LG, LGB, LGBT, LGBTQ, LBTQ2+ …

by Bogumil Pacak-Gamalski

Nie, to nie jest zapis z taśmy szyfru przesłanego aparatem Morse’a.  Nie jest to też jakiś opis chemicznych związków lub syntezy. Ani alfabetycznie zapisane nazwy słońc odległych galaktyk.

Plac Zbawiciela, Warszawa

To po prostu kolejne formy powstawania, budzenia się pewnej społeczności. Jej wychodzenia z cienia. Z cienia w naszej, okcydentalnej cywilizacji chrześcijańskiej (terminu ‘okcydentalizm’ używam tu świadomie w zapożyczeniu z leksykonu zachodnioeuropejskiego, gdzie ma znaczenie duże szersze i bliższe historycznej prawdy, niż używane w piśmiennictwie polskim, gdzie zepchnięto je w wąskie tory artystycznych i kulturowych prądów sztuki).

Nie całego (powiedzmy 4-5 tysiącletniego) kształtowania się cywilizacji zachodniej, ale ostatnich trzynastu, może siedemnastu setek lat. Otóż są to po prostu zwykłe skrótowce określające osoby o innej niż większościowa orientacji seksualnej i innej niż większościowa płci biologicznej i płci kulturowej (gender, po polsku czasem zapisywane, jako dżender).

Człowiek, wbrew bardzo obiegowej i kompletnie ignoranckiej opinii, nie zawsze i nie wszędzie rodzi się taki sam, identyczny. Tylko w dwóch odmianach: kobieta lub mężczyzna z identyczną (w tym wypadku przeciwną) orientacją seksualną. Gdyby tak było i gdyby istniało takie prawo natury (lub boskie) wszyscy by byli białoskórzy. Z ewentualnymi wyjątkiem dla wzrostu i kolorów włosów i oczu. Lub tylko czarni (to by było najlogiczniejsze, skoro nasi Adamowie i Ewy urodzili się w Afryce) – albo nas, Polaków, by nie było …. albo (o zgrozo!) bylibyśmy wszyscy czarni i raczej bez szansy na inny kolor lub rodzaj włosów bez pomocy silnych barwników. Ewentualnie druga opcja, najbardziej prawdopodobna, bo najliczniejsza, wśród naszego gatunku –  wszyscy żółci. Pisząc to i widząc  te słowa na papierze (monitorze, LOL), widzę sam tych słów pełny absurd – ani my nie mamy białego koloru skóry ani Azjaci nie maja żółtego i w ogóle nie mieści się w tym skrócie myślowym olbrzymia gama odcieni i barw skór milionów ludzi na świecie! Ale – dla łatwości –  zostańmy przy tych śmieszno-dziecinnych banalnych ,skrótach rasowych’. Więc już wiemy bez najmniejszej wątpliwości, że wszyscy tacy sami się nie rodzimy, jeśli chodzi o nasz wygląd. Czy wszyscy (w tych różnych kolorach) rodzimy się, jako tylko i wyłącznie kobieta lub mężczyzna (płeć biologiczna)? Najczęściej. Ale dużo mniej często niż laikom się wydaje. Popytajcie proszę położników o szczegóły. Czasem rodzi się … hermafrodyta? Maleńki człowiek niezdecydowany czy jest kobietą czy mężczyzną. Po trochu tym i tym. Czasem jedna część płci biologicznej (na ogół chodzi o zewnętrzne ‘intymności’ lub ‘klejnoty rodzinne’) jest bardziej ukształtowana od drugiej. W tym wypadku, przez długie dziesiątki lat współczesności, lekarze bardzo często sami decydowali co tu skrócić a co (o ile możliwe) uwypuklić.  W ich poczuciu uczciwości wszystko dla ułatwienia życia rodzicom i samemu dziecku. Dziś wiemy, że rodzicom może i tak, pomagało to – dziecku niekoniecznie. Zwłaszcza gdy dorastało i coś tam nie pracowało tak, jak u rówieśników. W dodatku jeszcze te mniej widoczne sprawy biologiczne – hormony. Też w takich sytuacjach dość pogmatwane i nie zawsze zgodne z tym ‘wyrokiem natury’ lekarzy.  Myślę, że nieszczęściami i łzami ofiar takich ‘dobroczynnych’ eksperymentów medycznych można by nowy ocean na Ziemi wypełnić… . Więc nawet płci biologicznej w żaden sposób nie można określić, jako wyboru miedzy a lub b. Można powiedzieć: w większości wypadków. Ale nigdy – zawsze i tylko. Bo to jest kłamstwo. Czyli szerzenie nieprawdy. A nikt z nas, z wolnego wyboru i bez przymusu, wszak kłamcą nie chce być. W tej kategorii najczęściej zawiera się ta literka „T” w LGBTQ. Transpłciowość, transgenderyzm. Osoba o więcej niż jednej płci.  Lub płci, która łączy w sobie elementy obu płci biologicznych, czyli jest płcią trzecią.

A teraz ta nieszczęsna płeć kulturowa, ten jakże przez pewne środowiska znienawidzony genderyzm. Jakże łatwiej i prościej by było o tym pisać, gdyby uczono tych podstawowych, elementarnych norm w pierwszych klasach biologii i nauki o człowieku! Ale nie uczono. Wielu do dziś walczy uparcie, by dalej nie uczyć. Tak, jak w Anglii, po wynalezieniu maszyny parowej, wielu ludzi paliło i niszczyło te maszyny i fabryczki je produkujące. Wierząc, że tym sposobem czas nie tylko zatrzymają ale wręcz cofną. Nie cofnęli. Maszyna parowa rozjechała ich na torach kolejowych. Jak z każdą nauką i techniką.  Nie uczono nas, bo wielokroć te nauki były jeszcze w powijakach, niezrozumiałe w pełni dla ich odkrywców i badaczy, a cóż dopiero dla przeciętnego człowieka. Spytajcie Kopernika i Galilea, jak to z teoriami i odkryciami nowymi bywa… . A mimo to – e pur si muovo (‘a jednak się kręci’).

Otóż, jak wiemy mimo wszystko od zarania dziejów (tu kłamać i udawać nie ma sensu), większość zachowań, przyzwyczajeń i sposobu bycia wynosimy z dzieciństwa i wczesnej młodości, obserwując najbliższe otoczenie rodzinne i socjalne. Jasiu nie rodzi się z umiejętnością rąbania drzewa siekierą. Jeśli mu ktoś tego nie pokaże – namęczy się strasznie zanim drzewo zetnie i możliwe, że to drzewo upadając złamie mu kark. Lub sobie odetnie niechcący ramię lub nogę. Ani używać karabinu lub szabli nie umie naturalnie.  Choć dziecko może mieć zdolności ‘wrodzone’ ku takiemu a nie innemu fachowi. Dziecko – nie chłopieć jako taki. Spytajcie Joanę d’Arc, Emilię Plater lub panią … generała Kazimierza Pułaskiego (tak, tak, ta nieszczęsna nauka znowu udowodniła bez cienia wątpliwości, że ten bohater narodowy Polski i Ameryki był – biologicznie rzecz rozumiejąc – … bohaterką z urodzenia).

Natomiast dziecko systematycznie tresowane i nauczane, co powinno się a co nie robić w zgodzie ze swoją płcią biologiczną – sprawia, że takich cech nabędzie. Lub będzie się starać je eksponować, nawet jeśli wbrew swojej naturze. Dlatego, chłopak 7-mio letni już wie, że nie powinien i nie wypada by pocałował lub przytulił swego najukochańszego przyjaciela (mimo, że robił to jeszcze bez oburzenia i zakazów środowiska ledwie 2-3 lata wcześniej). I że będzie mężczyzną a mężczyzna musi całować tylko kobiety i tylko kobiety przytulać. Tak już jest i koniec. Choć o seksualności tu jeszcze nie ma mowy w sensie pociągu lub jakiegoś seksualnego aktu. I wcale to nie zdecyduje o przyszłej orientacji seksualnej takiego chłopca. Tak się kształtuje płeć genderowa, kulturalna. Poprzez obserwowanie i naśladowanie otoczenia. Wszyscy to robimy od tysiącleci. Nie zawsze z takim naciskiem na sprawy seksualne, jak wręcz obłędnie w ostatnim stuleciu.  Z jakiś nieznanych ale naturalnie występujących u wielu osób przyczyn, wykształcają się u nas niewidoczne (lub mało widoczne, bo znamy wszak wszyscy chyba kogoś, kto będąc biologicznie mężczyzną miał kształty delikatne, wiotkie, wręcz kobiece – poza organami seksualnymi, naturalnie) silne aspekty ‘feminizmu’, ‘kobiecości’ (u chłopców) lub ‘maskulinizmu’, ‘męskości’ u dziewczynek. I to się wtedy kłóci z narzuconą przez środowisko płcią kulturową. Większość się poddaje presji, choć często prowadzi to do nieszczęśliwego życia. Inni walczą. Lub chronią się w zawodach bardziej ich płci genderowej niż biologicznej odpowiadających.

Teraz te zasadnicze: L i G. Zasadnicze, bo najczęściej (w tych mniejszościowych przypadkach oczywiście) występujące. Lesbian i Gay. Tu nie ma żadnych niespodzianek ani ‘pomyłek’ natury czy lekarzy. Od zarania dziejów homoseksualizm istnieje obok heteroseksualizmu. Wśród ludzi i zwierząt. Ba, nawet wśród roślin! W tym wypadku nie chęć szczera a natura zrobiła z chłopa oficyjera! I autentycznie nie wiemy dlaczego i w jakim celu (jest wiele teorii w jakim celu ale żadna nie jest w stanie tego wyjaśnić do końca i bez wątpliwości).  Nie, nie dla rozrodczości. Gej jest identycznie płodny, jak osobnik straight. I nie ma problemu w zapłodnieniu kobiety.  Niekoniecznie w akcie pasji i uniesienia erotycznego – ale bez problemu. Robili to przez ostatnie, nie wiem, 20, 50 tysięcy lat? Wiemy, że bohaterowie pierwszego  poematu sumeryjskiego „Gilgamesz’ byli kochankami. Wiemy, że bogowie sumeryjscy mieli romanse jednopłciowe, to samo hinduscy, o greckich nie wspomnę (ha ha ha), egipscy.  Itd., itd. We wczesnym chrześcijaństwie są znani święci męczennicy, tworzący nierozłączne, zakochane w sobie pary, jeszcze do prawie połowy wieków średnich w zakonach odbywały się sakralne ‘śluby ‘ par braci zakonnych. Z czasów nowożytnych znamy i wiemy o tych najbardziej znanych. Są ich setki, których znają badacze kronik i pism. Oczywiście, te steki to tylko osoby znane i ważne stanowiskiem, pochodzeniem, zamożnością, wyjątkowym talentem,  geniuszem. O innych – historia zawsze milczy. Ba, mieliśmy w Polsce dwóch monarchów najprzypuszczalniej lubiących bardziej paniczów dworskich niż dziewki dworskie: Władysława Jagiellończyka zwanego Warneńczykiem i Henryka Walezego ze starożytnego francuskiego rodu królewskiego (Walezy zwiał z Polski nie dlatego, że chłopcy polscy byli gorsi od francuskich tylko, że czekała na niego w Paryżu dużo bardziej atrakcyjna korona Francji). Czy bratanek króla Warneńczyka, św. Kazimierz Jagiellończyk też mógł być (delikatny w obejściu, dobry, opiekuńczy i – mimo, że w roku śmierci miał dobrze powyżej dwudziestki i był następcą tronu – kawaler…) homoseksualny? Mógł. Ale nie musiał. To tylko wyliczanka dla pół żartu, o niczym nie świadcząca. Poza jednym – że w każdym państwie, narodzie, plemieniu, mieście, wiosce, rodzinie – homoseksualiści byli i są. I o ile nas nie zaczną produkować maszyny eugeniczne – będą.  Piszę ‘homoseksualiści’ ale naturalnie mam na myśli też lesbijki, homoseksualistki. Jako, że od czasów upadku systemu matriarchalnego (a więc zamierzchłe czasy, pokryte całunem niepamięci) o kobietach pisano bardzo mało – ich intymne historie znane są jeszcze mniej. No, chyba że przywołamy okres wybitnie homoseksualizmowi przychylny – Grecję helleńską i niejaką Safonę z Lesbos … . W ogóle starożytność i antyk były zaskakująco pobłażliwe, a wręcz przychylne orientacji homoseksualnej. Tak długo, jak mężczyzna (zwłaszcza mężczyzna z rodem i funkcją wysoką)  postarał się o małżeństwo heteroseksualne w celu produkcji następcy – co robił w łóżku i z kim specjalnie nikogo nie interesowało. Ostatecznie małżeństwo  nie było instytucją związku emocjonalnego, intymnego, romantycznego – a instytucją społeczną o charakterze umowy korporacyjno-biznesowej. Tak jest do dziś często wśród milionów mieszkańców naszej planety. Ale zwiększająca się wolność jednostki, obywatela, człowieka z czasem doprowadziły do współczesnego trendu zawierania małżeństw romantycznych, opartych na wzajemnej miłości.  Ten współczesny ‘wynalazek’ ludzkości zdaje się służyć nam wszystkim lepiej. I należy go chwalić.

A więc – po krótce – opisaliśmy litery środkową (T) i pierwsze (LG) skrótowca. Teraz te powstałe w ostatnich latach i ciągle się zmieniające litery i znaki końcowe: Q, 2, +. Summa summarum są one pewną pochodną tego ‘T’. Bo T wynika z odrzucenia kompletności i wyłączności płci biologicznej, jako zawsze jasno ukształtowanej, danej nam w początkowych fazach rozwoju płodu i niezmiennej. T jest pierwszą literą słowa ‘trans’, czyli sugeruje płynność, zmienność, ruch. Transpłciowy. Transgenderyzm. (Proszę zwrócić uwagę, że owe T nie ma nic wspólnego z określeniem ‘transwestyta’. Transwestyta w tym skrótowcu nie występuje, bo nie jest określeniem ani płciowości biologicznej ani kulturowej. To po prostu specyficzny przebieraniec robiący to jako:  żart; protest; lub w celach erotycznych; zarobkowych /dawniej prostytucja męska/; lub estradowiec – drag queen lub drag king.)

W przeciwieństwie do tradycyjnego LG, które nic ze zmiennością płci wspólnego nie ma. Przeciwnie: jeżeli chłopak czuje się kobietą, to nie może być gejem. Ani dziewczyna uważająca się psychicznie mężczyzną nie może być lesbijką! Homoseksualista/tka ma pociąg romantyczno-erotyczny do osób tej samej płci, nie przeciwnej!

Otóż, w wielkim skrócie: ‘Q’ (inny , dziwny), ‘ 2’ (dwa/dwie) i ‘+’ to cała gama poza-fizyczna,  emocjonalna, kulturowa, czyli płeć autentycznie genderowa, z wyboru podyktowanego psychologicznym a nie fizjologicznym stanem. Choć, bez wątpienia’ są tu też i źródła biologiczne oparte na genetyce, endokrynologii. Wiedząc tak dużo, wiemy jednocześnie ciągle bardzo mało. Jaką mamy płeć okazuje się nie decyduje jedynie to, co mamy miedzy nogami. I to zjawisko zdaje się być nawet częstsze niż autentyczny homoseksualizm. Ale przez fakt do dziś prawie niezmienny kolosalnego nacisku i wpływu środowiskowo-rodzinnego – bywa najczęściej bezwzględnie tłumiony i wyciszany w jednostkach, które to odczuwają. Dopiero ostatnie badania psychologiczne, socjologiczne, antropologiczne i medyczne dają szanse tym jednostkom rozwoju siebie w kierunku …  bycia sobą. Proszę sobie wyobrazić jakąż olbrzymią ulgą, zrzuceniem jakiegoż straszliwego, przygniatającego ciężaru musi być realizacja, że ‘mogę być sobą’! To eureka niemożliwa do zrozumienia dla większości z nas.  Więc te literki oznaczają po prostu tych, którzy nie mieszczą się w tradycyjnym rozumieniu osobowości.  Niektórzy marzą o przeistoczeniu się fizycznym w drugą płeć fizyczną, biologiczną. Za pomocą leczenia hormonalnego, endokrynologicznego, po ostateczne zmiany chirurgiczne w usunięciu/wytworzeniu innych organów płciowych. Nie wszyscy. Niektórym oznaki fizyczne płciowości przeciwne od płci psychicznej nie przeszkadzają. Na takie osoby świetne określenie (i piękne jednocześnie) mają od wieków stare ludy autochtońskie, tubylcze, jak np. tubylcze szczepy Północnej i Środkowej Ameryki:  osoba o dwóch duszach – two-spirited person. W naszej, okcydentalnej kulturze było to niemożliwe i kategorycznie tępione. Nie wiadomo, może starożytni Słowianie, Gallowie, Celtowie, Germanie mieli takie słownictwo. Ale tępa (choć z dość ostrymi narzędziami przemocy) indoktrynacja religijnej ortodoksji  wyrwała je z korzeniami z naszej pamięci historycznej.

Co powyżej, mimo że na zwykły esej żurnalowy zbyt nawet długie, daje lekki zarys o kim mówimy używając te skrótowce LGBTQ2+ w pełnej lub jednej ze skróconych wersji. Nie jest to jakikolwiek wykład encyklopedyczny czy naukowy. Ot, temat mi znany blisko bardzo (i bliski sam w sobie) od … hmm, zawsze chyba. Czyli dość długo. Badań sam żadnych w tym temacie nie przeprowadzałem ani procesów doktorskich. Alem był i jestem dość zaawansowanym studentem tychże badań i ‘procesów’.  Jak i procesów zmian socjalnych i politycznych zachodzących w naszym – okcydentalnym i orientalnym – świecie. To ostatnie też w charakterze żywego ich świadka i uczestnika.  I napawa mnie to nadzieją, że ludzkość, wielokroć wbrew złym nawykom i doświadczeniom, ma szanse na bycie lepszą, ma nadzieje dobrej przyszłości i ‘ruszenia z posad bryły świata’. A patrząc dziś z uśmiechem na małe dzieci ośmielam się niepewnie wierzyć, że ich dzieciństwo, a zwłaszcza ta bardzo pierwsza i najwcześniejsza młodość mają szanse być tyleż szczęśliwsze i radośniejsze od dzieci i nastolatków mojego pokolenia  i długich cieni pokoleń wcześniejszych. Zwłaszcza tych określanych dziś ogólna nazwą LGBTQ2+. Innych. A przecież takich samych.

post scriptumtekst ten jest wstępem do artykułu innego (który się wkrótce ukaże) będącego reakcją i odpowiedzią poniekąd na ostatnie wydarzenia w Kraju związane ze społecznością LGBTQ i niespotykanym a opartym na absolutnych fałszach atakiem na tą społeczność ze środowisk skrajnej prawicy politycznej (w tym przedstawicieli samego rządu i władz RP) oraz zatrważającej wręcz napaści hierarchii kościelnej w Polsce i części kleru na ta społeczność. Ten ostry atak i towarzyszące jemu sprytne manewrowanie propagandą ultra prawicowych mediów ( na czele z rządowym TVP i „Gazetą Polską”) były w stanie zawładnąć wyobraźnią wielu osób. W tym osób mi bliskich. Tak przez powinowactwo, jak i z kręgów towarzyskich. Byłem tym szczerze wstrząśnięty. Mimo, że olbrzymia większość moich bliskich i przyjaciół jak i dalszych znajomych kardynalnie potępiła te ataki anty-LGBTQ2 – pozostało uczucie żalu trochę ale i chęci próby wyjaśnienia pewnych określeń, pojęć i znaczeń (np. określenie ‘ideologia LGBTQ2” lub czym są Marsze/parady Równości/Dumy). Stąd ten tekst powyżej, który do tego tematu może czytelnika przygotować.

Advertisements

Normandy – what is the lesson?

View toward the entrance to Atlantic from Halifax port on June 06, 2019. Proabably the last piece of Canada they saw before sailing into dark Atlantic 75 years ago.

That was 75 years ago. The largest in the history of humankind military invasion by-sea. Today, ever thinner, pockets of 90 plus years old men gathered in Normandy on Omaha, Juno and other beaches of French coast, and some in local places of importance to the invasion. As in Halifax, which saw all Canadian Army units in 1944 and all kind of military supply vessels leaving it’s port. Some say that the narrow waterway at Halifax port was so overcrowded with ships of all sizes and manner that one could walk from one side of the peninsula to the other without getting wet… . As I write this, I watch at that port and water from the window of my office.  And try to imagine the flotilla full of young men waving to the city and land they were just leaving. Many just saw the city for the first time in their life, having come from the shores of Pacific, the farms of Alberta, Saskatchewan, Manitoba thousands of miles away. Others were from here, from Nova Scotia, the birthplace of English Canada, from New Brunswick and it’s remnants of old French Acadia, from nearby Quebec and Ontario. A lot of these men never saw the city again. Or any other Canadian city. Their lives were cut short, very short, at Juno Beach and in the ensuing Normandy campaign.

The colour of sky and land mixes together in the cold hue of grey steel. Hard and cold, wet as the water lapping against the iron edges of barges, pontoons and small amphibious boats. The sun is just about to break through on the horizon. And the non-stop barrage of artillery and machine gun fire all around them. Around young boys and men not really sure what is just about to happen to them. Except one thing: it’s too late to turn around and sail back, too late to say: ‘I changed my mind, sir’ to your commanding officer. The hell with these damn Germans! Just let me go there, let me jump already to the cold water, get to the wet sand and start shooting at these bastards. Can’t take these waiting anymore. Just shout that bloody order and let us go …

And they did. The order came swiftly and they jumped into the water, onto the beaches. Some didn’t live much longer than four, maybe six paces on that beach. Some lived few hours, others waited in pain for a medic to stop the bleeding from arm, leg or stomach. It is probably safe to say that this stretch of Normandy’s coast in its millions years age never received so much warm blood in such a short time. It’s hard to imagine how the sand remained grey, as it would be logical that it should become dark red … .  

The bloodiest part, past the initial heavy losses at the beach, were at the Battle of Falaise, were they were fighting alongside the Polish I Armoured Division to stop the escaping, very powerful panzer Divisions of German army. That battle fought by Canadian and Polish units broke the back of German resistance and open the way for liberation of France. It seems not easy to comprehend and often is not noticed by historians in both Canada and Poland that two of extremely important battlefields of the Western Front in  the war against Hitler were fought by Canadian and Poles: in the said Battle of Falaise (IV Canadian Armoured Division of Major-General George Kitching and I Polish Armoured Division under the command of Major General Stanislaw Maczek, a talented officer with the most seniority among all major commanders of Allied Forces in the war with Hitler, as he commanded and never surrendered Polish Mechanized Brigade from 1 of September 1939 and in 1945 he accepted the final surrender of the High Command and units of German Fleet at Wilhelmshaven) and in Italian campaign, at the Battle of Monte Cassino paving the way to Rome ( 2nd Polish Corp – 3 divisions and one brigade – under the command of Lieutenant General Wladyslaw Anders and 1st Canadian Infantry Division – under Major General Christopher Vokes).

75 years ago the liberation of Europe entered its final phase. The forces of Nazism, the main perpetrator of the 1939-1945 terror, were being forcibly and violently push back to their homeland – eternal Hell. Many Heads of States today remarked how important that victory was for entire world but mainly for Western Civilization. None so eloquently as President of France, Emanuel Macron and Prime Minister of Canada, Justin Trudeau.

It’s worth noticing that these two men represent a new, younger generation of people. The one that has hardly any emotional attachment to the world war. Even their parents were either born after or were small children in 1939-1944. Yet, both of them very pointedly noticed the similarity of Nazism in Europe of the 1920-30 that led to the most horrific murders and crimes committed by authoritarian regimes of that time and the strange re-emergence of dark forces of chauvinism and Nazism today, often led by populists movements, on both sides of the Atlantic. Politically it is the most serious threat to peaceful and friendly cohabitation that existed and flourished in Europe and North America, indeed the world, since the end of 2 world war.

Rexlections? A few. The Nazism in Italy and Germany did not start with concentration camps. There was not much effort to stop it. The rich and powerful old elites looked at it with disdain but did not threat it as a serious danger to the state and way of being. The poor, unemployed and underprivileged – to the contrary. The cheap slogans of populism spoke to them. It offered hope, it showed easy targets. It divided between ‘us’ (good Germans and good Italians or good Hungarians) and ‘them’ (of course the powerful old elites, the Jews, the homosexuals, the Gypsies). Sounds similar to something here and now? Maybe no longer the ‘gypsies, jews and faggots’ (although here and there the good, traditional white man says that there should be some order instituted against these traitorous abominations of proper Christian folk-nation …) but ‘them’ – definitely. Them being, of course, the immigrants, especially with darker hue of skin. Particularly (at this moment) the so dangerous and so lazy and ever murderous ‘islamists’. With the wink that we know what ‘islamists’ means. That one country (ours, of course) is ‘great’ or greatest. But not only ‘them’ from far away. Sometime just ‘them’ from across the fence. The Mexicans are Christians, they are North Americans – but … They are not ‘us’, too brown, too native, too, well, dirty (remember the dirty Jew from 1930ies?). This is populism, the precursor of Nazism, the White Power movement. And that is how Hitlerism was born, and that is why thousands of young boys and men had to land at the beaches of Normandy and thousands of them never left the beaches alive.

Think of that when you read stories about Normandy in 1944. Don’t think of these stories with pride. No, sending thousands of men and women to terrible death on some wet and cold beach has nothing to do with pride. History does not ask us to walk with military drums,  songs and parades.  History simply asks us to learn a lesson. This particular lesson has a title: Never Again. Learn it, please.

Nasza Notre-Dame

1928, Albert Lebourg
by Bogumił Pacak-Gamalski

Jedyny sposób, w jaki potrafię pokazać mój żal i ogromny smutek na wieść o strasznym pożarze w Paryżu. W czasie pobytu tam, mieszkałem dość blisko i prawie codziennie albo zachodziłem albo przechodziłem obok tej Katedry. Oczywiście to serce Paryża – ale to też serce Polski, serce nowożytnego Europejczyka. Może bardziej niż jakiekolwiek inne miejsce w Europie. Europy Karolingów i Merowingów od których wszystko się zaczęło. Nad Sekwaną i nad Renem i nad Wisłą.

Pomyslałem o ‘polskim’ Paryżu i naturalnie zaraz przypomniałem wiersz wielkiego francuskiego poety przełomu XIX i XX wieku, Apollinaire’a, (przez dziadka Kostrowickiego, z polskimi korzeniami) – “Most Mirabeau”. Z mostu Mirabeau trudno dziś dojrzeć Notre Dame, jest po drugiej stronie Łuku Tryumfalnego. Ale łatwo katedrę oglądać z mostu Neuf, a tam często bywałem. Więc utrzymując dość ściśle formę Apollinaire’a tak literacką, jak i używając jego semantycznego stylu napisałem dwie pierwsze zwrotki tegoż wiersza na nowo. Niech to będzie mój skromny i jakże niedoskonały pocałunek dla Paryża i Notre Dame.

Pont Neuf i Apollinaire pod Pont Mirabeau

Pod mostem rzeki, w sercu Europy
                 Moknie cień Notre Dame               
Wieże, absyda, ja sam
Płoną przez historię i przez potopy.


               Dzwon się rozhuczał, ogniem kołysze
              A ja jak kamień zapadam w ciszę.


15 kwiecień, 2019, Nova Scotia


Election in Alberta and few facts

Elections in Alberta are always a bit dramatic (like in Quebec and in Ontario). And always (except the ones in Ontario – they are mostly interested only in themselves, almost as if Canada was part of Ontario’s Confederation, not the other way around) evolve close to the argument ‘us versus them’ – meaning the only and always discriminated against Alberta (or Quebec) contra the rest of Canada, especially the awful and foreign Federal Government, the epitome of Evil, Corruption and Greed (unless it is conservative government, mind you, LOL). And a government of Trudeau (doesn’t matter which one) must be straight from Hell Eternal. From the old times of great dynasties of Getties and Logheeds (although they were the last ones that were willing to stand for Canada as a country, even before self-interest of Alberta) till today. Ralph Klein, first truly populist leader in Canada, provided some relif as a popular drunk and likable media and mayoral personality. But now we are back to a true throwback to good ol’ times: Mr. Jason Kenny, voila (pardon for French)!

As I came to settle in Alberta in the old days of beginning of 1980’s – it was already the beginning of an end to full and numerous oil drills in the foothills between Calgary and Lethbridge and toward Bassano and Medicine Head to the East. The good light oil, mind you. Not the sands. For all practical reasons the coal was just a memory of the past. But money were still plentiful. Smart premiers (the old Progressive Conservative Party) started on a small scale  diversification of the economy, but the pace was way too slow. After all, oil was still treated as God given right and God given present to the folks nested between the prairies and mighty Rocky Mountains. Hardly anyone talked or heard of climate change. Unless we talked about biblical times or the times of dinosaurs (and remembering that Drumheller and Badlands are in Alberta, we talked about dinosaurs often). The grand huge glaciers feeding three oceans were still massive and touching the edges of  Icefield Highway from Lake Louise to Jasper. When I travelled that highway in 2017, the mighty icefields were so far away from the road, I could hardly see their edge. Times have changed. But not the way Albertans think. Which brings me back to the subject of Badlands and dinosaurs …  Yes, it is true – even today you can use a hand pick and kitchen fork to find pieces of dinosaurs bones near Drumheller. Not so much live dinosaurs, though…

Moving forward 20 or 30 years. Alberta built huge oil sands fields in the north. The climate change moved as rapidly as the oil development. No, it was not and is not an engine of the Nature’s phenomena called climate. But it is a major contributor to it. It is particularly dirty and inefficient fossil fuel that requires a lot of …    yes, fuel, to make it usable and energy producing fossil. Being a land locked based province it requires extremely long pipelines to move it or very energy consuming other transport (rail, trucks). It leaves terrible and massive ecological mess of toxins and destroyed habitat in the northern Alberta. Mess that will need to be cleaned at an extremely high cost ones the oil corporations will be gone. And gone they will be. Of that there is no doubt. The huge giants, despite massive (over 3 to 4 billion dollars year by year) subsidies failed to build a single one petrochemical plant in Canada capable of producing a single drop of gasoline or usable oil from the oil sands. Therefore we are forced to sell it as a raw, cheap material. While relying on our usable oil and gasoline from US. Yes, when the oild prices were around 100 dollars a barrel – Alberta reap huge royalties and huge taxes went to federal level. But the Canadian was left with paying higher and higher prices to fill their car tanks. And now again, as the prices grow on world market – so do the prices at the pump. Did Canadians (or Albertans for that matter) receive subsidies for the high prices just as the oil producers did for their operations? Not so much.  This is not an attack on oil industry. Just some simple facts of life and costs faced by ordinary citizens not employed directly by oil companies. Also citizens of Alberta.

But this are just side costs. High but not the most important. The most important by now, by 2019, is the fore mentioned climate change and costs associated with it. And not even the tragic consequences for our children and grandchildren. No, the costs now. Factual and actual. The ones we, as taxpayers and consumers pay already in the billions.

Here is very few, the most famous ones and the ones that touched particularly Alberta itself or just across the provincial border.

This is how Calgary major street, McLeod, looked in 2013. It is not Bow River. It is a busy city street. Result of huge floods in Southern Alberta. Frequent and massive floods are part of massive and rapid climate change. Cost of the flood was conservatively estimated to be over 5 billion dollars. Dollars of Alberta’s and Canada’s taxpayers. How much more you think you paid since then for your car and home insurance? And what serious and energetic climate change plan for Alberta and for Canada is presented to voters by Jason Kenny?

But God’s (or Nature, whatever you prefer – results are the same) plaque do not come as waves of water only. They come as wave of flames, too.

In 2016 entire Canada was horrified and sprung to help Alberta as the huge, colossal flames engulfed it’s northern part. Specially around Fort McMurray. It generated the largest evacuation of entire towns to its capital, Edmonton. The largest in our national history.  The cost was  … ten (10) billion dollars.

view of Fort McMurray fires from satelite

And again – the hidden costs of higher prices for numerous services needed by Canadians for years to come. Mostly the raising insurance premiums, but not only that. What is Jason Kenny going to do to help mitigate the strength and frequency of such disasters related to climate change?

In 2017 and 2018 neighboring British Columbia suffered back to back to worst wild fires in its entire history. Combine the cost of both them will be, conservatively speaking, over another 1 billion dollars.

That’s 16-18 billion from 2013 to 2018 just for four major disasters. Not counting the tens of smaller ones. Directly related to climate change. Recent scientific major study revealed that Canada’s north is warming 2 to 3 degrees faster than the rest of the world. It is catastrophic.

Yes, we do want a healthy and responsible energy industry in Canada. And it is mainly concentrated in Alberta and Saskatchewan. We do want good employment opportunities. I would even say, that yes – we do need to be able to finally build (twin) at least that one pipeline to Burnaby (if for anything, then for easing the more dangerous and more energy consuming other ways of transporting oil sands). And since we are an oil producing nation – it would be nice to be able to sell it at fair market value instead of the scraps from Texas refineries.

But we need to start right away planning and paying for investments in industries and technologies that will replace the fossil fuel development as soon as possible. Not 10 years from now. Now. Ten years from now a quarter of the industry will be gone anyway on its own. They won’t stay just because they love Alberta workers and politicians. No. The only think they like is a dollar. Made on the market or from government (means: yours and mine) pockets.

And that’s the real problem facing Alberta in two days’ time. Not ‘socialist’ or ‘conservative’ ideologies. The truth is that Notley’s NDP is really rather far from socialism. And Kenny’s UCP is closer to bigotry and cheap tribalism than to conservatism.  And now, good night to you all. Time to go to bed.

Czy protest i krytyka jest nienawiścią?

Coraz częściej słychać dziwne tony w narodowej dyskusji po zamachu na prezydenta Gdańska. Nieco to przypomina pewne, bardzo podobne, odcienie tonów w rozmowach po tragicznym samospaleniu Piotra Szczęsnego ale tym razem wydaje mi się, że te tony są wyraźniejsze, bardziej głośne. I to podobne po obu stronach ‘polskiej barykady’ ideologiczno-filozoficznej. Bo ‘polska barykada’ w swej istocie nie jest polityczna a dużo głębsza: ideologicznie-filozoficzna. Nie chodzi  tu ani o PiS ani o PO.  Chodzi o dwie, bardzo od siebie różne Polski. A tego zwykłe wybory parlamentarne rozstrzygnąć nie potrafią. Ale nie o tym dylemacie moralnym będę tu pisać. Tematem, mimo dywagacji pobocznych, jest jednak ten dzisiejszy, specyficznie dziwny ton rozmowy narodowej. Zanim wyjaśnię o jakim ‘tonie’ mówię, pewne wprowadzenie zrobić jednak muszę.

Tak wówczas (samospalenie Piotra S.), jak w obecnym czasie, głównym tematem/tonem była chęć ostrzeżenia społeczeństwa i władz przed wzrastającą niechęcią powoli przepoczwarzającą się w nienawiść między tymi, którzy popierali rządy PiSu i Kukizu, a pozostałą częścią społeczeństwa. Tak wówczas, jak i dziś ważne jest zaznaczenie, że te skrajne emocje dotyczyły w zasadzie tylko aktywnej politycznie części społeczeństwa (skupionej wówczas głównie wokół Komitetu Obrony Demokracji a dziś w bardzo licznych innych grupach, organizacjach i fundacjach związanych z szeroko rozumianą ochroną swobód demokratycznych) z jednej strony, a władzy politycznej  (rządu i Prezydenta RP oraz głównego decydenta politycznego – Jarosława Kaczyńskiego)  i jej niebyt licznego ale ‘żelaznego’ elektoratu z drugiej.  Szerokie masy aktywnie nie włączały się w spór polityczno-narodowy. Owszem, sympatie nie były ukrywane ale nie przelewały się na obszar publiczny.

Ponieważ władza ma jednak zawsze po swej stronie zwykłą brutalną przewagę  (‘brutalna’ w tym wypadku nie oznacza przemocy fizycznej – ani wojsko ani policja jawnych akcji pacyfikacyjno-bojowych nie przeprowadzały wobec tzw. obozu demokratycznego) w postaci stanowionych praw, przepisów i obowiązków – ta przewaga stwarzała i dla władzy i dla szerokich mas pewien miraż wyższości i bezkarności.

W dodatku po niebezpiecznie dla władzy wykazanej sile i popularności masowego wówczas KOD – zwłaszcza w obronie konstytucyjnego filaru trójpodziału władzy, Trybunału Konstytucyjnego – te centrum demokratycznego oporu pękło, a przez to pękł drugi miraż polityczny: miraż potęgi ruchu demokratycznego. Oba miraże stwarzały wrażenie pewnego balansu. Na zasadzie: władzy nikt zagrozić śmiertelnie (tj. utratą władzy) nie może ale i władza zawsze była gotowa cofnąć się przed pełną konfrontacją brutalno-fizyczną (np. włamaniem się do budynku Trybunału i aresztowaniem sędziów a zwłaszcza niezłomnego prezesa Trybunału). Skutkiem błędów strategicznych czy personalnych KOD lub wyjątkowo perfidnie ale i skutecznie przeprowadzonej akcji wywiadowczej ‘od wewnątrz’ – KOD będąc u szczytu swej siły uległ wewnętrznemu rozłamowi. To wyraźne osłabienie centrum społecznego oporu PiS zrozumiał błędnie, jako zachętę do totalnej przebudowy systemu prawnego państwa ale i też mniej skodyfikowanego formalnie systemu norm postepowania i umów społecznych w ramach których społeczeństwo-naród funkcjonuje.

Załamanie się KOD, jako potężnej organizacji masowej, było też tylko chwilowym, a może nawet pyrrusowym zwycięstwem władzy. Ostatecznie pojedyncze organizacje można łatwiej pacyfikować i inwigilować. Tak Sanacja  zrobiła z polskimi komunistami i z ultrakatolickimi faszystami Falangi narodowców w latach 30. ubiegłego wieku, a po 1945 tak zrobili z PSL i socjalistami z PPS nowi właściciele Polski. Dla łatwiejszego kontrolowania środowisk chadecko-kościelnych dali glejt falangiście Piaseckiemu do założenia PAXu.

Gdzie był błąd mirażu PiSowskiego? Nie przewidzieli, że w krótkim czasie, opuszczony przez rozbicie KODu, plac walki politycznej zajmą dziesiątki nowych grup i organizacji pro-demokratycznych. Formalnych i luźnych. Klasyczny przykład z Sienkiewicza: złapał Kozak Tatarzyna a Tatarzyn za łeb trzyma.

Tak powstała istniejąca do dziś mapa stałego, otwartego i bez szansy na zwycięstwo kogokolwiek, konfliktu, który trwa w Polsce nieprzerwanie od pozornej klęski KOD. Który zresztą też częściowo się odbudował i odnalazł swoje mniejsze ale istotne miejsce. Co gorsza – pozostał mit koderowski. Coś na kształt legendy Legionów, AK czy Solidarności. Nie mówię o dokonaniach czy osiągnięciach, a o micie, legendzie. Ma PiS i KUKIZ ‘żołnierzy wyklętych’, ma współczesna opozycja społeczna mit KODu. Jeden i drugi przetrwają obecnych polityków u szczytu władzy i polityków opozycji politycznej  PO, Nowoczesnej i PSL. 

Dwa moralne, etyczne wydarzenia w tym gorącym okresie walki ideologiczno-politycznej miały miejsce. Nie były ani zaplanowane ani przeprowadzone przez władze ani przez jej przeciwników. Były jednostkowe i tragiczne. Zginęły dwie osoby: jedna znana i głośna (Paweł Adamowicz, prezydent Gdańska, znany polityk PO) i druga, nikomu nieznany, prywatny człowiek (Piotr Szczęsny, Szary Obywatel).

„Apelujemy jednocześnie do obu stron konfliktu ściśle politycznego: do partii rządzącej z koalicjantami i partii opozycyjnych w polskim Parlamencie; do polskich grup społecznych w Kraju i poza jego granicami:

domagamy się rozpoczęcia bezzwłocznie autentycznego dialogu społecznego i politycznego nad stanem Kraju. Polska to nie kawałek sukna wyrywany przez wszystkich dla siebie. Polska nie należy tylko do jednej, obojętnie jak licznej lub jak zamożnej czy silnej, grupy. Należy do wszystkich Polek i Polaków. Jest faktem niemożliwym do ukrycia, że jesteśmy skłóceni i podzieleni, jak nigdy dotąd w naszej ponad 25-letniej historii III Republiki. I że przekroczyło to już dawno ramy zwykłej i naturalnej różnicy opcji politycznych. Polska nie jest i być nie może zakładnikiem czyichkolwiek ambicji, politycznego rewanżu. Nie jest nagrodą w zawodach politycznych określanych powszechnymi wyborami. Nie stać nas, jako państwo i jako społeczeństwo, na zwycięzców i na przegranych. Rozpocznijcie te rozmowy natychmiast i bez wstępnych warunków .Aby nigdy już w wolnej Polsce jakikolwiek Obywatel czy Obywatelka (dobro najwyższe każdego państwa) nie czuł się tak poniżony, tak odosobniony, tak bez cienia nadziei, by wybrał tak tragiczny akt protestu, jako jedyną możliwość apelu do naszych sumień. Tego wymaga dobro Kraju od każdego z nas.”  Powyższy cytat był zredagowanym wówczas przeze mnie i podpisanym przez większość organizacji i działaczy demokratycznych emigracji polskiej w Ameryce Północnej, Europie i Australii apelem. który ogłosiliśmy w swoich krajach ale przede wszystkim w Polsce. Apel od nas – Polaków spoza Kraju do rodaków w Kraju. Odzew był bardzo pozytywny i liczony w tysiącach. Wszystkich ten akt niby bezsilnej a jednocześnie heroicznej ofiary poruszył do głębi. Pierwszy raz społeczeństwo zrozumiało, że to nie są tylko przepychanki polityczne, wyrównywanie starych rachunków między byłymi koalicjantami (ostatecznie korzenie tak PiS, jak i PO są bardzo zbliżone, by nie powiedzieć identyczne: z  narodowo-centroprawicowej koalicji AWS) ani nawet jakieś chorobliwe objawy Jarosława Kaczyńskiego, które łączono z jego domniemanym załamaniem psychicznym po wypadku lotniczym pod Katyniem i tworzeniem jakiejś makabrycznej ‘religii smoleńskiej’ (popularne w Polsce określenie wywodzące się z organizowanych w Warszawie tzw. miesięcznic smoleńskich). Podczas gdy jest najbardziej prawdopodobne, że budowa tej ‘religii’ była po prostu jego cyniczną ale skuteczną grą polityczną wobec tzw. twardego elektoratu dewocyjno-szowinistycznego.

Pośrednio też, ten Apel był skierowany do aktywistów KOD, którzy po wewnętrznym kryzysie ulegli poważnemu podzieleniu, a zwolennicy dwóch przeciwnych obozów prowadzili wobec siebie równie bezpardonową walkę, jak ta miedzy obozem PiS a siłami prodemokratycznymi. Domagania się wyciszenia i ucywilizowania sporu, skutkiem refleksji po samospaleniu w Warszawie Piotra S, załagodziły ostrość tego sporu i dały szansę na tworzenie się nowych struktur nie zwalczających się wzajem a wręcz wspomagających w pracach demokratycznych. 

Niestety, podobnego efektu nie udało się uzyskać ze strony władzy politycznej Polski. Śmierć Piotra Szczęsnego była szansą i dla tej władzy, by włączyć się w nurt łagodzenia języka i działań politycznych.  Szansą niezauważoną lub świadomie odrzuconą.

Jest oczywiście możliwe, że kolejne, bezpardonowe i udowodnione sądownie, świadome łamanie zapisów konstytucyjnych, było częścią jakiegoś międzynarodowego spisku, konspiracji (Putinowska Rosja)  przeprowadzonej przez szarą eminencje PiS, Antoniego Macierewicza. Czy to możliwe? Wątpię by do tego stopnia. Nawet jeśli Macierewicz był (jest?) faktycznie jednym z czołowych agentów Moskwy w grze o Polskę.  Wbrew popularnym mniemaniom nie sądzę by międzynarodowe konspiracje miały aż tak wielki wpływ na faktyczne losy państw. Chyba, że szybko doprowadzają do konfliktu zbrojnego. A na to się raczej nie zanosi – ani w formie agresji zewnętrznej ani w formie wojny domowej.  Polska nie jest na Zadnieprzu (nie w czasach współczesnych, w każdym razie) ani na Krymie. Jest sporym państwem Europy, wieloletnim członkiem NATO i UE. To gwarancje i sposoby myślenia o wiele skuteczniejsze niż ewentualne spiski agenturalne.

Wracajmy jednak do ‘dziwnych tonów’ w narodowej dyskusji po zamachu na Adamowicza. Ten ton, to natychmiastowe (a spowodowane bez wątpienia szokiem w reakcji na te publiczne morderstwo) zrozumienie, że na naszych oczach zobaczyliśmy i doświadczyliśmy efektów ‘mowy nienawiści’ tak perfidnie zadomowionej w Polsce od kilku lat. Więc i szybko, przerażeni możliwością dalszych efektów tego szatańskiego i zręcznie sterowanego przez władze państwowe fenomenu, apel o usunięcie mowy nienawiści rozszerzyliśmy na wszystko i wszystkich. Również wobec siebie. Wydawała się ten apel podjąć także władza, np. w wystąpieniu publicznym prezydenta Dudy. Niektórzy, w tym i w szeregach demokratycznych obywateli, wręcz starali się unikać krytykowania bezpośredniego władzy i szukania bezpośrednich lub nawet tylko pośrednich przyczyn takiego zamachu. Wskazywanie zbyt jasno palcem krajowych władz politycznych widziano, jako też przykład ‘nienawiści’ wobec PiSu. Tak, jakby autentycznie i kompletnie naiwnie uwierzono, że PiS i jego władza nagle się zmieni, potępi a nawet zacznie aktywnie ścigać akty przemocy słownej i czynnej środowisk skrajnie szowinistycznych. Oczywiście nic takiego nie nastąpiło. Pewien szok (chyba szczery i autentyczny) władz rządowych, że do takiej zbrodni dojść mogło – nie zaowocował zmianą polityki osiągania celów za każdą cenę. Nie mógł. PiS zdaje sobie doskonale sprawę, że wycofać się już nie może. To by zagrażało celowi zmiany struktur systemowych państwa, które miały, w założeniu oryginalnym PiS, uniemożliwić powrót demokracji liberalno-demokratycznej do ponownego powrotu do władzy. Zagrażałoby też zabezpieczeniu się obecnej władzy przed bardzo realną i  wyraźnie głoszoną zapowiedzią, że tym razem PiS za przestępstwa  polityczne ale też indywidualnie za przestępstwa kryminalne (oszustwa o charakterze finansowym) będzie po ewentualnych wyborach odpowiadać. A zabezpieczeniu przed takim obrotem sprawy ma właśnie służyć cała rewolucja systemu sądownictwa w Polsce. Obok umożliwienia zablokowania autentycznej kontroli wyborów.

Należy wystrzegać się więc ze wszech miar stawiania znaku równania miedzy ‘mową nienawiści’ a ostrą krytyką rządu i władz. Ja na przykład PiSu nie nienawidzę. Natomiast jestem gorącym orędownikiem odsunięcia go od władzy i pociągnięcia do pełnej odpowiedzialności karnej i politycznej o ile będą ku temu podstawy prawne i wiarygodnie przeprowadzone procesy. Przez niezależne od rządu i prokuratury sądy powszechne. Uważam, że polityka PiS szkodzi Polsce i Polakom niewspółmiernie do jakichkolwiek ewentualnych korzyści, jakie ona może przynosić.

Oczywiście, na portalach społecznościowych (jak Facebook i temu podobne) można było spotkać ludzi piszących, że to co spotkało Prezydenta Gdańska winno spotkać takiego czy innego członka władz PiS. I to jest nie tylko naganne. To jest niedopuszczalna mowa nienawiści. Tej samej, która bardzo możliwe włożyła pośrednio nóż do ręki zamachowca w Gdańsku. Takie wypowiedzi należy tępić i nie dopuszczać do politycznego dyskursu. Podejrzewam, że w wielu wypadkach były to zresztą wypowiedzi trollów spoza autentycznych środowisk pro-demokratycznych. Nawet jednak jeśli mówił tak ktoś, kogo znamy – należy to potępić.  Ale np. kogoś opinia, że za mord gdański i wzrastającą wrogość różnych środowisk wobec siebie pośrednią winę ponosi propaganda środowisk rządowych – nie jest w żadnej mierze mową nienawiści. To opinia i ocena. Może mylna, może prawdziwa.  Ale do opinii mamy prawo. Tak, jak do obywatelskiej krytyki władzy. Do tego ostatniego mamy wręcz obowiązek obywatelski.

Niemiecki filozof poprzedniego stulecia Max Scheler określił wydarzenie tragiczne i następującą po nim ‘winę tragiczną’, jako niemożliwą do określenia, a przez to do wydania wyroku. Ale nie oznacza to, że wina taka nie istnieje. Po głębszym wywodzie i rozpatrzeniu tego zagadnienia dochodzi wszak do wniosku, że prawdziwie tragiczna jest sytuacja jednostki, której ostry zmysł etyki i moralności nie pozwala na przemilczenie i niezauważenie odpowiedzialności etycznej za ‘winę tragiczną’. Takie jednostki są niezbędne dla społeczeństwa. Nie zatykajmy im ust dla własnej wygody moralnej i środowiskowej. Czasami trzeba i należy głośno powiedzieć to, co normalnie może nie wypadałoby.

Bo sytuacje tragiczne, wydarzenia tragiczne nie są sytuacjami normalnymi.

Zdarzało mi się wielokroć usłyszeć od skądinąd zacnych działaczy tradycyjnych organizacji polonijnych tłumaczenie, że nie powinniśmy jednak rządu tak ostro krytykować ani o pewnych rzeczach (wzrastające znaczenie i bezkarność grup faszystowskich i rasistowskich w Polsce) poza granicami Polski. Że to wpływa na zły obraz naszego kraju.  Nawet przy założeniu (i tak zakładałem i zakładam) dobrej woli i zbożnej chęci – pogodzić się takim stanowiskiem absolutnie nie można. To dosłowne przestawienie konia i furmana na tył wozu. Kompletnie nie logiczne i w konsekwencji szkodliwe dla Polski i dla samej Polonii. Szkodzą Polsce władze, gdy uprawiają politykę pełzającej dyktatury i kiedy umożliwiają grupom szowinistycznym i faszystowskim na publiczne manifestowanie swojej złowrogiej ideologii. Ci którzy protestują i o tym głośno mówią – Polsce i Jej imieniu służą. Milczenie jest prawie zawsze postrzegane, jako wyraz zgody. A to by było tragiczne.

Dlatego zgadzając się z generalnym apelem o wyraźne NIE wobec języka nienawiści, o tępienie jego w jakichkolwiek publicznych i prywatnych rozmowach, o nieużywanie tego języka w argumentacji politycznej wobec jakiejkolwiek strony konfliktu polskiego – apeluję jednocześnie o nie milczenie w krytykowaniu szkodliwej działalności władz, o bezpardonową obronę wartości demokratycznych, praworządność, o wolność prasy i zgromadzeń. Nie bójmy się mieć własnego zdania. Czas jednakowych mundurków odszedł w przeszłość.  Współczesny obywatel musi być jednostką samodzielnie myślącą i krytyczną. W Kanadzie i w Polsce. Inaczej to pracować nie może.

Lata temu, gdy ukazała się głośna książka Vittorio Messori spisująca wywody Jana Pawła II na zbliżający się koniec tysiąclecia, zatytułowana „Przekroczyć próg nadziei”, z dużym zainteresowaniem zająłem się lekturą tego ciekawego dzieła myśli pastoralno-etycznej ,naszego papieża’.  Ciekawiło mnie jaki testament chce zostawić światu nie z oficjalnych encyklik pontyfikalnych a z przemyśleń filozofa-etyka Jana Pawła II, który powstał z Karola Wojtyły.

Dawno już na ten temat gdzieś coś pisałem. I nie chodzi mi tu rozprawkę na temat tej książki-wywiadu. Ale przed zakończeniem tego artykułu, sięgnąłem po tą książkę ponownie do jej ostatnich rozdziałów. Co de facto jest tej książki przekazem najistotniejszym dla czytelnika? Niekoniecznie katolika czy nawet osoby religijnej. Dla człowieka. Co, przy pominięciu zagadnień opisujących etykę i moralność ścisłe z Kościołem związaną, umiejscowioną w Kościele najpierw a dopiero potem w świecie zewnętrznym, jest dla zbliżającego się Człowieka XXI wieku przekazem najistotniejszym, uniwersalnym?

Ostatni paragraf jest powtórzeniem słynnego z Biblii i ze Starego Testamentu nakazu/przyzwolenia powtarzanego od Boga przez archanioła Gabriela, Ducha Świętego i Jezusa z Nazaretu. Jest też powtórzeniem przez Jana Pawła tego samego nakazu użytego już w pierwszym, otwierającym książkę wywodzie.  W paragrafie otwierającym papież opisuje go z perspektywy pontifexa, przywódcy Kościoła Rzymskiego. Ale, po kilku miesiącach dalszych rozmów, wraca do tego samego biblijnego zwrotu w kontekście dużo szerszym. W kontekście Człowieka uniwersalnego. I przeczytanie tegoż paragrafu ponownie ( a minęło już chyba 20 lat, jak ostatni raz to czytałem z uwagą) jaśniej zrozumiałem sens jego słów. Właśnie do tego, teraz przeze mnie pisanego tekstu.   I do tej refleksji zamkniętej w moim zdaniu: ‘nie bójmy się mieć własnego zdania’. Do konieczności bycia jednostką samodzielnie myślącą i krytyczną. Jakiegoż zwrotu biblijnego użył więc Karol Wojtyła-papież, jako temat końcowego paragrafu swego indywidualnego, nie pontyfikalnego, przekazu do człowieka uniwersalnego? Nie lękaj się.  

Wykład z historii i współczesności na wiedzy oparty a mądrość narodową chwalący

Gdyby nam Konstytucja 3-cio Majowa nieco szyku nie popsuła i ład odwieczny nie naruszyła – kto wie czy byśmy Stanami nie zostali. Może nawet potężniejszymi niż te w Ameryce Północnej. Nie dziw, że brać magnacka ze szlachecką, przy silnym wsparciu Kościoła katolickiego, za broń chwyciła i założyła Konfederację Targowicką.  Tak, jak ich pobratymcy z Południowych Stanów założyli Konfederację Południowych Stanów w 1860 w tejże Ameryce. Konstytucję 3-cio Majową może ustanowiliśmy  już po amerykańskiej, jako drudzy. Ale za to blisko 68 lat wcześniej wymyśliliśmy Targowicę. Nawet Watykan, poprzez nuncjusza w Warszawie, naciskał by król Stasiu do Targowicy przystąpił. Co uczynił.

Dziś znowu pewien ‘wyścig o palmę pierwszeństwa’ z Waszyngtonem prowadzimy. I prowadzimy dosłownie. Wszak Jarek Pierwszy na tron warszawski zasiadł, ponad rok wcześniej niż Donald the Tower w Waszyngtonie.

Historia wiele razy nas łączyła w tym wyścigu. I przez wiele set lat tą palmę pierwszeństwa dzierżyliśmy. Nie, nie przesadzam. Historię znam, proszę Pań i Panów. Fakty a nie fake news. Państwo Polan istniało już co najmniej od dziewiątego wieku. A na oficjalno-formalnej mapie ówczesnego białego świata pojawiło się w 966 roku. Ponad 700 lat przed tym zanim Amerykanie chwycili za broń by niepodległość wywalczyć. Kto myśli, że wymyślam sobie fakty – niech sprawdzi w książkach. I na tą ich wojnę z kolonialnym królem brytyjskim posłaliśmy im nawet kilku dobrych dowódców: Kazimierza Pułaskiego i Tadzia Kościuszkę. A ilu Amerykanów przyjechało do Polski, gdy napadli nas Prusacy, Rosjanie i Austriacy? Zilch. Zero. Potem zaczęliśmy przegrywać w wyścigu, no bo nas na mapie nie było. Przez to nie udało nam się – na przykład – plantacji bawełny na naszych ziemiach założyć, bo nie mogliśmy na targi niewolników w Afryce pojechać i trochę sobie uszczknąć darmowej, czarnej siły roboczej. Dla zgodności z prawdą warto jednak podkreślić, że w 1924 generał Mariusz Zaruski (skądinąd bardzo zacny wojak i społecznik) założył Ligę Morską, od 1934 nazywaną Ligą Morską i Kolonialną, gdzie usiłowano jakieś kolonie zamorskie Polsce zdobyć (w Paranie w Ameryce Południowej, w Liberii i z kolonii francuskich nieco uszczknąć). Za późno już jednak było. No i niewolnictwo oficjalnie upadło. Nawet w Stanach amerykańskich mimo Konfederacji Południowych Stanów. No, niby i Targowicka w Polsce też Polski wolnej nie uratowała a przeciwnie, do jej upadku się wybitnie przyczyniła. Ale to juz nie ich wina. Chłopy ratowały te starą Rzeplitą jak mogli broniąc nas przed tyranią króla dynastycznego a nie wybieralnego i przed upadkiem klejnotu naszej woilności: liberum veto.

Pozostałości tej Ligii istnieją do dziś, tyle, że oficjalnie w każdym razie, już pretensji kolonialnych nie ma. Tylko morskie, nie zamorskie. W USA też już nie ma stowarzyszeń ani klubów właścicieli niewolników. Jest tylko Ku Klux Klan. Nie to samo, ale zawsze choć nieco sentymentalnej tradycji … . Trochę tak, jak u nas zacna młodzież skupiona w sentymentalnych klubach Młodzieży Wszechpolskiej. Ach, łza w oku się kręci … A jeszcze, jak się petardę rzuci z mostu na ulicę poniżej, zapali parę pochodni, poszturcha paru staruszków tu i tam – aż miło popatrzeć, jaką przaśną a zacną młodzież mamy.

Aliści brak niewolnictwa, a równość wszystkich obywateli to jeszcze nie to samo. Istnieje coś nazywanego segregacją. Nie tylko socjalną ale i formalną. Ta się dość dobrze w Stanach miała jeszcze w latach 50tych. U nas też, aż tak w tyle nie jesteśmy! Nie mieliśmy co prawda czarnych, za to: Żydów, ruskich i Litwaków wraz z Poleszukami co niemiara. Niby prawa mieli formalne ale socjalnie, no to panie tam różnie bywało. W zasadzie nie różnie ale dość jednolicie. Segregacja potęgą jest i basta. W razie czego zawsze można na ulice wyjść i wrzasnąć „bić Żyda!’ a zrozumie, gdzie jego miejsce taki jeden z drugim.

Donald Wieża to w zasadzie równy chłop. Ale hasła „make America great again” też z niczego nie wymyślił. Chłop głupi nie jest, to pewnie słyszał o polskim haśle patriotów: „Polska od morza do morza’, znaczy się wielka. Great Poland. Nasz Jarek Wieżyczka Niewysoka z wielkim dyplomatą Waszczykowskim do tematu wrócili w słynnym haśle Przymierza Trójmorza po 2015. Może Donald stąd wpadł na pomysł zrobienia Ameryki wielką ponownie? Jest Pulaski Day w USA, może za kilka lat będzie Dzień Niewysokiego? Może też dlatego Donald właśnie nie chce już muru na granicy z Meksykiem budować a płot z żelaznymi sztachetami. Co by Jarek mógł (jak przyjedzie w końcu z wizytą – choć on zagranicę jeździć nie lubi, bo oni wszyscy tam jakimś dziwnym językiem mówią niczym na Wieży Babel, który brzmi, jak bełkot a nie język boży) sobie przez te sztachety popatrzeć na południe. Kto wie, może by zobaczył Paranę i polskie kolonie tam?

Kto ma wizje śmiałe rzeczy wielkie robi. Niski wzrost nie hamuje wysokich lotów. Przeciwnie: im mniejszy tym lżejszy czyli w unoszeniu się sprawniejszy. To też z praw fizyki, proszę Czytelnika. Nie jakieś tam fake news. Jak się Europa w końcu pozbędzie tych niestałych Anglików (Merkel już sama zapowiedziała, że odchodzi, a Macron zakocha się w innej starszej babce i przykryją go żółtymi kamizelkami), to Polska (jak Sobieski pod Widniem a Piłsudski nad Wisłą) znowu uratuje Europę. Założymy Polskie Stany Europy. Wtedy Amerykańcom pokażemy! Co tam Trójmorze! Będzie od Czarnego po Bałtyk, od Północnego po Dardanele, i od Śródziemnego po Jońskie.

I niech nas wtedy spróbują zalać Mahometanie czy inni niewierni! Wtedy to już my się ich bać nie będziemy. Będą nam co najwyżej za pół-darmo w fabrykach pracować, jak dziś Ukraińcy. A co?! Czy myśmy ich zapraszali? Nie, sami chcieli.  Nie będziemy ich prosić jak, jak Germańcy prosili Turków w latach 60tych. Sami będą się prosić. Łódkami przez morze Śródziemne będą przypływać i prosić. A my im wówczas pokażemy jakie dobre pany jesteśmy. Na, kromka chleba, łapcie, łopata, 10 złotych (to będzie wówczas waluta europejska, bo co to znaczy ‘euro’? Złoty to wiadomo od wieków – złoty. Sama nazwa budzi szacunek, od tysięcy lat za złoto wszystko można było kupić!) i drzwi otwarte do raju.

I Pax Polonorum na świecie zapanuje, lepszy niż Pax Romanum i Pax Americana. Znowu tylko dwie płcie na świecie będą, chłop z babą tylko będą do łózka się kłaść, raz w tygodniu do kościoła będą przykładnie chodzić, nie plotkować co tam proboszcz robi z gosposią czy ministrantem (a co to niby ludzi porządnych obchodzi, co ksiądz robi, jeśli z tym się nie obchodzi publicznie?!). A w pozostałe dni do knajpy. Jak Pan Bóg przykazał.

A, i jeszcze jedno. Cała Europa będzie opalana polskim węglem za który Francuzy i Germańce będą słono płacić. Jak będą narzekać to im powiemy żeby się nie martwili – dzięki naszemu węglowi nastąpi szybsze ocieplenie  a jak ocieplenie to przecież nie będzie zim i nie będą musieć palić!  Co za głąby w tym UE i ONZ – przecież to takie proste a oni się przed tym ociepleniem bronią, jakby to jakaś kara boska była a nie zbawienie!

Urbi et Orbi czy semper fidelis?

W latach 1989-91 odzyskiwaliśmy trudnymi krokami suwerenność i autentyczną niepodległość. Nikt tego w całej Europie Wschodniej od zakończenia 2 wojny światowej przed nami nie zrobił. Byliśmy pierwsi. Stare strachy i leki, przyzwyczajenia wisiały nad nami, jak ciężkie opary rzeczy niemożliwych lub zbyt ryzykownych. Nikt jeszcze nie wiedział ani nie przewidywał, że dni Imperium Zła są policzone. Zresztą, gdybyśmy tego zwycięskiego marszu do suwerenności nie odbyli – kto wie, jak długo te Imperium by jeszcze przetrwało?  A każdy rok jego trwania lub powolnej agonii był rokiem straszliwiej, przyśpieszonej dewastacji narodów podległych temu Imperium. Byliśmy też świadomi bardzo nie tylko Praskiej Wiosny, i węgierskiej Rewolucji ale przede wszystkim Powstania Warszawskiego i niewyobrażalnych kosztów jego tragicznej klęski. Na kolejną nie było w społeczeństwie najmniejszej ochoty i nikt by tego nie poparł, poza garstkami młodych zapaleńców, którzy nie znali jeszcze ceny krwi i kolejnej narodowej klęski.

Stąd ten marsz, przez Magdalenkę, nie był sprintem ani biegiem. Raczej  wolną końcówką długiego maratonu.   Ci, którzy wówczas nic mądrego ani pomocnego nie zrobili – dziś łatwo to krytykują. Takich ‘zaklinaczy historii’ jest zawsze dużo. Zwłaszcza wśród nas i naszej historii. Na plewy zwracać uwagi nie ma sensu, gdy Dzieje zajęte są żniwami. Poza tym – nie jesteśmy narodem zwycięzców. W zasadzie ostatnie 300 prawie lat – to pasmo klęsk. Nawet zwycięstw kampanii Napoleońskiej 1812 roku w jej początkowej, a nawet szczątkowej (Kongres Wiedeński) wersji nie udało się w nic trwałego (prócz legend) przetworzyć.

Nie oszukujmy się – wojna 1914-18 nie była wojną, w której Legiony Komendanta pokonały armie Prus, Austro-Węgier i Rosji! Legiony i POW, a zwłaszcza polityczno-niepodległościowa działalność Piłsudskiego były nieodzowne w powrocie Polski na mapę świata. Ale nie militarne zwycięstwa legionistów. Choć były i były bohaterskie – tyle, że bez większego znaczenia dla losów wojny.

Te klęski narodowo-państwowe ostatnich 300 lat przeorały naszą świadomość i zmieniły społeczeństwo. Została przerwana sztafeta pokoleń. Kiedy odchodzący gospodarze mają czas nauczyć wstępujących, jakie wartości obywatelskie w funkcjonowaniu państwa i społeczeństwa są najistotniejsze i co o charakterze państwa, jego sile i słabości świadczy. Zamiast elit, które wyginęły lub zmarniały ekonomiczno-intelektualnie – po kraju zaczęło krążyć widmo ‘elyt’ nouveau riche w sensie ekonomicznym (domowi nowobogaccy) i intelektualnym (nikłość lub płytkość wykształcenia i świadomości kim i dlaczego się jest).

Proces odzyskania pełnej suwerenności można zamknąć rokiem 1991, kiedy odbyły się pierwsze, kompletnie wolne i całkowicie demokratyczne wybory do Sejmu i Senatu. Sukcesy i przeobrażenia następowały szybko: NATO, Unia Europejska potwierdzały, że jesteśmy z powrotem w rodzinie europejskiej. Zwłaszcza moment wstąpienia do Unii był momentem absolutnie i bezdyskusyjnie przełomowym w naszej współczesnej historii.  Z zapóźnienia ekonomiczno-technologicznego sięgającego pewnie 25 lub więcej lat, kraj błyskawicznie zrzucił co najmniej dekadę. Rok 2004 (akces do UE) był dla państwa i społeczeństwa rokiem przełomowym. Można by go chyba porównać do panowania Kazimierza Wielkiego u schyłku Polski piastowskiej: zamieniliśmy bite gościńce na szosy i autostrady a miasta ze stanu zrujnowania na rozwijające się i sympatyczne do mieszkania w nich europejskie polis. Naturalnie nie obyło się to bez cen, czasem wysokich, społecznych. Okazuje się, że łatwiej zbudować kilkupiętrowe garaże, niż zapewnić mieszkańcom możliwość zarobków pozwalających na kupno samochodów i parkowanie tamże. To była cena pewnej ‘kontrreformacji prawicowej’ Polaków. Skompromitowana 40-letnim panowaniem opcja komunizmu sowieckiego rzuciła duży cień odmy wobec wszelkich ruchów choćby minimalnie lewicowych. Tą niechęć podgrzewał bardzo silnie,  koalicyjnie związany z partiami prawicowymi, centro-prawicowymi a nawet ludowymi, Kościół katolicki w Polsce. Do tego stopnia, że w ostatnim dziesięcioleciu stał się Kościołem najbardziej chyba w Europie konserwatywnym, prawicowym, który do dziś nie pogodził się z odejściem Benedykta z tronu watykańskiego. Dzisiejszy Kościół katolicki w Polsce bardziej przypomina wersję wojującego protestantyzmu amerykańskiego niż Kościół rzymsko-katolicki. W tym również aktywnego i jawnego publicznie ingerowania w sprawy polityczne kraju. Smutnym jest też fakt, że niektóre kręgi kościelne – bez wątpienia za cichą zgodą niektórych hierarchów – stały się wręcz zarzewiem rozwinięcia się ruchów faszystowsko-nacjonalistycznych w Polsce.

Ten szybki rozwój ekonomiczny państwa, otwarcie szerokie bram do Europy Zachodniej i masowa tamże emigracja zarobkowa Polaków nie szły w parze z równomiernym wzrostem ekonomicznej niezależności pewnych grup społecznych, które znalazły się na uboczu wzrostu zamożności państwa. Jednocześnie ta masowa emigracja i wyjazdy do Europy Zachodniej zderzyły Polaków z inną, liberalną, humanistyczną  wersją współczesności. Z wolnością osobistą nie tylko teoretyczną i polityczną ale legislacyjną, prawną. Z wolnością, która zagrażała tradycyjnym pojęciom społeczeństwa cywilizacyjnie zacofanego.

Wielkie zmiany zachodzące prawie jednocześnie w prawach jednostki, mniejszości etnicznych, religijnych, seksualnych, których jesteśmy od dwudziestu lat świadkami w świecie rozwiniętym powodowały coraz większe pęknięcia na drodze ‘europeizacji’ i integracji europejskiej między Polską a tradycyjnymi członkami Unii Europejskiej. Stworzyło to olbrzymią szansę dla zdobyczy politycznych ruchów populistycznych, rewanżystowskich. A czempionem tych ruchów została partia Prawa i Sprawiedliwości wraz z jej przywódcą, Jarosławem Kaczyńskim. Jesienią 2015 roku ten bezwzględny polityk i manipulator par excellence wgrał i parlament i prezydenturę wyborach powszechnych.  

Cofnę się nieco w czasie i kompletnie zmienię geografię miejsc, zjawisk i ruchów oraz bohaterów. Jest rok 1962 na kontynencie północno-amerykańskim. Młody, ceniony intelektualista i działacz Pierre Elliott Trudeau angażuje się silnie w bezpośredni kształt polityczny swej macierzystej prowincji kanadyjskiej, Quebec. Poprzednie dziesięć ponad lat spędził na uniwersytetach w Montrealu, Harvardzie, Paryżu i Londynie i był bezpośrednim świadkiem wielkiej rewolucji przemian społeczno-politycznych, jakie ogarniały zachodni świat. Wraz z kilkoma przyjaciółmi doszli do wniosku, że te zmiany muszą też dotrzeć w końcu do tradycjonalistycznego, ultra-katolickiego i agrarnego Quebec, w którym ciągle panowała mentalność (ścisłe przez ówczesne elity polityczno-kościelne chroniona) XIX wieczna. Jakbyśmy w Polsce powiedzieli: chłopa, pana i plebana. Przytoczę tu bardzo świadomie krótki (choć, przyznaje, niebezpiecznie jak na obszerność tego artykułu – długi) fragment jego autobiografii, gdzie opisuje moment wejścia w polityczne życie Quebecu w związku z nadzieją, że złe nawyki przeszłości w końcu słabną i okna tej prowincji otwierają się by wpuścić do środka świeże powietrze.

Ale dlaczego to szczęście miało być tak krótkotrwałe? Ten cały ruch ledwie się rozpoczął, kiedy ludzie zaczęli tęsknić do starych sloganów. Od 1962 zaczęło się cofanie z pozycji bycia otwartym do uniwersalnych praw w Quebec, słychać było domagania się niczego poza ‘bycia gospodarzami własnego domu’. Zamiast oparcia się na polityce racjonalnej i realnej, zostaliśmy wrzuceni do tygla ‘polityki wielkości’, której głównym zajęciem było zbyt często zwykłe rozwijanie pompatycznych sztandarów. Czy mieliśmy faktycznie cofać się do koncepcji zapatrzenia w siebie i nacjonalizmu? Czy po to pozbyliśmy się przemocy prowadzenia za rękę przez naszą Matkę-Kościół i po to uwolniliśmy się atawistycznych wizji, by rzucić się na kolana przed ołtarzem naszej Świętej Matki Narodu? Walczyliśmy przez dziesięć lat w imieniu wszystkich Quebekczyków: białych, czarnych, żółtych, katolików, protestantów i agnostyków; czy teraz mielibyśmy opuścić ich wszystkich i poświecić całą naszą uwagę tylko ‘czystym’ Quebekczykom? (P.E. Trudeau „Memoirs”, wyd 1, 1993,Toronto, s. 72-73)

Gdy niedawno do jego wspomnień wróciłem ten właśnie fragment – w pierwszym czytaniu i w innych czasach uwagi większej do tego nie przykładałem – wydał mi się wręcz słowo-w-słowo pasującym do Polski po 2015. Gdyby tylko nazwę ‘Quebec’ zamienić wszędzie na ‘Polska’ a rok na ‘2015’ a nie ‘1962’.

Oto jak myślą i w jakim są olbrzymim dylemacie dziś Polacy nowocześni, Polacy-Europejczycy, Polacy-kosmopolici (w tym pięknym, pozytywnym znaczeniu tego słowa rozumianym jako ‘obywatele świata’). Czy wszyscy mają wyjechać? To nie tylko niemożliwe – to by było katastrofą dla Polski. Czy w końcu narodzi się, powstanie w Polsce autentyczny nurt nowoczesnej polityki XXI wieku odrzucający stare kaftany doktrynalne? Wymaga to wysiłku o wiele większego niż tylko pokonanie w kolejnych wyborach partii PiS. Ostatecznie i PiS i PO wyszły z tego samego ‘worka ideologicznego’. I za grzechy pospolite PiS winę ponosi w pewnym sensie i PO. Może nie za grzechy kardynalne (łamanie konstytucji, zamach na sądy i media publiczne) – ale za pospolite, na pewno.

Być może w ogóle nie chodzi o konserwatyzm czy liberalizm; lewicowość czy prawicowość;  tradycjonalizm czy nowoczesność.  Niezadowolenie społeczne z efektów 60-lecia współczesnego liberalizmu jest tez dość widoczne wszędzie w rozwiniętym świecie. Liberalizm tradycyjny już swoją rolę wypełnił. Ludzie nie chcą więcej naginać rzeczywistości do norm i formułek teoretycznych. Świat stoi dziś przed zupełnie nowymi, potężnymi wyzwaniami o których te formułki nawet nie wiedziały, że zaistnieją. Bez najmniejszej wątpliwości czołowym zagrożeniem nie jest komunizm ani islamizm ani katolicyzm ortodoksyjny, ani przemykający chyłkiem Żydzi. Najważniejszym i nieuniknionym do zmierzenia się jest klimat ziemski, jego wielkie zmiany, których żaden dekret prezydencki, żadna ustawa parlamentarna ot tak, podpisem nie zmienią. Te zmiany kompletnie przeorają obecny system polityczny, gospodarczy, żywnościowy,  kulturowy. Być może kompletnie zmienią polityczną mapę całego świata. Świat się zmienił już. I zmieni jeszcze bardziej. Ani pan Trump ani pan Kaczyński w Polsce tak wysokiego i tak grubego muru nie dadzą radę postawić, by te zmiany powstrzymać lub cofnąć. Drugim wyzwaniem współczesności jest mobilność olbrzymich mas ludności. Też w coraz ciaśniejszym świecie nie do uniknięcia. Ta mobilność właśnie owymi zmianami klimatycznymi się jedynie zwiększy. A niektórzy ciągle martwią się czy budować i która trasa nowe rurociągi lub jak zwiększyć atrakcyjność i długotrwałość wydobywania węgla, jak pan prezydent Polski na zjeździe klimatycznym niedawno w Katowicach!  Ci ludzi jakby byli ślepi i głusi. W ogóle nie widza świata wokół siebie i tego, co się w nim rzeczywiście dzieje. Nie w perspektywie następnych wyborów – w perspektywie szansy na przetrwanie. Nie, nie ‘czystych’ Polaków lub Amerykanów czy Syryjczyków! W sensie ludzkości. Czas przestać udawać strusia i wyjąć głowę z piasku. Choćby ten piasek był najczystszy etnicznie i nie miał w sobie ani jednego obcego ziarnka. Piasek jednokolorowy dusi krtań identycznie, jak piasek wielokolorowy.

Minęło sto lat naszej nowej niepodległości. Czas na nowe pomysły na następne sto. Przestańmy się modlić żarliwie do Boga żeby dał nam dobrą myśl, dobry podarunek na jutro. On już to zrobił. Dał nam rozum. Czas nim ruszyć.