Co jest sprawiedliwe? Polacy LGBTQ2+ a sprawa polska

by Bogumił Pacak-Gamalski

W poprzednim tekście usiłowałem zarysować co to jest tzw. społeczność LGBTQ2+ . I co się de facto pod tymi literkami ukrywa. Z licznych komentarzy, jakie dostałem z Kanady i Polski wynika, że w dużym stopniu tekst był przyjęty dobrze (choć zastrzegałem, że to szkic bardzo skrótowy i w wielu odcieniach historii i współczesności LGBTQ2+ wręcz pobieżny). Za dobre słowa dziękuję.  Tutaj chce podjąć temat kampanii nienawiści wobec LGBTQ2+, która rozpętano w Polsce.  Gdy mówimy o ‘nienawiści’ naturalnie rośnie atmosfera polemiki, oskarżeń i ważkość argumentów. Ale nie o to mi chodzi. Tak, argumentuję, że autorzy i konstruktorzy tej kampanii-nagonki zasługują na pełne i całkowite potępienie, że są osobami niegodnymi. Wszak mowy nie może być o tego typu kampanii bez użycia aparatu propagandy. Propaganda to ma do siebie, że ludzi temat mało znających ogłupia, stwarza wrażenie zagrożenia i konieczność obrony. Jest bardzo możliwe, że wiele z tych osób bez tejże propagandy uniknęłoby wydawania sądów fałszywych lub szkodliwych.  Bo to zawsze opiera się na końcu o wydawania właśnie własnego osądu tematu, poszukiwaniu tego, co – zdaniem naszym – jest sprawiedliwe lub dobre.

A to już zagadnienia etyczne i moralne. Więc – z pewnym lękiem, że tekst i tak już długi, wydłużę bardziej jeszcze – dam wyjaśnienia tych pojęć od Nauczycieli najpoważniejszych prawdy, fałszu, dobra i zła. Zacznę od Sokratesa, potem jego ucznia Platona, dalej ucznia Platona – Arystotelesa (tenże potem był nauczycielem jednego z najsłynniejszych gejów ludzkości, Aleksandra Wielkiego). Nie bez znaczenia jest fakt, że Platon był źródłem rozmyślań i pism uważającego się za jego ucznia św. Tomasza z Akwinu. Ojca Kościoła Katolickiego i twórcy ram teologii i filozofii chrześcijańskiej. To ułatwia zrozumienie, jak wszystko w historii się łączy a kolejne warstwy wiedzy i mądrości korzystają z doświadczeń i wiedzy przeszłej.

W „Fajdrosie” Platona, Sokrates prowadzi z tymże Fajdrosem dyskusję o mowie i piśmie sugerując, że aby dobre być mogły ich autor winien znać temat i prawdę o tym temacie. Na wątpliwości Fajdrosa czy to najistotniejsze odpowiada mu przypowiastką:  gdyby on ani Sokrates nigdy w życiu nie widzieli konia, a zaszłaby potrzeba zakupienia takowegoż na potrzeby wyprawy wojennej Fajdrosa, Sokrates z własnych wyobrażeń, jakie dobry koń przymioty mieć winien poradziłby, by zakupił … osła. Fajdros sam o koniu więcej nie wiedząc posłuchałby rad Sokratesa, jako mówcy znanego i dobrego i osła by kupił, będąc przekonany, że to koń. Tak i mówca dobry potrafi mową zręcznie sformułowaną przekonać słuchaczy do rzeczy fałszywych i złych jeśli słuchacze wiedzy o temacie rozmowy nie mają.

Uczeń Platona zaś, Arystoteles, w traktacie „Polityka”, w rozdziale o sprawiedliwości w społeczeństwach, tak wnioskuje: „Wszyscy opowiadają się za jakąś sprawiedliwością, ale nie przekraczają pewnego punktu, nie mówią o pełnej sprawiedliwości w jej znaczeniu suwerennym. W związku z tym myślicie, że sprawiedliwość jest równością; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich osób, tylko dla tych, którzy są sobie równi. Nierówność jest postrzegana, jako sprawiedliwa; i jest nią zaiste – ale nie dla wszystkich, tylko dla tych, którzy nie są równi. Popełniamy duży błąd, jeżeli omijamy pytanie ‘dla kogo’, kiedy decydujemy, co jest sprawiedliwe. Powodem tego jest fakt, że wydajemy własny sąd a ludzie są generalnie złymi sędziami, kiedy ich własny interes jest z osądem związany” (tł. własne BPG z :Aristotle „The Politics”, Penguin Classics, 1981, s.195)

I stąd, w moim osądzie, większość heteroseksualna często nie potrafi zrozumieć, że nierówność wobec mniejszości homoseksualnej i inno-płciowej jest niesprawiedliwa. A, jak pisał św. Tomasz: co niesprawiedliwe jest złe.

„Sprawa Polska’ to pojęcie związane z losami naszego kraju  głośne od czasów rozbiorowych. Czy chodziło o Napoleona, czy o Kongres Wiedeński, losy Królestwa Polskiego pod berłem carskim, w końcu stanowiska państw zaborczych w I wojnie światowej, a na końcu Traktat Wersalski z 1919 stale się tym zajmowały. Jak i sami Polacy – od Insurekcji Kościuszkowskiej poczynając, na Legionach Piłsudskiego kończąc. Te hasło-zagadnienia raz jeszcze odżyło w czasie konferencji jałtańskiej, teherańskiej i poczdamskiej w latach 1944-1945.

Otóż ,sprawa polska’ odżyła ponownie – w większym jeszcze, bo egzystencjalnym charakterze – w związku z aktywnością polskiej społeczności LGBTQ z jednej strony a stanowiskami naczelnych władz Polski i głównych hierarchów polskiego Kościoła Katolickiego z drugiej.  Dzięki podżeganemu przez diecezje białostocką, z jej biskupami na czele, obrzydliwemu atakowi na Marsz Równości w Białymstoku, ten proces rozlał się na masową skalę. Tak w kraju, jak i poza jego granicami. Głos zabrali najwyżsi dostojnicy państwa i Kościoła: poseł Jarosław Kaczyński, prezes PiS i arcybiskup-metropolita krakowski Jędraszewski. Mówiąc w olbrzymim skrócie ich wystąpienia można zreasumować konkluzją, że wedle tych dostojników chodzi wręcz nie o samo istnienie niezależnej Polski ale o jej ‘ducha’, jej charakter narodowy. Słowem o to, co nazywamy potocznie ‘polskością’.  Tejże, najdroższej wszystkim Polakom, polskości zagraża … LGBT i jego ideologia! Podobnych słów w innym okresie i sąsiedzkim państwie w latach 30tych używał Hitler i jego najbliżsi współpracownicy. Też w okresie konsolidacji pełnej i nieograniczonej władzy i przed wprowadzeniem jawnej dyktatury NSDAP pod osobowością Fὕrera.  W momencie wczesnego kształtowania się dyktatury prawie zawsze niezbędny jest wróg tak zewnętrzny, jak przede wszystkim wewnętrzny. To umożliwia sterowanie i kontrolę nad nastrojami społecznymi, jak i postawienie wyraźnej cezury ‘my-wy’. Gdzie ‘wy’ jest zagrożeniem jedności, zagrożeniem narodowego charakteru, wynaturzeniem. Nie wolno zapominać, że niemieccy homoseksualiści byli jednymi z pierwszych ofiar zbrodniczego hitleryzmu, w dodatku ofiarami bezbronnymi, bo niezorganizowanymi i bez poparcia społecznego, bez jakichkolwiek praw. Fakt, że socjalnie wesołe lata Republiki Weimarskiej, głównie w Berlinie i wielkich metropoliach,  wzbudziły fałszywie rozumianą szeroką akceptację ‘inności’, spowodował upublicznienie się wielu homoseksualistów – później następujące represje i aresztowanie ułatwił i przyspieszył.  Pomogło to też Hitlerowi na likwidację zagrożenia ze strony SA – jego brunatnych sojuszników. Ktoś powie, że to absurdalne porównanie – arcybiskup metropolita krakowski i Hitler? Kaczyński i Goebels? Nie wiem czemu miałoby ono być absurdalne. Dla mnie jest bardzo logiczne. Fakty i historia oparta na nich nie kłamią.  Przytoczę słowa dostojnika: „Niektórzy homoseksualiści uważają, że to co oni robią jest ich prywatnym życiem. Lecz życie seksualne nie jest już prywatną sprawą, ponieważ dotyczy przeżycia narodu.  /../ Naród z dużą ilością dzieci może zawładnąć światem. Naród czysty rasowo z niewielką ilością dzieci stoi już jedną nogą w grobie, za pięćdziesiąt lub sto lat nie będzie już istniał. Dlatego też wszyscy musimy zrozumieć, że nie możemy tej chorobie pozwolić rozwijać się … i musimy ją zwalczać…”. Który dostojnik to powiedział? Czy w 2019 w Krakowie czy wcześniej? Wcześniej. W 1937. Heinrich Himmler.

Jakiś cymbał w Łodzi, profesor Zbigniew Rau kandydujący na wojewodę z ramienia PiS, napisał na swojej stronie wyborczej  komentarz ze znamiennym tytułem: „Stop Ideologii LGBT! Stop cywilizacji śmierci!”. Tak, profesor. Nie, nie wiem czy to wynik uwiądu starczego (facet nie najmłodszy, choć nie starzec jeszcze), zwykła chciwość na pieniądze i władzę na funduszami (to dotyka wszystkich w Polsce – i nie tylko – niestety), czy po prostu zawsze był cymbałem ale wykuł się w swojej dziedzinie w latach studenckich, a potem całował pupy władz uczelnianych by tam mógł pracować i powoli a skutecznie tytułu się doskrobał. Nie ważne – byli, są i będą i tacy ‘akademicy pożal się boże’.  Fakt jest faktem, że pod tym się podpisał (więc podaje się za autora) ergo jest cymbałem.

Ta hasło ‘ideologii LGBT” pojawia się nad wyraz często, w zasadzie nagminnie teraz w gadzinówkach reżymowych i na ambonach kościelnych.  Jest takim zawołaniem do boju, wiciami rozsyłanymi do gminu i gromkim do kupy mośćpanowie, na koń i szable w dłoń! Można by się z tego śmiać w kułak, satyrycy mieli by temat wspaniały i niewyczerpany do swoich skeczy, psychiatrzy roboty po uszy … .

Człowiek o tyle o ile zorientowany w terminologiach, słownictwie polskim wie, że takie zwierzę, jak „ideologia LGBT’ po prostu nie istnieje. To pojęcie mieści się może w kategoriach faunów i skrzatów leśnych,  syren morskich i lewiatanów, smoków wawelskich (może stąd te wystąpienia metropolity krakowskiego – może to od wyziewów smoczych spode Skarpy Wiślanej pod Katedrą wawelską coś mu faktycznie zaszkodziło, bo wierzyć się nie chce, by arcybiskup, wzorem profesora łódzkiego, mógł też być po prostu cymbałem!?). Liczni księża i zakonnicy byli wystąpieniem arcybiskupa oburzeni, apelowali wręcz by sam podał się do dymisji lub by Episkopat zwiesił go w czynnościach. Na próżno. Sami dostali ‘po łapkach’ od Episkopatu.

Znajoma działaczka polonijna, mogę szczerze powiedzieć, że od wielu lat moja bardzo bliska znajoma,  z którą więcej niż często różniliśmy się poglądami ale mieliśmy wobec siebie szacunek i wspólny cel służenia polskiej kulturze w Polonii – wpadła w te tryby propagandy anty-LGBTQ2 nie rozumiejąc, że nie ma to nic wspólnego z rzeczywistością ani nawet nie jest faktycznym obrazem jakiegokolwiek poczucia zagrożenia środowisk arcy-prawicowych i środowisk kościelno-katolickich. Nie. To zwykły wulgarny i bardzo prosty chwyt propagandy politycznej. Służyć ma przede wszystkim zapewnieniu zwycięstwa w wyborach poprzez skinięcie głową w kierunku twardego elektoratu PiS, który, jest najmniej wykształcony, najbardziej pazerny na prezenty od władzy i ziejący nienawiścią wręcz kipiącą wobec wszystkich, którzy są nieco od nich inni. Dla Kościoła (mam na myśli oczywiście instytucję prawną a nie Kościół, jako ośrodek wiary i zgromadzenie wiernych), który otrzymuje od państwa niespotykane od czasów bodaj średniowiecznych darowizny i przywileje, jest to nie tylko udzielenie politycznego wsparcia dla PiS w akcji wyborczej – to jednocześnie odwrócenie uwagi społeczeństwa i wiernych od groźnego problemu pedofilii i przestępstw seksualnych w Kościele polskim.  Zawołaniem: Łapaj złodzieja! nie jeden złodziej z potrzasku się wykaraskał.

Moja znajoma, Krystyna P. napisała więc w swoich regularnych wiadomościach polonijnych wysyłanych do wielu osób, krótki tekst w związku ze zbliżającymi się wyborami do Parlamentu w Warszawie. Nie szczędziła w nim ostrych słów partii rządzącej (PiS) za ich afery i zaniedbania. Co jest cenne, bo oznacza, że osoba o poglądach konserwatywnych potrafi dostrzec błędy i wady nawet w środowisku o poglądach zbliżonych.  Zresztą niezależność wobec wszystkich kolejnych władz polskich K.P. wykazywała zawsze, co pamiętam świetnie z szeregu wspólnych wizyt w Konsulacie Generalnym RP. I znowu – nie we wszystkim się zgadzaliśmy ale to w niej ceniłem. Krystyna sugeruje, że jest zwolennikiem (w wyborach) Konfederacji, tj. ugrupowania na prawo od prawej strony polskiej sceny politycznej.  Jednym z czołowych reprezentantów tego ugrupowania jest Janusz Korwin-Mikke – postać wręcz groteskowo legendarna w polskiej polityce. Legendarna nie z tych cech, które dla polityka winny być chwalebne. Dla mnie osobiście Janusz Korwin-Mikke to pani poseł Pawłowicz –  tyle, że błyskotliwsza w mowie, szczupła i ubrana w nienaganny smoking. Ale są tam naturalnie też inne ugrupowania ultraprawicowe, których nazw nie w pełni pamiętam czy uważam, że sens jest starać się spamiętać. To autentyczny  i daleki nawias sceny politycznej.  Zwolennicy państwa i społeczeństwa obywatelskiego na nich nigdy nie zagłosują, a elektorat PiSu nie pozwoli sobie na ryzyko przegranej PiSu i poprze tylko koalicję parti z PiSem związanych bezpośrednio. Nie chodzi mi jednak o polemikę polityczną. K.P. ma absolutne prawo i przywilej popierać takie partie, jakie uważa za właściwe. I to winno być prawo niewzruszone.

Chodzi mi o aspekt etyczny i moralny tekstu K.P, w tym momencie, gdzie porusza sprawy LGBTQ2. I nie chodzi o to czy lubi czy nie lubi LGBTQ2. Ostatecznie w jakimś sensie mieszczę się w tym skrótowcu a mimo to mogę śmiało powiedzieć, że się lubimy. I lubi się z moim mężem. Być może mimo wszystko nie łączy mnie ze społecznością LGBTQ. A jestem jej częścią nieodłączną. Zawsze byłem. To, kulturowo rzecz ujmując – moja ‘etniczność’. Czy jestem zagrożeniem dla ‘wolności polskiego narodu’? Być może – ale tylko wówczas, gdy mówimy o jakiejś innej ‘wolności’, jakiegoś innego ‘narodu’. Kiedy zakładałem „Solidarność’ w przedsiębiorstwie, gdzie pracowałem w Warszawie, byłem jej pierwszym Przewodniczącym tamże, roznosiłem ulotki, w czasie Pogotowia Strajkowego chodziłem ulicami Mokotowa z biało-czerwoną opaską (i wówczas też zdarzało mi się usłyszeć syk w tramwaju od jakiejś pani : ‘przestańcie już znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam znowu chodzi’ itd. – jestem przekonany, że te panie należą dziś do twardego elektoratu PiS) – to wiem doskonale o jaką ‘wolność’ zabiegałem. Też o moją własną. Osoby LGBTQ. Mimo, że taka nazwa wówczas jeszcze nie istniała powszechnie i sam bym pewnie nie wiedział, co oznacza. I o wolność wszystkich Polek i Polaków LGBTQ2. Na równi z wszystkimi obywatelami. Bez wolności osób LGBTQ2 nie ma mowy o wolnej Polsce. Będzie tylko atrapą i udawaniem wolności. 

Tekst o którym mówię brzmi:

Rozpowszechniły się marsze tęczowych, którzy twierdzą, że walczą o wolność. Zaczynają oni natarczywie wkraczać do polskich miast, pod szczelną ochroną policji i wojska, wywołując natychmiast stan wojenny i prowokując do nienawiści jednych przeciw drugim. Polacy wiedzą co to jest wolność, zbyt długo o nią walczyli i nie mogą pogodzić się z mieszaniem słowa „wolność”  z błotem. Nie zgadzają się również z wprowadzanym na siłę i bez zgody społeczeństwa programem LGBT do szkół polskich, który grozi wykrzywieniem seksualnym, moralnym i psychicznym naszych dzieci i młodzieży. Śpij sobie z kim chcesz i jak chcesz, ale jeżeli wychodzisz na ulicę ze swoją odmiennością seksualną i starasz się zmienić wychowanie młodych, w tak niemoralny sposób, to jesteś zwykłym draniem i śmieciem,  i nie ma to nic wspólnego z wolnością. 

Jak do tej pory rząd PIS-u nie powstrzymał tej zgubnej propagandy LGBT. (tylko we fragmencie związanym z tematem LGBTQ – przyp. moje, BPG)

(teraz przytoczę fragmenty nadesłanej mi odpowiedzi do K.P. innych szanowanych osób z tego środowiska polonijnego, które tak zareagowały na ten tekst powyżej.)

 /…/ Do informacji dotarł do nas poniższy materiał, a konkretnie “wiadomości z kraju” i Pani opinie na temat LGBT.  Pani nomenklatura i prymitywne skwitowanie tematu zwalają z nóg.  Przez lata tworzyła sobie Pani wizerunek osoby kulturalnej.  Uzurpowanie sobie tutejszej roli “ambasadora kulturalnego” wiąże się jednak z pewna doza odpowiedzialności.  Pani toksyczne słowa są kompletnie przeciwieństwem roli jaką Pani sobie obrała.  Są okrutne, ohydne, zamierzone do wywoływania nienawiści, i kompletnie pozbawione sensu.  /…/

Można nie zgadzać się politycznie lub światopoglądowo z pewnymi ideami.  Pani jednak wybiera i powiela opinie z ciemnogrodu, który nie dopuszcza do rozwoju intelektualnego ani uczuciowego.  Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają, opinie się zmieniają, w oparciu o rozwój nauk humanistycznych, społecznych, przyrodniczych, I przede wszystkim, zmiany związane z wolnością i otwartością słowa i myśli.  Nawet idee cytowanego przez Panią św. Jana Bosko (“Wychowanie jest sprawa serca”, cytat, który obrała sobie Pani jako motto tego biuletynu), wyewoluowały w praktyce Salezjanów, którzy kontynuują jego założenia, ale zaadaptowali je pod katem czasów i miejsca, gdzie szkoły salezjańskie funkcjonują.

Pani prawa (człowieka, kobiety, emigranta etc) zostały przez ostatni wieki wywalczone przez ludzi, którzy mieli wizje i przekonanie, że wszyscy jesteśmy równi.  Teraz pora na edukacje, na otwartość i tolerancję dotyczące sfery ludzi  LGBT+.  Edukacja w szkołach i otwarta dyskusja są niezbędne!

Mieszkając w Kanadzie, jest chyba Pani w stanie spostrzec, że ludzie innych orientacji seksualnych są normalną częścią społeczeństwa, ani gorsza ani lepszą, ani nawet specjalnie różną.  Orientacji seksualnej nie wybiera się.  Na szczęście w Kanadzie jest to kompletnie zrozumiały oczywisty fakt, przynajmniej w sferach ludzi rozumnych i wrażliwych, czyli po prostu większości. W Polsce, do zrozumienia, pełnej tolerancji i akceptacji jeszcze długa droga…

Pani opinie i szerzenie nietolerancji rezonują w tutejszym środowisku polskim.  Jesteśmy przekonani, że prędzej czy później wydostaną się też poza środowisko polskojęzyczne.  Mamy nadzieje, ze przemyśli pani swoje przyszłe słowa wysłane w przestrzeń publiczną.  Ale bardziej niż to, mamy nadzieje, ze Pani otworzy się choć trochę i uwrażliwi na prawa ludzi innych od siebie.

Lena Ch. i Wiktor Ch.

Prawo kogoś do publicznego bycia sobą nie jest ‘błotem’. Tak, Polacy wiedzą, co to jest wolność. Ja jestem Polakiem, więc wiem. Wiem jaką cenę za nią płacił mój ojciec, żołnierz AK i jeniec w obozie w Rosji, mój dziad – żołnierz Września, wujowie i ciotki z ruchów czynnego oporu i PSZ na Zachodzie, ciotka z Powstania warszawskiego, która 25 lat wcześniej była działaczka POW na Kresach, kiedy Narodowcy Dmowskiego chcieli się układać z carem. Coś z tych nauk wynieść musiałem. Jako Polak i jako Polak-LGBTQ2. Tak, bo LGBTQ2 to nie jest jakakolwiek ‘ideologia’ – to ludzie. Szybciej można by starać się argumentować (zbędnie i niepotrzebnie ale argumenty logiczne znaleźć można), że narodowość lub wyznanie religijne są konstruktem ideologicznym nabytym a nie wrodzonym. Są LGBQ2 komuniści i ultrakatolicy, liberałowie i konserwatyści, są tacy, którzy w nosie mają wszelkie partie i ideologie, są ateiści i głęboko wierzący.  Nie łączy nas nic, prócz podobnych doświadczeń ukrywania kim jesteśmy lub odważnego i bardzo ryzykownego stanięcia przeciw potężnemu murowi obcości, wrogości, w najlepszym wypadku oziębłej obojętności.   Jak ta od tej pani w tramwaju, która (czując się na pewno i dobrą katoliczką i dobrą Polką) syknęła ‘przestańcie znowu prowokować, zdejmij tą opaskę, o co wam chodzi?’.  I to jest właśnie geneza tych marszów i parad. To są ich ‘prowokacje’, to jest ‘o co nam chodzi’ i ‘co chcemy’.  Równych praw, jakie się nam, obywatelom należą.  Prowokacją (świadomą) jest czasem udział w nich owych ‘przebierańców’, na ogół transwestytów, wobec których cała społeczność LGBTQ2  ma olbrzymi dług wdzięczności. To nikt inny, nie porządni gejowie-urzędnicy lub politycy, gejowie działacze kultury i politycy, gejowie chodzący regularnie na msze do kościołów różnych wyznań  – tylko właśnie oni, przebierańcy, artyści kabaretów w tanich spelunkach, chłopcy i dziewczyny, którzy przebierając się za drugą płeć w sposób ostentacyjny dawali sobie pozwolenie na chęć bycia poderwanym, zaproszonym na randkę przez zastraszonego, ukrywającego się geja czy lesbijkę. To był kawałek ich wolności, która sami sobie dali, wbrew społeczeństwu, które im tego odmówiło.  A w 1969 roku, na Manhattanie wyszli w tych wysokich obcasach, z karykaturalnymi makijażami, porwanych pończochach na ulicę by dać czadu policji nowojorskiej, która systematycznie na te bary napadała w celu zastraszenia, wyłudzenia okupu.  I dali czadu. Dokopali swoim oprawcom i okupantom. Tak, okupantom. Bo jeśli osoba LBTQ2 jest w swoim kraju prześladowana a nie chroniona przed prześladowaniem, to oznacza, że jest to kraj okupacyjny. Nie kraj wolny.  Ilu znałem z widzenia, niektórych z imienia, młodych chłopców, podrostków wręcz, którzy po ucieczce z jakiegoś małego miasta w Polsce, gdzie byli maltretowani przez rodziców i otoczenie uciekali do wielkiego miasta Warszawy. Jedyne miejsce jakie im stolica ofiarowywała to były perony i poczekalnie Dworca Centralnego – zwłaszcza w okolicach toalet męskich. Tam spotykali starszych, zastraszonych, ukrywających się gejów, często panów z poważnymi stanowiskami, z żonami czekającymi w domu – ci panowie (jeśli zamożniejsi i kulturalni) brali ich na parę godzin do hotelu lub wolnego mieszkania na szybki seks, możliwość kąpieli lub prysznicu, czasem nawet kolację w restauracji i pewnie parę groszy. Tak, prostytucja męska, często nieletnia. Tak, jak tanie prostytutki dziewczyn z przedmieść lub wiosek okolicznych. Tylko te mogły robić to w mniej upokarzających warunkach. Raz-dwa razy w tygodniu przyjeżdżały na dworzec Nysy milicyjne i chłopaków wyłapywano. Nie, nie do aresztu na komendzie. Do przejażdżki Nysą, gdzie po kolei milicjanci sobie chłopców używali. Ci nie płacili chłopakom za usługę. Czasami musieli trochę pobić, zwłaszcza nowych, nie znających zasad i savoir vivre stołecznego. Udało mi się czasem z niektórymi z nich porozmawiać, wysłuchać opowieści. Niektóre fragmenty zapisywałem potem. By nie zapomnieć. Dziś już tych notesów prawie nie mam, pogubiły miedzy kontynentami, krajami, miastami. I czasami, które się zmieniały. Kiedyś u znajomego dziennikarza poznałem bardzo ładnego chłopaka z Domu Dziecka lub poprawczaka (już tego szczegółu nie pamiętam) z Łodzi. Dziennikarz był tam robić wywiad o chłopcami i pracownikami ośrodka. Chłopak był autentycznie ładny, inteligentny – choć nawet bez szkoły średniej, co nie dziwiło zważywszy, gdzie dzieciństwo/młodość wczesną spędził), a dziennikarz był gejem.  Więc chłopaka poderwał. Po wyjściu z tego ośrodka (miał już osiemnaście lat) zamieszkał u tego dziennikarza. Ten jednak okazał się draniem, chłopakiem się pobawił aż się znudził i po prostu wyrzucił na klatkę schodową. Zobaczyłem go na tymże dworcu Centralnym (bywałem tam regularnie co najmniej dwa razy dziennie, bo tu dojeżdżałem WKD z domu do centrum) krążącym wobec tych niesławnych toalet. Podszedłem się przywitać. Powiedział, co się stało i wtedy zauważyłem tą zmianę w nim – kompletny brak szczerego, wesołego uśmiechu, pewną zaciętość pod warstwą sztucznego uśmiechu. Znowu go oszukano. Dostał kolejnego kopniaka. Najpierw od instytucji, która miała mu zapewnić opiekę, potem od mężczyzny, który udawał szczere zaangażowanie uczuciowe. Polski chłopak. I po prawdzie właśnie na takiego typowego polskiego chłopaka wyglądał: szare oczy, płowa gęsta czupryna, ciemne brwi, nieco zalotnej i psotliwej zadziorności. Spotkałem się z nim jeszcze kilka razy, chodziliśmy do barów mlecznych, gdzie mu zamawiałem porządne, gorące obiady. Opowiedział ciekawą historię.  Gdy się zorientowano lub powzięto podejrzenie w ośrodku, że może jest ‘pedziem’ bito go nieźle, poniewierano, a wieczorami inni chłopcy go regularnie gwałcili. Nie skarżył się, bo wiedział, że by było jeszcze gorzej. Ale inny usłużny ‘kablowy’ z roku (młodzież dzielono wedle wieku w ośrodku) doniósł wychowawcom. Od tamtego czasu nie wolno mu było iść do wspólnych pryszniców, łaźni.  Naturalnie, by go ‘przykrości’ większe nie spotkały. Oddziałowy sam go do łaźni prowadził później. I po prysznicu sam go do usług seksualnych zmuszał.  Dobry był chłop… . Przynajmniej sam jeden tylko. Straciłem z tym chłopakiem wszelki kontakt potem. Zniknął. Czasy przed telefonami komórkowymi. Nie widywałem go nawet na Centralnym, mimo, że starałem się szukać i dopytywać. Może wyjechał do innego dużego miasta, może kogoś dobrego spotkał, może popełnił samobójstwo lub ktoś go zamordował? Nie wiem.  Zresztą takich „Janków” i „Staszków”, „Johnów’ i „Stevów” było setki  na każdym dużym dworcu kolejowym w Polsce i całej Europie. Ale podejrzewam, że jeśli przeżył to na jakimś z tych Marszów Równości na pewno był. I na pewno by nie maszerował w nim z wdzięcznością wobec większości społeczeństwa swego kraju. Bo ta Polska by go znowu oszukała. Jak już tyle razy wcześniej. Może na złość by szedł w dużych, wysokich czarnych szpilkach z olbrzymim pawim piórem w tyłku? Mówiąc tym – oto gdzie mam waszą ohydną, zakłamaną moralność. Wątpię by był piewcą całej ‘pięknej polskiej tradycji’. Zbyt silnie mu ta ‘tradycja’ dokopała i ukradła dzieciństwo i najpiękniejszą, pierwszą młodość.

autor waz mężem w historycznym barze Stonewall Inn na Manhattanie

Więc po tych słynnych zamieszkach w Stonewall w Nowym Jorku obudziła się wśród gejów i lesbijek pewna solidarność polityczna, środowiskowa. Nie tylko w Stanach, na całym świecie. Naturalnie głównie tzw. zachodnim. Poszło to jak błyskawica. W przeciągu ledwie 50 lat zaszły zmiany, jakie przedtem trwałyby wieki całe. Narodziła się autentyczna zbiorowość i społeczność.  W tej społeczności znaleźli miejsce (lub sobie sami je wywalczyli) wszyscy, których seksualność była inna od tej typowej, heteroseksualnej. Naturalnie gejowie i lesbijki. Zaraz potem biseksualiści.  Ci, co lubili wolne związki i ci, którzy chcieli trwałych. Nagle otworzył się cały, najbardziej skryty i najbardziej cierpiący niezrozumienie i wrogość świat osób transpłciowych.  Okazało się, że jest nas miliony. I że nie, nie mamy najmniejszego zamiaru zadawalać się skrawkami z ‘pańskiego stołu’. Ten stół też jest naszym stołem. Myśmy go też wspólnie zbijali i malowali, my płacimy też za każde danie na nim serwowane i żadnym odpadkiem się nie zadowolimy. Chcemy mieć i swoje przy nim krzesło i swoje nakrycie. Ani mniejsze ani większe. Jeżeli wymaga to maszerowania-protestu w Polsce – to nie ma najmniejszej wątpliwości, że dzisiejsze pokolenie LGBTQ2 będzie maszerować i protestować. Do skutku. Choćby się arcybiskupi Jędraszewscy zapluwali z wściekłości na ambonach.  I mimo różnicy poglądów politycznych i ideologicznych między nami – będziemy wspierać i głosować na te partie, które nam te prawa należne wszystkim obiecają zwrócić.  Bo przy stanowieniu tych praw w czasach dawniejszych społeczeństwo ogólne nam te prawa skradło. I żądamy zwrotu zawłaszczonego mienia politycznego. Ni mniej ni więcej.  To jest ta idea, która osoby LGBTQ2 łączy – idea wolności obywatelskiej. Bycia obywatelem a nie obywatelkiem.  Nie mamy najmniejszego zamiaru przepraszać kogokolwiek za to, że jesteśmy.

Kiedy szedłem w tym roku po raz pierwszy w tym mieście z Paradą Godności w Halifaksie, przechodząc obok niezliczonych, radosnych tłumów oblegających chodniki tego miasta na trasie parady, uderzyła mnie realizacja, że przecież te tłumy to w większości ludzie heteroseksualni. Rodzice z dziećmi w wózkach, trzymanymi za ręce lub na rękach, spotkałem bacie z wnuczkami, starsze pary emerytów. W paradzie widziałem duchownych i parafian większości wyznań chrześcijańskich.  I zrozumiałem, że to nie jest już marsz-protest. To autentycznie parada godności. Wszystkich. Bez względu na orientacje seksualną czy płeć kulturową.  To najpiękniejsze święto, majówka prawdziwa, całego społeczeństwa. Równego w prawach, obowiązkach i przywilejach. Że gdzieś się pojawi grupka chłopaków z pół-gołymi pupami i podkoszulkami z czarnej koronki? No to co? Komu to w sumie przeszkadza, że młodość się chce wyszumieć, krzyknąć: świat należy do mnie! Jakaż szkoda, że ten chłopak z Centralnego nie mógł w takiej paradzie być, nawet w skórzanych obcisłych slipach i z pejczem w ręku.  Ileż by to było lepsze, weselsze i zdrowsze niż pikiety przy toalecie dworcowej. Nawet jeśli żyje gdzieś, to tego już mu nikt nie zwróci i nie odda. Tego momentu radosnej, nieokiełznanej młodości, gdy świat należy do nas.

A artykuły oburzone ‘nieobyczajowością’ Marszów, straszące jakaś wymyśloną i do głębi fałszywą ‘ideologią LGBT’, przestrzegające przed ‘szkolnymi programami LGBTQ’  są ostatnimi dzwonami konającego świata złej a nie dobrej tradycji. Nie całej tradycji ale jej części. Tej chorobliwej, zastraszonej. Nie zupełnie wolnej. Zawsze zagrożonej ‘innym’, z zewnątrz, obcym, nieznanym.  Ten film już się skończył, ta książka była już przeczytana. Wzruszamy się czytając Reja i Kochanowskiego, balladami Mickiewicza, wierszykami popularnych poetów XIX i początków XX wieku, z łezką słuchamy piosenek Fogga, Smosarskiej i Ordonki. Ale gdyby ktoś spróbował tak komponować, aranżować i tą manierą śpiewać dziś, to by nawet na poziomie powiatowym kariery nie zrobił. Ani używać w wierszach poetyki Or Ota. I ten tramwaj odjechał. I całe szczęście. Był użyteczny w czasach tramwajów konnych. Dziś niemożliwy w komunikacji miejskiej. Chyba, że w skansenie. A czy naprawdę chcemy by Polska była skansenem tylko? Wiecznym, niekończącym się jarmarkiem łowickim?

To od strony polemiki tekstu, który staram się zrozumieć, wytłumaczyć  jakąś genezą, bazą błędną bez wątpliwości ale nie skażoną ideą zła, namawianiem do zbrodni.  Nie łatwo czasem stare przyzwyczajenia, stare tradycje czy nawyki zmienić. To nie jest proces łatwy i go rozumiem. Świat dziś pędzi niesamowicie. Trudno nadążyć. Ale trzeba się starać.  Czasami – choć jest to przykre – po prostu się pogodzić z tym nowym czasem. Dla mamy mojej piękniejsza strofa od mickiewiczowskiej istnieć nie mogła ani poetyka czystsza, doskonalsza. Dla jej teściowej, mojej babci, nie istniała muzyka czystsza niż szopenowska. Muzykę dzieliła na niedoskonałą przed Fryderykiem i staczająca się w dół po Fryderyku. Ale babcia urodziła się w wieku , w którym Chopin żył. Więc była dzieckiem tego wieku. Tak, jak ja jestem dzieckiem XX. I olbrzymia większość moich przyjaciół i znajomych. Na szczęście zawsze pasjonowało mnie inne, nieznane, obce, spoza i zza. I poznawanie tego było najwspanialszym uniwersytetem mojego życia. Szczerze takie studia polecam. Nie trzeba egzaminów wstępnych ani czesnego płacić.  Największą z nauk tego ‘uniwersytetu’ była realizacja, że jest kompletnym fałszem teza, że darowanie komukolwiek godności musi ograniczyć godność moją; że przyznanie pełnej wolności innemu automatycznie zmniejsza moją, bo zakres wolności jest wszak ograniczony. Nie. Wolność jest pojęciem nieograniczonym. Im więcej jej dla wszystkich, tym większe obszary dla każdego indywidualnie.

Tyle na temat tekstu z informacji polonijnych mojej znajomej z Vancouveru.

Ale jest temat dużo ważniejszy, autentycznie niebezpieczny i bez najmniejszych wątpliwości amoralny, zły do samych głębi zła permanentnego. To nie wymyślona, nie skonstruowana przez jakichś ‘magów LGBTQ’ czy inżynierów dusz ale autentyczna kampania nienawiści sponsorowana przez hierarchię dzisiejszego Kościoła Katolickiego w Polsce i najwyższych władz politycznych kraju. Nienawiści wobec społeczności LGBTQ2.

Można zrozumieć, że z jakichś błędnych i mylnych rozumień teologicznych część duchowieństwa potępia lub nie chce się zgodzić z zaistnieniem w rzeczywistości polskiej społeczności LGBTQ2. Że w swej niewiedzy lub wiedzy błędnie rozumianej uznaje to za dewiację. Że może w związku z tym odmawiać sakramentów dla takich osób, ganić ich zachowanie lub odmawiać udzielania ślubów kościelnych. Uważam to za błąd. I jest wielu myślicieli chrześcijańskich i teologów nawet katolickich, którzy polemizują z takim stanowiskiem Kościoła polskiego. Ale to są wewnętrzne problemy tej Instytucji religijnej i nie mam tu zamiaru wchodzić zbyt głęboko w tego typu dyskusję. To sprawa wewnętrzna i prywatna wyboru i wiary osób LGBTQ2, czy chcą do takiego Kościoła należeć. Ale gdy Kościół, jakakolwiek religia, chce siłowo narzucić swoje prawa dla wszystkich obywateli – to już inna sprawa. Nawet w kraju, gdzie taka religia jest w większości.  Wówczas pewne zazębianie się spraw religijnych i politycznych jest czasem nie do uniknięcia. Tyle, że Kościół musi wówczas stosować się do prymatu prawa państwowego jeśli występuje politycznie. I szanować wolności obywateli, którzy nie są poddanymi a wolnymi obywatelami.  Jeżeli ktoś wykorzystuje swoją bardzo wysoką funkcję w Kościele i dopuszcza się siania nienawiści – ten stanąć musi pod pręgierzem odpowiedzialności jeśli nie karnej, to bez wątpienia moralnej.  Jeżeli ktoś rzuci w kogoś kamieniem i tą osobę zrani lub zabije – to drugą ręką która ten kamień cisnęła będzie ręka tego dostojnika kościelnego. Jeżeli ktoś gdzieś do kogoś na ulicy strzeli z tego powodu – to jest właściwym oskarżenie tego dostojnika o załadowanie naboju do tego pistoletu.

Jeśli w takiej kampanii biorą udział politycy u steru władzy – to jest zbrodnia i zdrada interesu narodowego. To sprzeniewierzenie się przysiędze i obietnicy szczerzenia i obrony obywateli przed samosądem, przed gwałtem.

W Białymstoku ani w Szczecinie, ni w Warszawie nie było jakiejkolwiek zgrai rozwydrzonych  gejów, lesbijek i osób trzeciej płci, którzy sterroryzowali i napadli na wystraszone zgromadzenie rozmodlonych parafian obrzucając ich kamieniami, przekleństwami i okładając pięściami i kopniakami. Ani na bogu ducha winnych przechodniów. To bandy szowinistycznych chuliganów, wspomagane jakimiś oszołomami babć z różańcami i zaciśniętymi pięściami napadły na osoby LGBTQ2. To nie propaganda – to fakty z licznych zdjęć, filmów, zeznań uczestników i przypadkowych przechodniów, gapiów. Że takie męty społeczne są nie tylko w  Polsce – wiemy. Ale w Polsce dano im przyzwolenie, zachętę wręcz do takich napaści. Mówiąc jasno i prosto: władze polityczne i kościelne poszczuły na osoby LGBTQ2 stada dzikich psów.

Pod Twoją obronę uciekamy się …

Jak wpleść w kanwę opinii i refleksji kulturowych tematykę sacrum, świętości, relikwiarzy?  W którym miejscu refleksja nad społeczeństwem, narodem, staje się przedmiotem policyjnej aktywności, prawa karnego? I wreszcie – pytanie zasadnicze – czy w takiej refleksji, w wymianie na ten temat opinii jest miejsce na głos administracji państwowej?

Cała masa tematów i pytań tu się wzajem ociera, zderza, łączy i zwalcza na przemian. Kto dyskusję taką może prowadzić, zaczynać?

Oczywiście, twórcy kultury, czyli ci, którzy ją współtworzą, animują i – z biegiem czasu – zmieniają, ewoluują; pisarze, dramaturdzy, malarze, rzeźbiarze, kompozytorzy, reżyserzy, filozofowie. Wszyscy ci, którzy talentem bądź intelektem są drożdżami kultury danego społeczeństwa, w danym kontekście historycznym. A potem, zaraz za nimi ci, którzy ich prace, działalność interpretują: krytycy, socjologowie, publicyści, kulturoznawcy. Od nich dyskusja przelewa się do widza, czytelnika, słuchacza – obywatela danego społeczeństwa.

Dyskusja może być burzliwa, nigdy nie kończy się szybko i jednoznacznie. Czasem trwa dziesięciolecia i dopiero po ‘zdjęciu sztuki ze sceny’ jej efekty i wpływ na społeczeństwo ujrzeć można. Zawsze potrzebna perspektywa. Wiadomo, że w malarstwie – wszak też i w ogólnym kształcie kultury społecznej, narodowej.

To prawa, od których naturalnego biegu ucieczki nie ma. A gdy ktoś ten bieg rzeczy naruszy – społeczeństwa płacą za to cenę wysoką: rewolucje, zamachy stanu, dyktatury, tyranie. Ale początków takich zmian siłowych, rozwiązań politycznych, nie można szukać w akcie jednorazowym władzy administracyjno-politycznej. Są one właśnie wynikiem tych wieloletnich przemian, tych zmagań w samej treści kultury społecznej, regionalnej, narodowej.

Historyk prawa kościelnego i prawa cywilnego, profesor Leon Halban, w 1946 roku przygotował wykład, który dał początki jego pracy naukowej pod tym samym tytułem: ‘Mistyczne podstawy narodowego socjalizmu’ (KUL w Lublinie, 1946). Jakkolwiek wychodzący z się tradycji katolickiej myśli krytycznej (traktat ten większość wypaczeń znajduje w pracach i teologii luterańskiej i kalwinistycznej) – wiele jego spostrzeżeń jest trafnych do dziś.

Szukałem od czasu pewnego pewnych odpowiedzi, pewnych wskazań, ścieżek, które pomogły by i mnie zrozumieć Polaków anno Domini 2019. Zachowania władz politycznych. I skąd te szatańskie przymierze Kościoła z Władzą się brać może. Gdzie tkwią tego korzenie najgłębsze i najsilniejsze. Doszukując się podstaw do zaistnienia narodowego socjalizmu, który jest ideowym zaczynem nazizmu, musiałem zamknąć się w ciszy, odrzucić hałas dochodzący z Kraju i od przyjaciół z zagranicy. Nie ulegać prostym reakcjom i łatwym okrzykom oburzenia, wściekłości wręcz. Lub bezsilności. Zaprowadziło mnie to wręcz do czytania na nowo ojca tomizmu, św. Tomasza z Akwinu. Czym są cnoty a czym grzechy. Naturalnie, że filozof problemów epistemologicznych (poznania, wiedzy) z XIII nie da jasnej odpowiedzi na problemy początków XXI wieku. Tym bardziej, że jego teksty trzeba , jak cebulę, stale obierać z treści scholastycznych. Aż do łez autentycznych, zgodnie z cebulowym porównaniem. Ale cnot obywatelskich w Polsce 2019 zbyt wiele nie znalazłem.

Więc Halban jest tu dużo użyteczniejszy. I nad wyraz spostrzegliwy, co bezwzględnie zawdzięczamy jego przygotowaniu prawniczemu  a nie filozoficznemu stricte sensu. Badając początki myśli, które przerodziły się na przełomach wieków XIX i XX w narodowy socjalizm, a w konsekwencji w nazizm i faszyzm … znajduje zawsze mistycyzm. Mistycyzm nieodmiennie złączony z pojęciem lepszości, wyższości. Bycia narodem/grupą wybranym.  Oczywiście Halban szukał bezpośrednich odpowiedzi na szczytowe osiągnięcie faszyzmu – hitleryzm niemiecki. Ale jego badania i syntezy równie dobrze pasują do każdego narodowego socjalizmu. Czyż głęboko zakorzeniona duma i wiara w swoja nadzwyczajność Włochów w granicach basenu śródziemnomorskiego i Północnej Afryki nie jest czymś omal mistycznym? Tak, jak głęboko zakorzeniona od czasów Georga Hegla, w myśli i uczuciach niemieckich.

Hegel miał niewątpliwie stwórcze działanie na powstanie myśli mesjanistycznej. Nie bez kozery warto tu przypomnieć, że słuchał jego wykładów w Paryżu Adam Mickiewicz, a jego filozofia spotkała się też z zainteresowaniem pozostałych Wielkich Romantyków polskich.

I tu wracam do mego zainteresowania przyczyn dlaczego Polacy anno Domini 2019 są tacy … jacy są. Stara rozprawka naukowa Halbana  (którą byłem był czytał już wiele, wiele lat temu ale interesowały mnie wówczas – podobnie, jak samego Halbana – tylko źródła nazizmu niemieckiego ergo hitleryzmu) bardzo mi w tym pomogła. Wystarczy w niektórych jego nader jasnych syntezach zamienić przymiotniki ‘pruski’ i ‘niemiecki’ na ‘polski’ lub po prostu ‘narodowy’. Podobieństwa wówczas są uderzające. I (używając języka heglowskiego) bardzo trafnie opisujące polskiego ducha narodowego.

Bez znaczenia jest fakt, że olbrzymia większość Polaków pojęcia nie ma jakiegokolwiek o filozofii Hegla. Głębokiego pojęcia nie ma i nie miała też większość Niemców. Większość Polaków nie czyta  a bezwzględnie w przeszłości nie czytała Biblii- co nie zaprzecza, że wszyscy prawie w tradycji biblijnej/katolickiej wzrastali od dziesiątków pokoleń. Tak samo z wielkimi nurtami filozoficznymi, a takimi były pisma Hegla – prócz znawców i artystów nikt ich prawie nie studiował ale ich zasięg sączył się w podstawy tradycji całych społeczeństw.   Więc i ten silnie zakorzeniony mesjanizm splatał się w mariaż z pangermanizmem, z aryjskością, czystością rasową. A skutkował w swym zenicie obozami koncentracyjnymi. Bez tej mesjanistycznej mistyki gleby, ziarno faszystowskie by nie wykiełkowało tak bujnie. Może by Hitler do władzy i tak w Niemczech doszedł (i w Austrii – nie zapominajmy, że Anszlus nie był faktycznie najazdem a po prostu wjazdem …), może by te Niemcy i do wojny popchnął. Ostatecznie wielki kryzys gospodarczy i hańba Traktatu Wersalskiego były rzeczywistością ekonomiczno-polityczną a nie rozmyślaniami filozoficznymi. Jest bardziej niż wątpliwe, by Niemcy jednak tak masowo i omal religijnie do hitleryzmu przylgnęli bez tej trucizny narodu/ludu wybranego, specjalnego, przeznaczonego do rzeczy wielkich. Joseph Haydn skomponował co prawda Deutschland Uber Alles dla Kajzera, nie dla Hitlera – ale uber alles zostało… .

A teraz nad Wisłę, nad Narew, nad Bug, Niemen i Prypeć. Do Polski 1918-1939.  Łatwiej wtedy będzie zrozumieć tą nową, nikomu nie znaną przed 1945 rokiem, Polskę między Odrą i Bugiem. Aż do dnia dzisiejszego.

Bardzo nieliczni z nas pamiętają tamtą Polskę. Prawie nikt, kto w niej wyższe wykształcenie zdobył. Więc nasza pamięć jest już właśnie tylko historyczna i jest pamięcią tradycji. Jak z tym Heglem: nieliczni wiedzą dlaczego tak myślą, czują i skąd te uczucia się wzięły – ale ogół je dzieli. A wzięły się od zarania polskiego mesjanizmu romantycznego. Że mamy misję do spełnienia. Początkowo cierpiętniczo-chrystusową omal, tą mesjańską w sensie dosłownym chrześcijańskim, tj. śmierć fizyczną (polityczna śmierć Polski pod zaborami) by odkupić i dać szanse na lepszą przyszłość innym narodom. To jeszcze piękne. Bałwochwalcze, zarozumiałe – ale z jakimś dobrym celem ostatecznym. Dopasowaliśmy do tego legendę napoleońską, legendy powstań narodowych.   Więc ten mesjanizm jest wplątany strasznie w mistycyzm heglowski. Nadaje pewnej aureoli cierpieniu i przegranej. Dodaje blasku wybrańcom tego losu lub obdarzonych tym losem (naród wybrany).

Poszło to w zasadzie w dwóch przeciwnych, współczesnych kierunkach: skrajnej lewicy liberalnej i skrajnej prawicy. Nolens volens Marks i Engels byli wielkimi zwolennikami Hegla. A u nas August Cieszkowski, promotor idei mesjanizmu Słowiańszczyzny i nadejścia Epoki Ducha Świętego. Drugim końcem mistycznego mesjanizmu jest cały ruch narodowy Dmowskiego, Zdziechowskiego i Wasiutyńskiego.

Polska dla Polaków lub Słowian, którzy ulegli polonizacji (stąd tak łatwo w Rydze oddano Sowietom olbrzymie połacie Kresów I Rzeczypospolitej, mimo wygranej wojny – narodowcy nie chcieli w granicach Polski ziem, których polonizacja kulturowa była niemożliwa a element nie polski etnicznie stanowił większość) i maksymalne ograniczanie praw mniejszości narodowych, wielka niechęć i wrogość wobec polskich Żydów. Początki idei państwa narodowego. Narodowego, nie etnicznego nawet. Co było kompletnym odrzuceniem całej wielowiekowej tradycji politycznej I Rzeczypospolitej.

Zakładało to też niechęć do rządów parlamentarnych i silną władzę wykonawczą. Oraz wyraźnie wyznaniowy charakter państwa. Naturalnie katolicki. Tym się polski faszyzm różnił od niemieckiego. Hitlerowcy z nikim, jakimkolwiek kościołem ani wyznaniem władzą bezwzględną dzielić się nie zamierzali. W Polsce władza miała stać na straży i w formie obrońcy wiary katolickiej. W programie Obozu Ruchu Narodowego  określono to wyraźnie:

Wiara Narodu Polskiego, religia rzymskokatolicka musi zajmować stanowisko religii panującej, ściśle związanej z państwem i jego życiem, oraz stanowić podstawę wychowania młodych pokoleń. Przy zapewnionej ustawami państwowymi wolności sumienia – zorganizowany naród nie może tolerować, ażeby jego wiara była przedmiotem ataków lub doznała obrazy z czyjejkolwiek strony…

Czy coś z tygodni ostatnich to przypomina? Jakiegoś ministra rządu centralnego, który staje w obronie wyjątkowo ważnego symbolu narodowo-religijnej ikony? Jednocześnie sugerując tym, że połączenie symbolu religii ‘państwowej’ z symbolem mniejszości społecznej jest obrazą, profanacją ‘uczuć religijnych’. Państwo zamienia się w Święte Oficjum, a minister rządu – prefektem kongregacji.

Jakże inaczej rozumieć tuszowanie, wyciszanie lub wręcz zaprzeczanie skandalu przestępstw seksualnych w polskim Kościele? Wszak nie jest to jakiś niespotykany nigdzie indziej fenomen! Ostatnie dziesięciolecia odkryły masową kulturę kryminalnego zachowania olbrzymiej części kleru katolickiego na świecie i prawie kompletne przyzwolenia na to całej władzy kościelnej. Od biskupów lokalnych, diecezjalnych poczynając, a kończąc w samym Watykanie, u szczytu absolutystycznej władzy klerykalnej – na Tronie papieskim. Nie są to jakieś przypadki indywidualnych wyjątków a raczej czegoś, co określa się w języku prawnym mianem przestępstw o charakterze instytucjonalnym. Polska zaskarbiła sobie tu miejsce wyjątkowe w świecie współczesnym: nie rozmiarem przestępstw seksualnych – tych de facto nikt w Polsce nie zna – ale współodpowiedzialnością administracji cywilnej, państwowej w ukrywaniu problemu.

Na taki stan rzeczy olbrzymi wpływ miała cała posolidarnościowa elita polityczna i olbrzymia część inteligenckiej opozycji politycznej z lat PRL. Osobowości takie, jak Kuroń czy Michnik są tu bardzo nielicznymi wyjątkami. Prawie wszyscy pozostali, którzy mieli coś do powiedzenia i którzy zapracowali na szerokie zaufanie społeczne, byli prawie organicznie związani z katolicką myślą polityczno-filozoficzną i z samą strukturą instytucjonalną Kościoła w Polsce. Wystarczy wspomnieć dwóch czołowych polityków i ich olbrzymi kształt na kształtowanie podstaw państwowości polskiej po upadku komunizmu: Lecha Wałęsę i Tadeusza Mazowieckiego. Dwie jakże odmienne osobowości reprezentujące skrajnie odległe części polskiego społeczeństwa PRL-owskiego: inteligencji katolickiej (Mazowiecki) i warstwy chłopo-robotniczej (Wałęsa).  Złączone jedną klamrą – instytucji Kościoła polskiego. Kto mógł przewidzieć wówczas, że ten Kościół tak szybko pozbędzie się swej najlepszej, odważnej i głębokiej myśli myśli teologiczno-socjalnej, która pozwoliła mu wyjść zwycięsko z otchłani 40-lecia wojującego ateizmu państwowego, na rzecz powrotu do zwykłej, feudalnej wręcz postawy gromadzenia bogactw i prostackiej formy ewangelizacji mieczem a nie krzyżem?

W tej atmosferze rosła z roku na rok władza i siła wpływu ruchu narodowo-socjalistycznego na państwo polskie. Wszystkich tych ‘młodzieży wszechpolskich’, ‘rodeł’ i innych grup polskiego faszyzmu. Używających tego samego odrażającego straszaka ‘żydowskiego’, ‘żydokomuny’, ‘terroryzmu islamskiego’ , ‘wojującego feminizmu’, praw kobiet ogólnie, nienawiści do wszelkich mniejszości. Znowu Polak samotnie na barykadzie przeciw całemu złemu światu na zewnątrz.

Zadziwiające, jak krótką mamy pamięć historyczną. Zwłaszcza, gdy historie się stale zmienia, modeluje i przepisuje na nowo. A partia PiS na czele tego pochodu narodowościowego maszerowała z dumnymi sztandarami ‘Polski dla Polaków’. Przeciw Sorosom, Europie, która ma dawać pieniądze i siedzieć cicho w Brukseli. Ostatnio przeciw (ustami jednego z czołowych polityków PiS) ‘największemu zagrożeniu dla Polski – gejom i ogólnie LGBTQ. Brakuje jeszcze karykatur w TVP przedstawiających Biedronia, jak wypija chrześcijańską krew z żył polskich chrześcijańskich dzieci.

Czy to obraz zbyt odrażający rzeczywistości krajowej anno Domini 2019? Wydaje mi się, że nie. Że jest raczej powściągliwy a nie przerysowany. Większość środowisk inteligenckich (nie tylko) i ruchów obywatelskich skupiona była przez ostatnie cztery lata na bezpardonowej walce o obronę praworządności i Konstytucji w Polsce. Mało kto miał czas na refleksje dokąd ta droga prowadzi i czy społeczeństwo, w trakcie tego marszu, nie zostało już przeobrażone. W Polsce trwa wojna światopoglądowa. Nie potrafię tego inaczej określić. W każdej wojnie pierwszymi ofiarami są zawsze prawda i logika. I zwykłe człowieczeństwo.

Jeżeli nadchodzące wybory do Parlamentu Europejskiego i w bliskiej przyszłości do Parlamentu polskiego dadzą zwycięstwo władzy PiS – będzie to dowód, że społeczeństwo już uległo poważnej i demoralizującej zmianie, że stanęło po stronie quasi faszystowskiej.  Nie zapominajmy na sekundę, że nie będzie to coś nadzwyczajnego i czysto ‘pisowskiego’: pierwsze wybory prezydenckie w wolnej Polsce po 1918 roku ilością jedynie minimalną nie oddało tej władzy kandydatowi konserwatywno-narodowościowych grup.  Tylko nimb i uwielbienie Piłsudskiego przed tą tragedią Polskę uratowało. Nie wiązało się z tym jednak absolutnie żadne przywiązanie czy szacunek wobec idei politycznych i filozoficznych Piłsudskiego. Był to zwykły i tępy kult jednostki. Wodza. Więc jednak tęsknota za Panem, Wójtem, Plebanem. Za paskiem z obróżką. Czy takim społeczeństwem jesteśmy?

Sto lat Niepodległości – czas wstać z łożka

by Bogumił Pacak-Gamalski

Przebudzenia bywają różne. Te powolne, z rozleniwionym witaniem się z nowym dniem, z przeciąganiem ramion;  te nagłe z zaskoczeniem, pytaniem wylęknionym: gdzie jestem? co to jest, co widzę wokół?

Niektóre trwają latami, jak śpiączka. Sen Polaka trwał bardzo długo. Nie pomogło i Przedwiośnie pana Stefana zacnego. Może cały wiek od 1918 do dziś. Jeśli nie sen, to byt w pół-majaku, częściowej tylko świadomości. Nasza świadoma, a więc aktywna przygoda z demokracją trwała może siedem, może góra dziesięć lat w ostatnim 200-leciu. Jakieś pięć lat z całego 20-lecia Międzywojennego i może góra drugie tyle po odzyskaniu suwerenności efektem Okrągłego Stołu i Magdalenki. Nie wiele na 200 lat z okładem. Głębiej iść nie ma sensu, bo o początkach współczesnej demokracji można dopiero mówić od XIX wieku.

Ale jest możliwym, że źródeł tego snu, tej maligny narodowej, szukać można pod Maciejowicami, w niespełnionej zapowiedzi Manifestu Połanieckiego Kościuszki. Tej zapowiedzi włączenia we współwładanie i współodpowiedzialność za Rzeczpospolitą najliczniejszej klasy społecznej – chłopstwa.

Osobny i długi bardzo temat. Warty jednak refleksji. Jego konsekwencje są dla mnie jasno widoczne i dziś, gdy patrzymy na polityczne i ideologiczne sympatie dużej części społeczeństwa polskiego. W tym też na ich wyraźny regionalizm, specyfikę geograficzną. Ostatecznie olbrzymia część mieszkańców polskich miast to nie potomkowie szlachty i tradycyjnej inteligencji polskiej oraz byłej klasy robotniczej (ta nigdy nie była liczna w Polsce, kraju rolniczym) ale potomkowie klasy chłopskiej, zwłaszcza tej najbiedniejszej. Szczególnie po 1945, kiedy nagle całe dzielnice, ulice, opustoszały i mogły przyjąć rzesze napływowej ludności okolicznej. Zwłaszcza w miastach, które do 1939 miały dużą liczbę ludności polskiej pochodzenia żydowskiego … .  Znowu – osobny i długi temat. Już rozpoczęty wiele lat temu w III Rzeczypospolitej ale ponownie przerwany od jesieni 2015 roku. Ale przerwanie rozmowy nie powoduje jej wyczerpania. Prędzej czy później trzeba będzie szczerze do niego powrócić. Znowu stracone x lat na rozmowę, którą i tak trzeba będzie przeprowadzić… .

Na razie jednak to, co w chwili obecnej wydaje mi się konstatacją najistotniejszą, refleksją najbardziej mnie poruszającą, najbardziej bolesną i zaskakującą – ów obywatelski sen niemocy politycznej. Z jednej strony państwo zachłannych i świadomych swych czynów polityków – z drugiej społeczeństwo lunatyków. Lunatyk to, jak wiemy, nie jest osoba zła lub niemoralna. Po prostu osoba w pewnego rodzaju transie, półświadomości.

Z jednej strony mary-czary sięgające doby romantycznej („Polska Chrystusem narodów’), ufortyfikowanej dobą literatury ‘ku pokrzepieniu serc’ i legendą heroicznych powstań (wszystkich przegranych, niestety), z drugiej obce, zimne i niebezpieczne mieszkania i ulice rzeczywistości. Rzeczywistości nie ze snu, a z przebudzonej realności. Więc łatwo się w takim sennym spacerze stuknąć kolanem o ostry kant stołu, potknąć o nieprzyjazne krzesło, czy zwyczajnie być potrąconym na ulicy przez przejeżdżający obojętnie samochód.

Czasem, miast krytykowania lunatyków, chciałoby się wykazać szczere zdumienie i zachwyt: jak wy to robicie, że jeszcze … no, istniejecie?!

Ano trwacie, bo bardzo na waszym trwaniu zależy klasom politycznym. Wszystkim. Od lewa po prawo. I tam na prawo od prawa, gdzie poczciwy i porządny człowiek nie zagląda. Jako jednak, że poczciwość i porządność nie jest cechą typową dla polityków – znaleźli się i tacy, którzy tam nie tylko zaglądają ale wręcz na stałe przebywają. Dla tych polityków wasz półsenny żywot jest jedyną szansą na przetrwanie.

Więc będą go ścisłe kontrolować, dozować dokładne dawki medycyny uniemożliwiającej pełne przebudzenie: raz dziennie pigułka ‘sprawiedliwości dziejowej’, dwa razy dziennie witamina religijności dewocyjnej; co tydzień jeden zastrzyk stężonego patriotyzmu rocznicowego przegranych powstań i wojen („ach, Boże mój, jak ci polscy ułani się  biją!”)  w pośladek, domięśniowo  i drugi dożylnie, w lewe ramię – ta strona od serca – z dużą dawką mityczno-mocarstwową ( od morza do morza, trójmorza, widelec dla Francji, husaria dla Wiedeńczyków, piloci dla Brytyjczyków, Jagiełło pod Grunwaldem, Żółkiewski pod Moskwą a Koniecpolski pod Kircholmem, itd. et ceatera do znudzenia, jak owsianka dla dzieci). W konieczności można sięgnąć po silne środki psychotropowe: kibole z flagami, bejsbolami i pochodniami, tudzież żołnierze wyklęci.
Dobre na jakiś scenariusz dla Ionesco, Becketa lub Witkacego. Fatalne na dłuższą metę dla normalnego funkcjonowania państwa.

DSC00218Jeden z nas-obywateli, po przebudzeniu, będąc świadomym, co czyni, nie chciał się z tą ‘terapią spiączkową’ władz politycznych pogodzić, nie chciał dobrowolnie poddać się tym ‘witaminom’, ‘zastrzykom’. Wolał z życiem się pożegnac swiadomie niż wrócic do kondycji lunatyka. Nie, nikogo nie namawiam do powtórzenia jego skrajnie dramatycznego i nieludzkiego kroku. Ale pamiętajcie Piotra Szęsnego, Szarego Obywatela. Niech nie tylko władzę ta pamieć boli, niech boli nas wszystkich, bo to – nasz indywidualny i zbiorowy ból – było celem jego aktu.

Jak to się stało? Morze atramentu na opisy i scenariusze wylano. Fatalna kampania wyborcza PO, gorsza jeszcze PSL i SD; niegodne prawdziwego lidera zachowania Kaczyńskiego, który skrył się za plecami Dudy i Szydło itd.  et nausea. Naturalnie autentyczne i nie rozwiązane do 2015 (dalej nie rozwiązane w większości, poza skutecznym i popularnym chwytem rozdawnictwa 500 złotych na rodziny wielodzietne) problemy tzw. zapomnianej warstwy społecznej tych, którym przejście z państwa opiekuńczego sowieckiego socjalizmu do samodzielności ekonomicznej kapitalistycznej demokracji nie udało się. To są suche fakty polityczno-ekonomiczne. Zasadniczą przyczyną była jednak kompletna obojętność większości wobec samego faktu wyborów. W ten sposób mniejszość wyborcza wybrała i większość i mniejszość parlamentarną. Czyli większość społeczeństwa pozostała bez głosu i reprezentantów politycznych. I tu można by zakończyć wywód mówiąc po prostu – macie to, na co zasłużyliście i co (nie głosując) chcieliście z lenistwa umysłowego i bardzo niskiej świadomości politycznej.

To naturalnie szalenie uproszczony opis tego, co miało miejsce latem i jesienią 2015 w Polsce. Tylko, że w uproszczonej formie zupełnie adekwatny i prawdziwy. Wielkim wodzem i strategiem określa się dowódców, którzy wygrywają batalie mimo olbrzymiej przewagi wojsk przeciwnika. W warunkach wyrównanych mocy lub wręcz małej przewagi – zwycięstwo w batalii jest zasługą nie zwycięskiego wodza ale efektem nieudolności wodza przegranego. A wodzem prawdziwie przegranym w wyborach 2015 roku był (nie)wyborca polski. Obywatel, który do obywatelskości nie dorósł.

Przeważyła mentalność poddanego i małorolnego chłopa, któremu obiecano nowe morgi od kolejny raz parcelowanego majątku dziedzica.

Nabrzmiała od pustego powietrza (złośliwy mógłby powiedzieć, że to nie powietrze a inny rodzaj gazu, nie z płuc a dolnej części ciała się wydobywający) bańka polskiej polityki i wewnętrznej i zagranicznej pęknie lada moment. Historia ma to do siebie, że prędzej czy później wystawia weksle za popełnione świadomie długi ekonomiczne i polityczne. Na ogół prędzej niż się dłużnicy spodziewają. A długi Polski są olbrzymie i rosną. Weksle historyczne spłacane być muszą. Nie przez władze a przez społeczeństwo. Jak kiedyś pewien niezbyt moralny za to całkowicie w tym stwierdzeniu słuszny, polityk kąśliwie zauważył: władza się zawsze wyżywi. Poza sytuacjami skrajnymi, rewolucyjnymi, gdy władza nie pada ale zawisa na udekorowanych szubienicami deptakach miast i wiejskich rogatek. Nie sądzę by ta perspektywa nas jednak czekała. Mam nadzieję. Do pewnego stopnia można się pogodzić już dziś z faktem, że kolejne szeregi politycznych zauszników włodarzy kraju zdążyły się już zabezpieczyć skradzionymi (poprzez masową dziś w Polsce, jak nigdy chyba przedtem, korupcję obozu rządzącego) milionami posad, synekur i nadań. Tych pieniędzy raczej już społeczeństwo nigdy nie zobaczy. Ani Skarb państwa. Trudno, za głupotę i życie w pół-śnie się płaci.

Pytanie jest: ale co dalej? Dać władze nowym szeregom głodnych-dumnych-chmurnych, którzy za cenę burzenia pomników poprzedniej władzy i kolejnych zmian nazw ulic i skwerów dalej będą grzęznąc w tym samym błocie pozbawionym wizji nowoczesnej Polski? Polski prawdziwie europejskiej? Państwa obywateli a nie tylko pracowników, petentów, którzy nocą marzą, że są wolni a za dni chodzą ulicami w lunatycznym majaku? Tego, z doświadczenia, można się raczej spodziewać po elicie poprzedniej skupionej w szeregach dzisiejszej opozycji parlamentarnej. Nigdzie prawie wśród nich nie widać wizjonera, kogoś, kto zrozumiał czego kraj i społeczeństwo potrzebuje. Kto pojął, że winę za okrutne przekoślawienia i demoralizację Polski dokonana przez PiS – ponoszą wszystkie czołowe partie III Rzeczypospolitej, a zwłaszcza partie centro prawicowe (PO i PSL). I że od tego naprawę zacząć winny. Do tej pory takiego programu naprawy nie widziałem. Zbudowanie ad hoc, pod naporem żądań grup niezależnego ale zorganizowanego społeczeństwa demokratycznego, mini koalicji przed wyborami samorządowymi nie jest nawet krokiem w tym kierunku. Raczej zwróceniem jedynie głowy w tą stronę. Same wyniki tych wyborów powinny być zimnym prysznicem a nie okazja do wiwatów. Osiągnięto pata politycznego. Kilka spektakularnych zwycięstw opozycji (np. Warszawa) nie zmienia faktu, że po trzech latach straszliwych i czysto dyktatorskich rządów … PiS nie został zmieciony masowym gniewem obywatelskim pod dywan politycznej porażki.  A nie został. Wybory, dużo popularniejsze nawet niż ostatnie parlamentarne dały w najlepszym wypadku pata. To nie jest zwycięstwo a jedynie utrzymanie frontów i ustalonych pozycji. Coś na zasadzie frontu zachodniego w I wojnie światowej. Nieruchomego i bezustannie krwawiącego.

Te opisywane na początku tekstu ‘terapie’ pisowskie zadziałały wobec bardzo sporej grupy pół-obywateli. Jedni są otumanieni, inni po prostu chciwi, reszta lubi, jak się sąsiadom dokopuje i ich napastuje (zwłaszcza jak bardziej zamożnym, wykształconym lub po prostu inaczej myślącym, tym cholernym elytom!, których nikt w Polsce nie lubi. Co w samo w sobie jest jakimś idiotycznym zaczadzeniem, bo któż, jak nie elity każdy naród i państwo budowały, wzmacniały?!). Pewna grupa (pewnie spora) po prostu nie lubi się ‘wychylać’. Niby jest za demokracją, za praworządnością ale … nie mymi rączkami , co ja sam mogę, nec Hercules contra plures … . A może jednak ta Unia w końcu im się do skóry dobierze i porządek wprowadzi, może Tusk jednak wróci na białym koniu … I na tym koniec. A Unia, bez aktywnego poparcia większości Polaków – Polski nie uratuje od ruiny moralnej i konstytucyjnej. Ani rycerz na białym koniu.

Jedynym, wyraźnym i poważnym zwycięstwem, osiągnięciem polityki pisowskiej jest autentyczna aktywizacja i organizacja świadomych środowisk demokratycznych i ich bardzo wyraźny wzrost: od KODu poczynając na małych grupach lokalnych kończąc. To liczby poważne. Niestety, jak w każdym – nawet zdrowym – społeczeństwie: aktywiści i ludzie zaangażowani w pracy obywatelsko-politycznej nie stworzą większości wyborczej. Te grupy dokonywały niebywałych rzeczy  protestując i stawiając opór wobec pisowskiej inwazji populistyczno-ultrakatolicko-nacjonalistycznej. Teraz czas by równą aktywność i poświęcenie skierowały na swoich współobywateli. Robić wszystko by ich z tego marszu lunatyków obudzić. By zrozumieli, że są obywatelami a nie poddanymi. Że to nie niezależny sędzia jest łobuzem a polityk, który tak tego sędziego nazwał; smoleńskie czary i smoleńskie msze są dobre dla sekty a nie dla społeczeństwa; że prezydent nas autentycznie reprezentuje poza granicami, każdego z nas i nie powinien swym zachowanie każdorazowo zmuszać nas do rumieńców wstydu; że premier (jako polityk mimo wszystko…) może się pomylić lub czasem nawet świadomie skłamać ale nie powinien mówić prawdy tylko wtedy, gdy się pomyli; że policja nie jest po to, by chronić faszystów od obywateli a odwrotnie; że minister sprawiedliwości jest od stania na straży niezawisłości sędziów, szacunku wobec nich a nie od chuligańskich na nich ataków;  że środowiska prawicowe maja prawo mieć swoje stacje telewizyjne ale nie maja prawa zawłaszczać w tym celu telewizji publicznej; że stawianie pompatycznych i idiotycznych pomników jest propaganda  państw komunistycznych i dyktatorskich a nie demokratycznych. A przede wszystkim, że godność i szacunek, że wolność nie jest na sprzedaż. Ani za 500 ani 5000,000.00 złotych.

Czy przebudzenie Polaka-obywatela jest możliwe? Tak. Czy się przebudzi? Nie wiem.

 

 

Polki i cena aborcji

Są chwile na żarty i krotochwile. Są chwile zmęczenia, zwykłego nawet znużenia polityką. Zwłaszcza polityką kraju niby swojego, a przecież odległego, gdzie od lat wielu się już nie mieszka. Gdzie i tak decydować o jego losach będa ci, którzy tam pozostali i są. Jestesmy symbolicznie jego częścia, ale bardziej w wymiarze kulturowym niż politycznym. I tak być powinno. Promować, rozwijać samemu tutaj, polską kulturę i jej szlachetne wątki (nie zajmując się jednocześnie ukrywaniem lub zamiataniem pod dywan tych brzydkich, które też są) – to nasza droga. Droga w czasach normalnych.

Co zrobić jednak , gdy czasy normalne zdaje się jakby ukryły się w szafie, schowały za rogiem? Wtedy milczeć i udawać, że to nie nasze sprawy nie wolno. Tak, jak nie wolno nam milczeć teraz właśnie, gdy w każdym momencie kobiety w Polsce mogą być postawione wobec całkowitego zakazu aborcji. To wykracza poza sprawy  sporu ideowego, poza ramy religijne (chyba, że mieszkasz w państwie teokratycznym a nie w rzeczypospolitej/republice.  Pokoleniom kobiet zabrało setki lat powolne wyrwanie się z tego obłędu śmierci, kalectwa i potępienia moralnego. Gdyż prawda jest taka, że slogany pełnego zakazu aborcji są sloganami śmierci a nie życia.   Że były w dalekiej przeszłości, a w krajach pół dzikich (lub właśnie w dyktaturach wyznaniowych) są do dziś, narażaniem na śmierć i okaleczenie. Że kobiety umierają w czasie nie medycznego usunięcia niechcianej ciąży, zostawiając wielokrotnie w domu dzieci już posiadane, które nagle stają się sierotami.  Nie będę wdawał się tu w anachronistyczne dysputy, czy zarodek,  wczesny płód, to dziecko czy zlepek komórek, który dopiero skutkiem trudnej i nie zawsze skutecznej dalszej przemiany może się dopiero rozwinąć w osobę ludzką. Że olbrzymia ilość kobiet nawet pojęcia nie ma, że mogły mieć już w swym życiu niejedną taką naturalną ‘aborcję’ kiedy ich organizm nie przyjmuje tego nowego związku komórek i go usuwa.

Co warto i trzeba w takich momentach wykrzyczeć do państwa, które swe obywatelki tak chce zniewolić to po prostu zwykłe:  Polki to nie szkapy i krowy, które prowadzi się na sznurku do byka i ogiera. To nasze matki. Nasze siostry, żony, przyjaciółki. To LUDZIE, OBYWATELKI. Na zniewalanie ich zgody być nie może. Nigdy nie będzie. Tylko kobieta ostatecznie tą decyzje na całe życie może podjąć. Tylko osoba, która jest w tej ciąży. Jest pewna miła symbolika w popularnym powiedzeniu, że to cała wioska wychowuje d19399614_1969168466442475_2860928822064474706_nziecko.  I o ile jest ono stosowne w opiece socjalnej i sąsiedzkiej, jakiej rodzinom może i powinno społeczeństwo dostarczyć – rzeczywistość jest taka, że dziecko jest wychowywane przez rodziców lub rodzica. I na tych ludziach spoczywa tego ciężar. Więc społeczeństwo nie ma prawa decydowania o czyjejś ciąży. I nie jest tak, że kobiety w Polsce masowo domagają się ‘aborcji na żądanie’. Przeciwnie – jest raczej większość olbrzymia za poważnymi ograniczeniami aborcji związanym z wiekiem płodu  i później dziecka w łonie matki. Jak w różnych krajach sprawy tego wieku rozwiązano zależy już głównie od środowisk medyczno-naukowych. I to nic z tym zakazem kompletnym aborcji nie ma wspólnego.

Autentyczna polityka pro-rodzinna i dążąca do pozytywnego bilansu przyrostu naturalnego państwa nigdy nie jest zależna od praw aborcyjnych a od konkretnej pomocy dla rodzin.  Trzeba stworzyć sytuacje i warunki, by ludzie chcieli mieć więcej niż dwoje dzieci a nie zmuszać je do tego by dzieci mieli. A już szczególnie jakieś szaleńcze pomysły zmuszania do rodzenia dzieci, które szansy na przeżycie mieć nie będą, co medycyna natalna może dość dobrze dziś rozpoznać.

Zakaz aborcji jest zakazem dostarczenia kobiecie opieki zdrowotnej. A to już przestępstwo. Jeżeli w prawie polskim kobieta (jeszcze) jest uznawana za człowieka, a więc pełnego obywatela – ograniczanie jej dostępu do opieki medycznej jest łamaniem najbardziej kardynalnej zasady konstytucyjnej w Polsce: równości wobec prawa. Wybory religijne są już tylko wyborami moralno-etycznymi indywidualnymi. Nigdy nie mogą być zbiorowymi.  Bo wówczas godzą w kolejną kardynalną zasadę konstytucyjną: prawa do wolności religii. I do wolności od religii. Szaria czy muzułmańska czy katolicka dalej jest szarią. Tyle, że tu nie chodzi o jakieś szmatki na twarzach czy długie suknie a o coś wielokroć poważniejszego.

Nieszczęściem istniejącego w Polsce prawa aborcyjnego jest to, że jest złe z gruntu. Nazbyt restrykcyjne i obciążające najbardziej biedne materialnie kobiety. Tj. te które albo musza ponosić niewspółmiernie wysokie koszty wyjazdów na zabiegi do krajów o mniej restrykcyjnych prawach aborcyjnych albo do szukania pomocy właśnie w nielegalnych (więc niebezpiecznych dla ich zdrowia i życia), podziemnych aborcjach. Gdzie nie ma już  żadnej ochrony dla płodu/dziecka, a jedynym pytaniem, jakie jest zadawane jest najczęściej: za ile?  W momencie wprowadzenia zakazu aborcji ta cena byłaby za każdym razem zbyt wysoka.

Marzec 68′ w perspektywie 2018

by Bogumił Pacak-Gamalski

marzec

50 lat temu, w marcu 1968 roku wypędzono z Polski kilkanaście tysięcy Polaków żydowskiego pochodzenia.  Skazano ich na banicję. Czy to było dużo? Wyrzucenie z kraju jednego obywatela to powód na alarm. Wyrzucenie kilkunastu tysięcy to tragedia na skalę szekspirowską, homerycką. Jeśli te kilkanaście tysięcy to blisko połowa mniejszości narodowej, która liczyła ledwie  ćwierć wieku wcześniej miliony, to tej zbrodni do niczego nie da się porównać.

Jak do tego doszło, jakie były powody tych nieoczekiwanych decyzji partii komunistycznej (PZPR) w Polsce? Przyczyny bezpośrednie powstały  w 1967 roku w wojnie arabsko-izraelskiej.  Tzw. Demoludy (czyli i PRL) były silnie zaangażowane po stronie arabskiej, Zachód po stronie izraelskiej. Szokiem dla PZPR było wyczuwalne silnie  nastawienie Polaków na sympatie pro-izraelskie.  Popularnym było wówczas powiedzenie ‘ale nasi Żydzi dogrzali Arabom i Sowietom!”. Tym nastrojom nie potrafiło skutecznie przeciwdziałać  Biuro Polityczne Władysława Gomułki.

Moczar
Mieczysław Moczar, czołowa postać PZPR

Wykorzystał to słynny ‘narodowiec’ komunistyczny Mieczysław Moczar, który od lat marzył o przejęciu władzy i pozbyciu się Gomułki.  Moczar był trochę takim ówczesnym (tyle, ze komunistycznym a nie katolickim) Macierewiczem PZPR. Gomułki nienawidził nie tylko za wytrącenie mu pałeczki z ręki ale i za to, że nie zrobił po śmierci Stalina czystki w szeregach PZPR. Czystki, która miała pozbyć się elementu żydowskiego w partii. A tego elementu nienawidził jeszcze bardziej niż samego Gomułki. Był narodowcem-komunistą, tak jak po drugiej strony ideologicznej barykady narodowcem-katolikiem był Piasecki z PAX-u. Żydzi-komuniści zawsze bliscy byli ideom kominternowskim (skrzydłu międzynarodowego komunizmu)  lub – po potępieniu Międzynarodówki Komunistycznej w Moskwie- później skrzydłu ściśle pro-sowieckiemu.  Moczar te elementy wykorzystał i zaatakował Gomułkę, że chroni w partii i Polsce siły syjonistyczne. A syjonizm, po przegranej Arabów w wojnie izraelsko-arabskiej, stał się w latach 60. terminem bardziej znienawidzonym i wrogim niż nawet zgniły kapitalizm i imperializm zachodni.

Uśpiony, po tragicznej hekatombie Żydów polskich, anty-semityzm  był łatwo ciągle podatny na taką papkę propagandową. Sprzyjała ona  od lat szeptanej propagandzie ze środowisk ultrakatolickich narodowców i ‘narodowców’ komunistycznych, że cała gehenna i zbrodnie doby stalinowskiej w Polsce były przeprowadzane rękoma polskich Żydów.  W kraju, który poniósł tak olbrzymie straty w szeregach swoich elit intelektualnych i szeroko rozumianej szarej inteligencji  – opinia publiczna coraz łatwiej spoczywała w jedynych ‘wygranych’ klasach społecznych PRL: biedoty wiejskiej i niewyspecjalizowanej ani wykształconej rzeszy robotniczej. To te warstwy były najbardziej podatne na grubo ciosaną propagandę partyjną.  Gomułka wpadł w pułapkę Moczara i tą przynętę ‘syjonistycznego spisku’ połknął. Zresztą nie bez przyczyny określany mianem ‘betonu partyjnego’ ( nota bene określenie to ukłuł wybitny filozof materialistyczny i wówczas komunista Leszek Kołakowski) też szczerze nie znosił Polaków żydowskich, którzy na ogół zaliczali się do grona intelektualistów i inteligencji w szeregach partii komunistycznej. A już z kwestii czysto praktycznej – czyż nie było wygodniej zaatakować maleńkiej grupki narodowościowo-religijnej niż np. ten cholernie ciągle potężny Kościół Wyszyńskiego, lub Ślązaków lub Kaszubów czy Mazurów?! Lub całą inteligencję polską, która do prowadzenia państwa była jednak niezbędna!?

Zwłaszcza, że ta inteligencja, która wydawała się być kompletnie spacyfikowana i zastraszona – podniosła jednak głowy po zdjęciu ze sceny w Tatrze Narodowym prowokacyjnych (zdaniem ambasadora Sowietów)  „Dziadów” Mickiewicza. I poważne, bo na skalę ogólnopolską protesty tysięcy studentów polskich.

Najsilniej na tą nagonkę i na symboliczny atak na „Dziady’ i wolność twórczą zareagowały środowiska inteligencji naukowej i artystycznej, czyli czołówka intelektualna państwa. Co ciekawe, były to często środowiska lewicowe (Michnik, Kuroń, Kołakowski). Poparły je rzesze studenckie – tj. tych, których bezpośrednio nie dotknęły bezwzględne prześladowania doby okupacji i późniejszego terroru stalinowskiego. Zastraszona i zdziesiątkowana większość ‘szarej inteligencji’ mimo sympatii dla studentów i intelektualistów – siedziała cicho i nie wtrącała się. Obojętnie, lub wręcz wrogo, ustawiła się najpotężniejsza klasa robotniczo-chłopska.

 To było tło ‘czystki anty-żydowskiej’. Propaganda bardzo sprytnie wkomponowała protesty w pejzaż anty-polskiej i anty-socjalistycznej kreciej roboty syjonistów i do masowego poparcia dla studentów nie doszło. Przeciwnie, dość wyraźne było (naturalnie ściśle sterowane przez władze partyjne) wręcz wrogie nastawienie tej najliczniejszej i najważniejszej dla PZPR klasy robotniczej. Wielu naiwnych i ‘dobrzechcących’ badaczy tamtego okresu do dziś nie docenia tego faktu i minimalizuje postawy robotniczo-chłopskie w PRL-u lat 50., 60 i początków 70. Były one generalnie niechętne inteligencji polskiej, generalnie gotowe udzielić kredytu zaufania władzy komunistycznej. I prawda twarda jest też taka, że te lasy najliczniejsze ale i najbiedniejsze nigdy takiego awansu społecznego i klasowego nie przeżyły w Polsce 1918-1939. Ta Polska komunistyczna wyciągnęła je z nędzy. Nie do dobrobytu, raczej do biedy. Ale między nędzą a biedą jest duża różnica. Na krótki czas i jedyny w naszej historii stali się nagle klasą ‘panów’.  Na podobnej zasadzie jak w wiekach XVI-XVIII były nią rzesze biedaków szlachty zagonowej, którym wmówiono, że są ‘równymi wojewodzie obywatelami’.  Fakt, że PRL szybko zrezygnował z polityki aktywnej represji wobec Kościoła umożliwił im pogodzenie ateizmu komunistycznego z przywiązaniem do wiary katolickiej. Innym, do dziś bardzo niechętnie poruszanym tematem, jest kwestia przejęcia własności po-żydowskiej po Holokauście. Nie tej wielkiej, bankowo-industrialnej. Tej po-żydowskiej biedocie: pozostałych tysięcy domków-drewniaków, sklepików, warsztatów handlowo-rzemieślniczych. Nie wszystkie miasteczka i miasta były zrównane z ziemią jak getto warszawskie. Większość prowincji przetrwała nie tak najgorzej w strukturze materialnej. I te rzesze najbiedniejsze chętnie się tam wprowadziły. Więc resztek tego elementu żydowskiego było wygodnie się pozbyć. Nie kłuły w oczy. Jak przestali istnieć to jakby i cały temat umarł. Stare cmentarzyki po prostu zarastały trawą i krzakami. Tak, jak pamięć i sumienia.

Odzyskawszy suwerenność mogliśmy jednak sami zacząć w tych ‘zarosłych’ cmentarzykach grzebać. Odsłaniać coraz mniej wygodne wspomnienia, przykryte kurzem historii fakty. Wiele pięknych. Jeszcze więcej brzydkich. Niektóre – wierzę mimo wszystko, że nielicznych stosunkowo – zbrodnicze. Rzeczywistość wolna zmusiła nas do spojrzenia w lustro bez makijażu, bez retuszu. Nikt tego specjalnie nie lubi. Zwłaszcza po 50 latach oczyszczonej, wysterylizowanej wersji historii. Gdzie i lewica rządząca i opozycja niepodległościowa zmuszone były sytuacją polityczną do bronzowienia i złocenia wszystkiego, co z Polską w dobie II wojny światowej było związane. Tak, jak w XIX wieku potrzebna była wówczas a okazała się szkodliwa na dłuższą metę polityka kulturalna ‘ku pokrzepieniu serc’, tak podobne skutki miała gloryfikacja wszystkiego, co narodowe w latach 1940-1990. Powstała wersja historii popularnej ale nie zawsze i nie wszędzie pokrywająca się z historią rzeczywistą. Historia pisana na zamówienie oczekiwań społecznych.

To jest też w jakimś stopniu szeroka geneza roku 2018 i niesławnej nowelizacji Ustawy IPN.  I olbrzymiego, nieoczekiwanego przez partię rządząca międzynarodowego konfliktu, jaki ta ustawa wzbudziła. To na nowo przeorało społeczeństwo polskie. Z jednej strony oburzenie i protesty na świecie obudziły w rzeszach Polaków opór wobec tych protestów przez sprytne  (tak , jak w latach 1967-68) wpisanie tego w elementy ‘ataku na Polskę i Polaków’ i słynne (choć w rzeczywistości kompletnie podniesione do rangi , jakiej nigdy nie posiadały) określenia typu „Polish concentration camps’, ‘Holocaust przeprowadzany przez Polaków’, itd.  Ale tak, jak środowiska studencko-artystyczne tej taniej propagandzie rządowej przeciwstawiły się w 1968, tak tym razem o wiele szersze protesty wobec tej absurdalnej ustawy podniosły się z szerokich kręgów Polaków w kraju i z zagranicy. Wygląda na to, że politycy PiS na prawdę strzelili sobie w nogę i  ‘na złość mamie odmrozili sobie uszy’.

Nikt na taką skalę wewnętrznej (pomijam tu kwestie ostrego konfliktu polsko-izraelskiego i polsko-amerykańskiego, jaki ta Ustawa wywołała) polskiej dyskusji w Kraju i poza nim na te tematy nie wywołał, jak ta Ustawa. I może to jej, na długa perspektywę, jedyny pozytywny element.  I jej autentyczny element moralny, etyczny. Dużo ważniejszy dla nas samych, obywateli  polskich, niż jakiekolwiek materialne, ekonomiczne czy polityczne skutki bieżące. Wydaje mi się, że przekroczyliśmy pewną granicę rozumienia tej trudnej historii polskich stosunków polsko-żydowskich, z której nie ma już możliwości cofnięcia się w tył. Że polski anty-semityzm pokrył się na stałe wstydem i jakkolwiek nie zniknie ani dziś ani jutro – nigdy już z tej porażki ostatnich miesięcy się nie podniesie. I znowu – jest to ważne przede wszystkim dla nas, Polaków, obywateli Rzeczypospolitej.  Mało mnie nawet interesuje w tej chwili, jaki będzie miało to wszystko wpływ na stosunki polsko-izraelskie a już zupełnie bez znaczenia, jak to wpłynie na stosunki polsko-amerykańskie. I Izrael i USA na końcu i tak postąpią tak, jak będzie dla nich korzystnie. Polska jest w bardzo słabej pozycji rzeczywistego wpływu na decyzje amerykańskie, nie wiele więcej na decyzje izraelskie. Jedyne z czego skorzystać, jako państwo, może, to wyciągnąć lekcje, by tych stosunków nie psuć idiotycznymi i niepotrzebnymi ustawami i aktami.

640px-Tablica_Marzec_1968_Dworzec_Gdański
tablica na Dworcu Gdańskim w Warszawie skąd odprawiono z ‘biletem w jedna stronę’ tysiące polskich Żydów w 1968

Zaskakującym ale nader pozytywnym (wiem, że wiele osób zdziwi się, że to piszę) aktem było wystąpienie prezydenta Andrzeja Dudu w Warszawie w rocznicę Wydarzeń Marcowych.  Polityk, który jest współwinny tej Ustawy – powiedział tak wyraźnie i tak dobitnie, jak jakikolwiek do tej pory jego poprzednik na Urzędzie Prezydenckim RP nie potrafił. Powiedział: jako Prezydent Polski – przepraszam.

Prezydent powiedział  też to w zaprzeczeniu wcześniejszej wypowiedzi premiera Morawieckiego, który usiłował odciąć się od jakiejkolwiek odpowiedzialności Polski i Polaków za ‘Marzec’68.

Nie można nie zauważyć, że w pierwszych słowach przypomniał i podkreślił bardzo pozytywna rolę w tamtych dniach m.in. Adama Michnika. Osobowość , obok Lecha Wałęsy i Prezesa Rzeplińskiego, najbardziej chyba znienawidzoną przez obecną władzę  w Polsce.  Z oficjalnej strony Prezydenta RP przytoczę obszerne fragmenty jego przemówienia. Są bardzo ważne. To przemówienie , być może jako jedyne Andrzeja Dudy, przejdzie do historii Polski. I słusznie. Bo te przeprosiny były konieczne. Są sprawiedliwe i godne.  Za te ‘przepraszam’ panu dziękuję, panie Duda.

(fragmenty przemówienia Prezydenta RP w Warszawie w rocznice wypadków Marca’68)

Niepodległość bez cenzury – tego się wtedy domagali, tego się domagali od komunistów. Komuniści oczywiście nie mogli tego zaakceptować, dlatego w sposób bezwzględny zmiażdżyli protesty studenckie. Zmiażdżyli je w sposób dla niektórych straszliwy – dla tych, dla których skończyło się to więzieniem, jak dla osławionych w polskiej historii komandosów, dla Karola Modzelewskiego, dla Adama Michnika.

/…/

Dziękuję, że Państwo tutaj są, bo zawsze musimy o tym pamiętać. Te wszystkie akty odwagi, takie jak 1968 rok, dążenie do wolności, do suwerenności, takie jak 1980 i 1981 rok, takie jak później całe lata 80., konspiracji niepodległościowej, podziemia solidarnościowego, takie jak przełom 1989 roku – one wszystkie złożyły się na naszą wolność i niepodległość. I ci wszyscy, którzy zasłużyli się swoją wielką odwagą, co chcę z całą mocą podkreślić ‒ właśnie w 1968 roku – są postaciami dla polskiej wolności pomnikowymi.

/…/

I wreszcie, proszę Państwa, to jest – co bardzo mocno chcę podkreślić – ten słodki aspekt tamtych wydarzeń. Mimo że niektórzy ucierpieli, mimo że zostali skazani na karę więzienia, mimo że znaleźli się w kopalniach, mimo że relegowano ich ze studiów, to gdy patrzymy z perspektywy historii, powiemy: „Tak, to byli bohaterowie naszej wolności. Tak, to jest ten słodki aspekt tego momentu, że byli tacy, którzy mieli odwagę sprzeciwić się komunistom”.

I pod tym względem ten teren Uniwersytetu Warszawskiego i to miejsce jest miejscem uświęconym bohaterstwem i odwagą ówczesnej polskiej młodzieży, za co dziś – jako Prezydent – składam im głęboki ukłon i głębokie wyrazy szacunku. Jesteście bohaterami naszej wolności. Tak jak Solidarność lat 80., tak jak Żołnierze Niezłomni, jak bohaterowie 1956 roku – tak i Wy jesteście bohaterami naszej wolności, jesteście bohaterami dzisiejszej polskiej niepodległości. Niezależnie od tego, co dzisiaj myślicie, jakie są Wasze poglądy i co wypowiadacie. Dla polskiej wolności, dla polskiej niepodległości jesteście postaciami pomnikowymi.

Ale jest jeszcze drugi aspekt tamtego czasu – ten gorzki, ten niesłychanie smutny, nad którym cały czas i dzisiaj, i w przyszłości trzeba się pochylać z żalem. Niektórzy mówią, że dzisiejsza Polska powinna przeprosić za tamten antysemicki akt dokonany przez ówczesne władze. Za to, że byli tacy Polacy, którzy się do tego wtedy przyłączyli. Za to, że wypędzono z Polski – bo tak trzeba to powiedzieć – paręnaście tysięcy ludzi.

Proszę Państwa, tak jak za Grudzień 1970 roku, za to, że strzelano do ludzi w Gdańsku, w Gdyni, tak jak za Radom, Płock, Ursus 1976 roku, tak jak za kopalnię „Wujek” 1981 roku, jak za błogosławionego ks. Jerzego Popiełuszkę, za ludzi pomordowanych przez komunistów ‒ dzisiejsza wolna Polska niepodległa, moje pokolenie nie ponosi odpowiedzialności i nie musi za to przepraszać.

Ale chcę z całą mocą podkreślić, że z wielkim żalem pochylamy głowy ‒ pochylam głowę z wielkim żalem także ja, jako Prezydent. I tym, którzy zostali wtedy wypędzeni, i rodzinom tych, którzy zginęli, chcę powiedzieć: proszę, wybaczcie, proszę, wybaczcie Rzeczypospolitej, proszę, wybaczcie Polakom, wybaczcie ówczesnej Polsce za to, że dokonano tego haniebnego aktu.

 

 Patrzę dziś na tę moją Polskę, na tę naszą Polskę dzisiejszych czasów XXI wieku i myślę sobie: co za żal, co za stratę ponosi dzisiejsza Rzeczpospolita, że Wy wszyscy, ci, którzy wyjechali, ci, którzy być może umarli przez tamten 1968 rok, że Was dzisiaj z nami nie ma. Że jesteście elitą inteligencji, ale w innych krajach. Że jesteście ludźmi sukcesu szanowanymi, ale w innych krajach. Że Wasza twórczość, Wasz dorobek naukowy, że Wasze wspaniałe osiągnięcia nie poszły na rachunek Rzeczypospolitej. Co za żal! Jakżeż mi jest przykro!

Byłem dzisiaj dosłownie przed momentem na Dworcu Gdańskim pochylić głowę, złożyć kwiaty pod tablicą. Stamtąd, skąd wyjeżdżaliście – Wy, Wasi rodzice. Rozmawiałem z Gołdą Tencer. Powiedziała do mnie: „Wie Pan, ja nie wyjechałam, ale największy żal, jaki chyba w nas jest, to żal za naszych rodziców”. I wtedy sobie, proszę Państwa, uświadomiłem: rany boskie, przecież wtedy wypędzono też tych, o których mówiłem, że walczyli o niepodległą Polskę 100 lat temu, że stali z bagnetem w ręku jako legioniści Rzeczypospolitej, że to ich przyjaciół gwiazdy Dawida znajdują się na nagrobkach żołnierzy Niepodległej, tych, którzy bronili Polski w 1920 i 1939 roku.

Szanowni Państwo, proszę ich o wybaczenie dla Polski, dla Rzeczypospolitej, dla tych, którzy wtedy to sprawili. I proszę ich, by tę prośbę o wybaczenie przekazali także swoim rodzicom – jak kto może: w myśli, w modlitwie. Polska moimi ustami o to wybaczenie prosi dla tamtych. Żeby zechcieli zapomnieć i żeby zechcieli przyjąć, że Polska tak bardzo żałuje, że ich dzisiaj w niej nie ma. (podkreślenie moje, autora artykułu).

Wyraźny wzrost antysemityzmu w Polsce. Niebezpieczne spotkania z demonami przeszłości.

Pomimo wielokrotnych oświadczeń czołowych przedstawicieli państwa i i partii rządzącej, które często odbierane są jako gołosłowne deklaracje  nie znajdujące potwierdzenia w rzeczywistości krajowej – zaniepokojone środowiska obywateli polskich żydowskiego pochodzenia wydały wspólne Oświadczenie. To ważny dokument. Trzeba dołożyć wszelkich starań by Polacy, gdziekolwiek są: w Kraju czy za granicą, potraktowali ten dokument z należytym szacunkiem i zastanowieniem się. Dobre imię Polski, jej wielowiekowa tolerancja nie mogą być oddane na pastwę ambicji politycznych jakichkolwiek polityków. Państwo Polskie ma obowiązek stawania w obronie wszystkich mniejszości narodowych w Rzeczypospolitej, która jest ich współwłasnością. Zwłaszcza tych mniejszości, które mają wielowiekowe tradycje w Polsce, tradycje patriotyczne, społeczne, socjalne, naukowe, kulturowe. To wyzwanie dla demokracji polskiej i dla wszystkich Polaków. Zwłaszcza dla liderów środowiskowych.  Dobremu imieniu Polski zagraża dziś – i powtarzam ponownie i w tym akapicie:  wbrew gołosłownym deklaracjom władz politycznych – w dużej mierze działalność rządu polskiego. W dekadzie, gdy odchodzą w przeszłość ostatnie generacje tych, którzy są Świadkami strasznej tragedii polskiego żydostwa w latach 2 wojny światowej nie wolno nikomu z nas nie zaświadczyć swą postawą, że to również niepowetowana tragedia i strata Polski. Że polscy Żydzi są nam tak samo ważni, bliscy i istotni, jak polscy Białorusini, polscy Ślązacy, polscy Kaszubi, polscy ewangelicy i polscy katolicy czy polscy ateiści. Ten przymiotnik ‘polski’ nie ma wartościowania. Jest jednoraki i równy dla wszystkich grup, które tworzą polską rodzinę dumnych Obywateli Rzeczypospolitej.

Poniżej tekst Oświadczenia żydowskich Organizacji religijnych i świeckich w Polsce.

Oświadczenie polskich organizacji żydowskich do opinii publicznej

[English translation below]

My, przedstawiciele polskich organizacji żydowskich, wyrażamy nasze oburzenie z powodu narastającego w kraju klimatu nietolerancji, ksenofobii i antysemityzmu. Mowa nienawiści wylewa się z internetu i rozpycha się w przestrzeni publicznej. Rozpowszechniła się w mediach, w tym i tych, które chcą nadal uchodzić za publiczne, i nie zdumiewa już także w słowach radnych, posłów, czy wysokich nawet urzędników państwowych. Ilość pogróżek i obelg, kierowanych pod adresem żydowskich instytucji i placówek, stale rośnie. Doceniamy to, że prezydent, premier  i przywódca partii rządzącej potępili antysemityzm. Ale póki słowa ich nie przekształcą się w czyny, brzmieć będą raczej jak deklaracja bezradności wobec napiętnowanego, a mimo to szerzącego się zła. Potrzebne są stanowcze działania.

Polscy Żydzi – w przeddzień 50. rocznicy marca 68 i 75. rocznicy Powstania w Getcie Warszawskim – nie czują się dziś w Polsce bezpiecznie. Jest rzeczą oczywistą, że obecne zagrożenia nie przypominają tych z przeszłości, i że – inaczej niż w wielu innych krajach współczesnej Europy – nie przybierają też formy bezpośrednich napaści. Ale brak fizycznej przemocy nie wystarcza przecież, by sytuację uznać za normalną. Oczekujemy od władz publicznych, by nie tylko przyznały, iż antysemityzm jest złem – ale że jest złem tu i teraz, że zagraża w Polsce dziś, i że musi być napiętnowany i ścigany. Brak przeciwdziałania ze strony władz odbierany jest bowiem jako przyzwolenie – i przez sprawców, i przez tych, w których czyny sprawców są wymierzone. Organizacje żydowskie gotowe są do szczegółowej, praktycznej współpracy z instytucjami publicznymi, od policji przez media po szkoły, by stawić temu tamę.

Wiemy też, że nie tylko my, a zapewne nawet nie my najbardziej, padamy ofiarą tego klimatu nienawiści. Wyrażamy naszą solidarność z wszystkimi w Polsce, którzy – jak Romowie, muzułmanie,  uchodźcy, osoby czarnoskóre, Ukraińcy, członkowie pozostałych mniejszości etnicznych, religijnych, seksualnych czy innych – doświadczają wrogości czy wręcz dyskryminacji. Czujemy gniew i wstyd, że w naszym wspólnym kraju kogokolwiek to spotyka. Jesteśmy, w ramach naszych szczupłych możliwości, gotowi współpracować z wami i waszymi organizacjami, by przeciwstawić się złu.

Obecna fala antysemityzmu nastąpiła w związku ze sporem o wchodzącą właśnie w życie nowelizację ustawy o IPN, którą uważamy za źle napisaną i szkodliwą dla swobody debaty historycznej. Ale jeżeli sporadycznie pojawiające się na świecie, godne potępienia, wzmianki o „polskich obozach” wymagają, zdaniem rządu i parlamentu, aż takiej reakcji prawnej, to co powiedzieć o szerzącej się w Polsce nietolerancji i nienawiści? Instrumenty prawne do ich zwalczania istnieją. Brak, jak dotąd, politycznej woli. Oczekujemy, że zostanie okazana.

Apelujemy zarazem do wszystkich, jakiej by nie byli narodowości czy wyznania, z którymi wspólnie udało nam się, na przestrzeni ostatnich 30 lat , zbudować – oparte na wzajemnym szacunku i prawdzie – zbliżenie polsko-żydowskie jakiego w dziejach naszej Ojczyzny dotąd nie było. Nie pozwólmy, by dzieło to zostało zmarnowane. To nie przeszłość nam zagraża, lecz niechęć do uczciwego się z nią rozliczenia. To nie konflikt polsko-żydowski nam grozi, lecz kolejna odsłona sporu o to, jaka ta Polska, wspólna nam wszystkim, ma być. Pozostańmy uczciwi, odważni i solidarni. Nie dajmy się podzielić.

Związek Gmin Wyznaniowych Żydowskich w RP; Naczelny Rabin Polski; Gmina Wyznaniowa Żydowska w Warszawie; Gmina Wyznaniowa Żydowska w Katowicach; Gmina Wyznaniowa Żydowska w Krakowie; Gmina wyznaniowa Żydowska w Bielsko-Białej; Żydowski Instytut Historyczny im. E. Ringelbluma; Żydowskie Stowarzyszenie B’nai  B’rith; Żydowskie Stowarzyszenia Czulent; Fundacja Ochrony Dziedzictwa Żydowskiego; Fundacja im. Prof. Mojżesza Schorra; Fundacja Shalom; Jewish Community Centre – JCC Warszawa; Towarzystwo Społeczno- Kulturalne Żydów w Polsce; Stowarzyszenie Dzieci Holokaustu; Stowarzyszenie Żydowski Instytut Historyczny; Stowarzyszenie Midrasz; JCC Kraków; Fundacja Hillel Polska; Stowarzyszenie Drugie Pokolenie – Potomkowie Ocalałych z Holokaustu; Stowarzyszenie Żydów i Kombatantów i Poszkodowanych w II wojnie światowej; Fundacja Żydowska „Chidusz”; Żydowskie Towarzystwo Gimnastyczno-Sportowe Makabi Warszawa;

 

Open statement of Polish Jewish organizations

We, representatives of Polish Jewish organizations, express our outrage over the growing wave of intolerance, xenophobia, and anti-Semitism in Poland. Increasingly, hate speech has escaped the confines of the Internet to infiltrate the public sphere. It has found its way into newspapers and television broadcasts, including those belonging to public media outlets.

We are no longer surprised when members of local councils, parliament, and other state officials contribute anti-Semitic speech to public discourse. The number of threats and insults directed toward Poland’s Jewish community is rising. While we appreciate verbal condemnations of anti-Semitism on the part of President Andrzej Duda, Prime Minister Mateusz Morawiecki, and Law and Justice party leader Jarosław Kaczynski, these politicians’ words ring empty and do nothing to stop the spread of evil without strong supporting actions.

On the eve of the fiftieth anniversary of the anti-Semitic events of March 1968 and 75 years after the Warsaw Ghetto Uprising, Polish Jews do not feel safe in Poland. In significant ways, present threats to Poland’s Jewish community are different from those we experienced in the past. Unlike many of Europe’s Jews today, we do not now face direct physical threats. Despite a lack of physical violence, however, our situation is far from normal.

It is unacceptable for Poland’s leaders to merely state that anti-Semitism is wrong without recognizing publically that it is a dangerous, growing problem in our country today. We receive authorities’ inaction as tacit consent for hatred directed toward the Jewish community and call upon Polish leadership to punish those whose actions threaten our wellbeing. As representatives of Polish Jewish organizations, we call on public institutions, police, media outlets, schools, and members of the Polish public to combat anti-Semitism, and we are eager to cooperate with them in this critical mission.

We know that Jews are not the only victims of Poland’s current hateful climate. We stand in solidarity with all people in Poland who experience hostility and discrimination, including Roma, Muslims, refugees, people of color, Ukrainians, and members of other national, ethnic, religious, and sexual minorities. As we witness and experience hatred, we feel anger toward and shame in our country.

The current wave of anti-Semitism arose in response to an amendment to the Act on the Institute of National Remembrance. We believe this law to be poorly constructed and detrimental to open discussion of history. If Poland’s government believes that even sporadic mentions of “Polish Death Camps” must be criminalized, certainly the rising intolerance and anti-Semitic hatred in our country should be subject to similarly serious measures. Our government possesses the legal instruments to combat hatred but lacks political will. We call upon our politicians to change course.

At the same time, we reach out to the partners of myriad backgrounds with whom we have built strong Polish-Jewish relations based on mutual respect and truth. Do not allow our collective work to be in vain. The past can no longer threaten us, so long as we grapple with its truths and move forward together. More than a break in relations between Poles and Jews, which have been growing stronger in the decades since Communism, we fear the growing chasm in understandings of our national character. Stand with us as honest, brave, united Poles. We shall not be divided.

 

List otwarty środowisk polonijnych

od Redakcji: poniżej publikujemy List Otwarty grup i organizacji polonijnych z Wielkiej Brytanii, Szwecji, Francji, Niemiec, Austrii, USA i Kanady w sprawie nowelizacji Ustawy IPN i szkód, jakie ona przynosi dobremu imieniu Polski

1 lutego 2018 roku Senat przegłosował ustawę grożącą trzema latami pozbawienia wolności osobie, która publicznie i wbrew faktom przypisuje Narodowi lub Państwu Polskiemu odpowiedzialność lub współodpowiedzialność za popełnione przez III Rzeszę Niemiecką zbrodnie nazistowskie”. 6 lutego 2018 roku, mimo apeli środowisk opozycyjnych w kraju oraz gremiów opiniotwórczych za granicą, Prezydent RP Andrzej Duda podpisał nowelizację Ustawy IPN, kierując fragment Ustawy do zależnego od obozu rządzącego Trybunału Konstytucyjnego z zapytaniem o jego konstytucyjność. Jednocześnie, mimo braku pewności czy jest on zgodny z zapisem Ustawy Zasadniczej, stosując rzadko używany kruczek prawny umożliwiający wykonywalność całej nowej Ustawy in corpore, bez oczekiwania na opinię Trybunału.
My, Polacy mieszkający za granicą w sposób szczególny odczuwamy reperkusje tych decyzji polskich władz. W ciągu kilku dni przez kraje, w których mieszkamy, przetoczyła się medialna burza, a społeczność międzynarodowa często mało sympatycznie spojrzała nie tylko na polską historię, ale nawet na nas, Polaków. W ciągu kilku dni zniweczone zostały wieloletnie starania polskich instytucji naukowych, kulturalnych i dyplomacji i – trwające nieustannie od czasów Jałty – starania i pracę nas, Polaków żyjących na obczyźnie, aby godnie reprezentować nasza Ojczyznę. Godnie reprezentować, czyli rozmawiać również na trudne tematy. Dlatego wyjaśnialiśmy za granicą specyfikę i złożoność wojennej historii Polski. Robiliśmy i robimy to nie tylko w ramach działalności zawodowej i społecznej, ale też w rozmowach ze znajomymi, sąsiadami czy współpracownikami. Mówiliśmy o Holokauście, o cierpieniach wszystkich Polaków, o polskich Sprawiedliwych. Nie unikaliśmy też odpowiedzi na pytania o odpowiedzialność niektórych Polaków za znajdujące potwierdzenie w różnych źródłach historycznych (w tym w świadectwach ocalonych z Zagłady) pogromy i zabójstwa żydowskich współobywateli.
Politycy partii rządzącej podkreślają, że chodzi o zwalczanie rzeczywiście mylnego i absurdalnego sformułowania “polskie obozy śmierci”. Obserwowana przez nas reakcja społeczności międzynarodowej w ciągu tych kilku dni najlepiej świadczy o tym, jak bardzo kontrproduktywna jest ta ustawa. Hasło “polskie obozy śmierci” stało się hitem sieci we wszystkich językach, a o antysemityzmie Polaków rozpisują się media i dyskutują ludzie na całym świecie.
Z naszych międzynarodowych doświadczeń wynika, że tylko edukacja oparta o rzetelnie prowadzone badania naukowe pozwala wyjaśnić i zrozumieć ciemne strony historii każdego narodu. Musiały się z nimi zmierzyć również kraje, w których mieszkamy. W naszej ocenie uznanie bolesnej prawdy o swojej historii oraz przekazanie nowym pokoleniom obiektywnego spojrzenia na jego przeszłość jest wyrazem dojrzałości i uczciwości narodu. Ta godząca w wolność słowa ustawa ma na celu zastraszenie badaczy oraz skierowanie ich pracy w stronę innych, mniej kontrowersyjnych” dziedzin badań. Wbrew temu, co utrzymują polskie władze, ustawa godzi również w działalność naukową i artystyczną; co prawda autor artykułu opublikowanego w czasopiśmie naukowym nie będzie podlegał karze, jednak jego publikacja w prasie dla szerokiej publiczności – już tak. Ponadto Instytut Pamięci Narodowej, a także jakiekolwiek stowarzyszenie lub organizacja pozarządowa będą mogły wytoczyć proces komukolwiek, w tym autorowi dowolnego artykułu naukowego, jeśli uznają, że interes tej organizacji został naruszony lub wręcz kuriozalnie zarzutem, że przedmiot badań nie jest oparty na faktach (sic). Badania doszukują się faktów, służą ich odkrywaniu i opisaniu lub negacji z braku faktów.
Straty wizerunkowe, których doznał nasz kraj na arenie międzynarodowej w ciągu tych kilku dni są poważne. Trudno też nie dostrzec antysemickich demonów, które pod pretekstem “obrony honoru narodu”, 50 lat po wydarzeniach Marca ‘68 znowu wyległy na ulice polskich miast. Marszałek Senatu, Stanisław Karczewski, zapowiedział apel do Polonii,by wsparła Polskę”. Polskę zawsze wspieraliśmy i wspierać będziemy, ALE ODMAWIAMY wsparcia działań obecnych polskich władz w tej dziedzinie. Nie zamierzamy wspierać prawa mającego na celu negowanie faktów i podważanie wyników pracy rzetelnych historyków w Polsce i za granicą, a także pozostającego w sprzeczności ze stanowiskiem wszystkich prezydentów Polski od 1990 roku. Przyłączamy nasz głos Polaków mieszkających za granicą do polityków, organizacji pozarządowych, naukowców i ocalałych z Holokaustu, którzy w kraju i na całym świecie wyrażają zdziwienie i oburzenie wobec tej kontrowersyjnej i pozbawionej sensu ustawy.
Podpisali i sygnowali przedstawiciele grup, organizacji
i środowisk demokratycznych Diaspory Polskiej:
Democracy is OK D.OK
ADDP Association Défense de la Démocratie en Pologne
KOD UK
Femini Berlin Polska
Manifest Wolnej Polki
Berliński Kongres Kobiet
Dziewuchy dziewuchom Francja
KOD Polonia Austria
Babski Londyn
Polish Feminists
Dziewuchy Polonia
KOD Polonia Nowy York
KOD Polonia Szwecja
FARSA
Dziewuchy dziewuchom USA
Wioletta Rebecka, Nowy York,
‘Stół Rozmów Polaków’ Vancouver, Kanada
KOD Niemcy
Obywatele Bez Granic, Montreal, Kanada
KOD Polonia Portugalia

KOMPAS Group Danmark R/A/M Polska

Dziewuchy dziewuchom Berlin, Niemcy

Mitte 21, Niemcy