VCS Gala Concert in Vancouver’s Playhouse Theater

Bogumił Pacak-Gamalski
/synopsis in English – full article in Polish below/
10-DSC00173
R. Blechacz, Vancouver, May 22, 2018 /photo: B. Pacak-Gamalski/

Vancouver Chopin Society presented on April 22, at the Playhouse Theater, a concert of Rafał Blechacz—one of the best pianists of his generation.  It was not the first time Blechacz performed in Vancouver—the same society gave us the opportunity twice before: in May 12, 2013 and May 02, 2008.  In 2013 (at Chan Centre) it was a special Gala Performance for the Society’s 15 Anniversary, this year it was the 20th Anniversary. Are we to conclude that next time Blechacz will play for us on the West Coast is going to be in May 2023, on the 25th Anniversary? If that’s the case—worth waiting for.

The last wonderful concert of this amazing pianist at the Vancouver Playhouse Theater was nothing short of a musical delight. The boyish, almost diminutive body hides a giant of the keyboard. Yet, his touch, the way he plays, seem to be effortless, ever so gentle and delicate. There is very seldom a dramatic gesture or a theatrical swoop of his fingers dropping down like a bird of prey on the black-white keys of the piano. It is much more like a delicate hovering just above them and almost willing them to produce a sound without a physical touch. But let be assured that when it comes to long and very exhausting passages of Schumann’s Sonata in G-minor – he does do the physical work perfectly. And so in the famous, grandiose theme in Chopin’s Polonaise No 6 in A-flat major!
Vancouver Chopin Society – you couldn’t have found a better gift for yourself and for us, Vancouverites, to celebrate your 20th Anniversary!

Rafał Blechacz took us on a chronological  journey through the end of XVIII to the half of XIX century in music.  Definitely most revolutionary 100 years in music development of Western Civilization. In perfectly scored, full of baroque charm of Mozart’s Rondo in A minor; and a full Sonata No 08 of the same Austrian genius. Followed by no other but arguably the greatest of composers, Ludwig van Beethoven ‘s  Sonata No 28 in A major. Both composers in their sonatas heralded at moments the coming of end of both, the classicist and baroque style of music and gave hints of what was to be known in art as the Sturm und Drang—the protagonist to romanticism.

22 maja, w Playhouse Theater miał miejsce szczególny recital:  Koncert Galowy 20-lecia Vancouver Chopin Society, jednej z czołowych organizacji muzycznych wyjątkowo zasłużonych dla kulturalnego milieu Vancouveru.  Naturalnie ze szczególnym naciskiem na propagowanie muzyki Pana Fryderyka, wszak nie jedynie.  Pięć lat temu, 15-lecie organizacji celebrowano w Chan Centre występem właśnie wschodzącej gwiazdy firmamentu pianistycznego, Rafała Blechacza.  Koncert ówczesny był sukcesem. Więc dziwić się nie można, że postanowiono sukces powtórzyć i zaprosić pianistę ponownie w tym roku. Tym razem już zdecydowanie nie wschodzącą, a w pełni już widoczną gwiazdę muzycznego nieba. Co dało się wyraźnie zauważyć już od pierwszych taktów, które popłynęły  z koncertowego Steinwaya ku widowni.03-DSC00164

W spotkaniu i przyjęciu po-koncertowym znajomi zadawali mi pytania dlaczego taki a nie inny repertuar pianista wybrał, co jest lub może być powodem takich a nie innych wyborów muzycznych na koncertach? Zapewne bywa tych powodów wiele: od dość pragmatycznych (muzycy to wszak też ludzie i wolą grać utwory dobrze przez siebie opanowane), sytuacyjnych i wręcz geograficznych (u gospodarzy miło jest zagrać coś, z czego sami są muzycznie dumnie:  w Budapeszcie Liszta, w Warszawie Chopina lub Szymanowskiego, w Niemczech—tu sporo do wyboru— Bacha lub Beethovena, itd..). Podobne pytanie skierowano do obecnego na koncercie cenionego komentatora muzycznego Vancouveru, Geofreya Newmana, który starał się najlepiej, jak potrafił to wyjaśniać. Mnie w doborze Blechacza na ten koncert uderzyła wyraźna chronologia  utworów i kompozytorów.  Wątpię aby przypadkowa. Mozart, Beethoven, Schumann i Chopin. Jeżeli Bachowska fuga i canon były filarami epoki przeszłej baroku i klasycyzmu, to właśnie Mozart i Beethoven, jedni z najbardziej uznanych geniuszy muzycznych czasów nowożytnych, byli heroldami nowego: romantyzmu. Romantyzmu, którego czołowym przedstawicielem był Schumann, a kwiatem najbardziej chyba z tą epoką związanym, właśnie Chopin.

Mozart był tego ‘przechodzenia’ ze starego w nowe chyba przykładem najlepszym. I stąd być może czysto barokowe Rondo c-moll było ukłonem wobec odchodzącej epoki salonowych kontredansów, menuetów i utworów ściśle sakralnych na rzecz tegoż nadchodzącego ‘nowego’ wyrazu muzyki. Blechacz zagrał rondo z wyjątkowa elegancją i starannością godną sztywnych reguł i zasad rządzących ówczesną muzyka salonową. Rondo Mozarta jest utworem tanecznym wedle ścisłych reguł spisanym i jakkolwiek nie do potańcówki go skomponował—ale tańczyć  go bez przeszkody można.  Raczej niemożliwością by było ‘normalne’ tańczenie szopenowskiego mazurka, gdzie melodia i tempo tańca były tylko luźnym szkicem, który posłużył Chopinowi do roztoczenia wizji muzycznej o skali  wielokrotnie wyższej niż sam taniec spod wiejskiej chaty i małych dworków by świadczyć miał.

Grana po Rondzie Sonata a-moll, K310, była już zgoła innym utworem.  Jakkolwiek  w finale (Presto) łatwo  odnaleźć melodie właśnie ronda o tyle Alegro maestoso i Andante cantabile już dają wyraźnie postrzec proto-romantyczne nastawienie na wyrażanie uczuć ludzkich w ich nagim, emocjonalnym kształcie. Jak choćby uczucia kompozytora spowodowane śmiercią matki w 1778.  W nagłych, nie anonsowanych zmianach tempa i ustalonej tonalności.  Cały ten, wypełniony  omal ciemnym żalem pozorny chaos w sposób wyjątkowo czysty i wierny odtwarzał Blechacz bezbłędnie. Każdy dźwięk był wyraźny, niezagubiony i  nie zagłuszony następnymi.

08-DSC00171I w końcu sam wielki Ludwig van Beethoven.  Sonata A-dur Nr 28, op. 101. Ilekroć jej słucham w wykonaniu innych pianistów, zawsze  jakby inaczej brzmiała.  W tempie pozornie tym samym ale jakby mniej lub bardziej ekspresywnie wyrażanym. Być może to  jej ‘specjalność’. Sam kompozytor nie ukrywał pewnego rozczarowania, wewnętrznego smutku wynikającego z czekających Europę wielkich zmian politycznych, własnego zdrowia (zauważalna już utrata słuchu), starzenia się.  Jest bardzo klasycznie zbudowana, ma echa fug, canonów bachowskich. Ale silnie emocjonalna.  Blechacz, wydało mi się i tu, znalazł złoty środek. Być wierny każdej nucie. Bez pośpiechu i bez ukazywania własnych emocji, bez ulegania chęci zabłyśnięcia w trudnych figurach muzycznych, lub raczej bez chęci przygaszenia blasku muzyki blaskiem własnej techniki pianistycznej. A nie łatwo się tego wyrzec przy częstych i dość długich trylach … .

Część druga  koncertu osiadła od razu silnie w muzyce romantycznej.  Robert Schumann, przez wielu uznawany jeśli nie za ‘naj’,  to jednego z  największych kompozytorów Romantyzmu.  Jego Sonata  Nr 2 op. 22, często zwana ‘Wielką’, komponowana była przez artystę w okresie kilkuletnim,  przy surowej asyście Klary Wieck, późniejszej żony kompozytora, zdolnej i popularnej pianistki niemieckiej. To właśnie Klara była finalnym edytorem pierwszej publikacji sonaty i miała duży wpływ na kształt ostatniej części sonaty: słynnego Presto. Ta pełna, czteroczęściowa sonata nie jest utworem łatwym do grania. Wymaga nie tylko wysokiej dyscypliny pianisty ale i dobrze opanowanej techniki. Zwłaszcza w  pierwszej, określonej, jako ‘rasch wie moglich’ (możliwie najszybciej), by potem powrócić z wyższym jeszcze wymaganiem technicznym w końcowej partii (owe słynne presto) ostatniej części ronda.  Końcowej edycji tegoż presto dokonał nie kto inny, jak Joachim Brahms, uznawany przez Schumanna za geniusza muzycznego.

Było wielka przyjemnością słuchać tą sonatę w wykonaniu Blechacza. wydawało się, że całkowicie zanurzył się w jej charakter i grał tak, jakby muzyka sama nadawała mu swoje brzmienie i treść.  Znowu—zasko0czył mnie  swa wewnętrzną dyscypliną, skupieniem się nad kompozycją,  nie siedział na scenie przed setkami osób, a gdzieś w gabinecie, sam tylko z pianinem. Zapewne nie jest trudno wrażliwemu muzykowi wpaść  w taki ‘trans muzyczny’ przy jakimś temacie, jakimś pasażu, figurze muzycznej—ale trwać w nim przez cały, długi utwór (lub takie wrażenie sprawiać) nie jest rzeczą częstą.

Gdy się pisze takie, jak te, wrażenia z koncertu, siłą rzeczy ma się ochotę wtrącić tu i ówdzie: ‘pamiętam, jak X grał to tak i tak a Y w tym miejscu przyspieszył tempo dla  wrażenia’. Czasem jest to zwykła figura stylistyczna, ozdobnik do tekstu, czasem faktycznie czyjąś grę aż tak się pamięta .  Dzisiaj jest to dużo łatwiej zrobić, bo wystarczy  poszukać w swojej domowej muzycznej dyskografii lub zwyczajnie w Internecie danego pianistę i utwór odnaleźć, przesłuchać ponownie.  Ale bez autentycznie idealnej pamięci i idealnego słuchu—któż spamięta , po latach, jak  X czy Y grał tą czy inną sonatę, fugę czy mazurka? Natomiast pamięta się  łatwiej nastrój koncertu, własne wrażenia z odbioru muzyki, urok … lub nudę. Co owszem, nie wstydźmy się przyznać, się zdarza.  Otóż dla mnie, z całego  koncertu (poza jednym szczególnym wyjątkiem, o czym na końcu wspomnę) ta właśnie sonata Schumanna zostanie jako kwintesencja tego wieczoru.  I, podejrzewam, po latach jeszcze słuchając gdzieś Blechacza,  z przyjemnością wspomnę jak grał Schumanna w Vancouverze, w 2018 roku.

Ostatnią część koncertu Rafał Blechacz poświęcił naturalnie panu Fryderykowi.  Jego czarującym mazurkom i ukoronował finał majestatycznym Polonezem As-dur Op. 53.06-DSC00168

Trudno, by nie wpadać w banały wielokroć przez  (pewnie przeze mnie też czasami …) wielu powtarzane, silić się na opis gry Blechacza w tychże kompozycjach Chopina.  Mało chyba z nas, Polaków, nie słuchało po wielokroć tychże utworów. Nawet ci z nas, którzy sal filharmonicznych nie zwykli odwiedzać.  Chopin jest u nas wszak chlebem powszednim od kołyski prawie.  Ktoś by musiał faktycznie tego biednego ‘polskiego’ Chopina niemiłosiernie maltretować,  byśmy  nie klaskali zachwyceni po każdym mazurku, polonezie.  Zwłaszcza po TYM polonezie, którego przewodni temat muzyczny każde polskie dziecko potrafi chyba zanucić, nawet  nie zdając sobie sprawy, że to właśnie Pan Szopen go skomponował.  A przecież odniosłem wrażenie, że Blechacz i ten utwór grał nieco inaczej. Mniej brawurowo, subtelniej.  Jakby za każdym razem przed pojawieniem się tego słynnego tematu-refrenu—pianissimo do granic ‘ssima’ zbliżał, wyciszał, by następujące nieuchronnie forte bez uderzenia silnego w klawisze wyodrębnić, zwielokrotnić efektem. Może był to wynik ‘przyzwyczajenia’ wszystkimi  muzycznymi interpretacjami do tej ostatniej części koncertu?  Może tak już Blechacz moje ucho wytrenował w partiach poprzednich, że nic innego się nie spodziewałem niż kolejnej precyzji i subtelności muzycznej pianisty? Fakt pozostaje faktem, że bez względu czy użył fortelu akustycznego czy grał z wyjątkowym wyczuciem— efekt końcowy  taki, jaki zamierzył osiągnął: zachwyt słuchającego.

Takoż i zbliżyliśmy się do zapadnięcia kurtyny.  Zwykle jednak, rozpieszczani przez  muzyków, oczekujemy zawsze prawie na bis, na encore.  I teraz mowy nie było by oklaski ucichły zanim młody, szczupły pianista nie zasiądzie  ponownie do fortepianu.  I tu, co zapowiadałem wcześniej. Ów moment czaru muzycznego. Spod palców popłynęło cudeńko muzyczne urzekające wszystkich. Tak byłem się w to wsłuchałem, że za nic potem w stanie nie byłem przypomnieć sobie kogoż ten klejnocik był autorstwa.  Tak przecież znany, lubiany! Aż zły na siebie byłem. Jakby celowo tenże młody pianista tak mnie tą muzyką oczarował, żem o świecie zapomniał.  Na szczęście w sukurs przyszedł sam odchodzący Prezydent Chopin Society, Iko Bylicki, podszeptując: Brahms. Ach!  No właśnie, przez Shumanna już obwołany geniuszem, jeden z ostatnich wielkich niemieckich kompozytorów blisko 200 lat, od XVIII do początków XX wieku. Czasem właśnie geniusz nie po dziełach wielkich, monumentalnych poznać można , a od drobnych kwiatków, od pierścioneczka kunsztownego, a nie od kolii wielkiej. Intermezzo Nr 2, Op. 118. Perełka muzyczna najczystszej barwy.  Widać było, że coś, co wytchnienie i radość sprawia samemu pianiście. A bez wątpienia słuchającym.

Po koncercie miał miejsce uroczy ‘wine and cheese’, możliwość spotkania i wymiany kilku (dla niektórych zwyczajem nie zawsze miłym: kilkuset) słów z pianistą, spotkań i wymiany wrażeń ze znajomymi od dawna nie widzianymi (lub widzianymi po raz pierwszy). Trochę śmietanki ,socjetowej’, typowej na takich spotkaniach. Miło było przedstawicieli Konsulatu Generalnego (zdaje się—nie od nich tą wiadomość dostałem–niezbyt już długo tu pozostającego, ale komuż potrzebna placówka w mieście-bramie z Ameryki Północnej do Azji?) spotkać, którzy Gala Koncert patronatem objęli. Miło było rozmowę dłuższą i mądrą z profesorem Lee Kum-Singiem uciąć.  Zdań kilka zamienić ze znanym komentatorem życia muzycznego Vancouveru Geoffreym Newmanem (dobrze, że niezbyt długiej, bo dwie osoby o silnych przekonaniach o swojej racji nie najlepszymi są partnerami do rozmów, ha ha ha).

11-DSC00178
Zarząd Vancouver Chopin Society /photo: B. P-G/

Bardzo miłym akcentem było spotkanie całego, lub większości, Zarządu Stowarzyszenia Chopina, gdzie w sposób niezwykle miły podziękowano za wieloletnią pracę przewodzenia organizacji  Prezesowi Iko Bylickiemu i przedstawienia nowego Przewodniczącego. Życzyć należy nowemu Zarządowi podobnych sukcesów, jakie do tej pory organizacja odnosiła.

 

Advertisements

Literatura, która przetrwała

Bogumił Pacak-Gamalski

Kanada, której dzisiejsza rzeczywistość nie zawsze przypomina wyidealizowaną Fiedlerowską wizję, wciąż jednak bezustannie fascynuje i magnetyzuje, zostawiając równocześnie swój ślad na ludziach, którym przyszło się z nią zetknąć. Dlatego nawet dziś, kiedy upłynęło ponad dwadzieścia lat od pamiętnego roku 1989, niwelującego bolesny podział literatury polskiej na krajową i emigracyjną, geograficzna kwalifikacja w odniesieniu do polskiej twórczości literackiej w Kanadzie nie powinna budzić zdziwienia. Kanada bowiem była i wciąż jest, obok Wielkiej Brytanii, Niemiec czy USA, krajem osiedlenia dość dużej grupy Polaków, która stworzyła tam prężnie działające i dobrze zorganizowane środowisko literackie (myślę tu na przykład o Polskim Funduszu Wydawniczym czy Fundacji Władysława i Nelli Turzańskich). Z kolei kanadyjska polityka wieloetniczności służy rozwojowi twórczości w językach innych niż oficjalnie obowiązujące angielski i francuski, a bezkresny Kraj Klonowego Liścia wciąż zachwycając i inspirując, ale często także prowokując do buntu i krytyki, niezmiennie odciska stygmat swojej obecności na dziełach literackich tam powstających. (“Strumień” nr 08, 2012)

Tym fragmentem artykułu dr. Bożeny Szałasty-Rogowskiej chciałbym zacząć kreślenie kilku refleksji nt. poezji Andrzeja Buszy. Artykuł krajowej badaczki literatury polskiej w Kanadzie opisuje okres ‘zjednania się’ literatur polskich : krajowej i emigracyjnej. Rok 1989 był cezurą, który te rozłączenie, trwające od lat 40.tych ubiegłego wieku, niweczył. Blisko półwiecze. Strasznie długi czas, który owocował na emigracji wielkimi dziełami, fascynującymi talentami, które w olbrzymiej większości były klejnotami ukrytymi przed licznymi rzeszami czytelnika krajowego. O ile ta literatura w bardzo wąskim zakresie istniała w krajowym środowisku literackim i badawczym – o tyle jej rzeczywisty udział w literaturze krajowej był w najlepszym wypadku minimalny i bardziej mityczny niż rzeczywisty. Nawet gdy mówimy o takich wielkich, jak Miłosz i Gombrowicz. Obaj istnieli, jako autorzy przedwojenni. Ich autentyczne, największe osiągnięcia literackie przypadały na lata powojenne, emigracyjne. I ogółowi czytelnika krajowego były nieznane. Mówienie inaczej jest fałszowaniem rzeczywistości historycznej. Indywidualne kontakty twórców krajowych przy okazji niezbyt częstych wyjazdów na Zachód, bardzo ograniczone funkcjonowanie przemycanych do Kraju wydawnictw emigracyjnych, wpływu na szeroka opinie czytelnicza nie miały. I znowu: czytelnik cos słyszał, czegoś się domyślał i nie wiele ponad to. Rosła mitologia bez towarzyszącej jej wiedzy.

Stąd tak ważne, nie do przecenienia, było stworzenie warunków funkcjonowania i samej instytucji ‘pisarza- twórcy’ i minimalnego choćby rynku czytelniczego. Tu należy bardzo nisko (dziś zwłaszcza, gdy rynek ten prawie całkowicie zanikł) pochylić głowy wobec poprzednich generacji emigranckich, które to zrobiły. To dzięki nim, ludziom, z którymi dane mi było jeszcze współpracować w latach 80tych ub. wieku i ich poprzednikom,  polska literatura emigracyjna nie umarła, przetrwała. Przetrwała dzięki nim też w Kanadzie. Dzięki tym działaczom, organizatorom, wydawnictwom, pismom. Pisarz, poeta może w pewnych okresach czasu milczeć lub pisać ‘do szuflady’. Ale nie przez pół wieku.  To dzięki nim powstawały świetne wiersze, powieści, dramaty autorów tej klasy, co Czaykowski, Śmieja, Iwaniuk, Busza,  Tomaszewski, Jurkszus-Tomaszewska i inni. Jakąż wielka by było stratą dla literatury polskiej w całości, gdyby ich twórczość do Polski nie wróciła w całej pełni po roku 1989.  A mogło tak się zdarzyć. Że się nie zdarzyło – wymagało to wielkiego wysiłku i zrozumienia roli kultury wśród rzesz emigranckich.  I wysiłku, upartości pewnej, wiary w sens tego, co się robiło tychże twórców, pisarzy.  Wielu wyrzeczeń i poświęceń.

guildford
spotkanie poetów z Czytelnikami w Seattle (od lewej: L. Chudziński, A. Busza, K. Piotrowska i B. Pacak-Gamalski)

Cały ten wstęp daje by uzmysłowić nam, ze ten rok, rok stulecia Niepodległości Polski jest wyjątkową okazją pamiętania i okazania wdzięczności tym twórcom, ich pracy na zagonie kultury narodowej. Mamy wyjątkowe szczęście, że w Vancouverze jest jeden z tych znanych i ważnych twórców literatury polskiej: Andrzej Busza.  I jako działacz Stowarzyszenia “Pod skrzydłami Pegaza” od 20 lat już, z satysfakcją dużą cieszę się, że ta zacna Organizacja tak właśnie zaznaczy ten rok – spotkaniem z Andrzejem Buszą.  I za Mikołajem z Nagłowic oświadczam, że narody postronne niechaj znają, iż Polacy w Kanadzie nie gęsi a swój język mają. By to podkreślić zacnym rodakom wszem ogłaszają: Stow. Artystów i Przyjaciół Sztuk „Pod skrzydłami Pegaza” organizuje kolejne ‘spotkanie z twórcami kultury polskiej’. Gościem, kolejny już raz, będzie wybitny poeta polski i literaturoznawca literatury angielskiej, conradysta, Andrzej Busza.

Profesor Andrzej Busza – “POLSKIE UPIORY I DUCHY JOSEPHA CONRADA KORZENIOWSKIEGO”

6 MAJA 2018, GODZ. 16:0  GUILDFORD RECREATION CENTRE 15105  105 AVENUE, SURREY, BC    WSTĘP WOLNY

(ZA WEJŚCIEM DO BIBLIOTEKI W PRAWO)


Czytając tomik wierszy „Atol” Andrzeja Buszy…

 

atolBusza, który całe prawie życie spędził jako wykładowca i badacz literatury na katedrze uniwersyteckiej nie jest typowym przykładem literaty, pisarza.  Jak w każdym zawodzie, powołaniu w czasach współczesnych, tak i pisarz swojej karierze zobowiązany jest (lub takie zobowiązanie narzuca mu i czytelnik, i wydawca) o dbanie o tą karierę, zabieganie o nią, o usilne i stałe ‘uczestnictwo’ w debacie literackiej.  Słowem o to, co dziś określa się mianem PR – public relations.

Profesor Andrzej Busza, a zapewne i cechy własne charakteru, stał na przeszkodzie poety Andrzeja Buszy w robieniu tegoż ‘pi-aru’.  Być może wychodząc z naiwnego przekonania, że dobra poezja sama świadczyć będzie o sobie, takowoż talent.  Niestety, świat współczesny dawno był zarzucił te staroświeckie mrzonki. I owszem, częstokroć  – podejrzewam – za namową i szturchaniem przyjaciół –literatów pokazywał się tu i ówdzie, jako poeta, zabierał głos. Mówił: jestem tu i mam coś na ten temat do powiedzenia.  A miał i ma ‘na ten temat’ wiele do powiedzenia.  I równie łatwo wracał do zacisza swoich książek, badań literackich, jakby chował do szafy na dłuższe okresy czasu garnitur ‘poety’.  Do tego stopnia, że przez pewne okresy czasu w ogóle nie pisał. Z wielką stratą dla literatury polskiej. Lub rezygnował z pisania po polsku i pisał po angielsku. Zabawne jest to, że te właśnie jego ‘angielskie’ wiersze są wręcz przesiąknięte specyficzną wrażliwością polskiej tradycji poetyckiej. Nie w sposób nachalny, krzyczący: jestem Polakiem, vivat Polska! Nie wyobrażam sobie wręcz sytuacji, w której Busza potrafiłby być nachalny w czymkolwiek. Mimo to, parafrazując popularne porzekadło, można rzecz: Busza wyprowadzał się z literatury polskiej, ale literatura polska nigdy nie wyprowadziła się z Buszy.

Nie będę tłumaczył i polemizował z jego własną, autonomiczna decyzją zaprzestania pisania wierszy po polsku. Kilkakrotnie na ten temat dyskutowaliśmy i dość jasno i racjonalnie i to wyłożył.  W typowy, ‘buszowski’, nad wyraz skromny i pełen szacunku wobec słowa pisanego i czytelnika sposób.  I nigdy mnie do tej decyzji nie przekonał. Ale to jego suwerenne prawo poety, które uszanować należy. Na szczęści dobrzy tłumacze i jego świetna (z tego przymiotnika się nie wycofam, Panie Andrzeju) znajomość polszczyzny zaowocowały dziesiątkami wierszy Buszy, które w tłumaczeniach na polski wydają się nie tylko nie tracić, a być może wręcz zyskiwać. Co dziwić nie może. Jeśli ktoś oczekuje przeprowadzenia dowodu badawczego takiej supozycji – to odsyłam akapit wyżej, do parafrazy przytoczonego porzekadła.

Jeden z najlepszych badaczy poezji Buszy, prof. Janusz Pasterski z Uniwersytetu w Rzeszowie, z którym miałem możliwość dłuższych dyskusji o Buszy, najbardziej zdaniem moim zbliża się do rozwiązania ‘zagadki’ Buszy-poety pisząc : w cieniu poetyckiej dokładności kryje się ostra wizja, dramat intelektu zakorzenionego w nie do końca określonym sensie ciemności i bezradności (tłumaczenie własne,  z eseju J.P.”Other fragrances. The poetry of Bogdan Czaykowski, Andrzej Busza and Florian Śmieja” „Strumień”, nr 08, s.43).  Nie określa to charakteru jego poezji jako katastroficznej ale nadaje jej wymiar pewnego metafizycznego smutku, pogodzenia się z bezradnością człowieka wobec ‘losów’ życia, świata i kosmosu.

Trudno jest mi pisać o poezji Buszy. Mnie jest trudno. Nie dlatego, że go znam osobiście i bardzo cenię. Łatwiej mi to było z poezją innych autorów, których znałem, choćby niezapomnianego, wspaniałego Bogdana Czaykowskiego. Trudno, bo wiersze Buszy wrastały we mnie bardzo powoli, a przez to głębiej, przebijały się przez kilka warstw intelektualnych, racjonalnych, czysto literackich, by dotrzeć do czystej formy emocjonalnej. Gdy już dotarła – wrosła w nią, jak tkanka żywa, prawie genetyczna, własna. A opisywanie czegoś tak intensywnie emocjonalnego jest bardzo trudno. Kolejna ‘zagadka’ poezji Buszy. Filozoficznej, bogatej w całe pokłady tradycji kulturowych obszarów nie tylko polskich lub angielskich ale i śródziemnomorskich z klasyką i wcześniejszym antykiem – a tak w swym sednie, jadrze po prostu ludzkiej i mądrej. Mądrej nie przez to bogactwo kulturowo-literackie (jakim jest bezwzględnie nasycona) a przez głębokie człowieczeństwo.  Którą pisze nie profesor, akademik i literaturoznawca a człowiek, który przysiadł na moment na wzgórku, gdzieś nad jakimiś polami, rzeczkami, patrzy na nie , jak stroskany gospodarz, uśmiecha się smutno niby, a z pełnym zrozumieniem kolei losów i życia. Widział już , jak rzeczki zamieniały się w potężne fale zalewając okoliczne łąki, widział, jak latem te łąki kwieciły się dywanem ziół i kwiatów i jak – nieuchronnie – bladły, brązowiały i przymierały jesienią. Jak drzewa od mrozu pękały zimą srogą, wiedział, że nie każde stworzenie i nie każdy krzak wiosny doczeka … Pamiętał (siebie może?) chłopaków i dziewki okoliczne ukradkiem się w trawach wysokich całujących.  Wiedział, że jak te stworzenia, rośliny i oni nie wszyscy wiosny doczekają. Czy myślał, tak siedząc na wzniesieniu, o Persefonie, o Eurydyce? Zapewne. Wszak ważne było, nie to że boginką była lub ukochaną ulubieńca bogów. Ważny był ich los. Fatum może. Może ethos. Jak sam pisze w wierszu ‘Wiosna’: program miałem minimalistyczny / lecz całkiem wygodny / … / kiedy / marcową pogodą / wtargnęłaś w moje podwórza / z wiatru śpiewem syrenim / w pochodniach / rozjęzyczonych drzew / … .

Kto szuka spaceru z poezją, nie biegu, kto szuka dostrzeżenia Losu-etosu w chaosie i bezwzględności życia – niechże na spacer weźmie tomik wierszy Andrzeja Buszy. Spacery i tak długie, a zdecydowanie niekończące się,  nie są, być nie mogą. Kiedyś, gdzieś kresu dobiegają. I tak było od początku, pewnie będzie i na końcu.  Niechże i nadlecą nad ścieżkę muzy greckie, niech łacińscy dziejopisi wtrącą echa dziejów Rzymu i Petrarki – jakże podobni będą do tych chłopców i dziewczyn znad łąk przycupniętych u brzegów rzeczek i strumieni …

Z tym większym entuzjazmem i nadzieją spotkania w wami, czytelnikami, zachęcam do przybycia na spotkanie z Andrzejem Buszą w salce przy Bibliotece Miejskiej w Surrey, organizowane przez SAiPS ‘Pod skrzydłami Pegaza’.

 

Music again – but is there ever enough?

pexels-photo-164948.jpegThe upcoming concert of Rafał Blechacz (pronounced: blehatch) on April 22, 2018 in Plauhouse Theater, gave me a time to  pursue a bit more his personal reflections on music and on being a pianist.  Not through the way he plays but through the way he thinks.

The aesthetics and philosophy behind a player is something much more than just a perfect technical training.  If we allow the thought that some musicians are not just performers but an artists themselves—we have to accept the fact that the music they play (by the nature of creativity an art form in itself and work of an artist-composer) becomes a separate art form on its own. Yes, it still is a composition of composer X or Y—but comes to us through the filter, or medium re-creating it during a public concert.  Probably much more a concert then a surgical atmosphere of a recording studio.

It is not the same as making your own ‘variations on Chopin/Debussy or Shostakovich ’. You still try to be as faithful as possible to the score—but you do (or ought to) colour it with your own emotions and ’feeling’ of it. And there are  ways to do it, technically speaking. Not all would agree with it, there are purists, who wants nothing but outmost adherence to notes and composer’s markings about tempo, style and pedaling, piano or forte. And sometimes it might be appropriate, sometimes it might be enough. Yet, there are definitely times an places, when a player’s own art and emotions will augment the sound and experience for a listener.

When you see famous painting by Pablo Picasso, ‘Guernica”’,  it comes to you not only as ‘picture’ of what the painter created. It comes to you through your memory, your experience, your own not only aesthetical but (in case of this particular painting—especially) your ethical condition. You are the medium to experience the painting. You conjure emotions and comparisons of your own. And only through that filter you can see it.  With music such a medium is the player. It is that extra layer added to the work created by an original artist-composer.  The more abstract, non-descriptional the music is—the more varied and different visions it will create in the listener mind.

In a recent interview he gave in Atlanta, Blechacz surprised me very pleasantly as how close his views on this matter are to mine. I souppose it doesn’t hurt, that he is doing his dotoral thesis in philosophy of music …

Here are exerpts of the interview:

Do you consider yourself an artistic heir of Krystian Zimerman, who was the latest Polish winner of the Chopin Competition before you?

This might be a risky statement because every artist has a different personality, draws inspiration from different things, and is a different human being. For sure, we belong to the group of Chopin Competition winners, but we follow separate paths. 

But you do keep in touch, right? 

Yes, indeed. This contact was especially important after the Chopin Competition in 2005, when Krystian Zimerman sent me a beautiful letter of congratulations, in which he also offered to help. It was a tough period for me because winning the competition created a variety of situations that were entirely foreign to me. Krystian Zimerman’s experience and the many conversations we had were very helpful in giving the proper direction to my post-competition path. A good example would be choosing the right artistic agency. 

In the thirteen years that have passed since then, has your attitude toward Chopin’s music changed? 

Yes, definitely, though the changes are not massive; nor are they controversial. I think I have a more liberal approach to certain interpretative ideas, or to the choice of tempo. A good example is tempo rubato in mazurkas. Also, a tremendous influence—in addition to my whole artistic and personal development—is the fact that I have been presenting my repertoire at various concert halls, with different acoustics, on a different piano, and in front of different audiences, which always take an active part in building the interpretation. Each composition “grows” onto you, onto your personality, and you get more and more familiar with particular concepts behind it. This is a truly beautiful process, because when you put a particular composition aside (and I am not talking just about Chopin’s music) and get back to it after a year or so, you rediscover it, and you look at it through the prism of your public performances and the experience of playing music by other composers. 

You have recorded several CDs with Chopin’s music, including preludes, mazurkas, polonaises, and concertos. What challenges does each form present to the pianist? 

Mazurkas and polonaises, as well as the third movements of both piano concertos, were inspired by the characteristic traits of Polish folk music. These are stylized dances, but still, the typical spirit of the Polish folk dances is ever-present and can be distinctly heard. That is why, when playing mazurkas and polonaises, it is imperative to convey the mood and spirit of a particular dance. Choosing the right tempo and other interpretative means of expression is equally vital. Quite often, especially during a piano competition, some pianists treat a mazurka, for example, like a waltz. They are both dances in triple time, but the understanding of the time signature is different, and you need to be aware of this difference when you start working on a given composition. In the case of other genres, such as nocturnes, scherzos or ballades, most crucial is the expression of emotions and imagination. Another important factor is the so-called “Chopinistic style,” and as a winner of the Chopin Competition, I feel obliged to cherish this style and communicate it in the most appropriate manner. 

You also put stress on the use of color. 

That’s right. Looking for interesting colors and hues to express the character of each composition, choosing the right sound to a particular phrase—all these are crucial elements of the musical performance. The interpretation becomes more appealing and enticing to the audience. I must admit that it was the music by Claude Debussy and other composers of the Impressionistic era that enriched my understanding and the use of color in music. 

 

Returns to music side – Powroty do strony muzyki

Most “Monitor” pages are written in Polish. There were the occasional ones in English, though. So this time I will attempt a bilingual version in both languages. Not an exact translation, but the same story in both and commentary. Sort of editorial experiment.
DSC00094
Lukasz Mikołajczyk, concert “From Europe to Canada”, Vancouver, March 24, 2018

On March 24, I attended a small, chamber-like concert of Łukasz Mikołajczyk in a private residence at UBC.  It was private residence, but it was organized by a group called “Music Friends’ as a public event , with paid tickets. Therefore it was and should be treated as a regular concert.

Yet, the size and particular quarters were reminiscent  of time when baroque, than classical and romantic music were meant to be played.  And not on opulent, powerful grand piano but somewhat diminutive ‘baby grand’. Which does create a different, more delicate and intimate sound.  And what a gem it was. I have heard him (Mikołajczyk), by now, many times. On a grand stage and on stages truly not so grand at all. That one must have been perfect, for his play was delicate, so emotional and thoughtful that, at times, I was lost in different world of sounds and different reality. As in any concert there were better parts and regular parts. But parts of it was pure magic. Not often found in more official concerts.

Chopin’s last ballade, the one with number 52 in F major, was played exquisitely, poetically. The only way you can master it, as it is the most difficult of his ballades and not easily giving up to the pianist it’s secrets. It is the most abstract of his ballades, the most musical and not very clear of the story behind it. But story there is. So if you just give up on the meaning and simply follow the notes – it could be as flat as the paper Chopin used to write it down. Yet,  if you create a world of images, feelings in your mind when you play it – it becomes alive. For the player and subsequently for the listener. Ballades are fully structured and developed musical compositions and offer the pianist a wide spectrum of play. They are often highly stylised. In my commentaries I try to avoid comparing two different pianist, as it is not really fair on certain level of technical and musical prowess. Nonetheless, we do have  our private, individual tastes, likes and so on. As far as that Ballade is concern, for myself, I do have immense respect for the way it is played by phenomenal pianist Kristian Zimerman. I think that he just adds an extra level of sublime majesty to it. It becomes a music of heavenly experience.  So if I add that comment, I must say that Mikołajczyk play was different. But different in a good way. Whether on purpose or just the atmosphere and the smaller sound of his piano – his version took me back to earth. And not in unpleasant way. To the contrary. The ballad suddenly become more real. Yes, it was a dream, but a real dream, a musical stroll toward concrete (even if we do not know that particular moment, the ‘thing’ that gave it an impetus for Chopin) – it was touchable, within listener’s grab. And that helped me to see the other level of the music. Another way of ‘feeling’ it. And I truly liked it a lot.

What followed were two Chopin’s nocturnes from the same opus 62 (no 1 and 2). Both, as intended by Chopin, played  ‘note to note’, without interruption. Mikołajczyk played them with high respect for the musicality of it. As if he was trying to understand the still young, yet already weary and tired of life Chopin, as it was composed by emotion, not the strength  of his hands. I thought that he used the tempo augmented by intervals not just to travel through time but actually to attempt to travel through space. To let the sound fully develope before it dies naturally or is shorten by mechanical way. It added an extra depth to the music, or rather showed the depth of it as surely intended by composer.

Franz Schubert music (Mikołajczyk played his two Impromptus: G-Flat Major, No 3 and E-flat Major, No 2) is very different than Chopin’s. An early, German romantic composer was still under strong influences of classical period and the way music was played in countless little Royal and Princely Houses (or Bishopric palaces) spread through Austria and German states and palatinates. The German style of romantic music was also different than Polish romanticism. It was more absorbed by elements of nature, certain darkness and mysticism of it, tragic love and old myths, following the footsteps of Goethe and Schiller. That early romanticism, coupled with somewhat  ornamental music of the German courts is representative in his Impromptus. More an arte pro arte musical prowess than a deep spiritual experiment.

In second part we have heard how Canadian contemporary composers, of which Coulthard Piano sonata no 2 is another gem. Very well composed, combining audible parts of western musical tradition and modern music compositions. A marriage of descriptive music ( as classical music from renaissance till modernism used to be) to abstract musical forms. Considering the fact that it is very new composition for Mikolajczyk, he played it exceptionally well. I have heard it before and his interpretation did not fall behind it – to the contrary, perhaps. Maybe I’m a bit skewed in my praises, as I do like his style of playing, but I am also rather known (unfortunately) for being honest and not easily giving praise, were praise is not warranted. I said it, because I think that even in that short period of time since I heard him acutely the first time – Mikolajczyk’s play has already matured, become more refined and more confident. I have the feeling that he either already is in that moment or ready just to enter one, where a musician, an artist, can – without arrogance- say: I know what I’m doing here. Just give me the score and the instrument and there will be music. Let it be music, then. Ladies and Gentlemen.

I would be amiss, if I wouldn’t write about another, very special moment from that concert. Special moment, that touched me very much so. As we know Mikołajczyk is a young and talented pianist, who last year came to Canada, straight from Poland. The same generation as our Canadian Jan Lisiecki (of course, they have much more in

04-IMG_4086
B. Pacak-Gamalski with Jan Lisiecki (Vancouver, Feb. 2018)

common, as Lisiecki – this year JUNO Awards recipient – was born in Calgary but has a very strong and dear to him connections to Poland, not only because of Chopin but mainly because he was raised as Polish Canadian and is proud of it). Generation that is future of Canadian, Polish and international music. But – before we take the flight into the future – we should never allow ourselves to forget about those, who cultivated music here in earlier generations. They were the ones, who toiled the soil. Toiled it also for the new, younger generations of musicians. As is the case of Richard Wrzaskała (ah, the Polish names, ha ha ha – how do they manage to spell it?!) – a prominent Polish born and educated composer and orchestra director, who moved to Canada many years ago. Richard, also a dear friend of mine, made a mark on our, Canadian musical stage.

5-IMG_3593
Łukasz Mikołajczyk with Canadian-Polish composer R. Wrzaskala and the author B. Pacak-Gamalski

One of his popular composition is called ‘Mazurka Fantasie’ – it’s a play, a musical commentary of sort on his own connection and sources of musical inspiration in beloved Chopin’s musical heritage. Elegantly composed, uses the repeating main theme to stress the point of what is the central core of his own inspirations. I see it, whenever I listen to it, as a nostalgic nod to the past, as eloquent saying: thank you Monsieur Chopin, it has been a privilege to walk through my life with your music.

Mikołajczyk’s program for the concert did not contain Wrzaskala music. But, as the concert ended and the audience, as often expected, demanded an encore – the young pianist returned and played exactly that composition: Wrzaskala ‘Mazurka Fantasie’.  And played it so tenderly, so soft that it moved me to the core. It is very obvious and beyond any need to explain, that Chopin’s music is at the heart of both Mikołajczyk and Wrzaskała musical heritage. By playing that piece he did pay homage to it. How elegant, Lukasz.

 

Finally, last but not least – not least by a huge margin under any circumstances. Very soon, thanks to Vancouver’s own classical music organizers and promotors, Vancouver Chopin Society, we will be treated to special event: piano concert of one of the best pianists of his generation, the incomparable Rafał Blechacz. Blechacz international fame could be only compared to his own talent and hard work.  If nothing unexpected or tragic will happen, this 33 year old musician in 20 years’ time will be what Zimerman is now, what Garrick Ohlsson and Martha Argerich are, earlier Vladimir Ashkenazy, Daniel Barenboim and  what Horowitz and Rubinstein were.

640px-Blechacz
Rafał Blechacz (photo: By Michał Kobyliński – used under Wikipedia Commons Share Licence)

His star shot to fame right after winning  the  prestigious International Chopin Competition in Warsaw in 2005. Since than he received top prizes and accolades in many international competitions, festivals. In 2014 the New York based America Gilmore Artist Award (considered by many as the equivalent to ‘Nobel Prize” in music) named him the most outstanding pianist in the world.

His concert in Vancouver will take place on the main stage of Playhouse Theater, on Sunday, Aprill 22 at 3 PM. The program consists of  A. Mozart Rondo in A minor, K. 511; Sonata in a minor, K. 310;  L. van Beethoven Sonata in A Major, Op. 101; R. Schumann Sonata No. 2 in g minor, Op. 22;  F. Chopin  4 Mazurkas, Op. 24 and Polonaise No. 6 in A-flat Major Op. 53.

It will also be a special, anniversary concert commemorating 20 years of Vancouver Chopin Society, which in that time has become a staple of our musical life here.


(note from an author: what follows is a Polish language musing on the same subject. However, at the very end of the review, there is a short rebuke of an unfortunate tirade of Vancouver well known musician and pianist, Robert Silverman. As it is not really a part of my review of Mikolajczyk concert, but very much part of the conversation on the subject of Chopin and his music – I decided to show you an excerpt of Mr. Sliverman’s strange diatribe and my response to it. So, please do scroll to the end and you will find the texts in English.)

24 marca, w prywatnej rezydencji na terenie Uniwersytetu British Columbia  miał miejsce bardzo udany, kameralny koncert pianistyczny Łukasza Mikołajczyka. Organizatorami koncertu była grupa Music Friends, która podjęła się organizowania tego typu kameralnych, w tradycji dawnych Salonów Muzycznych, spotkań z ciekawymi muzykami z Vancouver i okolic.  Zachęcam bardzo melomanów do śledzenia kalendarza koncertowego tej grupy – możliwość uczestnictwa w tak kameralnym wydarzeniu muzycznym jest nieporównywalna do wielkich sal koncertowych! Nastrój i specyficzna intymność, która łączy wykonawcę ze słuchaczem są przeżyciem specjalnym i wyjątkowym.

W programie Mikołajczyka (nazwanym bardzo ładnie:  „From Europe to Canada with Lukas Mikolajczyk”) była muzyka Chopina (Ballada Nr 4 f-moll; Scherzo Nr 4 E-dur; i Nokturny Nr 1 i 2, B-dur i E-dur), Schuberta ( Impromptu Nr 3 Ges-dur i Nr 2 Es-dur), kanadyjskich kompozytorów współczesnych Paula Crawford (kompozycja, którą można określić ‘obrazkiem muzycznym’ pt. „Did you hear that winter’s over” z pogranicza muzyki poważnej i muzyki popularnej) oraz Jeana Coultharda (Piano Sonata Nr 2).

Pianista każdą część koncertu poprzedzał bardzo dobrze przygotowanym wprowadzeniem słownym. Posunął się nawet nieco dalej w opisie, ilustrując stosownym fragmentem muzycznym cechę lub specyficzność muzyczną utworu, który opisywał.  Takie personalne wprowadzenie jest bardzo dobra i mile widzianą rzeczą. I choć czasem trudną do przeprowadzenia na wielkiej, formalnej scenie olbrzymich sal koncertowych – wyjątkowo przydatną właśnie w takich kameralnych warunkach. Olbrzymia większość z nas nie przychodzi na koncerty ze zwojem nut i bez względu na zasób wiedzy muzycznej nie jesteśmy w stanie znać szczegółowo większość utworów nam prezentowanych.

Ballada nr 4 f-moll jest ostatnią balladą Chopina i wyjątkowo bogatą w muzyczne ‘słownictwo’. To utwór wyjątkowo piękny a jednocześnie trudny dla pianisty. Gdyby tylko skupić się na jej technicznie idealnym wykonaniu – bardzo łatwo zagubić jej element poetycki, marzycielski. Jest zajęciem chybionym (na pewnym etapie talentu i umiejętności technicznych wykonawcy) porównywanie jednego pianisty do drugiego. Mimo to, wyjątkowo tylko, zrobię to by oddać własne, indywidualne sympatie muzyczne. Otóż do tej pory, ze współczesnych koncertujących teraz pianistów, za najlepsza jej interpretację uznaję sposób, w jaki robi to Krystian Zimerman. Jest to technicznie idealne a jednocześnie przekazuje jakąś dziwną majestatyczną tajemniczość tej ballady. Gra Mikołajczyka obudziła we mnie inne wrażenia. Wydała mi się podkreślać nie jej akcent majestatyczno-tajemniczy, a dużo lżejszy, poetycko-osobisty. I bardzo mi się to podobało. Dzięki temu otworzyło to dla mnie, tylko amatora muzyki a nie muzykologa, nowe pokłady tego pięknego utworu. Może była to też ‘wina’ kameralności, intymności tego koncertu? Nie wiem. Takie w każdym razie – dobre – wrażenie z tego odniosłem. Nie przysłoniło to w niczym wyjątkowości interpretacyjnej Zimermana ale pozwoliło na inne na nią (tej ballady) spojrzenie, zrozumienie jej wielowarstwowości. Gdyby wszyscy ‘najwięksi’ grali identycznie – jakiż sens byłoby chodzić na koncerty? Ostatecznie pianista, skrzypek czy wiolonczelista tylko siedzi lub stoi w miejscu przy instrumencie i gra. Nic więcej. Ani sztuczek nie pokazuje, ani skacze, biega, nie gimnastykuje się na drążku lub linach. Wystarczyłoby tą ‘najlepszą’ płytę kupić i grać sobie w domu na okrągło. Wszak ideału, raz osiągniętego, ulepszyć nie sposób.

W scherzu miał możliwość wykazania całej bogatej tkaniny temp, melodii. Podobnie, jak Ballada f-moll, te scherzo jest ostatnim scherzem Chopina. I trochę innym od pozostałych. Jest tematycznie (nie muzycznie) utworem najlżejszym, więc jakby nieco ukłonem wobec poprzedniej, barokowo-klasycystycznej tradycji. Trzeba generalnie zaznaczyć, mimo tego ukłonu wobec tradycji starszej, że scherzo , jako rodzaj muzyczny, dzieli się na dwa kompletnie odmienne etapy rozwoju: scherzo, jako gatunek muzyczny przed Chopinem i scherzo, jako gatunek muzyczny po Chopinie. Nie ma tu nawet cienia wątpliwości. Tak, jak astronomia dzieli się na przed-kopernikańską i po-kopernikańską, tak scherzo jest przed-szopenowskie i po-szopenowskie. Trochę zaczął iść w tym kierunku już Beethoven – ale dopiero Chopin zrobił z tego kompletnie nowa szkołę komponowania tego gatunku muzycznego. Z bardzo dobrej gry Mikołajczyka tą głębię i wielopłaszczyznowość scherza było łatwo rozpoznać i ją docenić.

Nokturny, zgodnie z życzeniem zresztą samego kompozytora, grał łącznie. I znowu – celował w ich materii poetyckiej, marzycielskiej.

Franz Schubert, niemiecki kompozytor przełomu między szkołą klasycystyczna a romantyczną, u schyłku swego życia skomponował kilka impromptu. Krótkiej, niezbyt rozbudowanej formy muzycznej, która właśnie u romantyków stała się dość popularna. Ale powiadają, że czym skorupka za młodu nasiąknie … Takoż i impromptu Schuberta stale w swej ornamentyce cofają się do czasów jego mistrzów i jego własnej wczesnej twórczości. Odnosi się czasem wrażenie, że słucha się ich w jakimś dworze niemieckiego królewiątka lub palatyna tudzież na dworze biskupim w Austrii lub Bawarii. Przy baroku kapiącym złotem z plafonów i ścian… Miłe uchu przerywniki muzyczne.

Schubert i kanadyjski kompozytor współczesny Paul Crawford były właśnie takim miłym i lekkim przerywnikiem muzycznym w koncercie Mikołajczyka.

Natomiast utwór ostatni, również kanadyjskiej kompozytorki z Brytyjskiej Kolumbii, Jean Coulthard, Piano Sonata No 2 był głęboki i bardzo ewokacyjny.  Słuchający tego utworu mógł znaleźć tam wyraźnie zarysowane fragmenty całej opisowej, europejskiej tradycji muzycznej, by nagle wejść w obszary współczesne muzyki ‘czystej’, abstrakcyjnej. Skomponowana w formie pełnej sonaty kompozycja daje dobry przykład muzycznej wiedzy i zdolności Coulthard. We mnie Mikołajczykowi udało się obudzić zainteresowanie tą kompozytorką (tą że sonatę gdzieś kiedyś już słyszałem ale najwyraźniej nie była chyba tak dobrze grana, bo wrażeń z tego głębokich w pamięci nie zostawiła) i chęć poszukania jej muzyki, poznania więcej z jej spuścizny.

Na zakończenie tych muzycznych refleksji nie mogę pominąć ostatniego wydarzenia tego koncertu, poza-programowego. Na bis pianista przygotował utwór Ryszarda Wrzaskały, „Mazurka Fantasie’. Był to bardzo uroczy ukłon wobec pana Ryszarda, jego wszechstronnych talentów muzycznych i energii, z jaką się przez dziesięciolecia tymi talentami z nami dzielił. Tego mazurka Wrzaskały słuchałem wielokrotnie w licznych interpretacjach. I w licznych, nie zawsze idealnych, warunkach koncertowych. Mikołajczyka ‘ukłon muzyczny’ był bodaj najlepszym wykonaniem tej kompozycji. Pełen wdzięku, tęsknoty i oddający ducha tego mazurka. Mazurka Fantasie to utwór na wskroś nostalgiczny, to muzyczny, prosty i czysty w formie, spacer w przeszłość i podziękowanie Fryderykowi Chopinowi za muzykę, która towarzyszy Wrzaskale prze całe życie i jakże często jest źródłem jego własnych inspiracji muzycznych. Łukasz Mikołajczyk przekazał nam wizje tego ‘spaceru’ w sposób nader elegancki, lekki i ujmujący serce. Należy mu się za to ode mnie głęboki i wdzięczny ukłon.


Now, that subject of a strange diatrybe of Robert Silverman… Perhaps I would first quote a particularly strong fragment of his opnion and, at the end, offer you a link to the full text of Silverman. Right after the quote is my responce.

“Franz Liszt for instance, played Chopin with such virtuosity, brilliance and panache, not to mention his own emendations to the scores calculated to show off his unique skills, that he quickly spawned a crowd of emulators whose descendants existed well into the 20th Century. Rachmaninoff, Horowitz, and later, Nelson Freire and perhaps Argerich in her most frenetic moments come to mind. Chopin, however, could not stand the liberties Liszt took with his scores. (“He can’t keep his hands off ANYTHING!” he once said about Liszt. Still, the fact remains, audiences loved Liszt’s performances of Chopin. I’m sure I would too.
A couple of decades later later, the Russian pianist Anton Rubinstein found in his music a sense of world-weariness and romantic longing that gave it an undeniably attractive romantic aura that you’d have to be a cold fish not to like. And so another “Chopin Tradition” was born. Anton Rubinstein was unquestionably a great pianist, as were those who have followed in his footsteps, primarily Josef Hoffmann. That’s probably the style I feel most comfortable with.
But in the hands of lesser talents, that “Tradition”(usually pronounced with a rolled “r”) resulted in what would have given the composer nightmares: vulgar, undisciplined, technically sloppy exhibitions of how not to play Chopin, or for that matter, any other composer. But because Chopin’s music is so beguiling, so utterly effective, audiences who have not studied what’s actually on the page were and still are easily fooled. (Vancouver recently was treated to an exhibition of this sort of dilettantism at a church downtown several weeks ago. The final insult was that the guy played on a period instrument so that he could lay claim to “authenticity.”) Fortunately that style of playing has all but died out.”  (Robert Silverman “Chopin at the piano“)

Robert Silverman, well known Canadian pianist and former Head of UBC School of Music, offers his , hmm, let’s say personal insights on the character of Chopin’s music. Of whom, as a musician and a pianist, he seems to be a big fan. And, as a music scholar, his insight is much appreciated and worthwhile. Especially when he talks about the way Chopin composed, wrote down his music. How meticulous he was in many directions he left on the score for other pianists to augment their playing of his compositions. One can argue about this or that in his opinions. One cannot refuse him his knowledge and reasons for such, though. But when he is giving, in a style of ex cathedra, very strong opinions on the way Chopin must an must not be played –that’s altogether different matter. His caesarian ’edicts’ on which school of playing Chopin is the right one and which is wrong are nothing but opinions of Mr. Silverman. One does not disavows with such a cavalier manner entire traditions going back to the time of his last students. And the students of their students. These were people, who heard Chopin playing. Not just written opinions about it. And when Mr. Silverman notices the recent concert in Christ Church Cathedral (or as he calls it: ‘in one of the churches Downtown), when Chopin was played on an epoch piano by very much internationally respected pianist (not a star by any means, but then neither is Silverman) without even using his name and referring to his play as ‘dilettantism’ – this is not only a sign of bad manners. It is a sign of overgrown ego. Or jealous player.

As to the accuracy of how Chopin wrote his compositions and how he wanted them to be played—I can’t even try to dispute his level of professional knowledge with mine—yes, dilettantism, on this matter. Only a side note: it is worth mentioning that it was Chopin well known practice of re-working his compositions ad nausea at times. Even after copying the last, final version (the ‘final’ was not an important word in Chopin’s vocabulary) of manuscript. To add to confusion—he regularly sent his ‘final’ editions to three different publishers in three different countries: France, England and Germany. And then, after a while, sending them some changes here and there in the composition. Not always the same changes to all three publishers. Sometime just to his French printers, forgetting about the others … . Sometimes, when his students were playing his printed/published composition … he would grab the score and cross out some melodies, or tempo, or change slightly a passage … .  Indeed, he was very uniform, always clear of the concept and pianists always had the unchanged, final version of his music… yes, it is my slight attempt at sarcasm.

There are even unresolved disputes as to the use of tempo rubato in Chopin’s compositions. Case in study: Ignacy Paderewski, who was a star and most important of Chopin’s music pianist in his time. Today many say he used the rubato excessively. Did he? I have no opinion nor enough knowledge about that subject. On the other hand I know that Paderewski studied under professor Leszetycki, who in turn worked with Russian great musician Antol Rubinstein, who played for Chopin and for whom Chopin played. Perhaps they knew a bit how he played … Perhaps. Anyhow, that’s just my opinion.

How do we know what was Bach preference of playing his fugas? That goes for all art forms that need to be performed by others, by stage artists. We are so used to the way Shakespeare is spoken today, in a style of great actors like Gielgud and Olivier, which mimmicks that of XIX century British aristocracy, that only recently linguist scholars protested against it as totally innacurate and therefor making the plays way too long. Poor William (or was it Marlow?) would have been forrified hearing how it is spoken from stage today. Perhaps his ability of understanding the words would be constrained as often as ours is, when we read his plays.

As to the the pianist, who, according to Mr. Silverman, played Chopin so ‘dilletantly’ in that concert in Aglican Cathedral – it was was no other than Janusz Olejniczak. One of my personal favored. And another side note: I do write from time to time, here and there, my personal notes from concerts and musical performances. But they are what they are – personal reflections and opinions, not a formal musical reviews, I have no formal musical education to pretend to such a role. Classical music simply surrounded me from the cradle (and that is a fact as a huge concert piano towered above my baby bed and was often used by classical pianists and amateurs alike) till today. I just love it with a passion. Mr. Silverman, I am certain, possess far more theoretical knowledge about music that I ever will. And one assumes that knowledge goes with wisdom hand in hand. Unfortunately, not always …

Polki i cena aborcji

Są chwile na żarty i krotochwile. Są chwile zmęczenia, zwykłego nawet znużenia polityką. Zwłaszcza polityką kraju niby swojego, a przecież odległego, gdzie od lat wielu się już nie mieszka. Gdzie i tak decydować o jego losach będa ci, którzy tam pozostali i są. Jestesmy symbolicznie jego częścia, ale bardziej w wymiarze kulturowym niż politycznym. I tak być powinno. Promować, rozwijać samemu tutaj, polską kulturę i jej szlachetne wątki (nie zajmując się jednocześnie ukrywaniem lub zamiataniem pod dywan tych brzydkich, które też są) – to nasza droga. Droga w czasach normalnych.

Co zrobić jednak , gdy czasy normalne zdaje się jakby ukryły się w szafie, schowały za rogiem? Wtedy milczeć i udawać, że to nie nasze sprawy nie wolno. Tak, jak nie wolno nam milczeć teraz właśnie, gdy w każdym momencie kobiety w Polsce mogą być postawione wobec całkowitego zakazu aborcji. To wykracza poza sprawy  sporu ideowego, poza ramy religijne (chyba, że mieszkasz w państwie teokratycznym a nie w rzeczypospolitej/republice.  Pokoleniom kobiet zabrało setki lat powolne wyrwanie się z tego obłędu śmierci, kalectwa i potępienia moralnego. Gdyż prawda jest taka, że slogany pełnego zakazu aborcji są sloganami śmierci a nie życia.   Że były w dalekiej przeszłości, a w krajach pół dzikich (lub właśnie w dyktaturach wyznaniowych) są do dziś, narażaniem na śmierć i okaleczenie. Że kobiety umierają w czasie nie medycznego usunięcia niechcianej ciąży, zostawiając wielokrotnie w domu dzieci już posiadane, które nagle stają się sierotami.  Nie będę wdawał się tu w anachronistyczne dysputy, czy zarodek,  wczesny płód, to dziecko czy zlepek komórek, który dopiero skutkiem trudnej i nie zawsze skutecznej dalszej przemiany może się dopiero rozwinąć w osobę ludzką. Że olbrzymia ilość kobiet nawet pojęcia nie ma, że mogły mieć już w swym życiu niejedną taką naturalną ‘aborcję’ kiedy ich organizm nie przyjmuje tego nowego związku komórek i go usuwa.

Co warto i trzeba w takich momentach wykrzyczeć do państwa, które swe obywatelki tak chce zniewolić to po prostu zwykłe:  Polki to nie szkapy i krowy, które prowadzi się na sznurku do byka i ogiera. To nasze matki. Nasze siostry, żony, przyjaciółki. To LUDZIE, OBYWATELKI. Na zniewalanie ich zgody być nie może. Nigdy nie będzie. Tylko kobieta ostatecznie tą decyzje na całe życie może podjąć. Tylko osoba, która jest w tej ciąży. Jest pewna miła symbolika w popularnym powiedzeniu, że to cała wioska wychowuje d19399614_1969168466442475_2860928822064474706_nziecko.  I o ile jest ono stosowne w opiece socjalnej i sąsiedzkiej, jakiej rodzinom może i powinno społeczeństwo dostarczyć – rzeczywistość jest taka, że dziecko jest wychowywane przez rodziców lub rodzica. I na tych ludziach spoczywa tego ciężar. Więc społeczeństwo nie ma prawa decydowania o czyjejś ciąży. I nie jest tak, że kobiety w Polsce masowo domagają się ‘aborcji na żądanie’. Przeciwnie – jest raczej większość olbrzymia za poważnymi ograniczeniami aborcji związanym z wiekiem płodu  i później dziecka w łonie matki. Jak w różnych krajach sprawy tego wieku rozwiązano zależy już głównie od środowisk medyczno-naukowych. I to nic z tym zakazem kompletnym aborcji nie ma wspólnego.

Autentyczna polityka pro-rodzinna i dążąca do pozytywnego bilansu przyrostu naturalnego państwa nigdy nie jest zależna od praw aborcyjnych a od konkretnej pomocy dla rodzin.  Trzeba stworzyć sytuacje i warunki, by ludzie chcieli mieć więcej niż dwoje dzieci a nie zmuszać je do tego by dzieci mieli. A już szczególnie jakieś szaleńcze pomysły zmuszania do rodzenia dzieci, które szansy na przeżycie mieć nie będą, co medycyna natalna może dość dobrze dziś rozpoznać.

Zakaz aborcji jest zakazem dostarczenia kobiecie opieki zdrowotnej. A to już przestępstwo. Jeżeli w prawie polskim kobieta (jeszcze) jest uznawana za człowieka, a więc pełnego obywatela – ograniczanie jej dostępu do opieki medycznej jest łamaniem najbardziej kardynalnej zasady konstytucyjnej w Polsce: równości wobec prawa. Wybory religijne są już tylko wyborami moralno-etycznymi indywidualnymi. Nigdy nie mogą być zbiorowymi.  Bo wówczas godzą w kolejną kardynalną zasadę konstytucyjną: prawa do wolności religii. I do wolności od religii. Szaria czy muzułmańska czy katolicka dalej jest szarią. Tyle, że tu nie chodzi o jakieś szmatki na twarzach czy długie suknie a o coś wielokroć poważniejszego.

Nieszczęściem istniejącego w Polsce prawa aborcyjnego jest to, że jest złe z gruntu. Nazbyt restrykcyjne i obciążające najbardziej biedne materialnie kobiety. Tj. te które albo musza ponosić niewspółmiernie wysokie koszty wyjazdów na zabiegi do krajów o mniej restrykcyjnych prawach aborcyjnych albo do szukania pomocy właśnie w nielegalnych (więc niebezpiecznych dla ich zdrowia i życia), podziemnych aborcjach. Gdzie nie ma już  żadnej ochrony dla płodu/dziecka, a jedynym pytaniem, jakie jest zadawane jest najczęściej: za ile?  W momencie wprowadzenia zakazu aborcji ta cena byłaby za każdym razem zbyt wysoka.

Marzec 68′ w perspektywie 2018

by Bogumił Pacak-Gamalski

marzec

50 lat temu, w marcu 1968 roku wypędzono z Polski kilkanaście tysięcy Polaków żydowskiego pochodzenia.  Skazano ich na banicję. Czy to było dużo? Wyrzucenie z kraju jednego obywatela to powód na alarm. Wyrzucenie kilkunastu tysięcy to tragedia na skalę szekspirowską, homerycką. Jeśli te kilkanaście tysięcy to blisko połowa mniejszości narodowej, która liczyła ledwie  ćwierć wieku wcześniej miliony, to tej zbrodni do niczego nie da się porównać.

Jak do tego doszło, jakie były powody tych nieoczekiwanych decyzji partii komunistycznej (PZPR) w Polsce? Przyczyny bezpośrednie powstały  w 1967 roku w wojnie arabsko-izraelskiej.  Tzw. Demoludy (czyli i PRL) były silnie zaangażowane po stronie arabskiej, Zachód po stronie izraelskiej. Szokiem dla PZPR było wyczuwalne silnie  nastawienie Polaków na sympatie pro-izraelskie.  Popularnym było wówczas powiedzenie ‘ale nasi Żydzi dogrzali Arabom i Sowietom!”. Tym nastrojom nie potrafiło skutecznie przeciwdziałać  Biuro Polityczne Władysława Gomułki.

Moczar
Mieczysław Moczar, czołowa postać PZPR

Wykorzystał to słynny ‘narodowiec’ komunistyczny Mieczysław Moczar, który od lat marzył o przejęciu władzy i pozbyciu się Gomułki.  Moczar był trochę takim ówczesnym (tyle, ze komunistycznym a nie katolickim) Macierewiczem PZPR. Gomułki nienawidził nie tylko za wytrącenie mu pałeczki z ręki ale i za to, że nie zrobił po śmierci Stalina czystki w szeregach PZPR. Czystki, która miała pozbyć się elementu żydowskiego w partii. A tego elementu nienawidził jeszcze bardziej niż samego Gomułki. Był narodowcem-komunistą, tak jak po drugiej strony ideologicznej barykady narodowcem-katolikiem był Piasecki z PAX-u. Żydzi-komuniści zawsze bliscy byli ideom kominternowskim (skrzydłu międzynarodowego komunizmu)  lub – po potępieniu Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie- później skrzydłu ściśle pro-sowieckiemu.  Moczar te elementy wykorzystał i zaatakował Gomułkę, że chroni w partii i Polsce siły syjonistyczne. A syjonizm, po przegranej Arabów w wojnie izraelsko-arabskiej, stał się w latach 60. terminem bardziej znienawidzonym i wrogim niż nawet zgniły kapitalizm i imperializm zachodni.

Uśpiony, po tragicznej hekatombie Żydów polskich, anty-semityzm  był łatwo ciągle podatny na taką papkę propagandową. Sprzyjała ona  od lat szeptanej propagandzie ze środowisk ultrakatolickich narodowców i ‘narodowców’ komunistycznych, że cała gehenna i zbrodnie doby stalinowskiej w Polsce były przeprowadzane rękoma polskich Żydów.  W kraju, który poniósł tak olbrzymie straty w szeregach swoich elit intelektualnych i szeroko rozumianej szarej inteligencji  – opinia publiczna coraz łatwiej spoczywała w jedynych ‘wygranych’ klasach społecznych PRL: biedoty wiejskiej i niewyspecjalizowanej ani wykształconej rzeszy robotniczej. To te warstwy były najbardziej podatne na grubo ciosaną propagandę partyjną.  Gomułka wpadł w pułapkę Moczara i tą przynętę ‘syjonistycznego spisku’ połknął. Zresztą nie bez przyczyny określany mianem ‘betonu partyjnego’ ( nota bene określenie to ukłuł wybitny filozof materialistyczny i wówczas komunista Leszek Kołakowski) też szczerze nie znosił Polaków żydowskich, którzy na ogół zaliczali się do grona intelektualistów i inteligencji w szeregach partii komunistycznej. A już z kwestii czysto praktycznej – czyż nie było wygodniej zaatakować maleńkiej grupki narodowościowo-religijnej niż np. ten cholernie ciągle potężny Kościół Wyszyńskiego, lub Ślązaków lub Kaszubów czy Mazurów?! Lub całą inteligencję polską, która do prowadzenia państwa była jednak niezbędna!?

Zwłaszcza, że ta inteligencja, która wydawała się być kompletnie spacyfikowana i zastraszona – podniosła jednak głowy po zdjęciu ze sceny w Tatrze Narodowym prowokacyjnych (zdaniem ambasadora Sowietów)  „Dziadów” Mickiewicza. I poważne, bo na skalę ogólnopolską protesty tysięcy studentów polskich.

Najsilniej na tą nagonkę i na symboliczny atak na „Dziady’ i wolność twórczą zareagowały środowiska inteligencji naukowej i artystycznej, czyli czołówka intelektualna państwa. Co ciekawe, były to często środowiska lewicowe (Michnik, Kuroń, Kołakowski). Poparły je rzesze studenckie – tj. tych, których bezpośrednio nie dotknęły bezwzględne prześladowania doby okupacji i późniejszego terroru stalinowskiego. Zastraszona i zdziesiątkowana większość ‘szarej inteligencji’ mimo sympatii dla studentów i intelektualistów – siedziała cicho i nie wtrącała się. Obojętnie, lub wręcz wrogo, ustawiła się najpotężniejsza klasa robotniczo-chłopska.

 To było tło ‘czystki anty-żydowskiej’. Propaganda bardzo sprytnie wkomponowała protesty w pejzaż anty-polskiej i anty-socjalistycznej kreciej roboty syjonistów i do masowego poparcia dla studentów nie doszło. Przeciwnie, dość wyraźne było (naturalnie ściśle sterowane przez władze partyjne) wręcz wrogie nastawienie tej najliczniejszej i najważniejszej dla PZPR klasy robotniczej. Wielu naiwnych i ‘dobrzechcących’ badaczy tamtego okresu do dziś nie docenia tego faktu i minimalizuje postawy robotniczo-chłopskie w PRL-u lat 50., 60 i początków 70. Były one generalnie niechętne inteligencji polskiej, generalnie gotowe udzielić kredytu zaufania władzy komunistycznej. I prawda twarda jest też taka, że te lasy najliczniejsze ale i najbiedniejsze nigdy takiego awansu społecznego i klasowego nie przeżyły w Polsce 1918-1939. Ta Polska komunistyczna wyciągnęła je z nędzy. Nie do dobrobytu, raczej do biedy. Ale między nędzą a biedą jest duża różnica. Na krótki czas i jedyny w naszej historii stali się nagle klasą ‘panów’.  Na podobnej zasadzie jak w wiekach XVI-XVIII były nią rzesze biedaków szlachty zagonowej, którym wmówiono, że są ‘równymi wojewodzie obywatelami’.  Fakt, że PRL szybko zrezygnował z polityki aktywnej represji wobec Kościoła umożliwił im pogodzenie ateizmu komunistycznego z przywiązaniem do wiary katolickiej. Innym, do dziś bardzo niechętnie poruszanym tematem, jest kwestia przejęcia własności po-żydowskiej po Holokauście. Nie tej wielkiej, bankowo-industrialnej. Tej po-żydowskiej biedocie: pozostałych tysięcy domków-drewniaków, sklepików, warsztatów handlowo-rzemieślniczych. Nie wszystkie miasteczka i miasta były zrównane z ziemią jak getto warszawskie. Większość prowincji przetrwała nie tak najgorzej w strukturze materialnej. I te rzesze najbiedniejsze chętnie się tam wprowadziły. Więc resztek tego elementu żydowskiego było wygodnie się pozbyć. Nie kłuły w oczy. Jak przestali istnieć to jakby i cały temat umarł. Stare cmentarzyki po prostu zarastały trawą i krzakami. Tak, jak pamięć i sumienia.

Odzyskawszy suwerenność mogliśmy jednak sami zacząć w tych ‘zarosłych’ cmentarzykach grzebać. Odsłaniać coraz mniej wygodne wspomnienia, przykryte kurzem historii fakty. Wiele pięknych. Jeszcze więcej brzydkich. Niektóre – wierzę mimo wszystko, że nielicznych stosunkowo – zbrodnicze. Rzeczywistość wolna zmusiła nas do spojrzenia w lustro bez makijażu, bez retuszu. Nikt tego specjalnie nie lubi. Zwłaszcza po 50 latach oczyszczonej, wysterylizowanej wersji historii. Gdzie i lewica rządząca i opozycja niepodległościowa zmuszone były sytuacją polityczną do bronzowienia i złocenia wszystkiego, co z Polską w dobie II wojny światowej było związane. Tak, jak w XIX wieku potrzebna była wówczas a okazała się szkodliwa na dłuższą metę polityka kulturalna ‘ku pokrzepieniu serc’, tak podobne skutki miała gloryfikacja wszystkiego, co narodowe w latach 1940-1990. Powstała wersja historii popularnej ale nie zawsze i nie wszędzie pokrywająca się z historią rzeczywistą. Historia pisana na zamówienie oczekiwań społecznych.

To jest też w jakimś stopniu szeroka geneza roku 2018 i niesławnej nowelizacji Ustawy IPN.  I olbrzymiego, nieoczekiwanego przez partię rządząca międzynarodowego konfliktu, jaki ta ustawa wzbudziła. To na nowo przeorało społeczeństwo polskie. Z jednej strony oburzenie i protesty na świecie obudziły w rzeszach Polaków opór wobec tych protestów przez sprytne  (tak , jak w latach 1967-68) wpisanie tego w elementy ‘ataku na Polskę i Polaków’ i słynne (choć w rzeczywistości kompletnie podniesione do rangi , jakiej nigdy nie posiadały) określenia typu „Polish concentration camps’, ‘Holocaust przeprowadzany przez Polaków’, itd.  Ale tak, jak środowiska studencko-artystyczne tej taniej propagandzie rządowej przeciwstawiły się w 1968, tak tym razem o wiele szersze protesty wobec tej absurdalnej ustawy podniosły się z szerokich kręgów Polaków w kraju i z zagranicy. Wygląda na to, że politycy PiS na prawdę strzelili sobie w nogę i  ‘na złość mamie odmrozili sobie uszy’.

Nikt na taką skalę wewnętrznej (pomijam tu kwestie ostrego konfliktu polsko-izraelskiego i polsko-amerykańskiego, jaki ta Ustawa wywołała) polskiej dyskusji w Kraju i poza nim na te tematy nie wywołał, jak ta Ustawa. I może to jej, na długa perspektywę, jedyny pozytywny element.  I jej autentyczny element moralny, etyczny. Dużo ważniejszy dla nas samych, obywateli  polskich, niż jakiekolwiek materialne, ekonomiczne czy polityczne skutki bieżące. Wydaje mi się, że przekroczyliśmy pewną granicę rozumienia tej trudnej historii polskich stosunków polsko-żydowskich, z której nie ma już możliwości cofnięcia się w tył. Że polski anty-semityzm pokrył się na stałe wstydem i jakkolwiek nie zniknie ani dziś ani jutro – nigdy już z tej porażki ostatnich miesięcy się nie podniesie. I znowu – jest to ważne przede wszystkim dla nas, Polaków, obywateli Rzeczypospolitej.  Mało mnie nawet interesuje w tej chwili, jaki będzie miało to wszystko wpływ na stosunki polsko-izraelskie a już zupełnie bez znaczenia, jak to wpłynie na stosunki polsko-amerykańskie. I Izrael i USA na końcu i tak postąpią tak, jak będzie dla nich korzystnie. Polska jest w bardzo słabej pozycji rzeczywistego wpływu na decyzje amerykańskie, nie wiele więcej na decyzje izraelskie. Jedyne z czego skorzystać, jako państwo, może, to wyciągnąć lekcje, by tych stosunków nie psuć idiotycznymi i niepotrzebnymi ustawami i aktami.

640px-Tablica_Marzec_1968_Dworzec_Gdański
tablica na Dworcu Gdańskim w Warszawie skąd odprawiono z ‘biletem w jedna stronę’ tysiące polskich Żydów w 1968

Zaskakującym ale nader pozytywnym (wiem, że wiele osób zdziwi się, że to piszę) aktem było wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudu w Warszawie w rocznicę Wydarzeń Marcowych.  Polityk, który jest współwinny tej Ustawy – powiedział tak wyraźnie i tak dobitnie, jak jakikolwiek do tej pory jego poprzednik na Urzędzie Prezydenckim RP nie potrafił. Powiedział: jako Prezydent Polski – przepraszam.

Prezydent powiedział  też to w zaprzeczeniu wcześniejszej wypowiedzi premiera Morawieckiego, który usiłował odciąć się od jakiejkolwiek odpowiedzialności Polski i Polaków za ‘Marzec’68.

Nie można nie zauważyć, że w pierwszych słowach przypomniał i podkreślił bardzo pozytywna rolę w tamtych dniach m.in. Adama Michnika. Osobowość , obok Lecha Wałęsy i Prezesa Rzeplińskiego, najbardziej chyba znienawidzoną przez obecną władzę  w Polsce.  Z oficjalnej strony Prezydenta RP przytoczę obszerne fragmenty jego przemówienia. Są bardzo ważne. To przemówienie , być może jako jedyne Andrzeja Dudy, przejdzie do historii Polski. I słusznie. Bo te przeprosiny były konieczne. Są sprawiedliwe i godne.  Za te ‘przepraszam’ panu dziękuję, panie Duda.

(fragmenty przemówienia Prezydenta RP w Warszawie w rocznice wypadków Marca’68)

Niepodległość bez cenzury – tego się wtedy domagali, tego się domagali od komunistów. Komuniści oczywiście nie mogli tego zaakceptować, dlatego w sposób bezwzględny zmiażdżyli protesty studenckie. Zmiażdżyli je w sposób dla niektórych straszliwy – dla tych, dla których skończyło się to więzieniem, jak dla osławionych w polskiej historii komandosów, dla Karola Modzelewskiego, dla Adama Michnika.

/…/

Dziękuję, że Państwo tutaj są, bo zawsze musimy o tym pamiętać. Te wszystkie akty odwagi, takie jak 1968 rok, dążenie do wolności, do suwerenności, takie jak 1980 i 1981 rok, takie jak później całe lata 80., konspiracji niepodległościowej, podziemia solidarnościowego, takie jak przełom 1989 roku – one wszystkie złożyły się na naszą wolność i niepodległość. I ci wszyscy, którzy zasłużyli się swoją wielką odwagą, co chcę z całą mocą podkreślić ‒ właśnie w 1968 roku – są postaciami dla polskiej wolności pomnikowymi.

/…/

I wreszcie, proszę Państwa, to jest – co bardzo mocno chcę podkreślić – ten słodki aspekt tamtych wydarzeń. Mimo że niektórzy ucierpieli, mimo że zostali skazani na karę więzienia, mimo że znaleźli się w kopalniach, mimo że relegowano ich ze studiów, to gdy patrzymy z perspektywy historii, powiemy: „Tak, to byli bohaterowie naszej wolności. Tak, to jest ten słodki aspekt tego momentu, że byli tacy, którzy mieli odwagę sprzeciwić się komunistom”.

I pod tym względem ten teren Uniwersytetu Warszawskiego i to miejsce jest miejscem uświęconym bohaterstwem i odwagą ówczesnej polskiej młodzieży, za co dziś – jako Prezydent – składam im głęboki ukłon i głębokie wyrazy szacunku. Jesteście bohaterami naszej wolności. Tak jak Solidarność lat 80., tak jak Żołnierze Niezłomni, jak bohaterowie 1956 roku – tak i Wy jesteście bohaterami naszej wolności, jesteście bohaterami dzisiejszej polskiej niepodległości. Niezależnie od tego, co dzisiaj myślicie, jakie są Wasze poglądy i co wypowiadacie. Dla polskiej wolności, dla polskiej niepodległości jesteście postaciami pomnikowymi.

Ale jest jeszcze drugi aspekt tamtego czasu – ten gorzki, ten niesłychanie smutny, nad którym cały czas i dzisiaj, i w przyszłości trzeba się pochylać z żalem. Niektórzy mówią, że dzisiejsza Polska powinna przeprosić za tamten antysemicki akt dokonany przez ówczesne władze. Za to, że byli tacy Polacy, którzy się do tego wtedy przyłączyli. Za to, że wypędzono z Polski – bo tak trzeba to powiedzieć – paręnaście tysięcy ludzi.

Proszę Państwa, tak jak za Grudzień 1970 roku, za to, że strzelano do ludzi w Gdańsku, w Gdyni, tak jak za Radom, Płock, Ursus 1976 roku, tak jak za kopalnię „Wujek” 1981 roku, jak za błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszkę, za ludzi pomordowanych przez komunistów ‒ dzisiejsza wolna Polska niepodległa, moje pokolenie nie ponosi odpowiedzialności i nie musi za to przepraszać.

Ale chcę z całą mocą podkreślić, że z wielkim żalem pochylamy głowy ‒ pochylam głowę z wielkim żalem także ja, jako Prezydent. I tym, którzy zostali wtedy wypędzeni, i rodzinom tych, którzy zginęli, chcę powiedzieć: proszę, wybaczcie, proszę, wybaczcie Rzeczypospolitej, proszę, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce za to, że dokonano tego haniebnego aktu.

 

 Patrzę dziś na tę moją Polskę, na tę naszą Polskę dzisiejszych czasów XXI wieku i myślę sobie: co za żal, co za stratę ponosi dzisiejsza Rzeczpospolita, że Wy wszyscy, ci, którzy wyjechali, ci, którzy być może umarli przez tamten 1968 rok, że Was dzisiaj z nami nie ma. Że jesteście elitą inteligencji, ale w innych krajach. Że jesteście ludźmi sukcesu szanowanymi, ale w innych krajach. Że Wasza twórczość, Wasz dorobek naukowy, że Wasze wspaniałe osiągnięcia nie poszły na rachunek Rzeczypospolitej. Co za żal! Jakżeż mi jest przykro!

Byłem dzisiaj dosłownie przed momentem na Dworcu Gdańskim pochylić głowę, złożyć kwiaty pod tablicą. Stamtąd, skąd wyjeżdżaliście – Wy, Wasi rodzice. Rozmawiałem z Gołdą Tencer. Powiedziała do mnie: „Wie Pan, ja nie wyjechałam, ale największy żal, jaki chyba w nas jest, to żal za naszych rodziców”. I wtedy sobie, proszę Państwa, uświadomiłem: rany boskie, przecież wtedy wypędzono też tych, o których mówiłem, że walczyli o niepodległą Polskę 100 lat temu, że stali z bagnetem w ręku jako legioniści Rzeczypospolitej, że to ich przyjaciół gwiazdy Dawida znajdują się na nagrobkach żołnierzy Niepodległej, tych, którzy bronili Polski w 1920 i 1939 roku.

Szanowni Państwo, proszę ich o wybaczenie dla Polski, dla Rzeczypospolitej, dla tych, którzy wtedy to sprawili. I proszę ich, by tę prośbę o wybaczenie przekazali także swoim rodzicom – jak kto może: w myśli, w modlitwie. Polska moimi ustami o to wybaczenie prosi dla tamtych. Żeby zechcieli zapomnieć i żeby zechcieli przyjąć, że Polska tak bardzo żałuje, że ich dzisiaj w niej nie ma. (podkreślenie moje, autora artykułu).

MARZEC 68 – A SPÓR O CIĄGŁOŚĆ PAŃSTWOWĄ 

OBGbannerEagle

by Michał Stefański / Montreal

Pamiętam dość nieźle ten marcowy dzień (10 marca 1968 roku), kiedy stałem wraz z dwoma czy trzema setkami studentów przed budynkiem Biblioteki Uniwersytetu Łódzkiego słuchając sprawozdań z pamiętnego wiecu w Warszawie dwa dni wcześniej, a także przemówień kilku starszych wiekiem pracowników uczelni wzywających nas aby nie dać się sprowokować. No, bo – z jednej strony – młodzieńczy idealizm nakazywał bronić tych szczątków wolności akademickich, które w gomułkowskim PRL-u jeszcze istniały – a z drugiej strony – mówiono nam, że to po naszych studenckich plecach wspina się do władzy jedna frakcja rządzącej Polską partii komunistycznej kosztem drugiej. A w końcu też – szeptał niejeden z naszych bardziej bojaźliwych kolegów – czy aż tak bardzo się nam spieszy nadstawiać kark w obronie kilku rozhisteryzowanych synalków dawnych stalinowców w sporej części niepolskiego pochodzenia? Wtedy to właśnie dotarła do mnie i do wielu moich kolegów dziwna i niepokojąca świadomość jakiegoś ciągłego rozdwojenia najnowszej historii mojego kraju. Walka o demokrację w Polsce ukazała swoje drugą – niezbyt piękną – twarz. Jednak wówczas w te marcowe popołudnie w Łodzi nie było czasu nad tym wszystkim się głębiej zastanawiać. Ledwo przebrzmiały oklaski, a z kilku stron wokół nas rozległo się wycie syren milicyjnych. To nadjeżdżało „bijące serce partii” – w postaci oddziałów ZOMO. Przy takiej to muzyce w tamtych dniach marca 1968 roku kończyła się powoli „mała stabilizacja” towarzysza Gomułki. Było to dokładnie pięćdziesiąt lat temu.

Przed ok. tygodniem jeden z ważniejszych ideologów prawicy (a może lepiej rzec „neoprawicy”) sen. Jan Żaryn wyraził w mediach opinię – brzmiącą ni to jak odezwa, ni to jak ekspertyza – iż Polska nie ponosi żadnej odpowiedzialności za medialną nagonkę antysemicką w marcu 1968 r. z jednego prostego powodu. W tamtym odległym roku – zdaniem doktora Żaryna i jego kolegów – żadnej Polski nie było – i kropka. Nasz uczony i senator w jednej osobie, ma oczywiście na myśli fakt ówczesnej zależności PRLu od supermocarstwa ze wschodu. Do tego dochodzi demonstracyjne (choć mało konsekwentne) odmawianie ciągłości państwu polskiemu, nawet w jego półkolonialnej postaci jaką posiadała tamta rzekoma Polska Ludowa. Ten brak logiki odzywa sie co i raz w przeróżnych gestach i postanowieniach władz nowej Polski płynącej już ponoć bezpiecznym narodowym kursem. No, bo czy jest sens degradować gen. Jaruzelskiego, jeżeli pomiędzy jego czasami, a współczesnością ciągłości żadnej nie ma? Powiedzmy sobie – oficera obcej, wrogiej (choćby nawet polskojęzycznej) armii można nawet rozstrzelać – ale odebrać mu stopień wojskowy? Trudno by tu szukać jakiegoś głębszego sensu. Chyba, że owa niewidzialna nić ciągłości między tamtym państwem, a obecnym nie należy tylko do przeszłości, jakby się niektórym wydawało ?

Z oficjalnych, najnowszych (a więc z definicji „prawdziwych”) podręczników do historii dowiadujemy się, że w czasie zajść marcowych nie było dobrej strony. Na górze w rządzącej partii komunistycznej walczyły o władzę frakcja „żydów” z frakcją „chamów”. [Tak nazwał obie walczące grupy w Komitecie Centralnym PZPR znawca tematu Stefan Kisielewski]. Na dole – zarówno wśród partyjnych, jak i bezpartyjnych – ścierały się ze sobą tendencje liberalno-kosmopolityczne z rygorystycznie-narodowymi. Obie były całkiem autentyczne, przy czym ta druga miała niekiedy odcień antysemicki. Pamiętam mojego rodzonego wujka, obojętnego wówczas wobec Żydów oraz nielubiącego „czerwonych”, którego jednak cieszył widok strzyżenia lokalnych „hippisów” na komisariatach MO. Takich polskich patriotów, wyznających zasadę silnej ręki w służbie narodu było wtedy więcej. Aktualnie sen. Żaryn usiłuje z nich wszystkich zrobić bolszewików i mieć tym samym problem zajść marcowych „z głowy”, ale prawda jest bardziej złożona. Dla mnie np. – marzec roku 68 jest momentem przełomowym w powojennej historii kraju naszego dzieciństwa. Zdecydowanie ukazał on kruchość oficjalnej ideologii marksistowskiej nawet wśród członków partii. Ideologiczne zadęcie zwiędło, a spod ziemi wylazło to co zawsze tam było ukryte od lat trzydziestych. Z jednej strony zorientowani tylko na własny naród Polacy-katolicy, z drugiej rozmaici wolnomyśliciele i rodząca się zwolna po Soborze Watykańskim II „kato-lewica”. Z prawej militarnie nastawieni do życia Sarmaci pielęgnujący rodowe srebra i szable po dziadku, a z lewej pepesowcy, rewizjoniści i wszelkiej maści socjały. Na Leninie, Marksie czy Fidelu Castro prawie nikomu już nie zależało. Po marcu już nie było wielkiego sensu dzielić Polaków na pachołków Rosji i uciemiężony lud. Na placu boju zostali prawie wyłącznie narodowcy i liberałowie – zarówno w rządzącej partii, jak i poza nią. Te marcowe podziały zachowują w dużym stopniu ważność aż do dziś.

Wracając do tematu realności OKRESOWO ZNIKAJĄCEGO PAŃSTWA POLSKIEGO w latach 1945 – 1989, proponuję nie oddawać sprawy do Trybunału Konstytucyjnego w obecnym kształcie. Po co Szanownym Sędziom takie rebusy do rozwiązania? I tak za kilka lat następne wcielenie Trybunału zarządzi co innego. Niech o problemie realności niesuwerennej Polski zdecydują np. miłośnicy sportu. Czy ich zdaniem np. w roku 1974 –kiedy na Wembley wygrywali biało czerwoni – puchar świata pojechał do Polski, czy do kolonii sowieckiej? Czy św. Jan Paweł II w roku 1979 jadąc z pielgrzymką do Ojczyzny i wymieniając uścisk dłoni z Gierkiem uznał realności tzw. „władzy ludowej” czy – jednak niekoniecznie? Czy polscy mistrzowie olimpijscy – ze słynnym Kozakiewiczem na czele – są bytem realnym, a może to wszystko to jedynie ułuda i marność nad marnościami? W tych tematach wybiórczość nadaje sie jedynie do propagandy – z nauką i prawdą historyczną ma to niewiele wspólnego.

(od red. Monitora: przedruk tekstu za zgodą autora z łam stron www Klubu ‘Obywateli bez Granic’)