdym mazurku, polonezie.  Zwłaszcza po TYM polonezie, którego przewodni temat muzyczny każde polskie dziecko potrafi chyba zanucić, nawet  nie zdając sobie sprawy, że to właśnie Pan Szopen go skomponował.  A przecież odniosłem wrażenie, że Blechacz i ten utwór grał nieco inaczej. Mniej brawurowo, subtelniej.  Jakby za każdym razem przed pojawieniem się tego słynnego tematu-refrenu—pianissimo do granic ‘ssima’ zbliżał, wyciszał, by następujące nieuchronnie forte bez uderzenia silnego w klawisze wyodrębnić, zwielokrotnić efektem. Może był to wynik ‘przyzwyczajenia’ wszystkimi  muzycznymi interpretacjami do tej ostatniej części koncertu?  Może tak już Blechacz moje ucho wytrenował w partiach poprzednich, że nic innego się nie spodziewałem niż kolejnej precyzji i subtelności muzycznej pianisty? Fakt pozostaje faktem, że bez względu czy użył fortelu akustycznego czy grał z wyjątkowym wyczuciem— efekt końcowy  taki, jaki zamierzył osiągnął: zachwyt słuchającego.

Takoż i zbliżyliśmy się do zapadnięcia kurtyny.  Zwykle jednak, rozpieszczani przez  muzyków, oczekujemy zawsze prawie na bis, na encore.  I teraz mowy nie było by oklaski ucichły zanim młody, szczupły pianista nie zasiądzie  ponownie do fortepianu.  I tu, co zapowiadałem wcześniej. Ów moment czaru muzycznego. Spod palców popłynęło cudeńko muzyczne urzekające wszystkich. Tak byłem się w to wsłuchałem, że za nic potem w stanie nie byłem przypomnieć sobie kogoż ten klejnocik był autorstwa.  Tak przecież znany, lubiany! Aż zły na siebie byłem. Jakby celowo tenże młody pianista tak mnie tą muzyką oczarował, żem o świecie zapomniał.  Na szczęście w sukurs przyszedł sam odchodzący Prezydent Chopin Society, Iko Bylicki, podszeptując: Brahms. Ach!  No właśnie, przez Shumanna już obwołany geniuszem, jeden z ostatnich wielkich niemieckich kompozytorów blisko 200 lat, od XVIII do początków XX wieku. Czasem właśnie geniusz nie po dziełach wielkich, monumentalnych poznać można , a od drobnych kwiatków, od pierścioneczka kunsztownego, a nie od kolii wielkiej. Intermezzo Nr 2, Op. 118. Perełka muzyczna najczystszej barwy.  Widać było, że coś, co wytchnienie i radość sprawia samemu pianiście. A bez wątpienia słuchającym.

Po koncercie miał miejsce uroczy ‘wine and cheese’, możliwość spotkania i wymiany kilku (dla niektórych zwyczajem nie zawsze miłym: kilkuset) słów z pianistą, spotkań i wymiany wrażeń ze znajomymi od dawna nie widzianymi (lub widzianymi po raz pierwszy). Trochę śmietanki ,socjetowej’, typowej na takich spotkaniach. Miło było przedstawicieli Konsulatu Generalnego (zdaje się—nie od nich tą wiadomość dostałem–niezbyt już długo tu pozostającego, ale komuż potrzebna placówka w mieście-bramie z Ameryki Północnej do Azji?) spotkać, którzy Gala Koncert patronatem objęli. Miło było rozmowę dłuższą i mądrą z profesorem Lee Kum-Singiem uciąć.  Zdań kilka zamienić ze znanym komentatorem życia muzycznego Vancouveru Geoffreym Newmanem (dobrze, że niezbyt długiej, bo dwie osoby o silnych przekonaniach o swojej racji nie najlepszymi są partnerami do rozmów, ha ha ha).

11-DSC00178
Zarząd Vancouver Chopin Society /photo: B. P-G/

Bardzo miłym akcentem było spotkanie całego, lub większości, Zarządu Stowarzyszenia Chopina, gdzie w sposób niezwykle miły podziękowano za wieloletnią pracę przewodzenia organizacji  Prezesowi Iko Bylickiemu i przedstawienia nowego Przewodniczącego. Życzyć należy nowemu Zarządowi podobnych sukcesów, jakie do tej pory organizacja odnosiła.

 

Literatura, która przetrwała

Bogumił Pacak-Gamalski

Kanada, której dzisiejsza rzeczywistość nie zawsze przypomina wyidealizowaną Fiedlerowską wizję, wciąż jednak bezustannie fascynuje i magnetyzuje, zostawiając równocześnie swój ślad na ludziach, którym przyszło się z nią zetknąć. Dlatego nawet dziś, kiedy upłynęło ponad dwadzieścia lat od pamiętnego roku 1989, niwelującego bolesny podział literatury polskiej na krajową i emigracyjną, geograficzna kwalifikacja w odniesieniu do polskiej twórczości literackiej w Kanadzie nie powinna budzić zdziwienia. Kanada bowiem była i wciąż jest, obok Wielkiej Brytanii, Niemiec czy USA, krajem osiedlenia dość dużej grupy Polaków, która stworzyła tam prężnie działające i dobrze zorganizowane środowisko literackie (myślę tu na przykład o Polskim Funduszu Wydawniczym czy Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich). Z kolei kanadyjska polityka wieloetniczności służy rozwojowi twórczości w językach innych niż oficjalnie obowiązujące angielski i francuski, a bezkresny Kraj Klonowego Liścia wciąż zachwycając i inspirując, ale często także prowokując do buntu i krytyki, niezmiennie odciska stygmat swojej obecności na dziełach literackich tam powstających. (“Strumień” nr 08, 2012)

Tym fragmentem artykułu dr. Bożeny Szałasty-Rogowskiej chciałbym zacząć kreślenie kilku refleksji nt. poezji Andrzeja Buszy. Artykuł krajowej badaczki literatury polskiej w Kanadzie opisuje okres ‘zjednania się’ literatur polskich : krajowej i emigracyjnej. Rok 1989 był cezurą, który te rozłączenie, trwające od lat 40.tych ubiegłego wieku, niweczył. Blisko półwiecze. Strasznie długi czas, który owocował na emigracji wielkimi dziełami, fascynującymi talentami, które w olbrzymiej większości były klejnotami ukrytymi przed licznymi rzeszami czytelnika krajowego. O ile ta literatura w bardzo wąskim zakresie istniała w krajowym środowisku literackim i badawczym – o tyle jej rzeczywisty udział w literaturze krajowej był w najlepszym wypadku minimalny i bardziej mityczny niż rzeczywisty. Nawet gdy mówimy o takich wielkich, jak Miłosz i Gombrowicz. Obaj istnieli, jako autorzy przedwojenni. Ich autentyczne, największe osiągnięcia literackie przypadały na lata powojenne, emigracyjne. I ogółowi czytelnika krajowego były nieznane. Mówienie inaczej jest fałszowaniem rzeczywistości historycznej. Indywidualne kontakty twórców krajowych przy okazji niezbyt częstych wyjazdów na Zachód, bardzo ograniczone funkcjonowanie przemycanych do Kraju wydawnictw emigracyjnych, wpływu na szeroka opinie czytelnicza nie miały. I znowu: czytelnik cos słyszał, czegoś się domyślał i nie wiele ponad to. Rosła mitologia bez towarzyszącej jej wiedzy.

Stąd tak ważne, nie do przecenienia, było stworzenie warunków funkcjonowania i samej instytucji ‘pisarza- twórcy’ i minimalnego choćby rynku czytelniczego. Tu należy bardzo nisko (dziś zwłaszcza, gdy rynek ten prawie całkowicie zanikł) pochylić głowy wobec poprzednich generacji emigranckich, które to zrobiły. To dzięki nim, ludziom, z którymi dane mi było jeszcze współpracować w latach 80tych ub. wieku i ich poprzednikom,  polska literatura emigracyjna nie umarła, przetrwała. Przetrwała dzięki nim też w Kanadzie. Dzięki tym działaczom, organizatorom, wydawnictwom, pismom. Pisarz, poeta może w pewnych okresach czasu milczeć lub pisać ‘do szuflady’. Ale nie przez pół wieku.  To dzięki nim powstawały świetne wiersze, powieści, dramaty autorów tej klasy, co Czaykowski, Śmieja, Iwaniuk, Busza,  Tomaszewski, Jurkszus-Tomaszewska i inni. Jakąż wielka by było stratą dla literatury polskiej w całości, gdyby ich twórczość do Polski nie wróciła w całej pełni po roku 1989.  A mogło tak się zdarzyć. Że się nie zdarzyło – wymagało to wielkiego wysiłku i zrozumienia roli kultury wśród rzesz emigranckich.  I wysiłku, upartości pewnej, wiary w sens tego, co się robiło tychże twórców, pisarzy.  Wielu wyrzeczeń i poświęceń.

guildford
spotkanie poetów z Czytelnikami w Seattle (od lewej: L. Chudziński, A. Busza, K. Piotrowska i B. Pacak-Gamalski)

Cały ten wstęp daje by uzmysłowić nam, ze ten rok, rok stulecia Niepodległości Polski jest wyjątkową okazją pamiętania i okazania wdzięczności tym twórcom, ich pracy na zagonie kultury narodowej. Mamy wyjątkowe szczęście, że w Vancouverze jest jeden z tych znanych i ważnych twórców literatury polskiej: Andrzej Busza.  I jako działacz Stowarzyszenia “Pod skrzydłami Pegaza” od 20 lat już, z satysfakcją dużą cieszę się, że ta zacna Organizacja tak właśnie zaznaczy ten rok – spotkaniem z Andrzejem Buszą.  I za Mikołajem z Nagłowic oświadczam, że narody postronne niechaj znają, iż Polacy w Kanadzie nie gęsi a swój język mają. By to podkreślić zacnym rodakom wszem ogłaszają: Stow. Artystów i Przyjaciół Sztuk „Pod skrzydłami Pegaza” organizuje kolejne ‘spotkanie z twórcami kultury polskiej’. Gościem, kolejny już raz, będzie wybitny poeta polski i literaturoznawca literatury angielskiej, conradysta, Andrzej Busza.

Profesor Andrzej Busza – “POLSKIE UPIORY I DUCHY JOSEPHA CONRADA KORZENIOWSKIEGO”

6 MAJA 2018, GODZ. 16:0  GUILDFORD RECREATION CENTRE 15105  105 AVENUE, SURREY, BC    WSTĘP WOLNY

(ZA WEJŚCIEM DO BIBLIOTEKI W PRAWO)


Czytając tomik wierszy „Atol” Andrzeja Buszy…

 

atolBusza, który całe prawie życie spędził jako wykładowca i badacz literatury na katedrze uniwersyteckiej nie jest typowym przykładem literaty, pisarza.  Jak w każdym zawodzie, powołaniu w czasach współczesnych, tak i pisarz swojej karierze zobowiązany jest (lub takie zobowiązanie narzuca mu i czytelnik, i wydawca) o dbanie o tą karierę, zabieganie o nią, o usilne i stałe ‘uczestnictwo’ w debacie literackiej.  Słowem o to, co dziś określa się mianem PR – public relations.

Profesor Andrzej Busza, a zapewne i cechy własne charakteru, stał na przeszkodzie poety Andrzeja Buszy w robieniu tegoż ‘pi-aru’.  Być może wychodząc z naiwnego przekonania, że dobra poezja sama świadczyć będzie o sobie, takowoż talent.  Niestety, świat współczesny dawno był zarzucił te staroświeckie mrzonki. I owszem, częstokroć  – podejrzewam – za namową i szturchaniem przyjaciół –literatów pokazywał się tu i ówdzie, jako poeta, zabierał głos. Mówił: jestem tu i mam coś na ten temat do powiedzenia.  A miał i ma ‘na ten temat’ wiele do powiedzenia.  I równie łatwo wracał do zacisza swoich książek, badań literackich, jakby chował do szafy na dłuższe okresy czasu garnitur ‘poety’.  Do tego stopnia, że przez pewne okresy czasu w ogóle nie pisał. Z wielką stratą dla literatury polskiej. Lub rezygnował z pisania po polsku i pisał po angielsku. Zabawne jest to, że te właśnie jego ‘angielskie’ wiersze są wręcz przesiąknięte specyficzną wrażliwością polskiej tradycji poetyckiej. Nie w sposób nachalny, krzyczący: jestem Polakiem, vivat Polska! Nie wyobrażam sobie wręcz sytuacji, w której Busza potrafiłby być nachalny w czymkolwiek. Mimo to, parafrazując popularne porzekadło, można rzecz: Busza wyprowadzał się z literatury polskiej, ale literatura polska nigdy nie wyprowadziła się z Buszy.

Nie będę tłumaczył i polemizował z jego własną, autonomiczna decyzją zaprzestania pisania wierszy po polsku. Kilkakrotnie na ten temat dyskutowaliśmy i dość jasno i racjonalnie i to wyłożył.  W typowy, ‘buszowski’, nad wyraz skromny i pełen szacunku wobec słowa pisanego i czytelnika sposób.  I nigdy mnie do tej decyzji nie przekonał. Ale to jego suwerenne prawo poety, które uszanować należy. Na szczęści dobrzy tłumacze i jego świetna (z tego przymiotnika się nie wycofam, Panie Andrzeju) znajomość polszczyzny zaowocowały dziesiątkami wierszy Buszy, które w tłumaczeniach na polski wydają się nie tylko nie tracić, a być może wręcz zyskiwać. Co dziwić nie może. Jeśli ktoś oczekuje przeprowadzenia dowodu badawczego takiej supozycji – to odsyłam akapit wyżej, do parafrazy przytoczonego porzekadła.

Jeden z najlepszych badaczy poezji Buszy, prof. Janusz Pasterski z Uniwersytetu w Rzeszowie, z którym miałem możliwość dłuższych dyskusji o Buszy, najbardziej zdaniem moim zbliża się do rozwiązania ‘zagadki’ Buszy-poety pisząc : w cieniu poetyckiej dokładności kryje się ostra wizja, dramat intelektu zakorzenionego w nie do końca określonym sensie ciemności i bezradności (tłumaczenie własne,  z eseju J.P.”Other fragrances. The poetry of Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza and Florian Śmieja” „Strumień”, nr 08, s.43).  Nie określa to charakteru jego poezji jako katastroficznej ale nadaje jej wymiar pewnego metafizycznego smutku, pogodzenia się z bezradnością człowieka wobec ‘losów’ życia, świata i kosmosu.

Trudno jest mi pisać o poezji Buszy. Mnie jest trudno. Nie dlatego, że go znam osobiście i bardzo cenię. Łatwiej mi to było z poezją innych autorów, których znałem, choćby niezapomnianego, wspaniałego Bogdana Czaykowskiego. Trudno, bo wiersze Buszy wrastały we mnie bardzo powoli, a przez to głębiej, przebijały się przez kilka warstw intelektualnych, racjonalnych, czysto literackich, by dotrzeć do czystej formy emocjonalnej. Gdy już dotarła – wrosła w nią, jak tkanka żywa, prawie genetyczna, własna. A opisywanie czegoś tak intensywnie emocjonalnego jest bardzo trudno. Kolejna ‘zagadka’ poezji Buszy. Filozoficznej, bogatej w całe pokłady tradycji kulturowych obszarów nie tylko polskich lub angielskich ale i śródziemnomorskich z klasyką i wcześniejszym antykiem – a tak w swym sednie, jadrze po prostu ludzkiej i mądrej. Mądrej nie przez to bogactwo kulturowo-literackie (jakim jest bezwzględnie nasycona) a przez głębokie człowieczeństwo.  Którą pisze nie profesor, akademik i literaturoznawca a człowiek, który przysiadł na moment na wzgórku, gdzieś nad jakimiś polami, rzeczkami, patrzy na nie , jak stroskany gospodarz, uśmiecha się smutno niby, a z pełnym zrozumieniem kolei losów i życia. Widział już , jak rzeczki zamieniały się w potężne fale zalewając okoliczne łąki, widział, jak latem te łąki kwieciły się dywanem ziół i kwiatów i jak – nieuchronnie – bladły, brązowiały i przymierały jesienią. Jak drzewa od mrozu pękały zimą srogą, wiedział, że nie każde stworzenie i nie każdy krzak wiosny doczeka … Pamiętał (siebie może?) chłopaków i dziewki okoliczne ukradkiem się w trawach wysokich całujących.  Wiedział, że jak te stworzenia, rośliny i oni nie wszyscy wiosny doczekają. Czy myślał, tak siedząc na wzniesieniu, o Persefonie, o Eurydyce? Zapewne. Wszak ważne było, nie to że boginką była lub ukochaną ulubieńca bogów. Ważny był ich los. Fatum może. Może ethos. Jak sam pisze w wierszu ‘Wiosna’: program miałem minimalistyczny / lecz całkiem wygodny / … / kiedy / marcową pogodą / wtargnęłaś w moje podwórza / z wiatru śpiewem syrenim / w pochodniach / rozjęzyczonych drzew / … .

Kto szuka spaceru z poezją, nie biegu, kto szuka dostrzeżenia Losu-etosu w chaosie i bezwzględności życia – niechże na spacer weźmie tomik wierszy Andrzeja Buszy. Spacery i tak długie, a zdecydowanie niekończące się,  nie są, być nie mogą. Kiedyś, gdzieś kresu dobiegają. I tak było od początku, pewnie będzie i na końcu.  Niechże i nadlecą nad ścieżkę muzy greckie, niech łacińscy dziejopisi wtrącą echa dziejów Rzymu i Petrarki – jakże podobni będą do tych chłopców i dziewczyn znad łąk przycupniętych u brzegów rzeczek i strumieni …

Z tym większym entuzjazmem i nadzieją spotkania w wami, czytelnikami, zachęcam do przybycia na spotkanie z Andrzejem Buszą w salce przy Bibliotece Miejskiej w Surrey, organizowane przez SAiPS ‘Pod skrzydłami Pegaza’.

 

Music again – but is there ever enough?

pexels-photo-164948.jpegThe upcoming concert of Rafał Blechacz (pronounced: blehatch) on April 22, 2018 in Plauhouse Theater, gave me a time to  pursue a bit more his personal reflections on music and on being a pianist.  Not through the way he plays but through the way he thinks.

The aesthetics and philosophy behind a player is something much more than just a perfect technical training.  If we allow the thought that some musicians are not just performers but an artists themselves—we have to accept the fact that the music they play (by the nature of creativity an art form in itself and work of an artist-composer) becomes a separate art form on its own. Yes, it still is a composition of composer X or Y—but comes to us through the filter, or medium re-creating it during a public concert.  Probably much more a concert then a surgical atmosphere of a recording studio.

It is not the same as making your own ‘variations on Chopin/Debussy or Shostakovich ’. You still try to be as faithful as possible to the score—but you do (or ought to) colour it with your own emotions and ’feeling’ of it. And there are  ways to do it, technically speaking. Not all would agree with it, there are purists, who wants nothing but outmost adherence to notes and composer’s markings about tempo, style and pedaling, piano or forte. And sometimes it might be appropriate, sometimes it might be enough. Yet, there are definitely times an places, when a player’s own art and emotions will augment the sound and experience for a listener.

When you see famous painting by Pablo Picasso, ‘Guernica”’,  it comes to you not only as ‘picture’ of what the painter created. It comes to you through your memory, your experience, your own not only aesthetical but (in case of this particular painting—especially) your ethical condition. You are the medium to experience the painting. You conjure emotions and comparisons of your own. And only through that filter you can see it.  With music such a medium is the player. It is that extra layer added to the work created by an original artist-composer.  The more abstract, non-descriptional the music is—the more varied and different visions it will create in the listener mind.

In a recent interview he gave in Atlanta, Blechacz surprised me very pleasantly as how close his views on this matter are to mine. I souppose it doesn’t hurt, that he is doing his dotoral thesis in philosophy of music …

Here are exerpts of the interview:

Do you consider yourself an artistic heir of Krystian Zimerman, who was the latest Polish winner of the Chopin Competition before you?

This might be a risky statement because every artist has a different personality, draws inspiration from different things, and is a different human being. For sure, we belong to the group of Chopin Competition winners, but we follow separate paths. 

But you do keep in touch, right? 

Yes, indeed. This contact was especially important after the Chopin Competition in 2005, when Krystian Zimerman sent me a beautiful letter of congratulations, in which he also offered to help. It was a tough period for me because winning the competition created a variety of situations that were entirely foreign to me. Krystian Zimerman’s experience and the many conversations we had were very helpful in giving the proper direction to my post-competition path. A good example would be choosing the right artistic agency. 

In the thirteen years that have passed since then, has your attitude toward Chopin’s music changed? 

Yes, definitely, though the changes are not massive; nor are they controversial. I think I have a more liberal approach to certain interpretative ideas, or to the choice of tempo. A good example is tempo rubato in mazurkas. Also, a tremendous influence—in addition to my whole artistic and personal development—is the fact that I have been presenting my repertoire at various concert halls, with different acoustics, on a different piano, and in front of different audiences, which always take an active part in building the interpretation. Each composition “grows” onto you, onto your personality, and you get more and more familiar with particular concepts behind it. This is a truly beautiful process, because when you put a particular composition aside (and I am not talking just about Chopin’s music) and get back to it after a year or so, you rediscover it, and you look at it through the prism of your public performances and the experience of playing music by other composers. 

You have recorded several CDs with Chopin’s music, including preludes, mazurkas, polonaises, and concertos. What challenges does each form present to the pianist? 

Mazurkas and polonaises, as well as the third movements of both piano concertos, were inspired by the characteristic traits of Polish folk music. These are stylized dances, but still, the typical spirit of the Polish folk dances is ever-present and can be distinctly heard. That is why, when playing mazurkas and polonaises, it is imperative to convey the mood and spirit of a particular dance. Choosing the right tempo and other interpretative means of expression is equally vital. Quite often, especially during a piano competition, some pianists treat a mazurka, for example, like a waltz. They are both dances in triple time, but the understanding of the time signature is different, and you need to be aware of this difference when you start working on a given composition. In the case of other genres, such as nocturnes, scherzos or ballades, most crucial is the expression of emotions and imagination. Another important factor is the so-called “Chopinistic style,” and as a winner of the Chopin Competition, I feel obliged to cherish this style and communicate it in the most appropriate manner. 

You also put stress on the use of color. 

That’s right. Looking for interesting colors and hues to express the character of each composition, choosing the right sound to a particular phrase—all these are crucial elements of the musical performance. The interpretation becomes more appealing and enticing to the audience. I must admit that it was the music by Claude Debussy and other composers of the Impressionistic era that enriched my understanding and the use of color in music. 

 

Returns to music side – Powroty do strony muzyki

Most “Monitor” pages are written in Polish. There were the occasional ones in English, though. So this time I will attempt a bilingual version in both languages. Not an exact translation, but the same story in both and commentary. Sort of editorial experiment.

DSC00094
Lukasz Mikołajczyk, concert “From Europe to Canada”, Vancouver, March 24, 2018

On March 24, I attended a small, chamber-like concert of Łukasz Mikołajczyk in a private residence at UBC.  It was private residence, but it was organized by a group called “Music Friends’ as a public event , with paid tickets. Therefore it was and should be treated as a regular concert.

Yet, the size and particular quarters were reminiscent  of time when baroque, than classical and romantic music were meant to be played.  And not on opulent, powerful grand piano but somewhat diminutive ‘baby grand’. Which does create a different, more delicate and intimate sound.  And what a gem it was. I have heard him (Mikołajczyk), by now, many times. On a grand stage and on stages truly not so grand at all. That one must have been perfect, for his play was delicate, so emotional and thoughtful that, at times, I was lost in different world of sounds and different reality. As in any concert there were better parts and regular parts. But parts of it was pure magic. Not often found in more official concerts.

Chopin’s last ballade, the one with number 52 in F major, was played exquisitely, poetically. The only way you can master it, as it is the most difficult of his ballades and not easily giving up to the pianist it’s secrets. It is the most abstract of his ballades, the most musical and not very clear of the story behind it. But story there is. So if you just give up on the meaning and simply follow the notes – it could be as flat as the paper Chopin used to write it down. Yet,  if you create a world of images, feelings in your mind when you play it – it becomes alive. For the player and subsequently for the listener. Ballades are fully structured and developed musical compositions and offer the pianist a wide spectrum of play. They are often highly stylised. In my commentaries I try to avoid comparing two different pianist, as it is not really fair on certain level of technical and musical prowess. Nonetheless, we do have  our private, individual tastes, likes and so on. As far as that Ballade is concern, for myself, I do have immense respect for the way it is played by phenomenal pianist Kristian Zimerman. I think that he just adds an extra level of sublime majesty to it. It becomes a music of heavenly experience.  So if I add that comment, I must say that Mikołajczyk play was different. But different in a good way. Whether on purpose or just the atmosphere and the smaller sound of his piano – his version took me back to earth. And not in unpleasant way. To the contrary. The ballad suddenly become more real. Yes, it was a dream, but a real dream, a musical stroll toward concrete (even if we do not know that particular moment, the ‘thing’ that gave it an impetus for Chopin) – it was touchable, within listener’s grab. And that helped me to see the other level of the music. Another way of ‘feeling’ it. And I truly liked it a lot.

What followed were two Chopin’s nocturnes from the same opus 62 (no 1 and 2). Both, as intended by Chopin, played  ‘note to note’, without interruption. Mikołajczyk played them with high respect for the musicality of it. As if he was trying to understand the still young, yet already weary and tired of life Chopin, as it was composed by emotion, not the strength  of his hands. I thought that he used the tempo augmented by intervals not just to travel through time but actually to attempt to travel through space. To let the sound fully develope before it dies naturally or is shorten by mechanical way. It added an extra depth to the music, or rather showed the depth of it as surely intended by composer.

Franz Schubert music (Mikołajczyk played his two Impromptus: G-Flat Major, No 3 and E-flat Major, No 2) is very different than Chopin’s. An early, German romantic composer was still under strong influences of classical period and the way music was played in countless little Royal and Princely Houses (or Bishopric palaces) spread through Austria and German states and palatinates. The German style of romantic music was also different than Polish romanticism. It was more absorbed by elements of nature, certain darkness and mysticism of it, tragic love and old myths, following the footsteps of Goethe and Schiller. That early romanticism, coupled with somewhat  ornamental music of the German courts is representative in his Impromptus. More an arte pro arte musical prowess than a deep spiritual experiment.

In second part we have heard how Canadian contemporary composers, of which Coulthard Piano sonata no 2 is another gem. Very well composed, combining audible parts of western musical tradition and modern music compositions. A marriage of descriptive music ( as classical music from renaissance till modernism used to be) to abstract musical forms. Considering the fact that it is very new composition for Mikolajczyk, he played it exceptionally well. I have heard it before and his interpretation did not fall behind it – to the contrary, perhaps. Maybe I’m a bit skewed in my praises, as I do like his style of playing, but I am also rather known (unfortunately) for being honest and not easily giving praise, were praise is not warranted. I said it, because I think that even in that short period of time since I heard him acutely the first time – Mikolajczyk’s play has already matured, become more refined and more confident. I have the feeling that he either already is in that moment or ready just to enter one, where a musician, an artist, can – without arrogance- say: I know what I’m doing here. Just give me the score and the instrument and there will be music. Let it be music, then. Ladies and Gentlemen.

I would be amiss, if I wouldn’t write about another, very special moment from that concert. Special moment, that touched me very much so. As we know Mikołajczyk is a young and talented pianist, who last year came to Canada, straight from Poland. The same generation as our Canadian Jan Lisiecki (of course, they have much more in

04-IMG_4086
B. Pacak-Gamalski with Jan Lisiecki (Vancouver, Feb. 2018)

common, as Lisiecki – this year JUNO Awards recipient – was born in Calgary but has a very strong and dear to him connections to Poland, not only because of Chopin but mainly because he was raised as Polish Canadian and is proud of it). Generation that is future of Canadian, Polish and international music. But – before we take the flight into the future – we should never allow ourselves to forget about those, who cultivated music here in earlier generations. They were the ones, who toiled the soil. Toiled it also for the new, younger generations of musicians. As is the case of Richard Wrzaskała (ah, the Polish names, ha ha ha – how do they manage to spell it?!) – a prominent Polish born and educated composer and orchestra director, who moved to Canada many years ago. Richard, also a dear friend of mine, made a mark on our, Canadian musical stage.

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk with Canadian-Polish composer R. Wrzaskala and the author B. Pacak-Gamalski

One of his popular composition is called ‘Mazurka Fantasie’ – it’s a play, a musical commentary of sort on his own connection and sources of musical inspiration in beloved Chopin’s musical heritage. Elegantly composed, uses the repeating main theme to stress the point of what is the central core of his own inspirations. I see it, whenever I listen to it, as a nostalgic nod to the past, as eloquent saying: thank you Monsieur Chopin, it has been a privilege to walk through my life with your music.

Mikołajczyk’s program for the concert did not contain Wrzaskala music. But, as the concert ended and the audience, as often expected, demanded an encore – the young pianist returned and played exactly that composition: Wrzaskala ‘Mazurka Fantasie’.  And played it so tenderly, so soft that it moved me to the core. It is very obvious and beyond any need to explain, that Chopin’s music is at the heart of both Mikołajczyk and Wrzaskała musical heritage. By playing that piece he did pay homage to it. How elegant, Lukasz.

 

Finally, last but not least – not least by a huge margin under any circumstances. Very soon, thanks to Vancouver’s own classical music organizers and promotors, Vancouver Chopin Society, we will be treated to special event: piano concert of one of the best pianists of his generation, the incomparable Rafał Blechacz. Blechacz international fame could be only compared to his own talent and hard work.  If nothing unexpected or tragic will happen, this 33 year old musician in 20 years’ time will be what Zimerman is now, what Garrick Ohlsson and Martha Argerich are, earlier Vladimir Ashkenazy, Daniel Barenboim and  what Horowitz and Rubinstein were.

640px-Blechacz
Rafał Blechacz (photo: By Michał Kobyliński – used under Wikipedia Commons Share Licence)

His star shot to fame right after winning  the  prestigious International Chopin Competition in Warsaw in 2005. Since than he received top prizes and accolades in many international competitions, festivals. In 2014 the New York based America Gilmore Artist Award (considered by many as the equivalent to ‘Nobel Prize” in music) named him the most outstanding pianist in the world.

His concert in Vancouver will take place on the main stage of Playhouse Theater, on Sunday, Aprill 22 at 3 PM. The program consists of  A. Mozart Rondo in A minor, K. 511; Sonata in a minor, K. 310;  L. van Beethoven Sonata in A Major, Op. 101; R. Schumann Sonata No. 2 in g minor, Op. 22;  F. Chopin  4 Mazurkas, Op. 24 and Polonaise No. 6 in A-flat Major Op. 53.

It will also be a special, anniversary concert commemorating 20 years of Vancouver Chopin Society, which in that time has become a staple of our musical life here.


(note from an author: what follows is a Polish language musing on the same subject. However, at the very end of the review, there is a short rebuke of an unfortunate tirade of Vancouver well known musician and pianist, Robert Silverman. As it is not really a part of my review of Mikolajczyk concert, but very much part of the conversation on the subject of Chopin and his music – I decided to show you an excerpt of Mr. Sliverman’s strange diatribe and my response to it. So, please do scroll to the end and you will find the texts in English.)

24 marca, w prywatnej rezydencji na terenie Uniwersytetu British Columbia  miał miejsce bardzo udany, kameralny koncert pianistyczny Łukasza Mikołajczyka. Organizatorami koncertu była grupa Music Friends, która podjęła się organizowania tego typu kameralnych, w tradycji dawnych Salonów Muzycznych, spotkań z ciekawymi muzykami z Vancouver i okolic.  Zachęcam bardzo melomanów do śledzenia kalendarza koncertowego tej grupy – możliwość uczestnictwa w tak kameralnym wydarzeniu muzycznym jest nieporównywalna do wielkich sal koncertowych! Nastrój i specyficzna intymność, która łączy wykonawcę ze słuchaczem są przeżyciem specjalnym i wyjątkowym.

W programie Mikołajczyka (nazwanym bardzo ładnie:  „From Europe to Canada with Lukas Mikolajczyk”) była muzyka Chopina (Ballada Nr 4 f-moll; Scherzo Nr 4 E-dur; i Nokturny Nr 1 i 2, B-dur i E-dur), Schuberta ( Impromptu Nr 3 Ges-dur i Nr 2 Es-dur), kanadyjskich kompozytorów współczesnych Paula Crawford (kompozycja, którą można określić ‘obrazkiem muzycznym’ pt. „Did you hear that winter’s over” z pogranicza muzyki poważnej i muzyki popularnej) oraz Jeana Coultharda (Piano Sonata Nr 2).

Pianista każdą część koncertu poprzedzał bardzo dobrze przygotowanym wprowadzeniem słownym. Posunął się nawet nieco dalej w opisie, ilustrując stosownym fragmentem muzycznym cechę lub specyficzność muzyczną utworu, który opisywał.  Takie personalne wprowadzenie jest bardzo dobra i mile widzianą rzeczą. I choć czasem trudną do przeprowadzenia na wielkiej, formalnej scenie olbrzymich sal koncertowych – wyjątkowo przydatną właśnie w takich kameralnych warunkach. Olbrzymia większość z nas nie przychodzi na koncerty ze zwojem nut i bez względu na zasób wiedzy muzycznej nie jesteśmy w stanie znać szczegółowo większość utworów nam prezentowanych.

Ballada nr 4 f-moll jest ostatnią balladą Chopina i wyjątkowo bogatą w muzyczne ‘słownictwo’. To utwór wyjątkowo piękny a jednocześnie trudny dla pianisty. Gdyby tylko skupić się na jej technicznie idealnym wykonaniu – bardzo łatwo zagubić jej element poetycki, marzycielski. Jest zajęciem chybionym (na pewnym etapie talentu i umiejętności technicznych wykonawcy) porównywanie jednego pianisty do drugiego. Mimo to, wyjątkowo tylko, zrobię to by oddać własne, indywidualne sympatie muzyczne. Otóż do tej pory, ze współczesnych koncertujących teraz pianistów, za najlepsza jej interpretację uznaję sposób, w jaki robi to Krystian Zimerman. Jest to technicznie idealne a jednocześnie przekazuje jakąś dziwną majestatyczną tajemniczość tej ballady. Gra Mikołajczyka obudziła we mnie inne wrażenia. Wydała mi się podkreślać nie jej akcent majestatyczno-tajemniczy, a dużo lżejszy, poetycko-osobisty. I bardzo mi się to podobało. Dzięki temu otworzyło to dla mnie, tylko amatora muzyki a nie muzykologa, nowe pokłady tego pięknego utworu. Może była to też ‘wina’ kameralności, intymności tego koncertu? Nie wiem. Takie w każdym razie – dobre – wrażenie z tego odniosłem. Nie przysłoniło to w niczym wyjątkowości interpretacyjnej Zimermana ale pozwoliło na inne na nią (tej ballady) spojrzenie, zrozumienie jej wielowarstwowości. Gdyby wszyscy ‘najwięksi’ grali identycznie – jakiż sens byłoby chodzić na koncerty? Ostatecznie pianista, skrzypek czy wiolonczelista tylko siedzi lub stoi w miejscu przy instrumencie i gra. Nic więcej. Ani sztuczek nie pokazuje, ani skacze, biega, nie gimnastykuje się na drążku lub linach. Wystarczyłoby tą ‘najlepszą’ płytę kupić i grać sobie w domu na okrągło. Wszak ideału, raz osiągniętego, ulepszyć nie sposób.

W scherzu miał możliwość wykazania całej bogatej tkaniny temp, melodii. Podobnie, jak Ballada f-moll, te scherzo jest ostatnim scherzem Chopina. I trochę innym od pozostałych. Jest tematycznie (nie muzycznie) utworem najlżejszym, więc jakby nieco ukłonem wobec poprzedniej, barokowo-klasycystycznej tradycji. Trzeba generalnie zaznaczyć, mimo tego ukłonu wobec tradycji starszej, że scherzo , jako rodzaj muzyczny, dzieli się na dwa kompletnie odmienne etapy rozwoju: scherzo, jako gatunek muzyczny przed Chopinem i scherzo, jako gatunek muzyczny po Chopinie. Nie ma tu nawet cienia wątpliwości. Tak, jak astronomia dzieli się na przed-kopernikańską i po-kopernikańską, tak scherzo jest przed-szopenowskie i po-szopenowskie. Trochę zaczął iść w tym kierunku już Beethoven – ale dopiero Chopin zrobił z tego kompletnie nowa szkołę komponowania tego gatunku muzycznego. Z bardzo dobrej gry Mikołajczyka tą głębię i wielopłaszczyznowość scherza było łatwo rozpoznać i ją docenić.

Nokturny, zgodnie z życzeniem zresztą samego kompozytora, grał łącznie. I znowu – celował w ich materii poetyckiej, marzycielskiej.

Franz Schubert, niemiecki kompozytor przełomu między szkołą klasycystyczna a romantyczną, u schyłku swego życia skomponował kilka impromptu. Krótkiej, niezbyt rozbudowanej formy muzycznej, która właśnie u romantyków stała się dość popularna. Ale powiadają, że czym skorupka za młodu nasiąknie … Takoż i impromptu Schuberta stale w swej ornamentyce cofają się do czasów jego mistrzów i jego własnej wczesnej twórczości. Odnosi się czasem wrażenie, że słucha się ich w jakimś dworze niemieckiego królewiątka lub palatyna tudzież na dworze biskupim w Austrii lub Bawarii. Przy baroku kapiącym złotem z plafonów i ścian… Miłe uchu przerywniki muzyczne.

Schubert i kanadyjski kompozytor współczesny Paul Crawford były właśnie takim miłym i lekkim przerywnikiem muzycznym w koncercie Mikołajczyka.

Natomiast utwór ostatni, również kanadyjskiej kompozytorki z Brytyjskiej Kolumbii, Jean Coulthard, Piano Sonata No 2 był głęboki i bardzo ewokacyjny.  Słuchający tego utworu mógł znaleźć tam wyraźnie zarysowane fragmenty całej opisowej, europejskiej tradycji muzycznej, by nagle wejść w obszary współczesne muzyki ‘czystej’, abstrakcyjnej. Skomponowana w formie pełnej sonaty kompozycja daje dobry przykład muzycznej wiedzy i zdolności Coulthard. We mnie Mikołajczykowi udało się obudzić zainteresowanie tą kompozytorką (tą że sonatę gdzieś kiedyś już słyszałem ale najwyraźniej nie była chyba tak dobrze grana, bo wrażeń z tego głębokich w pamięci nie zostawiła) i chęć poszukania jej muzyki, poznania więcej z jej spuścizny.

Na zakończenie tych muzycznych refleksji nie mogę pominąć ostatniego wydarzenia tego koncertu, poza-programowego. Na bis pianista przygotował utwór Ryszarda Wrzaskały, „Mazurka Fantasie’. Był to bardzo uroczy ukłon wobec pana Ryszarda, jego wszechstronnych talentów muzycznych i energii, z jaką się przez dziesięciolecia tymi talentami z nami dzielił. Tego mazurka Wrzaskały słuchałem wielokrotnie w licznych interpretacjach. I w licznych, nie zawsze idealnych, warunkach koncertowych. Mikołajczyka ‘ukłon muzyczny’ był bodaj najlepszym wykonaniem tej kompozycji. Pełen wdzięku, tęsknoty i oddający ducha tego mazurka. Mazurka Fantasie to utwór na wskroś nostalgiczny, to muzyczny, prosty i czysty w formie, spacer w przeszłość i podziękowanie Fryderykowi Chopinowi za muzykę, która towarzyszy Wrzaskale prze całe życie i jakże często jest źródłem jego własnych inspiracji muzycznych. Łukasz Mikołajczyk przekazał nam wizje tego ‘spaceru’ w sposób nader elegancki, lekki i ujmujący serce. Należy mu się za to ode mnie głęboki i wdzięczny ukłon.


Now, that subject of a strange diatrybe of Robert Silverman… Perhaps I would first quote a particularly strong fragment of his opnion and, at the end, offer you a link to the full text of Silverman. Right after the quote is my responce.

“Franz Liszt for instance, played Chopin with such virtuosity, brilliance and panache, not to mention his own emendations to the scores calculated to show off his unique skills, that he quickly spawned a crowd of emulators whose descendants existed well into the 20th Century. Rachmaninoff, Horowitz, and later, Nelson Freire and perhaps Argerich in her most frenetic moments come to mind. Chopin, however, could not stand the liberties Liszt took with his scores. (“He can’t keep his hands off ANYTHING!” he once said about Liszt. Still, the fact remains, audiences loved Liszt’s performances of Chopin. I’m sure I would too.
A couple of decades later later, the Russian pianist Anton Rubinstein found in his music a sense of world-weariness and romantic longing that gave it an undeniably attractive romantic aura that you’d have to be a cold fish not to like. And so another “Chopin Tradition” was born. Anton Rubinstein was unquestionably a great pianist, as were those who have followed in his footsteps, primarily Josef Hoffmann. That’s probably the style I feel most comfortable with.
But in the hands of lesser talents, that “Tradition”(usually pronounced with a rolled “r”) resulted in what would have given the composer nightmares: vulgar, undisciplined, technically sloppy exhibitions of how not to play Chopin, or for that matter, any other composer. But because Chopin’s music is so beguiling, so utterly effective, audiences who have not studied what’s actually on the page were and still are easily fooled. (Vancouver recently was treated to an exhibition of this sort of dilettantism at a church downtown several weeks ago. The final insult was that the guy played on a period instrument so that he could lay claim to “authenticity.”) Fortunately that style of playing has all but died out.”  (Robert Silverman “Chopin at the piano“)

Robert Silverman, well known Canadian pianist and former Head of UBC School of Music, offers his , hmm, let’s say personal insights on the character of Chopin’s music. Of whom, as a musician and a pianist, he seems to be a big fan. And, as a music scholar, his insight is much appreciated and worthwhile. Especially when he talks about the way Chopin composed, wrote down his music. How meticulous he was in many directions he left on the score for other pianists to augment their playing of his compositions. One can argue about this or that in his opinions. One cannot refuse him his knowledge and reasons for such, though. But when he is giving, in a style of ex cathedra, very strong opinions on the way Chopin must an must not be played –that’s altogether different matter. His caesarian ’edicts’ on which school of playing Chopin is the right one and which is wrong are nothing but opinions of Mr. Silverman. One does not disavows with such a cavalier manner entire traditions going back to the time of his last students. And the students of their students. These were people, who heard Chopin playing. Not just written opinions about it. And when Mr. Silverman notices the recent concert in Christ Church Cathedral (or as he calls it: ‘in one of the churches Downtown), when Chopin was played on an epoch piano by very much internationally respected pianist (not a star by any means, but then neither is Silverman) without even using his name and referring to his play as ‘dilettantism’ – this is not only a sign of bad manners. It is a sign of overgrown ego. Or jealous player.

As to the accuracy of how Chopin wrote his compositions and how he wanted them to be played—I can’t even try to dispute his level of professional knowledge with mine—yes, dilettantism, on this matter. Only a side note: it is worth mentioning that it was Chopin well known practice of re-working his compositions ad nausea at times. Even after copying the last, final version (the ‘final’ was not an important word in Chopin’s vocabulary) of manuscript. To add to confusion—he regularly sent his ‘final’ editions to three different publishers in three different countries: France, England and Germany. And then, after a while, sending them some changes here and there in the composition. Not always the same changes to all three publishers. Sometime just to his French printers, forgetting about the others … . Sometimes, when his students were playing his printed/published composition … he would grab the score and cross out some melodies, or tempo, or change slightly a passage … .  Indeed, he was very uniform, always clear of the concept and pianists always had the unchanged, final version of his music… yes, it is my slight attempt at sarcasm.

There are even unresolved disputes as to the use of tempo rubato in Chopin’s compositions. Case in study: Ignacy Paderewski, who was a star and most important of Chopin’s music pianist in his time. Today many say he used the rubato excessively. Did he? I have no opinion nor enough knowledge about that subject. On the other hand I know that Paderewski studied under professor Leszetycki, who in turn worked with Russian great musician Antol Rubinstein, who played for Chopin and for whom Chopin played. Perhaps they knew a bit how he played … Perhaps. Anyhow, that’s just my opinion.

How do we know what was Bach preference of playing his fugas? That goes for all art forms that need to be performed by others, by stage artists. We are so used to the way Shakespeare is spoken today, in a style of great actors like Gielgud and Olivier, which mimmicks that of XIX century British aristocracy, that only recently linguist scholars protested against it as totally innacurate and therefor making the plays way too long. Poor William (or was it Marlow?) would have been forrified hearing how it is spoken from stage today. Perhaps his ability of understanding the words would be constrained as often as ours is, when we read his plays.

As to the the pianist, who, according to Mr. Silverman, played Chopin so ‘dilletantly’ in that concert in Aglican Cathedral – it was was no other than Janusz Olejniczak. One of my personal favored. And another side note: I do write from time to time, here and there, my personal notes from concerts and musical performances. But they are what they are – personal reflections and opinions, not a formal musical reviews, I have no formal musical education to pretend to such a role. Classical music simply surrounded me from the cradle (and that is a fact as a huge concert piano towered above my baby bed and was often used by classical pianists and amateurs alike) till today. I just love it with a passion. Mr. Silverman, I am certain, possess far more theoretical knowledge about music that I ever will. And one assumes that knowledge goes with wisdom hand in hand. Unfortunately, not always …